Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!
Strony WWWSerwery VPSDomenyHostingDarmowy Hosting CBA.pl
Po prostu Ignisa
Powrót do menu głównego

Obrońcy Światła

Klucze Snów

Krew Ziemi



Obrońcy Światła

Księga I


Rozdział I

Tajemnice Złotej Puszczy


Ignea rozsiadła się wygodnie wśród gałęzi, a drzewo pod nią zamruczało przyjaźnie. Zawsze wybierała dokładnie to samo miejsce, a rośliny nigdy nie miały nic przeciwko temu, że się po nich wspinała, że rozkładała się wśród nich wygodnie, że czasem miażdżyła między palcami liście albo płatki kwiatów. Natura była jak jeden żywy organizm, a ten właśnie wielki i potężny organizm był jednym z nielicznych dobrych przyjaciół Ignei.
Uczniowie wysypywali się stadem ze szkoły i rozsiadali na trawie w grupkach, dyskutując między sobą, zjadając drugie śniadania, robiąc te wszystkie nudne towarzyskie rzeczy, które zwykle robią normalni nastolatkowie w ciągu przerwy. Czyli same skrajne nudy.
Plusem rozsiadania się na drzewie był fakt, że z jakiegoś powodu wszyscy lubili się pod nim spotykać, jakby było jakimś tajnym i bardzo bezpiecznym miejscem, w którym można pogadać o wszystkim. Nie wszystko interesowało Igneę, ale pośród nudnego narzekania na związki czasem trafiało się coś ciekawego. Któryś nauczyciel został zwolniony ze szkoły? Kiedy wszyscy nagle z szokiem załamywali ręce, ona wiedziała o tym od tygodnia. Ktoś się pobił na tyłach szkoły? Podczas kiedy reszta szukała informacji, jak to w ogóle się stało, ona znała już niemal wszystkie szczegóły. Miała wielkie uszy zarówno w przenośni, jak i całkiem pod względem fizycznym więc zamierzała je wykorzystywać w każdej nadarzającej się okazji.
Jedna z nich właśnie się trafiła. Zanim ktokolwiek z dwóch rozmówców zdążył otworzyć usta, Ignea już zaczęła się domyślać, kim są. Charakterystyczny ciężki chód i podejrzane utykanie na lewą nogę, którego o dziwo nigdy nie było widać, za to czasem dało się usłyszeć. Druga osoba natomiast miała laskę i prychała dziwnie z każdym postawionym krokiem. Z jakiego powodu dwóch profesorów dwóch różnych przedmiotów postanowiło pogadać akurat pod tym drzewem, akurat na tej przerwie, Ignea nie wiedziała. Ale domyślała się, że będzie to coś ciekawego, nastawiła więc uszy.
Profesor Dohe nauczał sztuk walki, co w sumie mogło w jakiś sposób tłumaczyć jego utykanie, gdyby nie fakt, że w czasie treningów zupełnie nie wykazywał, by z jego nogą było cokolwiek nie tak. Jego lekcje były tylko i wyłącznie dodatkowe, bo wcześniej uczniowie skarżyli się, że są w szkole, żeby zdobywać wiedzę, nie żeby się tłuc. Od tłuczenia się są szkoły wojskowe. Wszyscy myśleli, że w związku z tym nauczyciel zostanie zwolniony, no bo komu by się chciało chodzić na lekcje, na których uczy taka osoba. Wymagająca do granic możliwości, wyciskająca ze wszystkich siódme poty i wiecznie niezadowolona.
Oczywiście znaleźli się uczniowie, którym to nie przeszkadzało. Wśród nich był brat Ignei, który namówił także ją do chodzenia na zajęcia, bo „i tak nie masz nic do roboty, tylko się włóczysz po puszczy. Zabrałabyś się za coś normalniejszego”. A jako że nie było niczego normalniejszego, od tłuczenia się z chłopakami na dodatkowych zajęciach, to zaczęła na nie chodzić.
Profesora Ragha znała tylko z widzenia, widywała go trochę zbyt wiele razy na korytarzach. Jakoś nigdy nie zwracała na niego szczególnej uwagi, bo nie była fanką jego przedmiotu. Uczył on starsze klasy i całe szczęście, bo pomimo swojej nawet przyjaznej twarzy, był podobno bardzo surowym nauczycielem.
— Słuchaj mnie, Arrinie — odezwał się profesor Dohe, jednym ze swoich najspokojniejszych głosów, który zwykle był zarezerwowany dla tych, którym nagle nie chciało się ćwiczyć. — Rozumiem, że możesz uważać swoje zajęcia historyczne za najważniejsze na świecie, ale ta godzina lekcyjna już należy do mnie. Więc nie komplikuj tego i przenieś te swoje głupie zajęcia na jutro.
Ignea skrzywiła się. No nie! Ledwo wrócili do szkoły po dziwnie mroźnej Mroźnej Porze, a tu już zaczynały się kłótnie nauczycieli. Znaczy się, nauczyciele dość często się kłócili, ale robili to głównie ci, których przedmioty były do siebie podobne. Nauczyciel matematyki wydziera się na fizyka? Czemu nie? Dwóch biologów uczących różne roczniki skacze sobie do gardeł? To było normalne, oni zawsze się kłócili. Ale żeby nauczyciel sztuk walki postanowił się zetrzeć z historykiem? To już było dziwne.
— To nie jest mój problem — odpowiedział opryskliwym tonem profesor Ragh. — Nie zamierzam przekładać swoich zajęć z dwudnia na trzydzień, tylko dlatego, że tobie się tak zachciało! W ciągu trzydnia moi uczniowie i tak mają zbyt długo lekcje! Ty przełóż te swoje bzdurne walki na inny dzień!
— Niby na kiedy? — obruszył się Dohe. Ignea podniosła się bezszelestnie i wychyliła się, żeby zobaczyć obu nauczycieli. Pomimo złości, Ragh miał niezmiernie tę samą przyjazną minę, która zmyliła już tak wiele osób. Za to Dohe patrzył na kolegę z pracy jak na idiotę. — Ty może tego nie wiesz, ale ja mam rozliczne ważne zajęcia, takie jak turnieje, wyjazdy, osobiste treningi! Ale po co ja to mówię, ty i tak tego nie zrozumiesz, w końcu jesteś tylko historykiem. Przełóż te lekcje, dobrze ci radzę, bo inaczej nie zostanie ci wielu uczniów, kiedy większość z nich wybierze moje zajęcia.
— Twoje? Kpisz sobie chyba! Uczniowie tak się machają, wykonując te twoje bzdurne polecenia, że z pewnością wolą mnie! Dwudzień jest mój!
— W takim razie idę z tym do dyrektora! — zawołał ze złością.
— Wypchaj się z tym, Dohe! Dyrektor będzie po mojej stronie, bo to właśnie ja pójdę do niego z tą sprawą!
— Mój drogi przyjacielu, zapominasz chyba, że z nas dwóch, to ja tutaj jestem trenerem. A co za tym idzie, jestem szybszy i nie prześcigniesz mnie! Do zobaczenia w gabinecie za pół godziny, dziadku!
— A więc znowu podsłuchujesz? — rozległ się tuż obok ucha Ignei nieco rozbawiony głos, a dziewczyna o mało co nie podskoczyła, wywołując hałas. Na szczęście uważała i gałąź pod nią tylko lekko zatrzeszczała, zamiast wydać z siebie jakiś przerażający dźwięk.
Odwróciła głowę, choć doskonale wiedziała, kogo zobaczy tuż obok siebie.  Na gałęzi w pobliżu przysiadł Ethereal. Jej brat, wysoki i chudy, ubrany w czarny mundur, który tylko jeszcze mocniej podkreślał to, jak bardzo blada jest jego skóra. Złośliwa mina, którą miał przyklejoną do twarzy, była dla Ignei bardzo znajoma, bo często widywała taką w lustrze. Kolejny raz uderzyło ją, to jak bardzo jest podobna do brata. Jednak jeśli chodzi o twarz, te same wielkie oczy, zadarty nosek i wąskie usta, no i oczywiście szpiczaste uszy i tę bladą skórę, to na tym podobieństwa już się kończyły. Ignea była niska i koścista, za to jej brat strasznie wysoki, no i wysportowany. Miał włosy czarne jak noc i układające się tak po prostu, same z siebie, Ignea posiadała brązową strzechę, kręcącą się we wszystkich kierunkach i właściwie żyjącą własnym życiem. Ethereal uchodził za przykładnego i odpowiedzialnego, a Ignea... cóż, powiedzieć, że była ryzykantką, to mało.
Ale czasem pozwalał sobie na jakiś wybryk, na przykład wspięcie się na drzewo i podsłuchiwanie razem z siostrą, dokładnie jak w tamtej chwili. Uśmiechnął się szeroko i przyłożył palec do ust, dając jej do zrozumienia, że powinni być cicho. Tak jakby sama tego nie wiedziała. Po chwili mrugnął do niej porozumiewawczo i, trzymając się jedną ręką gałęzi, wychylił się, by przyjrzeć się nauczycielom. Był wielki, w każdym razie dla Ignei, ale i tak potrafił ukryć się między liśćmi i działać bezszelestnie. W takich chwilach widać było, że są rodzeństwem.
— Zupełnie tego nie rozumiem — powiedział tak cicho, że Ignea właściwie bardziej wyczytała te słowa z jego ruchu warg, niż usłyszała. Na całe szczęście umiała to robić, bo czasem bez tej umiejętności nie umiałaby się wcale z bratem porozumieć. — O co oni się tak kłócą? I po co właściwie? To przecież wcale nie jest takie trudne dogadać się w sprawie zajęć, mogą je przecież normalnie przenieść na jakiś wolny dzień, a nie... — nie dokończył myśli, niezbyt pewny, jak powinien to ująć w słowa. Machnął tylko wolną ręką.
— To wszystko przez waszą wybujałą męską dumę. Faceci przecież nigdy nie wiedzą, kiedy powinni odpuścić — rzuciła złośliwie Ignea, która nigdy jeszcze nie przegapiła żadnej okazji, żeby komuś dogryźć, zwłaszcza jeśli był to jej własny brat. Jednak Ethereal był już tak bardzo przyzwyczajony i odporny na uwagi siostry, że zwyczajnie zignorował tę zaczepkę. — A ty, czyją stronę trzymasz? — zapytała zaciekawiona, nie otrzymawszy wcześniej oczekiwanej odpowiedzi.
— Niczyją — odpowiedział jej Ethereal, nawet się nie odwracając w jej stronę. — Jak się teraz za mocno pożrą, to będę musiał wybierać. A ja naprawdę nie chcę musieć wybierać.
— No tak, zapomniałam, że próbujesz łazić na oba. Idę o zakład, że jesteś tym, który się poskarżył — prychnęła Ignea. Ethereal skrzywił się, ale siedział przez chwilę cicho, nadal śledząc czujnym wzrokiem dwójkę nauczycieli, którzy już przerwali swoją kłótnię i teraz dumnym krokiem ruszyli w kierunku budynku, zapewne mając w planach iść do gabinetu dyrektora. Gdy myśleli, że żaden z uczniów nie patrzy w ich kierunku, zaczynali się przepychać między sobą.
— Nie dokładnie ja — odpowiedział w końcu, nadal śledząc wzrokiem dorosłych, którzy w ówczesnej chwili zachowywali się bardziej jak dzieci. — Rozmawialiśmy o tym z kolegami kilka razy. Najwyraźniej któryś z nich postanowił się podzielić naszymi wątpliwościami z jakimś nauczycielem i się potoczyło.
— No tak, można się było tego domyślić. Kujony jedne!
— Dzisiaj już raczej nie będzie żadnych zajęć — rzekł z pewnym smutkiem, całkowicie ignorując kolejną wredną wypowiedź siostry. Dziewczyna skrzywiła się. Stał się chyba już na nie całkowicie odporny, a niech to. — Więc pewnie powinniśmy iść do domu, a nie sterczeć na tym drzewie. Czemu w ogóle lubisz sterczeć na drzewie, to ja nie wiem. A no właśnie, miałem ci coś przekazać jeszcze, ale zapomniałem wcześniej. Tata mi rano powiedział. Dzisiaj ma przyjechać Thin, no wiesz, na Święto Kwiatów. Niby jest dopiero za miesiąc, ale znasz ich.
— Świetnie! — zawołała Ignea, poprawiając torbę na ramieniu i zeskakując z drzewa, jak to zwykła robić. Zaskoczyła tym grupkę stojących w pobliżu uczniów, którzy najpierw zmierzyli ją oceniającymi spojrzeniami, a potem nachylili się do siebie konspiracyjnie i zaczęli rozmowę przyciszonymi głosami. Ignea jak zwykle nie przejęła się tym. Ethereal wylądował tuż obok niej, poprawiając kołnierz swojej ulubionej marynarki. — Mam nadzieję, że wreszcie naprawił mi deskę albo chociaż załatwił nową. Mam już dość tego, że jak wejdę gdzieś wysoko, to potem muszę schodzić. To jest nudne!
— Wiesz, raczej nie sądzę, żeby to zrobił — odparł Ethereal z pokrętnym uśmieszkiem, a Ignea uniosła brwi, zadając mu nieme pytanie. Wzruszył ramionami. — Słyszałem, jak tata się go o to czepiał. Że niby te jego wynalazki są zbyt niebezpieczne w twoich rękach zwłaszcza. No i Thin obiecał, że nie będzie ci ich więcej dawał. Tych, jakże niebezpiecznych, wynalazków.
Pokazała mu zęby i łypnęła na niego przebiegle, dając do zrozumienia, że taka drobnostka nie jest w stanie jej powstrzymać. Mało co właściwie było w stanie ją powstrzymać, kiedy czegoś naprawdę chciała i na tym polegał najczęściej problem wszystkich dookoła, choć mało kto powiedział to kiedykolwiek na głos. Ponownie poprawiła pasek torby na ramieniu i obrzuciła wrednym spojrzeniem grupkę stojących w pobliżu chłopaków, którzy wpatrywali się w nią trochę zbyt intensywnie. Ci natychmiast odwrócili wzrok i zaczęli szeptać o czymś między sobą, co zapewne miało związek z rozgrywającą się chwilę wcześniej sceną. Ethereal najwyraźniej też musiał dojść do takich wniosków, bo również obdarzył ich lodowym spojrzeniem. Ucichli i powoli zaczęli się wycofywać, żeby po paru metrach odwrócić się i zwyczajnie uciec do szkoły.
Ignea uznała, że skoro jej brat uważa, iż zajęć nie będzie, to z całą pewnością tak właśnie się stanie. Pomimo wszystkich złośliwych komentarzy pod jego adresem, zdawała sobie sprawę, że potrafi ocenić niemal każdą sytuację znacznie lepiej od niej. To było czasem trochę irytujące, to jego przewidywanie, ale zdążyła do tego przywyknąć, bo sama miała swoje dziwactwa, zapewne wiele bardziej denerwujące dla otoczenia. Ethereal zapewne zamierzał jeszcze zostać w szkole, żeby się dowiedzieć, czy rzeczywiście ma rację i upewnić w tej kwestii dziesięć razy, ale Ignei aż tak bardzo nie zależało, żeby przesiedzieć ten czas w szkole. Lubiła zajęcia ze sztuk walki, jednak nie na tyle mocno, żeby spędzić kolejne przeciągające się bez końca minuty wewnątrz murów szkoły, kiedy mogła je wykorzystać o wiele ciekawiej.
Pożegnała więc wesoło brata, kłaniając mu się teatralnie, a on zasalutował jej. Oboje powstrzymali wybuch śmiechu, po czym odwrócili się. Ethereal skierował się z powrotem w stronę szkoły, za to Ignea ruszyła w stronę bramy. Jednak, zamiast zwyczajnie przejść przez furtkę, jak każda normalna osoba zrobiłaby na jej miejscu, chcąc sobie oszczędzić tych pięciu czy sześciu metrów chodzenia, po prostu przeskoczyła przez niski murek odgradzający tereny szkolne od reszty miasta. Przystanęła na chwilę, zastanawiając się dokąd pójść. A raczej nie tyle dokąd, ile którą drogę wybrać. Nie chciało jej się wracać do domu. Słońca wisiały jeszcze wysoko na niebie, po co miałaby się kisić w swoim pokoju resztę dnia? Tak więc skręciła w stronę przeciwną, gdzie znajdowały się te dzielnice, które nazywano biedniejszymi, ale które właściwie nie różniły się zbytnio od reszty miasta. Dalej były już tylko wysokie mury miasta, które oddzielały je od dzikiej puszczy, rosnącej wszędzie wokół.
To właśnie tam zmierzała. Zawsze, gdy nie miała co robić, włóczyła się pośród tych wszystkich drzew. Robiła to tak często, że stało się to już właściwie tradycją i dzień, w którym nie odwiedziła Złotej Puszczy, można było od razu spisać na straty. Odkrywała tam coraz to różniejsze i ciekawsze miejsca, warte odwiedzenia, o których zapewne nie wiedział nikt poza nią i ciekawskimi zwierzętami, które czasem włóczyły się za nią, ale jeszcze nigdy nie zrobiły jej krzywdy. Przyległe do muru części dziczy znała już tak dobrze, że mogłaby się po nich poruszać z zamkniętymi oczami i mogłaby to wciąż robić niemal zupełnie bezszelestnie, nie zwracając uwagi nikogo, kto mógłby się tam kręcić. Zapuszczała się jednak dalej i głębiej w te tereny, gotowa poznać wszystkie, absolutnie wszystkie sekrety puszczy, mimo tego, że była ona ogromna i taka akcja zajęłaby jej długie lata. Nie poznała jeszcze nawet choćby jakiejś większej części Złotej Puszczy, ale wciąż dążyła do tego, wykorzystując każdą wolną chwilę, by kiedyś móc osiągnąć ustalony sobie cel.
W mieście były cztery główne, wielkie i metalowe bramy, po jednej z każdej strony świata i nimi właśnie mogli sobie wychodzić mieszkańcy, jeśli komuś się chciało pospacerować poza murem albo wyjechać gdzieś dalej, poza puszczę. Nie, żeby takich osób było wiele. Nocami trzy z nich zamykano i otwarta zostawała tylko jedna, ta umieszczona na północy, pilnie strzeżona przez niewielki oddział żołnierzy czy tam strażników. Ignea nigdy nie widziała między nimi wielkiej różnicy, mimo że Ethereal za każdym razem, gdy to mówiła, próbował jej ją wytłumaczyć. Wszędzie były też pomniejsze bramy, równie dobrze pilnowane przez cały czas. Dostęp do nich mieli głównie jacyś naukowcy, strażnicy wybierający się na patrole, pewnie też wysoko postawieni urzędnicy i każdy, kto posiadał jakieś specjalne pozwolenie na papierze. Otwierano je dla wszystkich na jakieś większe święta czy uroczystości, ale najczęściej pozostawały zwyczajnie zamknięte i niedostępne.
Istniał jeszcze trzeci typ przejść przez mur, o którym się nie mówiło, no bo dlaczego ktokolwiek kto wiedział, miałby o czymś takim wspominać? O bramach tajnych, pewnie zbudowanych kilkaset lat temu, razem z murem, nie było wiele wiadomo. Ignea pewnego razu, w trakcie nudnego odrabiania lekcji, natknęła się na wzmiankę, jakoby kiedyś istniał jakiś tunel, prowadzący przez mur, postanowiła więc takowy znaleźć. Kiedy okazało się, że w książce zapisano prawdę, zaczęła szukać w nich kolejnych i kolejnych wzmianek, chodziła też po mieście nocami i sprawdzała ściany. Chciała znaleźć każde najmniejsze przejście, nawet jeśli zdawała sobie sprawę, że nie jest to do końca możliwe. Oczywiście poinformowała o swoich odkryciach już dawno kilku strażników, jako że był to obowiązek każdego przykładnego obywatela. Z jakiegoś powodu jednak ci uznali, że nie warto przekazywać tych informacji nikomu więcej, bo to zwykłe błahostki, niewarte wiedzy wyżej postawionych osób. Mogło to mieć jakiś związek z tym że owi strażnicy byli bardzo, bardzo dobrymi znajomymi Ignei, ale to tylko przypuszczenia.
Dziewczyna zlustrowała wzrokiem okolicę, ale nic nie wskazywało na to, by ktokolwiek przebywał w pobliżu. Jak często zresztą, mało komu chciałoby się tutaj włóczyć. Wszystkie dzieciaki, które mogłyby się kręcić w tym miejscu, przebywały teraz w szkole albo odwiedzały kolegów, starsi natomiast woleli siedzieć we własnych domach i odpoczywać, skoro mieli już chwilę spokoju. Albo też byli w pracy, a większość miejsc, w których dało się pracować, znajdowała się w zupełnie innej części miasta.
Tak więc stwierdziwszy, że jest zupełnie sama, przystanęła przed murem i chwilę sprawdzała dłońmi kamienie, z których został zbudowany. Mimo iż wiele razy używała tego przejścia, minęła chwila, nim w końcu udało jej się znaleźć niewielkie wgłębienie, które w pokrętny sposób pełniło w tym przypadku rolę czegoś podobnego do klamki. Jeszcze raz rozejrzała się uważnie dookoła, wbijając spojrzenie błękitnych oczu w każdy najmniejszy cień, ale wciąż nie dostrzegała ani jednej żywej duszy. To dobrze. Przycisnęła dłonie do kamieni i naparła ramieniem z całej siły na znalezione, tajne drzwi. Przez chwilę zupełnie nic się nie działo i już podejrzewała, że może znów źle trafiła, ale wtedy kamień zgrzytnął i kawałek ściany przesunął się głębiej. Tam, gdzie powinno coś być, była zupełnie pusta przestrzeń. Pchnęła mocniej i chwilę mocowała się z ciężkimi drzwiami, aż w końcu jej oczom ukazało się niewielkie przejście. Dla większości osób zbyt małe, oni musieliby otwierać drzwi szerzej i męczyć się z nimi jeszcze chwilę, ale Ignea była niezbyt wielka i dla niej taka szpara wystarczyła, żeby wcisnąć się do tunelu, który też nie był jakoś specjalnie wielki. Uśmiechnęła się złośliwie pod nosem, kiedy wyobraziła sobie swojego wysokiego brata, który musi się kulić w tak małej przestrzeni i po raz kolejny podziękowała szczęściu, że wraz z genami nie dostał jej się niemożliwie wielki wzrost, którymi cechowali się Alieasterowie. Znów naparła na drzwi, tym razem od zewnątrz i powoli je zasunęła, żeby nikt go nie znalazł. Zupełnie odcięła sobie w ten sposób jakikolwiek dopływ światła, ale nie przeszkadzało jej to specjalnie. Przechodziła tym tunelem wiele razy, przyzwyczaiła się więc już do chwilowej ciemności. Upewniła się, że przez szczelinę nie przebija się ani jeden promień światła, po czym odwróciła się i ruszyła przed siebie w zupełnym mroku.
Z drugiej strony znajdowały się dokładnie takie same drzwi, tyle że tym razem nie dało się ich pchnąć i trzeba było ciągnąć, by się otworzyły, co wymagało znacznie więcej wprawy. Ignea przez chwilę w ciemności szukała szpary wśród kamieni, a gdy w końcu ją znalazła, złapała ją i z całych sił zaczęła ciągnąć. Już dawno odkryła, że z obu stron dziury w ścianach ktoś musiał zrobić specjalnie, żeby łatwiej było je od środka otwierać. Palce raz jej się ześlizgnęły i zaklęła w myślach, czując, że z dłoni leci jej krew. Wytarła ją o koszulkę, po czym znów znalazła szczelinę i pociągnęła, tym razem mocniej, zapierając się mocno nogami. Potrzeba było nie lada siły, żeby otworzyć te przeklęte drzwi, ale dziewczyna robiła to już tyle razy, że nie było to wielkim problemem. Tym razem otwierały się bezszelestnie, co było nieco podejrzane, bo przecież kamień trący o kamień powinien chyba wydawać jakiś dźwięk, jednak w tej chwili Ignea nie miała głowy, żeby nad tym jakoś specjalnie myśleć. Otworzyła nieznacznie drzwi i ponownie wysunęła się przez niewielką szczelinę. Zasunęła je z powrotem z niewielkim trudem, po czym odwróciła się w stronę puszczy, nabierając mocno świeżego powietrza, przesyconego zapachem i w pewien sposób też smakiem dzikich roślin.
Witaj ponownie, przyjaciółko naturo.
Znała dużą część tego miejsca na pamięć i stało się ono dla niej jak dom, schronienie od rzeczywistości, która trochę odstawała od jej oczekiwań. Wiele razy przychodziła tutaj, żeby sobie zwyczajnie odpocząć, bo nikomu nie chciałoby się szukać jej wśród tych wszystkich drzew. Lubiła się włóczyć, co wiele osób, w tym i Ethereal, miało jej za złe, jednak nie za bardzo się tym przejmowała. Wskoczyła na przewrócone drzewo, które zostało powalone wiele lat temu przez potężną burzę i z radością rozejrzała się po okolicy. Między pniami przystanęło kilkanaście zwierząt i przyglądało się przybyszowi nie tyle ze złością, ile z ciekawością. Ich oczy błyszczały wesoło. Nie bały się, bo zdawały sobie sprawę, że nie ma czego. Ignea nie pierwszy raz odwiedzała to miejsce, więc znały ją.
Tak jak się spodziewała, nigdzie w pobliżu nie dostrzegła ani jednego śladu po kimkolwiek, zeskoczyła więc z drzewa na niezbyt widoczną ścieżkę, kiedyś wydeptaną pewnie przez jakichś ciekawskich fiorów, ale dawno już nieużywaną. Ruszyła nią przed siebie, właściwie nawet nie musząc patrzeć pod nogi czy idzie we właściwym kierunku, ale jednak lubiła to robić. Jedna z ciekawskich wiewiórek zeskoczyła na niższą gałąź, zwisającą tuż nad ścieżką i zaczęła się jej przyglądać. Ignea sięgnęła do torby i rzuciła stworzeniu orzecha.
Szła wolno, ciesząc swoje oczy najróżniejszymi odcieniami zieleni i brązu, które mieszały się w tym miejscu. Chociaż Mroźna Pora już się skończyła i trwała Pierwsza Jesień, wszędzie wciąż utrzymywały się żywe kolory natury. Miały tak zostać, dopóki nie zacznie zbliżać się Pora Wietrzna, która ostatecznie zedrze każdy liść z każdego napotkanego drzewa i zmusi wszystkie rośliny, by pochowały się do czasu, aż znów nie zawita Wiosna.
Zatrzymała się dopiero, kiedy jej drogę zagrodził wysoki mur, zbudowany z kolczastych krzewów. Z jakiegokolwiek powodu natura postanowiła tutaj coś takiego postawić, przekaz był całkiem jasny. „Trzymaj się od tego miejsca z daleka”. Ignea jeszcze raz paranoicznie sprawdziła, czy nikogo nie ma w pobliżu, po czym podeszła do tego muru najbliżej, jak tylko się dało, bez kaleczenia samej siebie i zaczęła się mu uważniej przyglądać. Mrużąc oczy, przesunęła się kilka kroków w lewo i przykucnęła.
Szczelina, którą kiedyś tam znalazła, wciąż znajdowała się w tym samym miejscu, nienaruszona, choć według wszelkich praw logiki i natury, powinna już dawno zarosnąć. Była na tyle mała, by przepuszczać niewielkie zwierzęta, ale na pewno nie na tyle, by jakikolwiek człowiek mógł się tam wcisnąć. Na całe szczęście Ignea nie miała w sobie ani kropli krwi ludzkiej i nawet jak na swoją rasę była wyjątkowo mała. Z pewnym trudem i wielką ostrożnością mogła się wczołgać do środka przez ten otwór.
Znalazła to miejsce już dawno. W dzieciństwie, kiedy jeszcze jej brat chodził, czy raczej próbował chodzić, do szkoły wojskowej, a ojciec siedział całymi dniami w swojej pracy, ona nie miała co robić, zaczęła więc chodzić na spacery zapoznawcze. Z początku chodziła tylko w obrębie murów miasta, poznając ulice, domy i mieszkańców. Ale wkrótce zapuszczała się coraz dalej i dalej, aż dotarła do samego muru i zrozumiała, że wszystko, co miała zobaczyć w Mieście Kwiatów, już dawno zobaczyła. Zapuściła się więc do puszczy, która otaczała ich ze wszystkich stron i niejako oddzielała ich kraj od zachodnich Krain Pokoju, zamieszkiwanych głównie przez niepokojących ludzi. Odkryła wtedy, że las jest o wiele ciekawszym miejscem niż całe miasto razem wzięte, chociaż z samego początku wyglądały łudząco podobnie. Wszędzie pełno drzew, pełno kwiatów i cała chmara ptaków, chowających się po swoich gniazdach. Tylko groźnych i drapieżnych zwierząt kręciło się po puszczy zdecydowanie więcej, ale też strażnicy miejscy za bardzo się od nich nie różnili, gdyby się przyjrzeć.
Kiedy wałęsała się tak, zaczęła w końcu znajdować niesamowite miejsca, których z pewnością nigdy nie mogłaby ujrzeć w mieście, cieszyła się więc ze swojej decyzji. Pierwszym z jej odkryć był nieco podniszczony i z całą pewnością bardzo stary domek, który ktoś zbudował wysoko, bardzo wysoko na jednym z drzew. Z jego okien było widać dosłownie całą okolicę, raz też miała wrażenie, że w dali dostrzega kawałek Krain Pokoju, ale mogło jej się tylko wydawać. Trochę odremontowała tamto miejsce, na tyle, na ile umiała to zrobić, bo specem od naprawiania ścian i podłóg zdecydowanie nie była. Sufit był całkowitym koszmarem, nigdy nie udało jej się załatać trzech wielkich dziur. Na szczęście deski już nie trzeszczały przy każdym postawionym kroku, jednak postanowiła ograniczyć przebywanie w owym domku na czas burz czy silnych wiatrów. To było szaleństwo, graniczące z głupotą, a chociaż Ignea Alieaster była osobą szaloną, tak rozsądku jednak jej nie brakowało.
Był też stary, również zniszczony plac, całkowicie opuszczony. Na cieniutkich kolumienkach piął się bluszcz i chyba tylko dzięki niemu, nie zawaliły się one jeszcze, pod ogromnym, kopulastym dachem. Na jego wewnętrznej stronie ktoś wyrył bądź też wymalował tysiące najróżniejszych, zawijanych i pięknych w swym skomplikowaniu znaków. Zapewne były to jakieś starożytne i dawno zapomniane języki, a choć Ignea nie potrafiła odczytać ani jednego słowa, ani jednej litery, lubiła się wpatrywać w owe symbole i zgadywać, co mogłyby oznaczać. Dziewczyna podejrzewała, że była to jakaś stara świątynia, bo niedaleko udało jej się wykopać podejrzanie wyglądające kadzidełko, które, po przemyśleniu, zostawiła w miejscu, w którym je znalazła.
Jednak najwspanialszym z tego wszystkiego według niej był tajemniczy i majestatyczny krąg kamieni, znajdujący się za ponurym i niebezpiecznym kręgiem zbudowanym z krzaków. Były to ogromne i całkiem malutkie kamienie ustawione w jeden wielki krąg, wokół olbrzymiego prastarego drzewa, którego gatunku Ignea nie potrafiła właściwie określić, bo zdawało się, że po każdym spojrzeniu roślina staje się zupełnie czymś innym, chociaż przecież wciąż była tym samym. Było też zastanawiające, jak oddziaływały, a raczej nie oddziaływały na nie pory roku. Podczas gdy każde inne drzewo w czasie Pierwszej Jesieni wciąż trzymało ukochaną zieleń, tak to postanowiło, że jego liście będą krwistoczerwone niczym ogień. A choć Ignea nie lubiła ognia, uwielbiała ten kolor. Wiedziała też, że liście z tego drzewa nigdy nie opadną, choćby męczyła je Wietrzna Pora, choćby Zimą przyciskał je śnieg, one będą cały czas trzymać się gałęzi. Ignea raz spróbowała zerwać jakiś liść, żeby sprawdzić, czy w ogóle da się to zrobić, ale było tak, jakby ktoś przykleił go klejem. Po piętnastu minutach prób odpuściła sobie w końcu.
Przeczołgała się więc przez dziurę, uważając, by ubraniem nie zahaczyć o wystające kolce, po czym podniosła z ziemi i niemal odruchowo otrzepała z trawy. Przypomniała sobie jednak, że jej ubranie jest i tak już tak brudne i zniszczone, że zwykłe otrzepanie się absolutnie nic jej nie da. Z plamami nie poradziły sobie trzy prania ani kilkanaście najróżniejszych i najdziwniejszych środków czyszczących, więc zwykła dłoń też nie da rady. Mimo to strzepnęła z ramienia kilka źdźbeł trawy, tak dla satysfakcji, po czym podniosła wzrok na wspaniałe miejsce, do którego trafiła. Chwilę się wszystkiemu przyglądała, po czym wesoło wkroczyła między kamienie kręgu.
Jak zawsze, kiedy tylko przekroczyła wyznaczaną przez nie linię, po jej plecach przebiegł dziwny dreszcz. Nie miała bladego pojęcia, skąd właściwie się bierze owo dziwne uczucie albo raczej czego jest skutkiem. Kiedyś próbowała to sprawdzić, ale jej próby spełzły na niczym, bo właściwie nie miała nawet od czego zacząć.
Westchnęła i rzuciła się na ziemię, żeby zanurzyć twarz w miękkiej trawie. Przesunęła się między wystające korzenie drzewa, po czym obróciła i podciągnęła do pozycji siedzącej, opierając się o pień. O tak, tutaj z całą pewnością nikt nie będzie jej szukał i będzie miała święty spokój. Nawet pomimo jej wysiłków, gdyby ktoś ją śledził i tak nie zdoła wczołgać się do środka, bo szczelina w murze z krzaków była zwyczajnie zbyt mała. Rozłożyła się wygodnie, ściągając z ramienia torbę i rzucając ją obok. Tutaj mogła poleżeć spokojnie, wśród kołyszących się wesoło cieni roślin, nieniepokojona przez swoją wielce niepokojącą rodzinę. Przez strażników, których pełno było w mieście. Przez przypadkowych fiorów, którzy jej nie znali, więc wlepiali w nią zdziwione albo pełne dezaprobaty spojrzenia, ewentualnie ostentacyjnie ją ignorowali. Odetchnęła raz i drugi, pozbywając się z głowy wszystkich złych myśli i wspomnień, a powieki same zaczęły jej ciążyć, kiedy tylko wsłuchała się uważniej w spokojną, kojącą muzykę natury. Jakiś ptak przysiadł na pobliskim drzewie i zaczął wesoło nucić. Tak, to zdecydowanie było lepsze, niż kiszenie się w domu i robienie wszystkiego, z wyjątkiem odpoczywania.
Nie była pewna, jak długo błądziła po bezkresach własnej sennej wyobraźni. Wydawało jej się, że minęła zaledwie chwila, jednak kolory przedzierające się przez gęstwinę liści, mówiły zupełnie coś zupełnie innego. Rozejrzała się, nie do końca pewna, co ją obudziło, a wtedy to się powtórzyło. Cichy szelest dochodzący z drugiej strony muru krzaków i odgłos, ale nie taki zwyczajny, jaki mogłoby wydać jakieś dzikie zwierzę. To było odgłos butów, szurających o trawę. Ktoś się zbliżał szybkimi krokami.
Ignea podniosła się bezszelestnie i nastawiła swoje szpiczaste uszy, by usłyszeć wszystko jak najlepiej. Odwróciła się też odruchowo w stronę, z której wydawało jej się, iż dochodzą owe dźwięki. Cichy szmer szeptów. Nie była w stanie usłyszeć wiele więcej niż pojedyncze słowa w słowotoku, który wylewał się z ust jakiejś nieznajomej osoby. A chociaż nie rozumiała zdań, doskonale słyszała ton, jakim wszystko było wypowiadane. Przez chwilę myślała, że to może Ethereal postanowił z jakimś swoim kolegą jej poszukać, bo dość często to robił, ale szybko stało się jasne, że było to niemożliwe. To nie mógł być jej brat, żaden z jego kolegów, w ogóle żaden mieszkaniec Miasta Kwiatów. Pewnie nawet nie był to nikt z tego kraju, bo tutaj obowiązywał zupełnie inny język. Zgrzytliwy i ostry głos, takiego nie posiadał żaden z mieszkańców Vitty, którzy mieli wspaniały szeleszczący akcent, niczym drzewa w lesie.
Ignea ostrożnie przybliżyła się do jednego z głazów, starając się nie trącić choćby jednego źdźbła trawy. Oparła się o kamień i jeszcze bardziej wytężyła słuch, ustawiając niemal poziomo swoje uszy, jakby miały służyć jej za radary. Biorąc pod uwagę ich wielkość, mogło tak być. Jednak okazało się, że nie było to konieczne, bo ktokolwiek znajdował się po drugiej stronie, właśnie w tej chwili zaprzestał prób zachowywania się dyskretnie i wykrzyknął ze złością:
— Mówiłeś, że tu jest Przejście! — warknął w języku Krain Pokoju, a Ignea zmówiła cichą i dość ironiczną modlitwę do dowolnych bogów, że zachciało jej się z nudów nauczyć chociaż trochę mowy ludzkiej. — Tutaj miało być Przejście! Więc gdzie ono właściwie jest, bo chyba jestem ślepy i go nie widzę!
— P-panie, wybacz m-m-mi — wybąkał jakiś człowiek, przerażonym tonem. — W-wszy-ystkie donie-e-esienia naszych spe-specjalistów mówiły, że t-t-tutaj wła-aśnie-e znajduje się Przejście. Nie-nie mogliśmy wiedzieć, że... że... że jego t-tu-tutaj n-nie m-m-ma...
— No to teraz już wiecie! — rzucił wściekle pierwszy głos i rozległ się jakiś nieokreślony hałas. Ignea odniosła wrażenie, że głaz pod jej ręką zadrżał, puściła go więc szybko i cofnęła się cicho, obawiając się, że jeszcze się przewróci i zdradzi jej obecność. — Masz mi nanieść poprawki. Masz wszystko sprawdzić jeszcze dwadzieścia razy! I masz wreszcie powysyłać na rozeznanie ludzi, którzy nie będą się wykręcać od roboty, tylko wykonają ją porządnie! Bo w końcu cię odsunę od tej sprawy, odsunę cię od wszystkich spraw i nie będziesz już miał absolutnie żadnych praw czy obowiązków! Wiesz czemu? Bo nie będziesz miał życia i będziesz się razem z tymi swoimi specjalistami przewracał w grobie! Zrozumiałeś mnie?!
W odpowiedzi dało się słyszeć tylko wybąkany cicho, potakujący dźwięk. Ignea znów się zbliżyła, ale wyglądało na to, że rozmowa nieznajomych już się zakończyła i teraz było słychać tylko dziwne szumy i zgrzyty, które nie do końca rozumiała. Co oni tam właściwie robili, czyżby ostrzyli broń albo coś w tym guście? Nie mogła mieć pewności, to byli ludzie, a oni byli całkowicie nie do zrozumienia. To byli ludzie. Dopiero kiedy kolejny raz o tym pomyślała, dotarło do niej, co to oznacza. To byli ludzie. Ludzie w Złotej Puszczy.
Nagle dźwięki zaczęły cichnąć, co na powrót zwróciło jej uwagę. Po chwili zrozumiała, że obcy się oddalają i wypuściła gwałtownie powietrze, nawet nie wiedząc, kiedy zaczęła je wstrzymywać, co jej organizm za każdym razem, z niewiadomych powodów, robił odruchowo. Niewielki szczurek leśny podbiegł do niej i zatrzymał się przy jej bucie, żeby spojrzeć na nią z dołu, przekrzywiając łepek, jakby zamierzał zapytać: „I co teraz zrobisz, co?”.
Wróciła do szczeliny pod krzakami i znów się przez nią przeczołgała. Jednak tym razem nie uważała i nie udało jej się zrobić tego równie gładko, co poprzednio. Kilka kolców wbiło się w materiał jej płaszcza i przebiło delikatną skórę. Syknęła cicho i szybko się podniosła, żeby powyrywać te natręty z siebie. Oto co się dzieje, kiedy jest się niewystarczająco uważnym i chce się wszystko zrobić na szybko. Nie przejmowała się zbytnio niewielkimi rankami, które już powoli zaczynały krwawić. Cieniutka skóra niewątpliwie była wadą, ale za to leczyła się o wiele szybciej, niż u każdej innej rasy, która miała zdecydowanie grubszą, więc jakieś plusy ten fakt też posiadał. Za godzinę albo kilka następnych nie pozostanie już żaden ślad po natrętnych kolcach.
Cicho podeszła do miejsca, z którego słyszała głosy. Rozglądała się też z zaniepokojeniem dookoła, ale ktokolwiek tu był, z całą pewnością już poszedł. Zresztą to byli ludzie, oni zachowywali się zawsze tak głośno, że wiedziałaby, gdyby postanowili zostać albo wrócić.
Na pierwszy rzut oka nie zostawili po sobie żadnych śladów, ale tylko na pierwszy, bo za drugim Ignea bardzo wyraźnie zobaczyła pokaleczoną korę jednego z drzew. Jasne, zwierzęta czasem ostrzyły pazury o drzewa, jednak nigdy nie sięgały tak wysoko i nie wykorzystywały jednego miejsca do tego. Przejechała dłonią po śladach i skrzywiła się. Jakikolwiek mieli ze sobą nóż czy sztylet, musiał on być naprawdę tępy.
W jednym miejscu trawa była rozgarnięta i powyrywana, więc właśnie tam Ignea skierowała swoją uwagę. W ziemi ziała niewielka i dziwnie ostra dziura, jakby coś w nią wbito, a potem wyszarpnięto z całej siły. Przyklęknęła i przyjrzała się uważnie, mrużąc oczy i obracając głowę na wszystkie strony, ale ten kształt zupełnie niczego jej nie przypominał. Nabrała trochę zbitej ziemi między palce, jakby ta mogła jej coś powiedzieć, ale zdało się to na nic, więc podniosła się i rozejrzała za innymi śladami.
Czego tutaj mogli szukać jacyś obcy? Ignea zagryzła wargi i podniosła się, myśląc intensywnie. Mówili coś o jakimś przejściu i to było dla nich bardzo ważne. Ale o jakim właściwie przejściu i dlaczego? Po co komukolwiek w takim miejscu potrzebne było jakieś przejście, to była dzicza, tutaj można było sobie niemal wszędzie przejść bez problemu. Jakoś wątpiła, żeby chodziło o przejście przez mur z krzaków, no bo przecież ludzie mieli te swoje dziwne urządzenia i gdyby chcieli akurat takie przejście, mogliby sobie sami je zrobić. Skrzywiła się do swoich myśli, kiedy wyobraziła sobie taki scenariusz. Okropne. Nie, to by i tak nie miało większego sensu. Chyba.
Czegokolwiek tutaj szukali, nie zamierzała pozwolić, żeby jacyś obcokrajowcy szwendali się po tej puszczy. Już dawno, przed kilkoma wiekami zostało spisane Przymierze, w którym jasno określono, że ludziom z Krain Pokoju nie wolno nawet przekroczyć granicy Złotej Puszczy, a co dopiero zapuszczać się w jej głąb i tutaj cokolwiek badać. Ani wtedy, ani nigdy później. W ogóle wszystkim wrednym ludziom odmawiano tutaj wstępu, to było święte miejsce fiorów. Nie mieli prawa tutaj być, a tym bardziej nie mieli prawa niszczyć tego miejsca, co nazywali zawsze pokrętnie „badaniami”, tak jakby zabicie połowy zwierząt i roślin tego miejsca miało im przynieść jakiekolwiek odpowiedzi, bo coś tam sobie sprawdzili w tych trupach. Zawsze migali się, że to niby z chęci zdobycia większej wiedzy, żeby zapewnić sobie lepszą przyszłość, ale nikt ich nie słuchał i nikt im nie wierzył.
Ktokolwiek chciał przekroczyć granicę i trafić do Vitty, zawsze mógł przepłynąć Wiecznym Morzem albo dłuższą drogą przez Ocean Rozpaczy, ewentualnie można było się też przeprawić przez góry, ale nikt z ludzi nie miał prawa wstępu do Złotej Puszczy. Nigdy i nigdzie.
Ignea odwróciła się i po swoich własnych śladach wróciła pod mur. Nie chciało jej się już bawić w żadne tajne przejścia, więc po prostu pofatygowała się w stronę bramy, prawie nie zwracając uwagi na zdziwionych strażników, którzy na jej widok wytrzeszczyli oczy. Podejrzewała, że wygląda jeszcze gorzej niż zazwyczaj, a zwykle wyglądała fatalnie, wracając, ale miała inne sprawy na głowie. Nie zatrzymała się nawet, żeby opowiedzieć strażnikom o tym, co widziała, zamiast tego zastanawiała się, komu powinna o czymś takim powiedzieć. Z jakiegoś powodu sprawa z tymi tajemniczymi przejściami wydała jej się bardzo ważna i dlatego przekazanie tej wiadomości komukolwiek było złym pomysłem. No bo przecież tacy zwykli strażnicy wykpiliby zwyczajnie jej obawy. To by było dla nich zbyt błahe, wysłaliby tylko kilku swoich i czekali, aż ci zwyczajnie złapią dwójkę ludzi.
Odruchowo nogi poniosły ją pod dom, a ona zamrugała, przez chwilę zdezorientowana. Równie dobrze mogła o wszystkim powiedzieć tacie, on miał wysokie stanowisko i mógłby tę sprawę przedstawić Radzie, jeśli ona sama przedstawi to, jako coś niezmiernie ważnego. No tak, ale żeby on jej uwierzył, że to coś bardzo, bardzo poważnego, musiałaby się strasznie postarać, bo niewiele było rzeczy, które Aveth Alieaster uznawał za warte jego uwagi.
Potrząsnęła głową, otrząsając się z takich myśli. Ważne, że na pewno jej wysłucha, może jak naciśnie go wystarczająco mocno, też postara się jako tako przekazać komuś wieści. Liczył się przecież też czas, im szybciej powie komuś, że w puszczy są ludzie i coś knują, tym szybciej ktoś się tym zajmie. Jednak, żeby ktokolwiek coś zrobił, najpierw musiał się raczej o tym dowiedzieć.
Podniosła więc dłoń i złapała klamkę, żeby otworzyć sobie drzwi. Stanęła w wejściu, a kilkanaście osób zwróciło w jej stronę swój wzrok, zatrzymując w miejscu. Nigdy nie spodziewała się, że zastanie aż tyle osób, siedzących w salonie. Ethereal co prawda wspominał, że Thin zamierza przyjechać właśnie dzisiaj, ale jakoś zapomniał wspomnieć, że przyjedzie z nim cała jego dziesiątka braci. I na dodatek dziadkowie! Tyle spojrzeń, tyle milczących osób, zastygłych nagle w miejscu. Wyglądało na to, że właśnie nad czymś poważnie rozmawiali, a ona im przerwała, tak bezceremonialnie wkraczając do własnego domu. Teraz tylko wszyscy wpatrywali się w nią w niepokojącej ciszy.
Którą, o dziwo, postanowił niecodziennie przerwać dziadek.
— Zostawią za sobą ruiny — wyrzucił z siebie beznamiętnym jak zwykle tonem.
Całkiem niezłe powitanie w domu. Ignei przebiegł dreszcz po plecach i spojrzała na starszego mężczyznę, którego oczy błyszczały niepokojąco. Cóż, teraz przynajmniej wiedziała, że nikt nie zignoruje jej słów, skoro to właśnie tak postanowił zacząć jej wypowiedź przewidujący przyszłość dziadek.
Rozdział II

Przejścia


Rzadkością były osoby, które swoimi oczami potrafiły śledzić wydarzenia z czasów zupełnie innych niż te, w których się obecnie znajdowały. Dziadek Taheya Alieastera jak najbardziej można było do ich grona zaliczyć. Jego oczy w większości przypadków zawsze chowały się za mgłą, a on mało co mówił, zanurzony w wizjach przyszłości, wręcz tonący w nich. Nigdy nie dzielił się swoimi uczuciami, ale wszystko to dało się wyczytać z jego twarzy, bo mimo wszystko mężczyzna nie umiał zachować na niej spokoju. Jedyną osobą, która zapewne mogła go w pełni zrozumieć, była jego żona, Yavei, która posiadała podobne zdolności. Jednak ona raczej sięgała wzrokiem daleko za siebie, oglądając własnymi oczami wielkie wojny, toczone przed tysiącami lat, spiski i wydarzenia, o których wszyscy już dawno zapomnieli. Dzięki swemu wzrokowi w jakiś pokrętny sposób kiedyś się spotkali i od tej pory byli razem, niby tacy sami, ale jednak zupełnie inni. Trwali tak od dawien dawna i pewnie tylko Yavei wiedziała, jak to wszystko się zaczęło, podczas gdy inni już dawno wyparli te wspomnienia z własnych głów.
Ignea powoli usiadła w wolnym fotelu, z niepokojem wpatrując się w dziadka i nie wiedząc, co odpowiedzieć na jego słowa. Tahey spoglądał przed siebie, jakby nikogo nie widział. Raz tylko spojrzał prosto na wnuczkę, a kiedy Ignea sobie to przypomniała, wzdrygnęła się. Nienawidziła tego wspomnienia. Odnosiła wrażenie, że za każdym razem, kiedy dziadek zanurzał się w wiry przyszłości, widział o wiele więcej, niż mówił. A kiedy już dzielił się z kimś swoimi wizjami, zawsze musiały to być te złe wizje. No i na dodatek momenty, które wybierał sobie na nagłe obwieszczenie przyszłości, nigdy nie były zbyt dobre, były wręcz fatalne.
Kiedyś wyjątkowo pechowego i ponurego dnia, kiedy za oknami lał deszcz, a w domu panował niewiarygodny chłód, kiedy wszyscy pochowali się w salonie z paskudnymi nastrojami, wybrał sobie właśnie tę chwilę, by powiadomić wnuki, że posiada zdolność zaglądania w przyszłość. Ignea i Ethereal siedzieli wtedy przy kominku, oparci o siebie plecami, każde z nich czytając zupełnie inny rodzaj książki, kiedy to dziadek wybrał sobie moment. Ponurym i wyzbytym emocji głosem oznajmił wtedy, że niedługo wydarzy się coś potwornego, co wstrząśnie nimi wszystkimi i wreszcie da powód niebu, by roniło swe łzy. A tydzień później umarła ich matka. Ignea właśnie z tego powodu nie lubiła dziadka, z powodu jego głupich wizji i jego wiecznego chłodu, chociaż zdawała sobie sprawę, że to nie jego wina, iż widzi on przyszłe wydarzenia. Jednak jego zachowanie nie dawało jej okazji, żeby zmieniła swoje podejście.
— Coś się stało? — zapytał Thin, siedzący na oparciu kanapy, bo dziesięciu jego młodszych braci nie zostawiło mu ani kawałka miejsca. — Masz taką... dziwną minę.
— Ona przecież zawsze ma taką dziwną minę — prychnął Ethereal z kuchni, gdzie prawdopodobnie zżerał właśnie wszystkie zapasy z lodówki, jakie zdążyły się w niej do tej pory nazbierać. Był ogromnym żarłokiem, nawet jeśli nie było tego po nim widać.
— To zapewne dzięki temu, jakże miłemu, powitaniu — syknęła Ignea przez zęby, rzucając w stronę kuchni jadowite spojrzenie. Jej brat jęknął cicho, jakby pomimo ściany i tak poczuł je na sobie. — Ale tak, stało się coś. Poważnego, tak sądzę. No bo chodzi o to, że byłam w puszczy i tam...
— Jak cię nie ma w domu albo w szkole, to zawsze jesteś w puszczy — rzekł znowu Ethereal, stając w drzwiach i szczerząc się jak wariat. Jedną ręką oparł się o framugę, w drugiej za to trzymał talerz wypełniony kanapkami, których spokojnie starczyłoby dla całej ich wielkiej rodzinki, ale on zamierzał to wszystko wszamać sam i nie podzieliłby się raczej z nikim. — Też mi wielka nowina. Wysil się na coś lepszego, siostra.
— A może najpierw dałbyś mi dokończyć, tak z łaski swojej. — Wbiła w niego wściekły wzrok, ale on tylko wzruszył ramionami i zaczął pożerać biedną kanapkę z serem, nic sobie nie robiąc ze złości Ignei. Postarała się zignorować ostentacyjne mlaskanie brata. Odetchnęła głęboko i zaczęła od początku. — No więc byłam w puszczy, bo, jak zauważył mój wielce irytujący brat, lubię się tam szwendać. No a tam natknęłam się na jakichś podejrzanych gości. Znaczy, nie widziałam ich, ale słyszałam i jestem prawie pewna, że to byli ludzie z Krain Pokoju. Mieli taki dziwny, nieprzyjemny język...
— Znowu ludzie? — zapytał z pewnym znudzeniem tata, podnosząc wzrok znad gazety, za którą się ukrywał, bo z całą pewnością jej nie czytał. O tym, co się działo w mieście i pewnie też w połowie kraju wiedział więcej, niż niejeden urzędnik, a co dopiero dziennikarz. Lubił jednak udawać, że interesuje się prasą, kiedy tylko nie chciał brać udziału w toczących się wokół niego rozmowach. Czyli prawie zawsze. — Nie musisz się przejmować, co jakiś czas zaczynają się tutaj kręcić. Chyba uważają, że po tylu latach my już zapomnieliśmy o Przymierzu. A oni akurat żyją tak krótko, że dla nich to jest bardzo długi czas. Ale za każdym razem im przypominamy, że my mamy bardzo dobrą pamięć. Niekiedy tutaj przychodzą, ale to się w końcu skończy. Ile ich dokładnie było?
— Nie widziałam, ale raczej tylko dwóch — odpowiedziała Ignea, a ojciec pokiwał głową, na znak, że rozumie i na powrót schował się za swoją gazetą. Jednak dziewczyna nie zamierzała jeszcze kończyć tej rozmowy. — Chyba coś badali, bo zostawili po sobie takie naprawdę dziwne ślady. Ach, no i przecież słyszałam ich rozmowę. Nie do końca zrozumiałam wszystko, ale mówili chyba, że szukają jakiegoś przejścia czy...
Przerwał jej trzask, kiedy stojąca wcześniej na stoliku filiżanka upadła na podłogę i rozbiła się na tysiące malutkich kawałeczków. Tata strącił ją, próbując odłożyć gazetę, ale nie przejął się tym zbytnio. Wszystkie oczy skierowały się teraz na niego, a choć próbował zachować kamienny wyraz twarzy, nie szło mu to najlepiej. Ignea bardzo dobrze widziała, że przez tę maskę przebija się strach. Ba, może nawet przerażenie. Dlaczego miałby się bać? Czego miałby się bać?
Ignea spojrzała na niego z uniesionymi w zdziwieniu brwiami. Czyli jednak nie przeliczyła się i sprawa naprawdę była poważna, skoro aż tak zareagował na jedno słowo. Widziała, jak ojciec stara się uśmiechnąć, ale wyszedł mu przerażający grymas.
— A co dokładnie mówili o... o tych Przejściach? — zapytał, wciąż walcząc ze sobą, żeby ukryć własne emocje. Wpatrywał się przy tym w Igneę tam mocno i z napięciem, że dziewczyna wbiła się bardziej w oparcie fotela i miała ochotę się w nim zapaść.
— No, szukali ich — powiedziała niepewnie. — W każdym razie jeden narzekał, że tam, gdzie się spotkali, powinno być przejście, a go nie było.
Kiedy to usłyszał, ojciec już nie bawił się w zachowanie pozorów. Po prostu podniósł się gwałtownie ze swojego fotela, tak że ten aż przesunął się kilka centymetrów do tyłu, szurając głośno po podłodze. Naczynia stojące na stoliku podskoczyły niespokojnie, przesuwając się niepokojąco w stronę krawędzi, ale tym razem nic nie upadło ani się nie rozbiło. Nikt się jednak tym nie przejął, bo wciąż wszyscy skupieni byli na Avethu, który z jakiegoś powodu był bardzo przejęty. Nie zwrócił on na nikogo uwagi, po prostu przeszedł przez salon, wziął płaszcz z wieszaka przy wejściu i sięgnął do klamki, chcąc wyjść. Zapewne to właśnie by zrobił, ale Ethereal go zatrzymał.
— Co się stało, tato? — zapytał, nadal zajadając się kanapką i wpychając sobie do buzi kolejną, a mimo to nadal potrafił się normalnie wysławiać. Ignea nie miała bladego pojęcia, jakim cudem mu to wychodziło.
— Nic, czym powinieneś się przejmować — odpowiedział wymijająco ojciec, bardzo wyraźnie nie chcąc wdawać się w szczegóły. Jednak Ethereal nie zamierzał odpuścić, o nie. Jeśli już coś go zaciekawiło, to musiał się dowiedzieć jak najwięcej.
— Powinienem się wszystkim przejmować, jeśli rzeczywiście zamierzam iść do wyższej szkoły wojskowej. I to już za niecały rok — stwierdził wesoło, podskakując do drzwi i blokując drogę do drzwi. Zarobił za to ostre spojrzenie od ojca, ale pokazał tylko zęby w uśmiechu i dalej stał w tym samym miejscu. — Ja nie odpuszczam, tato. Myślałem, że już o tym wiesz.
— Jesteś zbyt wścibski — stwierdził z pewnym żalem ojciec, kręcąc przy tym z niedowierzaniem głową. — To na pewno ja cię wychowałem? — Spojrzał na syna, ale ten nadal się szczerzył, nie dając się zbić z tropu. Ojciec westchnął. — No dobrze, powiem. Tylko usiądź wreszcie i przestań mlaskać. To denerwujące.
Ethereal przestał się uśmiechać, ale posłusznie odblokował przejście i usiadł w fotelu, dumnie unosząc głowę, jakby chciał komuś coś udowodnić. Przez chwilę się powstrzymywał, ale w końcu wrócił do zjadania swoich kanapek, choć teraz robił to wiele ciszej niż wcześniej. Ojciec wciąż stał przy drzwiach, ubrany w płaszcz, który chyba należał do wujka, nie do niego, ale nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Na razie nie wychodził.
— To sprawy ściśle tajne, więc wszystkiego wam nie powiem — oznajmił spokojnie, rozglądając się po twarzach wszystkich obecnych, a jego wzrok zatrzymał się dopiero na grupce diablików, siedzących na kanapie i zbitych ze sobą, jakby tworzyli jedno ciało, a nie dziesięć różnych. — Ale bez was, wy jesteście na to za młodzi. Nawet na te mniej tajne rzeczy, wszystko byście wszędzie rozpaplali. Zmykać mi stąd, ale już.
Żaden go nie posłuchał, tylko wszyscy wgapiali się w niego, jakby zupełnie nie usłyszeli słów, tylko czekali na to, co powie. Jak to zresztą diabliki. Ignea i Ethereal wymienili spojrzenia, porozumiewając się ze sobą bezgłośnie. Oboje chcieli wiedzieć, co ma do powiedzenia ich ojciec, a jeśli kuzyni tutaj zostaną, tak się nie stanie. Zerwali się więc na równe nogi, niemal w tym samym momencie i z trudem przegonili stadko diablików, którzy niechętnie, ale w końcu wstali ze swoich miejsc i, gderając głośno, poszli na górę. Ignea pomyślała, że później pewnie zastanie zdemolowany pokój, ale jakoś o to nie dbała. I bez gromady małych, psotnych demonów miała tam dość duży bałagan.
Thin nadal siedział na oparciu kanapy i nie ruszył się stamtąd ani o milimetr. Jego nie dało się wygonić aż tak łatwo, jak reszty jego braci, bo choć oni byli ciekawscy, on przebijał w tej dziedzinie ich wszystkich. Zresztą jego sprawa raczej nie dotyczyła, bo najstarszy z rodzeństwa miał dość rozsądku i wystarczająco dobrze umiał pilnować swojego języka, żeby nikomu nie wygadać się z ważnych rzeczy. Tajemnic też dochowywał.
— Tylko żebyśmy się dobrze zrozumieli: macie nikomu nie mówić o tym, że w ogóle wam coś takiego powiedziałem — rzucił poważnym tonem ojciec, nadal stojąc, z ręką położoną na klamce. W każdej chwili gotowy po prostu wyjść i zniknąć.
Trójka nastolatków zgodnie pokiwała głowami. Dziadkowie, nadal przebywający w salonie, nie dali znać o swojej obecności, ale po ich znudzonych minach można było poznać, że wiedzą, o co chodzi i nie muszą wysłuchiwać w tej sprawie żadnych wyjaśnień. Wujek podniósł się z miejsca i razem ze swoją żoną zniknęli w kuchni, widocznie im również nie chciało się tego wysłuchiwać.
— Dobrze, najprościej jak się da, bo naprawdę muszę się spieszyć — powiedział po chwili ciszy ojciec. To musiało być coś bardzo ważnego, skoro pomimo w końcu otrzymanego tygodniowego urlopu, o który ojciec upraszał się od dawna, już pierwszego dnia chce nagle wracać do pracy. — Przejścia... Przejścia to inaczej źródła potężnej mocy, nie do końca określonego pochodzenia. Energii mają w sobie tyle, że gdyby ktoś się postarał, mógłby rozwalić tym cały świat, cały nasz układ słoneczny, jeśli nie cały wszechświat. To dosłownie szczeliny w powłoce rzeczywistości, prowadzące do innych wymiarów, a gdyby wymiary się połączyły... byłby koniec. Dlatego też niepokojące jest to, że jacyś ludzie ich szukają. A teraz was przepraszam, ale naprawdę muszę jak najszybciej zanieść tę wiadomość. Może zobaczymy się na kolacji, więc do zobaczenia.
I wyszedł w pośpiechu, trzaskając za sobą drzwiami. Ignea i Ethereal znów wymienili spojrzenia. Oboje doskonale wiedzieli, że nie zobaczą się z tatą na kolacji, bo ten jak zwykle zasiedzi się w swojej pracy i będzie tam siedział całą noc, żeby przyjść dopiero nad ranem, kiedy wszyscy już będą spać. Tak było zawsze i już się do tego przyzwyczaili, ale mieli jakąś nikłą nadzieję, że może w czasie urlopu pobędą z nim choć chwilę dłużej. Najwyraźniej jednak się mocno pomylili.
Przez chwilę tylko mierzyli się spojrzeniami wątpliwego nastoju, aż w końcu wesołym głosem przerwał im Kayl, który wraz ze swoimi dziewięcioma braćmi zdążył już powrócić do salonu. Wyglądali na bardzo z siebie zadowolonych i Ignea zadała sobie w myślach pytanie, czy aby na pewno jej pokój jeszcze stoi.
— No to, co będzie na obiad?
— Myślę, nad zrobieniem pieczonych diablików w sosie z krwi — syknęła w jego stronę Ignea, gromiąc kuzyna wzrokiem i wciskając go nim w podłogę. Ethereal prychnął cicho, słysząc jej ton.
— To całkiem dobry pomysł, wiesz? Chyba trochę ostry, ale w gruncie rzeczy dobry. Nastawię piekarnik — zaoferował się ochoczo, ruszając dziarskim krokiem w stronę kuchni i przy okazji zjadając ostatnią z góry swoich kanapek.
Wtedy Kaylowi zrzedła mina i zaczął się powoli wycofywać, wyraźnie widząc, że rodzeństwo sobie nie żartuje. A może raczej wiedząc, że żadne z nich nie umie i właściwie nie jest w stanie kłamać. Reszta jego braci też nagle zaczęła się usuwać, wymykając się z domu. Tylko Thin pozostał, patrząc za nimi z rozbawieniem i zaoferował swoją pomoc w przygotowaniu posiłku. Ciotka i wujek uznali, że udadzą się na odpoczynek, bo wcale nie są już tak młodzi, jak mogłoby się wydawać i w związku z tym potrzebują więcej spokoju niż „dzieciarnia”. Ignea przez chwilę zastanawiała się, jak bardzo są więc starzy, ale uznała, że niegrzecznie byłoby o coś takiego zapytać. Nawet jeśli przez dłuższą chwilę ta myśl tańczyła na końcu jej języka, to w końcu postanowiła ją zostawić w sferze domysłów. Dziadkowie pozostali na swoich miejscach w salonie, siedząc w ciszy i bezruchu, jakby wcale ich tam nie było. Ich miny zdradzały zresztą, że myślami są rzeczywiście zupełnie gdzie indziej i zapewne rozmyślali o swojej przeszłości albo też przyszłości, jak to robią często starsze osoby.
Oczywiście Ignea nie zamierzała wcale robić na obiad diablików w sosie z krwi, bo byłoby to bardzo tragiczne danie, jeszcze gorsze niż jego nazwa. Zwłaszcza gdyby miało powstać z jej kuzynów. Ale kiedy tylko słuchała albo oglądała ich w akcji, rozmyślała nad tym, by w końcu się ich pozbyć. To, że pomimo swoich okropnych myśli, nie posunęłaby się do czegoś takiego, było już zupełnie inną sprawą, ale przecież nikt nie musiał o tym wiedzieć. Uśmiechnęła się złośliwie do samej siebie i zaczęła przeszukiwać szafki kuchenne w poszukiwaniu czegoś, co dałoby się ugotować i byłoby przy tym zjadliwe.

~~*~~


Vol przedzierał się przez dzicz, dysząc ciężko, ale nie zamierzał się zatrzymywać. Doskonale wiedział, że nie powinien był tutaj przychodzić, ale teraz było już zdecydowanie zbyt późno na takie myśli. Stało się, zrobił to, jak ostatni głupiec dał się w to wplątać i teraz musiał pilnować się, żeby czasem nie dać się złapać. Wiedzieli o nim, wiedzieli, że węszył i wywęszył przy tym odrobinę zbyt wiele, więc chcieli się go pozbyć raz i na zawsze. Jedynym sposobem była ucieczka. Tylko dokąd i jak długo mógł uciekać? Przecież nie mógł robić tego przez wieczność. Teoretycznie odcięty był z dwóch stron przez wrogów, których stworzył sobie z własnej głupoty. Z jednej strony fiorzy, którzy niezbyt lubili ludzi, ale jednak ich tolerowali. To znaczy do czasu, aż ci nie naruszali granic ich ukochanej i najświętszej ze świętych Złotej Puszczy, co oczywiście Vol już zdążył zrobić, nie do końca przypadkowo. Z drugiej zaś strony byli Władcy Krain Pokoju, którzy całkiem niedawno zawłaszczyli sobie władzę i nikt nie był na tyle silny, żeby rzucić im wyzwanie. Ba, prawie nikt nie wiedział nawet, kim w ogóle są. Pięciu nieznanych uzurpatorów, tylko nikt nie był na tyle odważny albo głupi, żeby wypowiedzieć coś takiego na głos. Oni by nic do Vola nie mieli, ba, pewnie nawet nie zdawaliby sobie sprawy z jego istnienia. Gdyby tylko nie postanowił wejść w drogę ich planom i śledzić ich ludzi. Z początku nie zdawał sobie sprawy, że właśnie to robi, ale spotkał się z tymi podejrzanymi osobami i krótka, niezbyt miła rozmowa, nie pozostawiła po sobie żadnych złudzeń. Stał się wrogiem numer jeden władz i nawet jeśli było to jakieś osiągnięcie z jego strony, nie cieszył się z niego za bardzo.
Słyszał za sobą ciche kroki i wiedział, że jest ścigany, a to bynajmniej nie zwierzęta tak za nim gonią. Chyba bardziej by go to cieszyło, gdyby to były zwierzęta. Przyspieszył, pochylając się, by przypadkiem nie zawadzić głową o zwisające nisko gałęzie drzew, które zasadzały się na niego, kiedy tylko przestawał być wystarczająco uważny. Przycisnął mocno torbę do piersi, uważając, by nic z niej nie wypadło. Na wszystkich bogów, gdyby tylko ktoś zobaczył te wszystkie skradzione z biura papiery, byłoby już po nim! Zastanawiał się też czasem, co też strzeliło mu do głowy, żeby zdradzić i zaprzepaścić wszystkie swoje szanse na dobrą karierę. Ale choć wcześniej doskonale wiedział, co nim powodowało, tak teraz nie za bardzo to pamiętał. Ale odwrotu już nie było, nie mógł zwyczajnie wrócić do kraju i przeprosić za to, iż perfidnie zaplanował zdradę, żeby wydać własną ojczyznę w ręce wrogów. Nawet jeśli ta zdrada była na razie czysto teoretyczna. Przecież nikt by mu już nie uwierzył, gdyby zrobił coś takiego. Sam by sobie nie wierzył.
Zatrzymał się gwałtownie, gdy wypadł spomiędzy zarośli, a na jego drodze pojawiła się niespodziewanie rzeka. Nie słyszał wcześniej jej szumu, być może dlatego, że zbyt ciężko dyszał, a jego uszy wypełniało głównie bicie jego serca. Albo tez dlatego, że zbyt skupił się na nasłuchiwaniu goniących go kroków i z tego też powodu nie był w stanie wychwycić żadnych innych odgłosów. Rozejrzał się rozpaczliwie w poszukiwaniu jakiegoś mostu czy czegoś w tym rodzaju. Nawet zwisające nad wodą gałęzie drzewa mogłyby być przydatne, ale wszystko wokół zakpiło sobie z niego i nie było niczego, co pomogłoby mu przedostać się na drugą stronę. Tylko woda, szumiąca wesoło i groźnie zarazem. Jęknął cicho.
Goniący za nim pościg był na szczęście lekko w tyle, jednak nie było to ważne, skoro nie miał gdzie uciec. Znów przebiegł wzrokiem po otoczeniu i skręcił w lewo, by pobiec wzdłuż strumyka, jakby to miało jakoś pomóc. Cicho zaczął się modlić do wszystkich znanych mu bogów ze wszystkich znanych mu wierzeń, w których dotąd nie za bardzo wierzył. Kto wie, może wśród nich znajdzie się jakiś miłosierny, który nie odmówi mu pomocy, pomimo jego wcześniejszej impertynencji wobec wszystkich sił wyższych.
Wtem na jego drodze wyrósł biały tygrys, który pojawił się tam jakby znikąd, choć powinno go przecież widać wcześniej, gdy przemykał między drzewami. Chyba żaden z bogów nie był w nastroju do wysłuchiwania próśb od jakiegoś natrętnego, przypadkowego ateisty. Chłopak znów się zatrzymał, stając tak nieruchomo, jak tylko był w stanie, a zwierzę przeszyło go spojrzeniem. Jego oczy w ogóle nie wyglądały na oczy bezrozumnego zwierzęcia, wyglądały jak oczy istoty, która żyje już setki lat i przewyższa mądrością niejednego mędrca. Vol przełknął ślinę, przypominając sobie wszystkie dawne opowieści i legendy, jakie lubiła mu opowiadać jego mama na temat tego miejsca. Wszystkie one za każdym razem mówiły, że Złota Puszcza jest miejscem potężnie przesyconym magią i dlatego też jest dla fiorów taka święta. Że tutaj wszystko żyje sobie w harmonii i pokoju, ale jeśli coś lub ktoś ośmieli się ową harmonię naruszyć, znika na zawsze. Co zapewne równało się śmierci, choć nikt nigdy tego nie powiedział wprost.
Tygrys rozwarł paszczę, ukazując rząd niebezpiecznych i ostrych kłów, ale nie wyglądał na takiego, któremu nagle zachciało się polować. Co jednak nie znaczyło, że nie mógł nagle się na kogoś rzucić. Vol nie spuszczał więc z niego czujnego spojrzenia, gotów w każdej chwili rzucić się do ucieczki, nawet jeśli zdawał sobie sprawę, że jest wolniejszy od tak ogromnego kota. Znacznie wolniejszy, nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Swego czasu brał co prawda udział w kilku maratonach, potem biegał z jednego końca miasta na drugi jako rzekomy kurier, ale nawet najszybszy człowiek świata raczej nie mógł mieć szans z tygrysem. Nie w tak dzikiej puszczy.
Zwierzak nadal mierzył go spojrzeniem, praktycznie nie okazując żadnych większych emocji. A potem ryknął tak głośno, aż Volowi włosy na głowie stanęły dęba, czego nie robiły już dawno. Chłopak rzucił się w bok, gotów w każdej chwili na atak, ale ten nie nastąpił. Vol spojrzał w stronę zwierzaka i zdał sobie sprawę, że to nie w jego stronę wpatruje się tygrys. Zamiast tego skupił spojrzenie na dwóch mężczyznach, stojących mu na drodze i taszczących ze sobą dziwne maszyny, służące do różnych pomiarów i takich tam rzeczy, których większości Vol nie rozumiał. Cóż... Mieli iście interesujące miny, gdy na ich drodze stanął tygrys. Nie do końca zabarwione paniką, trochę w tym było też zdziwienia i chyba trochę złości, ale jednak przeważał strach. Vol powstrzymał się od parsknięcia śmiechem, doskonale wiedząc, że mógłby tym zwrócić na siebie uwagę. Ukryty w cieniu, czekał na to, co się wydarzy.
Jednak dwójka mężczyzn najwyraźniej nie zamierzała czekać na to samo i zaczęli się powoli wycofywać, nie spuszczając ani na chwilę wzroku z zagrożenia. Z początku wolno, jednak potem coraz szybciej, aż w końcu się odwrócili i pognali przed siebie, wzniecając chmurę liści i trawy. Tygrys warknął cicho, ale brzmiało to bardziej jak śmiech, niż jak ryk, co nieco zdumiało Vola. Biały tygrys z poczuciem humoru?
Chłopak też zaczął się oddalać, cicho i bezszelestnie, taką miał w każdym razie nadzieję. Tygrys ziewnął przeciągle i ułożył się wygodnie na trawie, przewracając się na plecy i nie zawracając sobie już głowy otoczeniem. Mimo to jego uszy stały, czujne i Vol był pewien, że zwierzak nasłuchuje wszystkiego wokół. Tak więc, najciszej jak umiał, umknął z powrotem w las, z ulgą, że choć na chwilę udało mu się pozbyć prześladowców. Nawet jeśli przydarzyło się to w tak dziwnych okolicznościach, jakich nigdy by nie wybrał, gdyby mógł. Znalazł odpowiednie drzewo i wdrapał się na nie, by umościć się pośród gałęzi i wreszcie odpocząć, po tylu dniach ciągłej harówki i uciekania. Nawet twarde drewno wydało mu się nagle mięciutkie jak puchowa kołdra. Pośród liści pojawiło się kilka ciekawskich spojrzeń, wbitych prosto w niego, ale on nie zwracał już na to uwagi, zajęty snem. Chrapał.
Obudził się gwałtownie i spojrzał w niebo, rozgarniając liście. Dwa księżyce powoli wspinały się po niebie, trzeci dopiero wyłaniał się zza horyzontu. Zaklął cicho pod nosem, a potem sam sobie zatkał usta dłonią i dla odmiany skierował wzrok w dół, żeby upewnić się, że jest całkowicie sam. Biały tygrys co prawda wystraszył naukowców, ale nie znaczyło to wcale, że odpuścili sobie pościg. Pozostawali też zawsze fiorzy, do których ta puszcza należała i po której mogli sobie wędrować do woli. Gdyby któryś z nich go przyłapał, miałby równie wiele problemów, co z naukowcami.
Stado wilków przemknęło między drzewami. Jeden z nich zatrzymał się na chwilę i powęszył w powietrzu, nie został jednak na dłużej i chwilę później wrócił do swej watahy. Vol nie zauważył niczego podejrzanego, więc zszedł na ziemię i wrócił do swojej wędrówki. Może, jeśli będzie wystarczająco długo iść w jednym kierunku, w końcu uda mu się wyjść ze Złotej Puszczy i nikt więcej się nie dowie, że tutaj przebywał. Mając nadzieję, że nie wybiera się z powrotem do Krain Pokoju, ruszył cicho przed siebie, wyjmując przy okazji z torby bułkę i zjadając ją. Nie zostało mu wiele zapasów, jeśli szybko czegoś nie wymyśli, może umrzeć z głodu. Nie był najlepszy w polowaniu, czasem już na sam widok krwi robiło mu się niedobrze, a gdyby miał zjeść jakieś owoce z krzaka, mogłoby się to skończyć śmiercią w męczarniach. Bo chociaż szkolony w rozpoznawaniu trucizn, nie umiał powiedzieć, które rośliny są trujące, dopóki nie było już za późno. Kiedyś spróbował i gdyby nie kolega z odtrutką, Vol już dawno leżałby wśród trupów na cmentarzu, na dodatek z imieniem i nazwiskiem na nagrobku jakże innym od jego prawdziwego.
Skradał się cicho między drzewami, całkowicie pewny, że nikt go nie widzi. A w każdym razie mając taką nadzieję. Tym razem nie modlił się do bogów, bo chociaż jednak mu to jakoś pomogło, nie miał ochoty dostać zawału serca. Wszystko wskazywało na to, że ciągnący jego śladem naukowcy zniknęli i chyba bali się wyściubić nosy ze swojej kryjówki. Czy to z obawy przed dzikimi, groźnymi zwierzętami, czy też mieli ciekawsze rzeczy do roboty — Vola chwilowo to nie obchodziło. Miał chwilowo spokój i to się liczyło. Sam nie był aż tak bardzo strachliwy i przygotowany niejako na nowe niebezpieczeństwa, ale jakiekolwiek drapieżniki mogłyby grasować nocą, chyba starały się go omijać.
Ku swojemu ogromnemu zdumieniu, w pewnej chwili natrafił na wzniesione z kamienia mury, ponad którymi widział sięgające nieba gałęzie drzew. Logika podpowiadała mu, że otoczenie części lasu murami nie miało żadnego sensu. Po co ktoś miałby coś takiego robić? Żeby stworzyć rezerwat, odizolować jakiś kawałek tego miejsca, bo panowała tam zaraza czy coś w tym rodzaju? Szybko sobie jednak przypomniał wszystkie stare opowieści, które mówiły, jakoby fiorzy mieszkali w drzewach. Zawsze wydawało mu się, że to było „na”, ale pamiętał doskonale, że jego mama zawsze mówiła „w”. Wewnątrz drzew. Wyglądało więc na to, że właśnie trafił pod mury jakiegoś miasta, w którym to drzewa robiły za domy. Co jak co, ale fiorzy wyobraźnię musieli mieć wielką, żeby mieszkać wewnątrz takich roślin. I małe wymagania.
Rozejrzał się niepewnie dookoła. Wspięcie się na mury graniczyłoby z głupotą, poza tym gdzieś w pobliżu mogli się czaić strażnicy. Przy takich budowlach często były straże i nauczył się już dawno, że wchodzenie im w drogę może być nie tyle niebezpieczne, ile po prostu sprawiłoby naprawdę wiele problemów. Wiedział też, że pokazanie się na oczy jakiemukolwiek fiorowi, a co dopiero większej ich grupie, jest najgorszym pomysłem, jaki mógł mu wpaść do głowy. Nie wyglądał na jednego z nich, za to bardzo wyraźnie wyglądał na człowieka.
Ostrożnie ruszył wzdłuż muru, cały czas nasłuchując i starając się być cicho, choć dobrze wiedział, że fiorzy mają zarówno lepszy wzrok, jak i słuch oraz pewnie też węch niż jakiś byle człowiek, jakim był on sam. To wydawało się niesprawiedliwe. Że jakaś rasa dostała wytężone zmysły, przy których jego własne wydawały się beznadziejne. Głupia, stronnicza natura.
Nagle zatrzymał się, widząc wysoką wieżę, wzniesioną dokładnie z tego samego białego kamienia, wzbijającą się ponad czubki drzew, jakby zamierzała dachem sięgnąć nieba. Jakim cudem nie zauważył jej wcześniej? Przecież była ogromna i wyraźnie odcinała się swoją barwą od zielono-brązowego otoczenia, jakim była puszcza. Odwrócił na chwilę wzrok i spróbował przyjrzeć się jej kątem oka, ale nie mógł, bo już jej tam nie było. Nie widział jej. Znów skoncentrował na niej wzrok i po raz kolejny była. No tak, wszechobecna magia dawała o sobie znać.
Wieża wyglądała na opuszczoną, ale mimo tego nie zamierzał ryzykować. W końcu zaklęcie ukrycia nie wzięło się znikąd i gdyby nie przypadek, prawdopodobnie Vol nigdy by tego budynku nie tylko nie zauważył, ale przeszedłby tuż obok niego i nie poczułby niczego dziwnego. Stał przez chwilę w bezruchu, mrużąc oczy i obserwując, ale nic się nie działo. Powoli więc ruszył w stronę wieży. Na koniec jednak i tak się poddał, gdy zdawało mu się, że coś poruszyło się na granicy jego wzroku. Pokonał ostatnie kilka metrów biegiem, żeby przylgnąć plecami do ściany, dysząc przy tym ciężko, nie tyle ze zmęczenia, ile z czystego strachu.
Przesunął się w stronę drzwi i niezdarnie sięgnął do klamki. Szarpnął, ale na nic to się nie zdało, więc przysunął się bliżej i dla odmiany spróbował pchnąć drzwi, napierając na nie ramieniem. Nic. Musiały być zamknięte na klucz. Mało tego, u ich podstawy wiły się jakieś podejrzane pnącza, też nieźle utrudniające wejście. Przez nie otworzenie nie było możliwe i Vol coraz bardziej podejrzewał, że ta wieża jednak jest niezamieszkana.
Cofnął się trochę i spoglądał coraz wyżej w górę, aż w końcu, mniej więcej w połowie wysokości wieży dostrzegł niewielkie okienko. Następne znajdowało się już niemal pod samym dachem i wydawało się o wiele większe. Miał nadzieję, że jednak wciśnie się przez to mniejsze, bo nie uśmiechało mu się wspinać aż tak wysoko. Sprawdził kamienie i z satysfakcją stwierdził, że są osadzone tak niedokładnie, iż łatwo będzie znaleźć podpory w czasie wspinaczki.
Tak więc zaczął się wspinać, a chociaż nie lubił akurat tej czynności, nie mógł powiedzieć, że nie umie tego robić. Przypominało to trochę wchodzenie po drzewach, ale tylko trochę. Tu nie było gałęzi, na które mógłby spaść i które upadek by złagodziły, a im wyżej wchodził, tym bardziej czuł wiatr bijący w jego plecy i próbujący oderwać go od ściany. Powoli też, bo powoli, ale zaczynało kropić, a krople lecące z nieba, z początku malutkie, zaczęły się robić coraz większe i większe. Na szczęście okienko było bliżej, niż się wcześniej Volowi zdawało i po chwili wcisnął się przez nie do środka, chociaż zrobił to z pewnym trudem, bo było wyjątkowo małe. Pierwszy raz cieszył się z faktu, że był najdrobniejszym pracownikiem. Kiedyś go to tylko irytowało, ale nie można było powiedzieć, że brak temu plusów.
Spodziewał się, że trafi do jakiejś małej i zniszczonej komnaty, obowiązkowo zakurzonej, bo tak przecież zawsze w filmach i opowieściach przedstawiały się opuszczone miejsca. Zamiast tego jednak trafił między półki pełne książek, bynajmniej nie pokrytych kurzem. Wyglądały na stare, ale nie na nieużywane. W powietrzu unosił się dziwny zapach, który Vol już skądś znał i musiał chwilę poszperać w pamięci, żeby przypomnieć sobie, skąd właściwie go pamięta. Taka sama woń wypełniała kiedyś świątynię w jego mieście. Zawsze myślał, że to od kadzidełek, ale przecież tutaj nie było żadnych, a nikt rozsądny takich w bibliotece raczej nie zapalał.
Podszedł do jednej z półek i z zaciekawieniem przejrzał tytuły. Niektóre były spisane w jakimś języku, którego nie znał, ale większa część zawierała vittańskie litery. Cieszył się, że nauczył się choć trochę tego języka, bo wątpił, by w tym kraju znalazł cokolwiek spisanego w mowie wspólnej Krain Pokoju. Nie umiał za dobrze pisać tych koślawych i pozawijanych liter, ale umiał je czytać. Przeszedł go dreszcz, gdy po zobaczeniu któregoś z kolei tytułu uświadomił sobie, że wszystkie te księgi muszą traktować o magii. Wziął jedną z nich, grubą, oprawioną w skórę i ozdobioną srebrem. Miał oko do ważnych rzecz. Spojrzał na tytuł, ale litery już wyblakły i nie dało się ich odczytać. Domyślając się, że może w środku znajdzie odpowiedź na pytanie, otworzył księgę i zaczął ją kartkować, raczej przyglądając się naszkicowanym w niej rysunkom, niż czytając. Dlaczego zawsze księgi magiczne miały tyle rysunków? Nagle natrafił na coś ciekawego, więc zatrzymał się i uśmiechnął.
— Zaklęcie znikania? — powiedział sam do siebie, drapiąc się po brodzie w zamyśleniu i rozejrzał się na boki, jakby spodziewał się zobaczyć kogoś, kto mógłby mu udzielić podpowiedzi albo doradzić, ale nikogo tam poza nim nie było. Mruknął. — Hmm... niby zawsze się chciałem tego nauczyć. Ale w końcu magia to nie zabawka. Tylko co z tego i tak powinienem zacząć się czegoś przydatnego uczyć, bo przecież sam w tym miejscu nie przetrwam. Magii nie powinno się uczyć samemu! Ale znam też już podstawy, więc jeśli...
Pewnie ciągnąłby ze sobą dłużej tę fascynującą rozmowę, ale usłyszał cichy zgrzyt drzwi i odruchowo nastawił uważniej uszu. Musiał się pomylić, twierdząc, że wieża jest opuszczona. Właściwie stwierdził to już wtedy, gdy dostał się do tej komnaty, zapewne biblioteki właściciela. Który właśnie musiał wrócić. Vol usłyszał kroki na schodach bardzo wyraźnie.
Rozejrzał się rozpaczliwie dookoła, ale choć schowałby się za jakąkolwiek półką, nie pozostawiało wątpliwości, że to mały pokoik i prędzej czy później gospodarz i tak by go znalazł. Odetchnął głęboko, starając się spowolnić tym bijące mocno serce. „Uspokój się”, upomniał w myślach sam siebie. „To pewnie jest fior jak większość w tym przeklętym kraju. To na pewno jest fior, bo to Złota Puszcza. Może cię usłyszeć!”.
Znów się rozejrzał, a jego wzrok padł na książkę, którą wciąż trzymał. Znikanie! Przecież o tym właśnie myślał wcześniej. Spojrzał na formułkę, która wcale nie wydawała się taka trudna. Na dole były dopisane jakieś uwagi, ale nie miał czasu, żeby je czytać. Szybko wymamrotał pod nosem zaklęcie, uważając, by nie pomylić ani jednego słowa, ani jednej litery. Zamknął oczy i przesunął się pod okno. Jakby co zawsze mógł przez nie wyskoczyć, chociaż taka wysokość by go zabiła albo przynajmniej nieźle połamała. Ale nie był zbyt cierpliwy i po chwili znów otworzył oczy, by spojrzeć przed siebie. Wstrzymał oddech, widząc, że niedaleko niego stoi starszawy mężczyzna w szacie i przeszukuje półki. Zdziwiło go jednak coś innego. Przez okno nadal wpadało światło, powoli już znikające za chmurami i ścianą deszczu, ale mimo tego przed nim na podłodze nie malował się cień. Spojrzał w dół, na swoje ręce. Nie, nie spojrzał na nie, bo ich tam nie było, tak samo, jak księgi, choć nadal czuł, że ją ściska w palcach.
Udało się. Naprawdę mu się udało i stał się niewidzialny. Może nawet niewykrywalny, ale wolał tego nie sprawdzać w takiej sytuacji i powstrzymał śmiech. Stojący przed nim mag nie był w tak radosnym nastroju. Warknął coś ze złością pod nosem i wyszedł, powiewając za sobą szatą i trzaskając drzwiami tak mocno, że te prawie wyleciały z zawiasów. Vol usiadł na podłodze, pozwalając sobie na chichot, dopiero kiedy wściekłe tupanie ustało.
Niewidzialny. Puścił książkę jedną ręką i uniósł ją do oczu, żeby po raz kolejny upewnić się, że jej nie widać. Nie było. Dotknął nią nosa i zrobił zeza, ale wciąż widział tylko pokój, chociaż teraz nieco się rozmazał. Zadowolony z siebie oparł się o ścianę i zaczął zastanawiać się, co powinien zrobić dalej.

~~*~~


Jak słusznie Ignea się domyślała, ojciec nie pojawił się na obiedzie, który zjedli w trójkę z kuzynem i bratem. Na kolację również nie wrócił i siedzieli ponuro przy stole, podczas kiedy deszcz uderzał o szyby, a wiatr bawił się ze spadającymi kroplami w berka. Ignea sama nie była głodna i większość wieczoru wolała się przyglądać kuzynowi, bo wyglądał niezbyt normalnie wśród tłumu bladych fiorów, choć sam był blady.
A właściwie całkowicie biały. Jego osoba, wskutek genów rasy, którą nazywano diablikami, cała była w jednym kolorze. W tym przypadku akurat był to kolor biały, czego winą była druga strona jego rodziny. Jakby chcąc podkreślić swą niesamowitą odmienność, Thin ubierał tylko ubrania w różnych odcieniach jasnej szarości, przez co trudno było na niego nie zwrócić uwagi w kolorowym pomieszczeniu. Jedyne co w nim miało kolor, to oczy, błyszczące brązem, które dostał w loterii genowej od swojego ojca. Jego śnieżne włosy skrzyły się w świetle, a spomiędzy nich wyrastały dwa niewielkie, skręcane różki, które w przyszłości powinny się stać naprawdę wielkimi i groźnymi rogami diablimi. Za chłopakiem zaś, po podłodze ciągnął się długi i cienki diabelski ogonek, zakończony strzałką. Jak wszyscy jego bracia miał też kły zamiast zębów, ale, w przeciwieństwie do nic, nie prezentował ich zbyt często. Choć wyglądem zdecydowanie bardziej wdał się w matkę, tak charakter raczej odziedziczył po ojcu i nie był tak skłonny do żartów i śmiechów jak typowe diabliki. Był bardziej opanowany, choć opanowanym trudno było go nazwać.
Ethereal i Thin wyglądali trochę dziwnie, siedząc ramię w ramię. Jej brat, wysoki i surowo przystojny, z bladą skórą, ubrany w czerń, a obok niego średniego wzrostu z łobuzerską urodą Thin, cały w bielach i szarościach. Mimo to przepychali się głupkowato łokciami i wydurniali, zachowując się jak dzieci.
— Gdzie ta twoja wesoła gromadka, co się zawsze za tobą ciągnie i hałasuje? — zapytała Ignea, nabijając na widelec liść roślinki, stojącej na środku stołu. Wzruszyła ramionami i zjadła go. Thin wyszczerzył zęby w uśmiechu, pokazując jej swoje kły. Kiedy tylko zorientował się, że kuzynce to nie przeszkadza, robił to coraz częściej.
— Wystraszyłaś ich tak, że pewnie pochowali się pod łóżka — odpowiedział radośnie, wpychając truskawkę do ust. — Widać niezbyt podziwiają twój gust kulinarny. A może powinienem powiedzieć „kunszt”?
— Ty też go nie podziwiasz, zjadasz tylko owoce z wazy — stwierdziła Ignea, krzywiąc się w udawanym zniesmaczeniu, bo rzeczywiście zupa, którą zrobiła, pozostała przez kuzyna nietknięta.
Thin jednak nie dostrzegł, że dziewczyna tylko się nabijała i postarał się zrobić dobrą minę do złej gry, biorąc do ręki łyżkę i kosztując zupy. Ethereal nachylił się, przyglądając się jego twarzy z zaciekawieniem, gdy kuzyn starał się ukryć, jak bardzo nie smakuje mu owo danie.
— Czyż nie jest wspaniała? — zapytał Ethereal z zupełnie poważną miną, patrząc, jak Thin nabiera powoli kolorów na twarzy. A mianowicie koloru zielonego. Kuzyn pokiwał z trudem głową, przełykając ciężko.
— Przepyszna — wymamrotał przez niemal zaciśnięte usta.
Ignea i Ethereal jeszcze przez dłuższą chwilę patrzyli na niego w milczeniu, po czym wymienili się spojrzeniami i w końcu nie wytrzymali. Wybuchnęli tak głośnym śmiechem, że aż stół zadrżał. Thin spoglądał na jego to na drugie, a potem zorientował się, że ich talerze nadal są pełne zupy, której żadne z nich nie zamierzało próbować, bo była po prostu ohydna. Oboje zdawali sobie sprawę, że Ignea była prawdopodobnie najgorszym kucharzem w dziejach. Kuzyn chciał się uśmiechnąć, ale jego żołądek zwyciężył w tej walce i tylko się skrzywił, po czym zerwał się z krzesła, żeby zacząć okupować łazienkę, co wprawiło tylko dwójkę rodzeństwa w jeszcze większe rozbawienie.
Gdy ucichli, oboje zorientowali się, że ktoś wali w drzwi i bynajmniej nie są to silne podmuchy wiatru czy stukot deszczu, jak dotychczas. Ethereal podniósł się ze swojego miejsca i otworzył, wpuszczając do środka wichurę i zimne powiewy. Ignea otuliła się szczelniej płaszczem, który zawsze nosiła, bo choć lubiła zimno, nie mogła z nim przesadzać. Podniosła głowę i sprawdziła, któż to zechciał ich odwiedzić o tak późnej porze.
Uniosła brwi w niemym zdumieniu i może też częściowej niechęci, gdy zobaczyła na progu staruszka w fioletowej szacie maga, ciągnącej się po ziemi, z szerokimi rękawami i przewiązaną w pasie szarfą. Zaś na głowie miał szpiczasty kapelusz z równie szerokim rondem co rękawami, spod którego wyłaniały się rudawe włosy. Uśmiech miał wesoły, ale trochę smutny. Ignea wiedziała kto to, widywała już tego staruszka. Władca Pogody. Czego Władca Pogody mógłby szukać w ich domu?
Ethereal przez chwilę stał, również zamurowany zdumieniem, po czym szybko się otrząsnął i zaprosił mężczyznę do środka, nie chcąc być niegrzecznym. Władca Pogody skinął mu w podziękowaniu głową i przekroczył próg, zdejmując kapelusz, który i tak by mu spadł, bo był zbyt wysoki jak na tak niskie przejście. Z wdzięcznością odwiesił go na wieszak i wesoło uśmiechnął się do Ignei, która nadal siedziała i wpatrywała się w gościa bez jakiegokolwiek zrozumienia na twarzy.
Właśnie ten moment wybrał sobie otruty potworną zupą Thin, żeby wypaść z łazienki, wciąż jeszcze narzekając i czyszcząc sobie język, poprzez wytknięcie go na całą możliwą długość i robienie czegoś przypominającego plucie. Zamarł na widok gościa, szybko się wyprostował i uśmiechnął się, chowając przy tym język, ale nic nie było w stanie zamaskować jego zażenowania, które odmalowało się na twarzy.
— Y... dobry wieczór — wybąkał niepewnie, nieco wyższym niż zwykle głosem, drapiąc się przy tym po głowie.
— Niezbyt dobry, niezbyt, ale to bardzo miło, że tak mi życzysz — odpowiedział mu spokojnie Władca Pogody, z życzliwym wyrazem twarzy. Otrzepał swoją obszerną szatę, która nie była mokra, mimo pogody panującej na zewnątrz. Ignea zauważyła, że w ogóle nie był mokry, ani jednej kropelki wody. Skrzywiła się nieznacznie. No tak, magia. Jej grymas nie uszedł uwadze gościa. — Pięknym damom nie wypada robić tak brzydkich min. Jako rozumiem, panienka nie cieszy się z mojego przybycia pod ten dach, mam rację?
— Tak — odpowiedziała po prostu Ignea, uśmiechając się drwiąco, bo uwielbiała dokuczać wszystkim. I nie umiała kłamać. Po chwili dodała, już z mniejszą złośliwością: — I nie jestem żadną damą.
— Prawda — prychnął Ethereal z rozbawieniem. — Bycie damą to akurat ostatnie, o co można ją posądzić. Wiem, co mówię.
— Oczywiście, że Et wie, co mówi, bo to on jest tutaj damą — rzekła Ignea sarkastycznie. Thin parsknął i zasłonił sobie usta dłonią, żeby nie zaśmiać się zbyt głośno, ale i tak zwrócił na siebie uwagę wściekłego Ethereala, który spiorunował go wzrokiem.
Władca Pogody odchrząknął, żeby dać im znać, iż nadal znajduje się w pomieszczeniu i wszystko słyszy. Ethereal w jednej chwili ze wściekłego, zamienił się w uśmiechniętego i radosnego chłopaka, wyprostowanego jak struna. O tak, powierzchownością to on umiał grać. Ignea nie zamierzała utrzymywać pozorów. Przełożyła rękę przez oparcie, siadając bokiem na krześle i zmierzyła gościa spojrzeniem, lustrując go od stóp do głów, ze złośliwym uśmieszkiem na twarzy, jakże dla niej typowym.
— Cóż w nasze skromne progi sprowadza wspaniałego Władcę Pogody? — zapytała, szczerząc zęby. — Bo raczej wątpię, żeby chodziło tylko o pogawędkę na nasz temat.
— Dlatego zawsze lubiłem Alieasterów — rzekł wesoło w odpowiedzi. — Nigdy nie ma żadnego gmerania o tym, jaki to piękny dzionek za oknem, tylko od razu przechodzicie do konkretów. Podziwiam.
— Za oknem nie ma żadnego pięknego dzionka — prychnęła Ignea z nutą drwiny. — Jest za to fatalny wieczór. Chce pan tak całą noc stać w wejściu i się uśmiechać?
Zrozumiał aluzję i dziarskim krokiem wkroczył głębiej do salonu. Ignea miała cichą nadzieję, że może potknie się o tę swoją długą szatę, ale nic takiego się nie stało. Usiadł w jednym z wielu wolnych foteli, wciąż się uśmiechając przyjaźnie. Ethereal usadowił się naprzeciw niego, tuż obok Thin, Ignea za to nadal siedziała przy stole w rogu i stamtąd spoglądała na nich wszystkich, nie zamierzając przyjść bliżej. Odległość jej samej nie przeszkadzała, miała całkiem niezły słuch.
— Więc, co pana sprowadza? — zapytał Ethereal, przyglądając się badawczo twarzy Władcy Pogody, jakby mógł z niej coś wyczytać. Często tak robił. — Naszego ojca nie ma w domu, ale to raczej pan już wie. Bywa pan w ratuszu na tych wszystkich ważnych naradach.
— A i owszem, odbyła się ważna narada — powiedział z pewnym smutkiem mag. — I daj sobie chłopcze spokój z tym „panem”, przez to czuję się strasznie staro. Ekari jestem i tak też możecie mi mówić.
— To, co cię tu sprowadza, Ekari? — zapytała z pewnym zniecierpliwieniem Ignea, bardzo ostro podkreślając jego imię. Nie lubiła przedłużających się bezsensownie rozmów, a ta zaczynała się taką stawać. Nawet nie próbowała ukrywać niechęci, która bardzo wyraźnie brzmiała w jej głosie.
— Myślę, że doskonale wiesz, co mnie tutaj sprowadza, młoda panno — odpowiedział z powagą Ekari, wbijając w nią oskarżające spojrzenie i zupełnie zapominając, że wcześniej wyraźnie dała do zrozumienia, iż nie życzy sobie być „damą”. „Panną” też nie, to było oczywiste. Dziewczyna prychnęła głośno.
— Chyba gdybym wiedziała, tobym się nie pytała, no nie? Pyta się po to, żeby się czegoś dowiedzieć, więc po co pytać, jakby się wiedziało? To totalnie bezsensu.
— Z mojego gabinetu znowu zniknęła księga zaklęć — powiedział bardzo spokojnie Ekari, zupełnie jakby nie słyszał jej słów. Albo jakby je zignorował. Ignea powstrzymała się, żeby nie pokazać zębów w grymasie wściekłości. W takich chwilach zazdrościła kuzynom kłów. — I to bardzo poważna księga zaklęć, były w niej zawarte najwyższe tajniki przemian. A o ile znam życie, w tym mieście mało kto umie się wspinać tak jak ty. Żeby dotrzeć do przynajmniej połowy Pogodnej Wieży, a co dopiero potem zejść z niej tą samą drogą!
— To, że raz z ciekawości wzięłam sobie księgę czarów, jeszcze nie oznacza, że to powtórzyłam! — warknęła ze złością Ignea, podnosząc się gwałtownie ze swojego miejsca i dumnym krokiem podchodząc do Władcy Pogody, żeby stanąć nad nim z oburzoną miną. Wzrokiem wciskała go w fotel. — Poza tym byłam wtedy dzieckiem, małym i głupim. Nie, nie ukradłam żadnej idiotycznej księgi zaklęć, bo żadne bzdurne zaklęcia nie są mi potrzebne! Żadna twoja durna książka nie jest mi potrzebna! A teraz, jeśli już skończyłeś, a właśnie to zrobiłeś, to żegnam!
— Ależ nie ma się po co złościć, moja droga... — zaczął przepraszającym tonem Ekari, ale Ignea nie zamierzała dać mu dość do słowa. Denerwowała się szybko i łatwo, a potem ciężko było ją uspokoić. Nie należała do osób, które łatwo wybaczają i szybko zapominają, wręcz przeciwnie.
— ŻEGNAM!
Specjalnie podeszła do drzwi i mu je otworzyła, wskazując teatralnie wyjście, tak dla pewności. Cicho marudząc pod nosem przeprosiny, Władca Pogody podniósł się i wyszedł, a Ignea zatrzasnęła za nim drzwi. Odruchowo wzięła klucze z szafki, żeby porządnie je zamknąć, czego zwykle nie robiła. Była zła. Mało tego, była wściekła. Nienawidziła, gdy ktoś oskarżał ją o coś, czego nie zrobiła i zachowywał się, jakby oczywiste było, że to ona jest winna. Nienawidziła, kiedy ktoś uważał, że kłamała. Zobaczyła, że w domu został kapelusz Władcy Pogody i już go wzięła, żeby cisnąć nim przez okno, ale Ethereal szybko ją od tego powstrzymał.
— Przestań. Złość złością, ale tak nie wypada. Co tak na niego tak mocno napadłaś?
— Dobrze wiesz czemu — odpowiedziała mu warknięciem Ignea, oddając kapelusz i odwracając się do brata plecami. Nie miała ochoty teraz nikogo oglądać. — Sami sobie sprzątajcie po kolacji, ja idę spać.
— A gdzie „dobranoc”? — zdziwił się Thin, rozglądając się dookoła, jakby nie był do końca pewien, co się właśnie rozegrało na jego oczach. Ignea nawet na niego nie spojrzała.
— Przecież to wcale nie była i nie będzie dobra noc.
Rozdział III

Władca Pogody


Ethereal mógł być miły, sympatyczny i spokojny, w ewentualności mógł akurat takiego grać, ale nie był typem osoby, która robiła wszystko, by uspokoić albo chociaż pocieszyć innych. Po prostu nie. Właściwie to nie mógł za bardzo tego robić, nawet gdyby chciał. Nie mógł prawić nikomu typowych gadek, że „wszystko będzie dobrze” czy „jakoś się ułoży” albo też „nie martw się, to nic takiego”, „nic się nie stało”, bo po prostu nie mógł kłamać. Nie chodziło o to, że złożył jakąś przysięgę czy obiecał to sam sobie. To po ojcu otrzymał fantastyczne geny, które zwyczajnie niwelowały możliwość użycia kłamstwa, w każdym razie w formie mówionej. Jednak jego dziewczyna najwyraźniej tego dnia o tym zapomniała albo zwyczajnie chciała sobie zepsuć humor. Najpierw zadała mu bardzo ryzykowne pytanie o to, jak wygląda w nowej fryzurze i stroju. Każdy, dbający o swoje bezpieczeństwo i rozsądny mężczyzna szybko by odpowiedział, że wygląda zjawiskowo, cudnie, albo użyłby innego przesłodzonego komplementu. Ale Et oczywiście powiedział, że nie widzi żadnej różnicy, dlatego, że jemu, jako facetowi, jest w tej kwestii wszystko jedno. A kiedy Vaila poszła płakać w kąt, licząc skrycie na pocieszenie, z czego oczywiście zdawał sobie sprawę, nie mógł nic zrobić. Bo wiedział, że gdyby do niej wtedy podszedł, powiedziałby jej prosto w twarz, żeby przestała się mazać, bo przecież tysiące osób mają poważniejsze problemy niż to, jak wyglądają w nowej kiecce. W końcu poważnie obrażona Vaila opuściła salę treningową, a Ethereal zaczął z jeszcze większą złością okładać manekiny, rozstawione wszędzie dookoła. Nagle przestały mu się podobać ich twarze, krzywiące się, jakby sobie z niego drwiły. Czasem nie znosił swojego głupiego języka, który nie pozwalał mu kłamać. Czemu to musiało trafić akurat na niego?
— Zaraz oderwiesz mu głowę, jak będziesz go tak potwornie okładać — odezwała się za jego plecami Ignea, siadając na jednej z ławek na trybunach. Nie musiał się odwracać, żeby to wiedzieć, zawsze zajmowała dokładnie to samo miejsce, którego nikt nie odważył się po niej tknąć. Było jakby święte, a może raczej przeklęte. Nie zwrócił uwagi na słowa siostry i wymierzył jeszcze mocniejszy cios kijem, a głowa rzeczywiście odpadła i potoczyła się po ziemi, wciąż szczerząc się złośliwie. Mały, wypchany demon.
— Jak rozumiem, bawi cię niszczenie naszych manekinów treningowych, Alieaster — warknął profesor Dohe, wychodząc z szatni i zatrzymując głowę stopą, jakby to była piłka. Spoglądał groźnie na ucznia, ale to w sumie nic nie znaczyło, bo on spoglądał groźnie na każdą osobę. Ethereal rozejrzał się dookoła, jakby mogło w tej sprawie chodzić o kogoś innego, po czym wzruszył ramionami.
— Prawdę mówiąc, to tak. W tej chwili akurat bardzo mnie to bawi — odpowiedział niemal lekceważąco, a brwi nauczyciela uniosły się wysoko i zniknęły pod jego bujną czupryną.
— Więc, jak rozumiem, zechciałbyś pokazać nam wszystkim swoje umiejętności i zmierzyć się teraz ze mną — rzekł profesor, podchodząc do stojaka pełnego drewnianych broni ćwiczebnych i wybrał sobie spośród nich zwyczajny, długi kij, taki jaki trzymał Ethereal. Uśmiechnął się do niego. — Tylko bez urywania głów. Są wśród nas także damy, które raczej wolałyby aż takiej przemocy nie oglądać.
— Nie jestem damą! — zaprotestowała głośno Ignea, która chyba miała już dość tego określenia. — I z wielką chęcią sobie to obejrzę! Wy też, co nie, chłopaki?!
Odpowiedziały jej głośne wiwaty i gwizdy reszty uczniów, którzy też chodzili na zajęcia dodatkowe ze sztuk walki. Dopiero co wyszli całą grupą z szatni, przebraniu już w tradycyjne, staromodne stroje do ćwiczeń, czyli bardzo obszerne i bardzo ciężkie szaty, które z całą pewnością nie ułatwiały ruchu, a wręcz przeciwnie. Na zajęciach profesora Dohe'a panowało przekonanie, że jeśli ktoś nauczy się dobrze walczyć w czymś aż tak utrudniającym walkę, wtedy będzie mógł walczyć we wszystkim, czymkolwiek by to wszystko nie było. Podobno z tego powodu nabijano się czasem z uczniów profesora Dohe'a, ale tylko, gdy było się tylko jakiś kilometr od każdego z nich, bo honor honorem, ale akurat ci uczniowie potrafili być niezwykle mściwi, a wyszkolenia odmówić im nie można było. Byli właściwie nie do pokonania, no chyba, że bili się ze swoimi kolegami z zajęć.
Ethereal zmierzył niechętnym spojrzeniem stojącego przed nim profesora. Dohe zawsze kazał im, by w czasie zajęć nazywali go „mistrzem”, ale nikt właściwie tego nie przestrzegał i raczej nie zamierzał. Cały ten dzień zaczynał już denerwować Ethereala. Przez noc zamartwiał się i nie mógł przez to spać, ojciec wrócił za to nad samym ranem i zajął kanapę w salonie, a dobudzić się go nie dało. Potem Ethereal omal nie spóźnił się do szkoły i zasnął na lekcji historii, a że dotąd coś takiego jeszcze mu się nie zdarzyło, nauczyciel wykazał naprawdę głębokie zdziwienie, ocierające się o szok i zaczął wypytywać go tak dokładnie, że Ethereala rozbolała głowa. I jeszcze był Władca Pogody, podejrzanie kręcący się w pobliżu szkoły. Chłopak miał wrażenie, że wczorajsza wizyta nie wystarczyła, żeby usatysfakcjonować Ekariego i dlatego też teraz był tutaj, a nie u siebie. Nie wydawał się już taki przyjazny i chyba nadal podejrzewał, że to Ignea podwędziła mu księgę, mimo iż dziewczyna wszystkiego się kategorycznie wyparła. Na najwyższych bogów, czy naprawdę wszyscy nagle zapomnieli, że Alieasterowie nie umieją kłamać, nawet nie są w stanie tego robić, choćby i bardzo chcieli? Czy ten mag nie mógł sobie tego wbić do głowy?
Ethereal złapał kij w obie dłonie i starał się skupić wzrok, na stojącym naprzeciw niego nauczycielu, ale jego myśli nadal krążyły wokół tych wydarzeń i po prostu nie był w stanie się za bardzo skoncentrować. Tak więc nie spostrzegł, że jego mistrz szykuje się do zadania ciosu i zdał sobie z tego sprawę w ostatniej chwili, szybko pochylając się, by nie oberwać w głowę. Mogło to wyglądać na zaplanowane, ale Ethereal działał zupełnie instynktownie. Machnął gwałtownie kijem, by podciąć nogi nauczycielowi, który już zdążył wejść w zasięg rażenia. Dohe odskoczył, chwiejąc się przy tym nieco. Kij trącił go tylko lekko w kostkę i nic więcej. Powodowany nagle całą swoją wściekłością, Etheral rzucił się w stronę profesora, wymachując jak oszalały bronią i zadając ciosy z całej siły, z każdej strony, ale Dohe blokował wszystko bez najmniejszego problemu, nawet jakby z pewnym znużeniem. W końcu wyraźnie znudził się tą zabawą, bo zwyczajnie wytrącił uczniowi broń z rąk i przewrócił go na ziemię. Ethereal sapnął ciężko i jęknął z bólu, który nagle rozszedł się po jego plecach.
— To było żałosne — stwierdziła ze zniechęceniem Ignea, podnosząc się z ławki i podchodząc do brata, żeby trącić go czubkiem swojego buta. A potem go kopnęła. — Te, ogarnij się. Zachowujesz się jeszcze gorzej niż zwykle. To było najłatwiejsze do przewidzenia posunięcie, a ty się dałeś tak po prostu nabrać. No i nie graj teraz worka kartofli, to kiepska rola, a już zwłaszcza w twoim wykonaniu.
— Jesteś miła jak zawsze. Czyli wcale — odpowiedział jej zgryźliwie Ethereal, wstając powoli z podłogi. Odruchowo otrzepał swój strój z kurzu.
— Nie chcę być miła, wolę być szczera. Muszę być szczera — rzekła spokojnie, odpychając go na bok i omal znów w ten sposób nie przewracając. — Dobra, spadaj, teraz moja kolej i pokażę ci, jak powinno się walczyć. Kiedy przeciwnik... ej, co ci jest?
Ethereal zachwiał się, a przed oczami zatańczyły mu cienie. Coś boleśnie ukuło go w głowę, a właściwie tak mu się wydawało, bo po chwili zdał sobie sprawę, że to wcale nie był fizyczny ból, powstały w wyniku walki. No, w każdym razie nie całkowicie. To było podejrzane szarpnięcie myśli, jakby ktoś go wzywał, chociaż nie miał bladego pojęcia, skąd to wie. Po prostu wiedział. Po chwili owo uczucie nastąpiło znowu, a on musiał skorygować swoje myśli. To nie było wzywanie, to był atak. Chłopak skrzywił się, gdy kolejna szpila wbiła mu się w umysł.
— Właściwie, to źle się czuję — wymamrotał, ledwo przypominając sobie, że dosłownie chwilę temu siostra zadała mu pytanie. — Myślę... że chyba za mocno oberwałem w głowę. Lepiej pójdę się przewietrzyć.
Ignea spojrzała na niego, mrużąc złowrogo oczy, a on doskonale wiedział, dlaczego to zrobiła. Doskonale wyczuwała, że Ethereal chciał się zwyczajnie wykręcić i nie powiedział wszystkiego. Zwykle czepiała się go o to i naciskała, aż nie wyjawił całej prawdy, bo była wścibską i denerwującą osobą, ale teraz wyraźnie nie miała ochoty na takie rzeczy. Dotknęła tylko dłonią ramienia i poruszyła nią, jakby strzepywała jakiś paproch. Kiedyś, gdy byli jeszcze naprawdę małymi dziećmi i bawili się na pobliskiej łące, ustalili sobie kilkanaście znaków, dzięki którym mogli się komunikować i nikt nie zdawał sobie z tego sprawy. Ten gest akurat oznaczał „Pogadamy później”. Oczywiście Ignea mogłaby też po prostu strzepywać coś z ramienia, ale kto ją znał, ten wiedział, że coś takiego jak kurz na ubraniu zwyczajnie jej nie obchodzi. Jedynym strojem, o jaki jako tako dbała, był jej kochany płaszcz i nic poza tym. A i to nie zawsze. Na pewno nie kiedy miała okazję pokazać swoje zdolności.
Ethereal wycofał się szybko, widząc, że zarówno jego siostra, jak i nauczyciel szykują się już do następnej walki. Każde z nich miało ogień w oczach. Ignea stała z pustymi rękoma, ale znając ją, wiedział, iż to wcale nie oznacza przewagi przeciwnika. Dziewczyna potrafiła być groźna w absolutnie każdej sytuacji. Może nie była zbyt silna, ale nadrabiała zwinnością i przebiegłością. Ethereal zniknął za drzwiami, zanim zaczęli się z profesorem okładać pięściami i wyzwiskami.
Natychmiast przylepił się do ściany, chowając się w cieniach i zaczął cicho stąpać po trawie, nastawiając uszu i nasłuchując bardzo uważnie. Zdawał sobie sprawę, że ataki mentalne mogą przeprowadzać tylko magowie, bezczelni magowie i to wprawieni w takich czynnościach, bo o ile Ethereal się orientował, nie należały one do łatwych. Ostatnio w pobliżu kręcił się tylko jeden mag, którego można by podejrzewać o coś takiego. A był nim nie kto inny jak...
Ethereal zamarł w miejscu, kiedy go zobaczył. Gdyby nikogo nie wypatrywał tak uważnie, pewnie w ogóle nie zwróciłby uwagi na siedzącą na murze postać. Na murku otaczającym szkołę, siedział niewielki mężczyzna w barwnej szacie, która niby powinna wyróżniać się swoim kolorem, ale jednak w jakiś sposób służyła Władcy Pogody jak kamuflaż. Ethereal miał ochotę zazgrzytać zębami. Czy ten gość zamierzał ich teraz prześladować?
— Ej, ty! — wykrzyknął ze złością, a Ekari drgnął niespokojnie i rozejrzał się. Jednak zobaczył Ethereala, dopiero gdy ten wyszedł z cienia, z wykrzywioną gniewem twarzą. — Co ty sobie właściwie wyobrażasz?! Jakim prawem śmiesz mnie atakować tymi swoimi magicznymi sztuczkami?! Zgłoszę to do strażników!
— Ależ, po co te nerwy? — zaniepokoił się nieco Ekari, nieświadomie odchylając się do tyłu pod spojrzeniem Ethereala. Jakby już pożałował swojej decyzji i chciał się odsunąć. — Młodzieńcze, na co ci ta złość? Wy młodzi tylko byście się złościli. Po co to?
— Muszę jakoś złagodzić ból, którym łaskawie mnie obdarowałeś — zadrwił sobie Ethereal, zaciskając pięści. W takich sytuacjach doskonale rozumiał wiecznie wściekłą Igneę. — Chociaż wiesz co? Myślę, że lepiej sobie z nim poradzę, jak wybiję ci kilka tych twoich żółtych, podstarzałych zębów.
— Jesteś niemiły — stwierdził z pewnym smutkiem Ekari, na co Ethereal głośno prychnął. W ostatniej chwili powstrzymał szaleńczy chichot.
— A to dopiero odkrycie! Bycie miłym i szczerość nie idą ze sobą w parze! — wyrzucił, co dziwnie przypominało słowa jego siostry, ale zignorował tę myśl. — Nie w naszej rodzinie. Dobra, to który ze swoich zębów lubisz najmniej? Zostawię ci go.
— Ależ spokojnie, spokojnie. — Ekari był wyraźnie przestraszony, tak jakby nie spodziewał się takiego obrotu spraw. „Co za głupiec”, pomyślał ze złością Ethereal. „Denerwowanie Ignei mu nie wystarczyło, to teraz musiał przyleźć do mnie. Magowie!”. — Chciałem tylko porozmawiać, a w jakiś sposób musiałem cię wyciągnąć na zewnątrz. Uznałem, że byłoby niezbyt taktownie wparować tak w trakcie treningu.
— Ale za to uznałeś za wielce taktowne dźgać mnie swoją magią w umysł?! — oburzył się Ethereal, już nie panując nad sobą. Złapał maga za szatę i uniósł do góry. Miał gdzieś, że był to jeden z wyżej postawionych urzędników państwa, no i że miał magię na wyciągnięcie ręki. Nie zamierzał pozwolić się tak traktować. — Słuchaj no mnie, koleś. Nie obchodzi mnie, kim jesteś, czym jesteś czy za kogo się uważasz. Właściwie mógłbyś sobie być nawet Królem, a ja miałbym to gdzieś. Jeśli będziesz dalej łaził za mną albo moją siostrą, za kimkolwiek z mojej rodziny i robił takie rzeczy to... to rozwalę ci najpierw tę twoją szpetną buźkę, a potem wieżę, choćbym musiał to paskudztwo rozbierać kamień po kamieniu! Rozumiesz mnie?!
— Kiedy ja mam bardzo ważną wiadomość do przekazania, bardzo ważną — ciągnął dalej starzec, choć widać było, że przestraszył się nie na żarty. Skulił się też jakby w sobie i odwracał spojrzenie, patrząc na dosłownie wszystko, tylko nie na stojącą przed nim osobę. — Najmocniej przepraszam, ale to bardzo, bardzo ważne! Wręcz kosmicznie ważne! Może źle zrobiłem, może bardzo źle, ale ja muszę to przekazać, a inaczej nie potrafię.
— Więc przekazuj tę swoją wiadomość komuś innemu! — prychnął Ethereal, puszczając maga, a ten upadł na ziemię, najwyraźniej zdumiony tym nagłym ruchem. — Do mnie się nie zbliżaj, bo pożałujesz. Nie mam na swoje usługi żadnych magicznych sztuczek, ale za to umiem przyłożyć.
Spojrzał ostatni raz ze zniesmaczeniem na Ekariego, który nadal leżał na trawie i niezdarnie próbował się podnieść. Ethereal odwrócił się i ruszył z powrotem w stronę szkoły. Miał nadzieję, że załapie się chociaż na koniec walki, bo te zwykle wyglądały niezwykle zjawiskowo. Brutalnie, ale zjawiskowo, nawet jeśli używano przy tym takich słów, od których uszy krwawiły. Zwłaszcza że to jego siostra teraz walczyła. Czasem wygrywała, czasami wręcz przeciwnie, ale robiła to z taką lekkością, jakby uczyła się tego od lat, a minął ledwie rok.
Poczuł zaciskającą się na jego ramieniu rękę, więc szybko odwrócił się, żeby zdzielić w twarz maga, tak jak dosłownie przed chwilą obiecał to zrobić. Wtedy jednak cały świat wokół niego zawirował niebezpiecznie i nienaturalnie. Przeklęta magia! W jednej chwili wszystko się rozmazało, kolory zatańczyły drwiąco. Zamknął oczy, ale pod powiekami nadal migały mu wściekłe barwy. Wszystko go bolało, nie mógł się poruszyć, zmysły całkowicie wariowały. Co ten mag mu zrobił?! O tak, na pewno odegra się za to na Władcy Pogody.
Wydawało się, że minęła wieczność, nim w końcu wszystko ustało i rzeczywistość w końcu się ustabilizowała, żeby wyglądać normalnie, jak zawsze. Ethereal nadal czuł się dziwnie, jakby jego ciało ważyło teraz z tonę albo i więcej, ale cieszył się, że wreszcie nie czuł tego potwornego bólu. Dyszał ciężko i głośno, może nawet trochę zbyt głośno... Nad sobą usłyszał jęknięcie, a choć była ciche, wyłapał je bez problemu. I natychmiast rozpoznał.
Otworzył oczy i zamrugał, bo świat wydawał się o wiele bardziej kolorowy i wyrazisty niż wcześniej. Wszystko było jaskrawe, nawet cienie, które nie powinny takie być. Dziwne. Nienormalne. Chłopak podniósł się na łokciach. Nie był nawet pewien, w którym momencie właściwie upadł, ale musiało się to dziać, kiedy świat wariował. Inaczej przecież by to poczuł, prawda? Powieka mu drgnęła i podniósł spojrzenie na górującego nad nim sprawcę. Wydawało mu się, że Władca Pogody był wcześniej wyższy, ale skoro wszystko zwariowało... Na twarzy maga malowało się czyste zdumienie, walczące o lepsze z przerażeniem. Za to w oczach Ethereala płonęła teraz czysta furia, która zmuszała to drugie uczucie do walki. Tak właśnie powinno być. Chłopak nie należał do osób, które szybko wybaczają, właściwie to mało komu przebaczał. A już z pewnością nie takie rzeczy.
— Po co ta złość? — powtórzył swoje ulubione powiedzenie mag, cofając się ostrożnie. Robił to powoli, żeby nie było tego widać, ale ze swojego miejsca Ethereal dostrzegał to bardzo wyraźnie. Każdy kolejny tchórzliwy krok w tył. Dostrzegał każde drgnięcie. — Nie ma co się denerwować, paniczu Alieaster, w końcu, jak na pierwszy raz, wyszło paniczowi bardzo dobrze!
— Pierwszy raz. — Jego głos brzmiał jak warkot, z trudem nad nim panował. Coś było kompletnie nie tak, dlaczego jego zęby stały się nagle takie ostre?  — Pierwszy?! Zabiję cię, zanim zdążysz zrobić coś takiego drugi raz!
— Ależ, po co te...
— Nerwy?! Co do cholery? Dlaczego ja mam ogon?!
Było to może głupie pytanie, ale właśnie w tej chwili Ethereal zdał sobie sprawę, że istotnie ma dodatkową kończynę. Skąd?! Nie tylko to było w tym dziwne. Podniósł się i uniósł ręce do oczu, by zauważyć, że poczerniały i pokryły się podejrzanymi, małymi łuskami, a jego paznokcie zmieniły się w długie i ostre szpony. Jęknął i spojrzał po sobie. Nadal miał ubranie, choć częściowo było rozdarte. Zamachał na próbę ogonem, który ni stąd, ni zowąd wcześniej wyczuł. Nie miał jednak zbytniego doświadczenia i od razu uderzył się w głowę. Skrzywił się, rozejrzał i dopiero w tamtej chwili zorientował się, że znacznie przewyższa Ekariego. O wiele bardziej, niż to było wcześniej.
— Na wszystkich bogów, coś ty ze mną zrobił?!
— Kiedy to nie byłem ja — odparł z pokrętnym uśmieszkiem mag, a Ethereal nagle przemożną chęć, by mu go zdrapać z twarzy. Co byłoby bardzo łatwe, biorąc pod uwagę, że teraz miał pazury. — Ja tylko... ekhem, trochę cię popchnąłem w tym kierunku. Właśnie o tym chciałem porozmawiać. To bardzo, bardzo ważne.
— Jesteś... jesteś skończonym idiotą! Jeśli tego nie...
— ET! Jesteś tam?! Gdzieś się schował, co?!
Ethereal jęknął, słysząc swoją siostrę i szybko wskoczył za drzewo, chcąc się za nim ukryć. Nie wiedział, jak dokładnie wygląda jego twarz, czuł tylko tyle, że jego zęby pozamieniały się w kły. Nagle zorientował się, że tak właśnie musi się czuć Thin. Nie miał jednak wątpliwości, że wygląda znacznie gorzej od kuzyna. To było dość osobliwe uczucie mieć pazury, kły i ogon, których nigdy wcześniej się nie posiadało. Wyjrzał zza swojej kryjówki, starając się pozostać niezauważonym. Ignea stanęła przed Władcą Pogody, a choć była od niego wiele niższa, jak od każdego zresztą, wyraźnie nad nim górowała swoją postawą i wolą. Ethereal nadal nie miał bladego pojęcia, skąd bierze się u niego to wrażenie, ale cieszył się, że nie ma sobie siostry za wroga. Dziewczyna wciąż ściskała kij ćwiczebny i wyglądało na to, że bardzo mocno powstrzymywała się, żeby nie przywalić nim Ekariemu.
— Znowu ty — syknęła. — Zgłoszę to do strażników! Prześladowanie nastolatków bardzo źle wpłynie na pańską reputację, tak jakby już nie była wystarczająco zszargana. Nie lubię pana. Gdzie mój brat?
— Och, panicz Ethereal? Źle się poczuł — powiedział zbolałym tonem Ekari. — Chyba postanowił wrócić do domu. Nie jestem tego pewien, nie rozmawiał o tym ze mną. Ale kiedy go widziałem, wyglądał naprawdę strasznie. Zły był też o to, że wczoraj panienkę oskarżyłem o kradzież.
— Nie jestem żadną panienką! — wykrzyknęła ze złością Ignea, a jej uszy poruszyły się niespokojnie. Kiedy Ethereal widział ten ruch, natychmiast starał się zaprzestać wszystkich kłótni. To był wstęp do wybuchu, po którym Ignea potrafiła ignorować swego przeciwnika przez bardzo długi czas, robiąc mu też przy tym okropne niespodzianki. — Jak się dowiem, że kłamiesz, to cię zniszczę! Mam cię dość, wszyscy mają cię dość, rozumiesz?! Wynoś się!
Spojrzała na niego groźnie, po czym odwróciła się, zamiatając powietrze swoimi lokami i odeszła dumnym krokiem, a szata wojownika powiewała za nią niczym skrzydła jakiegoś olbrzymiego ptaka. Zamknęła drzwi z trzaskiem, a Ethereal skulił się z bólu, uświadamiając sobie nagle, że może dokładnie dosłyszeć pisk zawiasów i nie jest to wcale miły dźwięk. Dostał jeszcze bardziej wrażliwy słuch, jakby to w ogóle było możliwe! Przecież słyszał już niezwykle dobrze w normalnych warunkach. Odczekał chwilę bądź dwie i dopiero wtedy wyszedł ze swojej kryjówki. I znów złapał Ekariego za jego bzdurne ubranie.
— Cofnij to! Nie chcę do końca życia wyglądać jak... jak... jakkolwiek teraz wyglądam! — wykrzyczał ze złością i lekkim strachem, potrząsając wyjątkowo małym fiorem. Ten z trudem, ale odepchnął go od siebie i dla pewności odszedł kilka kroków w tył. Teraz był już całkiem poważny.
— Uspokój się. Ja nie mogę tego cofnąć.
— JAK mam się niby uspokoić, skoro NIE możesz tego cofnąć?! Co z ciebie za mag, co za Władca Pogody, skoro nie umiesz cofać głupich zaklęć, które sam rzucasz?! I po kiego rzucasz czary, których nie potrafisz odczyniać?! Jesteś najgorszym magiem w całej historii!
— Naprawdę, uspokój się. Po pierwsze, jak już mówiłem, to nie jest moja sprawka, wbrew temu wszystkiemu, co możesz sądzić. Po drugie, jestem w stanie ci to wytłumaczyć, ale z całą pewnością nie w tym miejscu. Tak poważnych spraw nie powinno się omawiać na podwórku szkolnym, gdzie kręci się pełno uczniów. Ale jeśli tego nie chcesz, zawsze też mogę zniknąć, po prostu sobie pójść i zostawić cię w spokoju.
— W takiej sytuacji i z takim wyglądem? Dobrze przecież wiesz, co powiem, po kiego więc w ogóle chcesz mnie teraz pytać o zdanie? Trzeba to było zrobić wcześniej. Ale jak tego nie odczynisz i to w miarę szybko, to naprawdę cię zabiję.

~~*~~


Przyzwyczajenie się do niewidzialności nie było ani łatwe, ani zbyt przyjemne. Za każdym razem, gdy nocą wymykał się z wieży i spacerował wokół muru, przyglądając się bramom i kuląc się na każdy najcichszy dźwięk. Gdy w polu jego widzenia pojawiali się jacyś strażnicy, chował się w cieniach albo między drzewami, starając się uspokoić serce. Jakby to tak trwało, mógłby zejść na zawał. Dopiero gdy kilkakrotnie powtórzył sobie, że nikt go nie widzi, uświadomił sobie, iż rzeczywiście tak właśnie ma się stan rzeczy i nie powinien się aż tak bardzo obawiać. Choć nadal musiał poruszać się cicho, mimo wszystko. Może i był niewidzialny, ale z całą pewnością czar nie działał na dźwięki, jakie chłopak wydawał.
Za dnia było z tym gorzej. Nad ranem odkrył, że utrzymywanie na stałe czaru niewidzialności kosztuje go dużo energii, przez co robi się tylko szybciej głodny, a jedzenie było raczej tą rzeczą, jakiej mu aktualnie brakowało. Niezbyt lubił posuwać się do kradzieży, ale innego wyboru w tym przypadku nie miał. Nie mógł się po prostu ujawnić i liczyć na to, że tutejszy lud powita go z radością. Nie był aż tak wielkim idiotą, za jakiego niektórzy go uważali. Zapolować też nie mógł, bo ani nie umiał tego robić, ani nie zamierzał ryzykować. Fiorzy jakiś ważny powód mieli, żeby nazywać puszczę wokół siebie świętą. Kłębiło się tam pewnie więcej magii niż w niejednej szkole magów. Może nawet więcej niż w we wszystkich takich szkołach razem wziętych. A z magią niedobrze było zadzierać, zwłaszcza kiedy sama w sobie była dzika i nieposkromiona.
Odkrył, że mieszkaniec wieży zostawia całkiem sporo jedzenia dla zwierzaków z lasu, więc Vol uznał, że nikt raczej nie zauważy, ani się nie poskarży, jeśli chłopak weźmie sobie jeden bochenek chleba. Nie był najgorszej jakości, ale najwyższej też nie za bardzo. Nie mógł jednak narzekać, przynajmniej się najadł i jego brzuch przestał w końcu grać odę do bogów żywienia. Właściwie chłopak nie był pewien, co powinien dalej robić, sam pogubił się we własnych planach. Przecież wcześniej miał po prostu udać się do sławetnego Miasta Kwiatów, gdziekolwiek by ono nie było, albo do jakiegoś innego ważnego miasta i ujawnić spisek. Teraz za to już nie wiedział, co ma ze sobą począć. Ta przeklęta ciekawość musiała zmusić go do pójścia za ludźmi Władców do puszczy i tym samym zniszczyć całą jego wiarygodność. Mógł winić tylko siebie.
W dzień wyjście gdziekolwiek nie było dla niego zbyt bezpieczne. Wszędzie wałęsało się pełno fiorów i prędzej czy później ktoś by się zorientował, że kręci się między nimi niewidzialny gość. W tłumie o wiele trudniej było się ukryć, jeśli nikt cię nie widział, co było dość ironiczne, ale niestety prawdziwe. Tak więc rozsiadł się wewnątrz wieży, która stała się jego tymczasowym lokum i z braku innych zajęć, zaczął czytać książkę „pożyczoną” z tutejszych zbiorów, bez wiedzy właściciela. Po wczorajszym wściekłym mamrotaniu, gdy mag wrócił, Vol domyślił się, iż mężczyzna zdaje sobie sprawę, co mu ukradziono. Najwyraźniej nie miał jednak bladego pojęcia, kto tego dokonał. Na całe szczęście.
Vol nie zdawał sobie nawet sprawy, kiedy odpłynął. Nie dręczyły go absolutnie żadne sny, miał tak od dłuższego czasu i bardzo sobie ten fakt chwalił. Obudził go głośny trzask drzwi. I stało się to we właściwej chwili, bo musiał szybko podciągnąć nogi, żeby nie potknął się o nie wchodzący do wieży mag. Tym razem jednak starzec nie był sam, towarzyszył mu jakiś chłopak, który wyglądał naprawdę dziwnie i przez to też naprawdę strasznie. Był wielki, wręcz ogromny. Połowę jego twarzy i część obu rąk pokrywały szarawe, ostre łuski, zdające się odbijać promienie światła, zamieniając je przy tym w mrok. Oczy lśniły jaskrawym błękitem, a źrenice były właściwie wąskimi szparkami, niczym u kota. Czarną szatę miał podartą, chociaż wyglądała na taką, w której bez problemu zmieściłoby się trzech czy czterech takich jak Vol. A on do najmniejszych też się nie zaliczał. Do chudych owszem, ale nie do małych czy niskich. Jednak najdziwniejsze w owym chłopaku było to, że zaraz za nim ciągnął się ogon, długi, łuskowaty, nadziany złowrogimi szpikulcami i lśniący nieskazitelnym mrokiem, choć Vol zastanawiał się długo, jak coś tak ciemnego może lśnić. Zaprzestał jednak gdy ogon zamachnął się i prawie uderzył go w twarz, jakby wyczuł jego niezbyt przyjazne myśli, względem niego. Chłopak uchylił się szybko, ledwie unikając oberwania prosto w nos.
— Możesz iść ty trochę szybciej? — zapytał dziwny chłopak, pół-fior, a pół-smok. Nie wyglądał na zadowolonego, ale gdyby Vol wyglądał tak jak on, również nie byłby zadowolony. — Pewnie ciebie to nie obchodzi, bo nie masz tutaj żadnej rodziny, o ile gdziekolwiek jakąś masz, ale ja jednak chciałbym spędzić ze swoją więcej czasu, a i tak mam go mało.
— Czyżbyś prosił tak biednego starca, jak ja, o przyspieszenie swego chodu? To ty nie wiesz, że na starość wszyscy z czasem zwalniamy, bo nie mamy już tyle energii w sobie, jak za młodu? Nasze ciała powoli się rozpadają, gniją od wnętrza, aż w końcu...
— Daruj sobie te gadki, nie jesteś aż taki stary. Masz chyba dopiero jakieś sto lat... sto pięćdziesiąt góra. No i na dodatek jesteś tym całym durnym magiem, wy zawsze żyjecie dłużej, małe, magiczne pijawki. Naturalnie więc, że możesz iść szybciej, więc mi kitu tutaj nie wciskaj i się ruszaj żwawiej!
Mag wymamrotał coś złowrogo pod nosem, ale rzeczywiście przyspieszył. Vol chyba po raz pierwszy widział czarodzieja, któremu można było rozkazywać. Zaczął się więc zastanawiać czy mężczyzna słucha tylko dlatego, że boi się tego dziwnego stwora, bo ten może jest silniejszy albo coś w tym stylu, czy też słucha dlatego, że tutaj normalne jest, że magowie się nie puszą i nie stawiają się na piedestale, ponad wszystkimi, jakby byli samymi władcami wszechświata. Chociaż Vol doskonale wiedział, że to, co zamierza zrobić, będzie bardzo głupie, wiedziony swą nieskończoną, przeklętą ciekawością, ruszył cicho za tą dwójką, wspinając się razem z nimi po schodach wieży.
W tym miejscu było tylko kilka pomieszczeń, większość tej budowli zajmowały właśnie schody, kręcące się spiralnie wokół ścian. Nie było żadnej barierki ani poręczy, także, gdyby ktoś nie umiał zachować równowagi, mógłby już nie żyć po upadku. Ktokolwiek projektował wieżę, nie przemyślał tego i teraz wiele miejsca, gdzie mogłyby być pokoje, marnowało się. Dopiero wyżej zaczynały się komnaty. Vol dotąd był już w bibliotece, kuchni i jednocześnie jadalni, a także maciupeńkiej łazience. Znalazł też niewielkie obserwatorium oraz kilkanaście pustych pokoi, ale jeszcze nie zdążył się dowiedzieć, co znajduje się na samym szczycie wieży, bo drzwi na końcu schodów zawsze były zamknięte, nawet gdy mag znajdował się w środku. Vol nie był na tyle głupi, by próbować się tam jakoś wciskać. Wyglądało jednak na to, że może się w końcu dowiedzieć, co tam jest, bo to właśnie tam kierował się mag i jego dziwny towarzysz.
Dwójka nieznajomych wspinała się swobodnie po schodach, zupełnie ignorując fakt, że tuż obok zieje przepaść. Vol sunął za to przy ścianie, nie chcąc spoglądać w dół. Podłoga znajdowała się tylko w pomieszczeniach, za to klatka schodowa była niezwykle wysoka i jej pozbawiona. Nawet na samym dole nie było żadnych płytek czy kafelków, tylko sama trawa i nic więcej.
Okazało się, że za ostatnimi drzwiami znajduje się biuro maga, o wiele większe niż inne pomieszczenia. Cztery okna wychodziły na wszystkie cztery strony świata. Brakowało im szyb, więc w pomieszczeniu wesoło hulał sobie wiatr, bawiąc się wszystkim, co wpadnie w jego ramiona. Szarpał zasłonami i próbował poderwać jakieś papiery ze stolika pośrodku, ale te były podtrzymywane mocno przez losowe kamyki, rozrzucone byle jak. Pod ścianami stały dziwne maszyny i szafy pełne flakoników z podejrzanymi miksturami wewnątrz. Niewielka półka niedaleko okna uginała się pod ciężarem wielu ksiąg, a zapełniały ją same grube i wyglądające na naprawdę starsze tomiszcza, starsze od wszystkich, które dotąd widział na oczy. Z brzegu leżało kilka kociołków, złożonych na stos. Było też podwyższenie, na którym postawiony został teleskop i wychodził przez dziurę w dachu, chyba specjalnie zrobioną dla niego. Była to bardzo nierówna dziura, jakby ktoś robił ją na oślep i byle jak. Może tak też się stało.
— Fajnie, jesteśmy — prychnął dziwny chłopak, spoglądając z niechęcią na maga. — To teraz rób swoje sztuczki, te całe czary-mary czy co to tam jest i mnie odczaruj!
— Strasznie jesteś niecierpliwy, paniczu — powiedział lekkim tonem Władca Pogody, podchodząc do półki i ściągając z niej jedną z ksiąg. Zrobił przy tym nieciekawą minę, która szybko jednak zniknęła. — Ale, jak już wspomniałem, ja nie jestem w stanie tego cofnąć. A jest tak, ponieważ nie ja to zrobiłem. Wręcz przeciwnie, ty to zrobiłeś. Co prawda popchnęło cię do tego moje zaklęcie, ale to jednak wciąż twoja sprawka. Chciałem o tym wcześniej porozmawiać i to wiele razy, ale twój ojciec nie za bardzo mnie lubi...
— Jakoś mu się nie dziwię — prychnął z niechęcią chłopak. Mag kompletnie zignorował te słowa.
— …a wy sami też za bardzo nie ułatwialiście mi zadania, nie chcąc z jakiegoś powodu mieć ze mną do czynienia. A skoro słowa nie pomagały, musiałem spróbować od innej strony. Co się opłaciło, jak widać.
— A ha, więc postanowiłeś na mnie rzucić zaklęcie, żeby zaczął cię słuchać. Ty... Czy ty, kiedykolwiek użyłeś tego ciekawego organu, który masz w swojej głowie? Mogłeś mnie zabić! Co to właściwie było?!
— Właściwie to był tylko taki malutki czar nasenny. Dokładniej to ten całkiem najprostszy. Dobry, jak każdy inny, kiedy nadarzy się okazja — odpowiedział mag i zachichotał na widok ogłupiałej miny chłopaka. Vol zatkał sobie usta dłonią, żeby także się nie roześmiać i nie zdradzić swojej obecności. Ale ta twarz wyglądała naprawdę zabawnie, tak wykrzywiona. — Chodziło mi tylko o to, żeby sprawdzić, jak na to zareagujesz. Oraz czy moje podejrzenia okażą się słuszne. Bo gdyby się okazało, że mam rację, musielibyście znaleźć kogoś, kto by wam pomógł. I kogoś, kto pomoże wszystkim innym. A to okazało się prawdą.
— O czym ty właściwie tutaj mówisz? — zniecierpliwił się chłopak, a Vol pokiwał energicznie głową i szybko powstrzymał się, żeby nie powtórzyć tego pytania. Powinien się bardziej pilnować.
Władca Pogody uśmiechnął się i podniósł spojrzenie znad książki, którą akurat trzymał i chyba czytał, ale nie można tego było być do końca pewnym.
— A czy to jest jakieś nieoczywiste? Twoje nazwisko mówi wszystko. Mówię oczywiście, o zmiennokształtności.

~~*~~


Ignea wróciła do domu, ale nie znalazła tam brata. Nie było tam też jej ojca, ani nawet Thina. Została tylko cała reszta rodzinki jej kuzyna, więc dziewczyna w ekspresowym tempie się stamtąd ulotniła. Diablika znalazła w jednym z pobliskich warsztatów, których było kilka w okolicy. Oczywiście wybrał sobie ten najlepiej wyposażony, cwaniak jeden. Udało mu się namówić właściciela, by podzielił się z nim sekretami tworzenia wynalazków, a ten, o dziwo, zgodził się na to. Okazało się, że obaj mają zupełnie inne spojrzenie na tę sztukę, którą uprawiali. Żaden z nich nie widział tego dnia Ethereala. Ignea wypytała też każdego strażnika, jakiego napotkała, doprowadzając ich wszystkich do białej gorączki, ale nikt nic nie widział.
Udała się więc do puszczy. Co prawda Ethereal nie chodził tam równie często co ona, jednak zdarzało mu się tam wybrać. Głównie, gdy coś zaprzątało mu głowę, a tak z całą pewnością było na treningu. Widziała to wyraźnie po jego nieciekawej twarzy. Kiedy miał problemy, o których nie chciał gadać z nikim innym, zaczynał się włóczyć i rozmawiać sam ze sobą, wygrywając i przegrywając wymyślone przez samego siebie kłótnie, aż w końcu nie przekonał samego siebie do któregoś punktu widzenia. Niby to przy tym zawsze chodził różnymi ścieżkami, ale Ignea dawno odkryła, że brat za każdym razem, jakby instynktownie, i tak wraca na tę samą drogę, zaczynając przez to krążyć w kółko. Znalazła więc tę właśnie jedną ścieżkę i wspięła się na jedno z pobliskich drzew. I czekała, aż stanie się cud.
Minęło trochę czasu, ale nikt się nie pojawił. Miała więc już zejść i wrócić do desperackiej próby zmuszenia strażników miasta, żeby lecieli szukać Ethereala, kiedy usłyszała z daleka czyjeś kroki. Zamarła w bezruchu. Nie musiała uważniej nasłuchiwać, od razu była pewna, że owe kroki nie należą do jej brata. On zawsze poruszał się cicho, a w każdym razie starał się tak poruszać. Nie wychodziło mu to, bo zbyt ciężko stawiał kroki, ale przynajmniej starał się zachowywać choć odrobinę dyskrecji. Ktokolwiek teraz się zbliżał do Ignei, z całą pewnością nie dbał o to, czy ktoś go usłyszy. Nawet zwierzęta z puszczy nie robiły aż takiego hałasu! A hałasować potrafiły naprawdę mocno. Odgarnęła liście sprzed twarzy i powoli spojrzała w dół, choć domyślała się, kogo może tam zobaczyć.
Tak jak mówiło jej wcześniej przeczucie, niedaleko od pnia stał człowiek, trzymając w dłoni jakieś dziwne urządzenie, które migało i wydawało skrzekliwe odgłosy. Przyjrzała się temu, mrużąc oczy, ale nie miała pojęcia, co to może być. Thin pewnie by wiedział, ale on akurat niezbyt lubił przychodzić do Złotej Puszczy i pakować się razem z nią w kłopoty. To w każdym razie zawsze jej powtarzał, kiedy proponowała mu krótką wycieczkę.
Człowiek zaśmiał się i wbił przyrząd w ziemię, a ten zaczął jeszcze mocniej migać i jeszcze głośniej hałasować. Nieznajomy znów zarechotał głupkowato, wymamrotał coś pod nosem, sam do siebie, a potem poszedł dalej, nie zwracając zupełnie uwagi na otoczenie. Ze swojej torby wyciągnął identyczny przedmiot, jak ten, który właśnie zostawił. Zniknął między drzewami, pogwizdując wesoło i nic sobie nie robiąc z tego, że płoszy zwierzęta.
Ignea odczekała chwilę, aż wątpliwej urody pieśń wreszcie umilknie i dopiero wtedy zeszła z drzewa. Czubkiem buta stuknęła w urządzenie, ale nic się nie stało. To coś nadal błyskało niepokojąco, odpędzając wścibskie stworzonka, kręcące się w okolicy. Ignea jeszcze raz stuknęła w to coś, ale tak samo – znów nie było absolutnie żadnej reakcji. Żadnego wybuchu, porażenia prądem, alarmu. Nic. Rozejrzała się dookoła, po czym przykucnęła wolno i ostrożnie, krzywiąc się przy tym i odwracając głowę, dotknęła przyrządu. Odczekała sekundę, dwie. Nadal nic nie wybuchało, więc spojrzała prosto na urządzenie.
Złapała je i z całej siły wyszarpnęła z ziemi, a nie wyszło wcale tak łatwo i przyjemnie, jak mogłoby się wydawać. Ignea przewróciła się na plecy, kiedy w końcu niespodziewanie dziwna rzecz wyskoczyła. Lampki zamigotały na chwilę mocniej, żeby przygasnąć, ale nic więcej się nie stało. Ignea podniosła się niezdarnie i przyjrzała się bardzo uważnie swojemu znalezisku, obracając je na wszystkie strony. Ekranik otoczony był lampkami, które były połączone wijącymi się kablami, te zaś znikały dopiero wewnątrz szpikulca, dzięki któremu maszyna trzymała się w ziemi. Ignea wciąż nie wiedziała, co to jest i sama z pewnością nie byłaby w stanie się tego dowiedzieć. W ogóle nie znała się na takich rzeczach, jej wiedza ograniczała się do podstawowej obsługi telefonu komórkowego, czego Thin ją kiedyś nauczył. Kto jak kto, ale to on był specem od technologii. Wzięła urządzenie pod pachę i skierowała swoje kroki z powrotem w stronę miasta. Zawahała się przy tym jednak. Przecież miała szukać brata, a nie bawić się w odkrywanie spisków. Bo jeśli tutaj, w miejscu, do którego zawsze przychodził w beznadziejnych dla niego sytuacjach, go nie było, to gdzie właściwie mógł być?
Rozdział IV

Krew zmiennokształtnych


— Powiedz mi, czy znasz opowieść o powstaniu nas, narodu fiorów? O początkach życia na tej naszej wspaniałej planecie? O pierwszym i wielkim, najpotężniejszym ze wszystkich, który pomógł to wszystko stworzyć? Nie? No cóż, w obecnych czasach mało kto zna takie rzeczy, bo wszyscy uważają je za zabobony i nic więcej. Zakłamaną historyjkę. Wierzą sobie w magię, w bogów i co tam jeszcze, a nie chcą uwierzyć w tę historię. Co za tupet! A to jest najprawdziwsza prawda, sama prawdomówna istota, podobna do ciebie, to potwierdziła! I to my, fiorzy, uważamy się za mądrzejszych od takich ludzi. A przecież, w przeciwieństwie do nich, my wiemy, jak właściwie powstaliśmy, ale nie chce nam się w to wierzyć! Ale już dobrze, dobrze, usiądź sobie, paniczu, bo tu mam naprawdę wiele do powiedzenia, a ciebie jeszcze nogi rozbolą od tego stania pod ścianą!
Ethereal zawahał się, ale po chwili odsunął się od drzwi i usiadł na podsuniętym mu krześle, bardzo uważnie uważając na nowo nabyty ogon, którym znów o mało nie wybił sobie oka. Strasznie wszystko utrudniał i z chęcią by się już go pozbył. Nadal zupełnie niczego z obecnej sytuacji nie rozumiał, ale nie wyglądało na to, by Władca Pogody zamierzał to szybko wyjaśnić. Chłopakowi pozostawało więc tylko czekać, aż staruszek zechce owe wyjaśnienia w końcu rozpocząć. Ale na razie stał przy kredensie i szykował coś, co chyba było herbatą.
— Dobrze, dobrze — powiedział Ekari, odwracając się po chwili. — No więc zaczynam i proszę, aby mi panicz nie przerywał, bo to bardzo ważne! Trzeba zrozumieć! No więc wszystko to zaczęło się od gwiazd — rzekł tajemniczym tonem, również siadając i stawiając na stoliku dwa kubki z naparem. Wziął łyżeczkę i zaczął go mieszać. Stukot był irytujący i Etherealowi drgnęła powieka, jednak nie odezwał się. — Tak, od gwiazd. Dokładnie to od dwóch z nich, tych właśnie, które każdego dnia ukazują się na naszym pięknym niebie i rozświetlają wszystko. Kłótliwa i Iskra, dwie matki naszego układu, słońca słońc życia! No więc, na samym początku, gdy był sobie tylko kosmos i nie było życia jako takiego, jakie znamy obecnie, całym wszechświatem rządziły wspaniałe gwiazdy. Jako wspólnota umysłów, jeden wielki organizm, najmądrzejszy na całym świecie. Właściwie wciąż tak działają, jednak prawie nikt tego nie pamięta, co jest smutne. I nie próbuj mi mówić, że gwiazdy nie mają umysłów, bo właśnie je mają! To najmądrzejsze i najpotężniejsze istoty naszego wymiaru, nawet jeśli my tego zupełnie nie pojmujemy. Nawet jeśli nie dajemy takim pogłoskom wiary i to całkiem niesłusznie! Tak więc, wracając do tematu właściwego, w swej wieczności, sieć umysłów gwiazd rządziła ogromnym wymiarem, jednak wymiar ten był pusty. Oczywiście, jeśliby do tego nie liczyć samych gwiazd i kawałków skał, które nie paliły się do mówienia, bo były tylko kawałkami skał.
Gwiazdy więc, będąc bardzo samotne, zaczęły ronić łzy. Chociaż nie, w naszym języku powiedzielibyśmy raczej, że krzesały iskry z samych siebie. Iskry te zaczęły krążyć po kosmosie, by w końcu zetknąć się z którymś z ogromnych kamieni, czym budziły na nich życie. A co to było za życie! Gdziekolwiek by nie trafiła iskra którejś z gwiazd, pojawiało się tam życie, ziemia rodziła rośliny, skały otrzymywały świadomość, świat zielenił się i mienił tęczowymi kolorami. Inne iskry tworzyły istoty mogące przemierzać świat jak one i mające większą. Tak też narodziły się zwierzęta, a pierwszym z nich było niewielkie stworzonko, pierzasty ptak gatunku, który teraz nazywamy Tak'Trikami.  Po nim rodziły się kolejne zwierzęta, jedne niewielkie, inne zaś przeogromne, jedne o barwach tęczy, inne ich wyzbyte, jedne mądre, inne nieco głupsze, jedne niekoniecznie bezpieczne, a inne mocno przyjazne.
W całym tym zamęcie iskrom gwiazd zdarzało się również ze sobą łączyć i z kilku powstawała jedna istota, obdarzona zdolnościami, które dziś nazwalibyśmy magią, jednak w tamtych czasach było to po prostu złączenie z istniejącym światem w niemal idealnym stopniu. W taki właśnie sposób powstały smoki, ogromne i groźne, o wielkiej mądrości, co mogą szybować po niebiosach, a ich łuski lśnią niczym same gwiazdy, co potrafią ziać ogniem, władcy ziemi i nieba. Tak powstały feniksy, dumne ogniste ptaki, nieśmiertelne i potężne, niezrównane w czytaniu odczuć innych stworzeń, o mocach hipnotyzujących. Ich ognista aura potrafiła wrócić pełnię życia każdemu, kto postanowił się poddać wspaniałemu śpiewowi. Wiele, naprawdę wiele innych stworzeń powstało z takiego złączenia iskier, a również jednym z nich był pierwszy z nas wszystkich, to jest fiorów. A powstał on z iskier, właśnie z iskier bliźniaczych gwiazd naszego nieba — Kłótliwej i Iskry.
Fior ten nadał sam sobie imię Aoenixery. Był on bardzo silnie złączony z powstałą na planecie Naturą, rozumiał jej zasady i umiał się z nią porozumieć, a ona go chroniła, jak własne dziecko, za które można było go w zasadzie uznać. Posiadał niezwykły dar przemian, w jednej chwili mógł zmienić całkowicie swój wygląd i stać się kimś zupełnie innym, a gdy to robił, przejmował też wszystkie wrażenia i odczucia istoty, której przybierał wygląd. Wkrótce odkrył również, że podczas gdy cały świat wokół niego się całkowicie zmienia, on nadal może pozostać tą samą osobą, właśnie dzięki swojej mocy. Był nieśmiertelny.
Wkrótce na świecie pojawiły się inne istoty zrodzone z gwiazd, podobne do Aoenixerego, które także jak on, nazywane były fiorami, bo choć zdolności posiadali inne, mieli to samo połączenie z naturą, rozumieli ją, oddawali i czerpali z niej moc. Fiorzy zebrali się wkrótce razem, a pięciu najmądrzejszych z nich, zgodziło się wspólnie nowo narodzonym wspaniałym narodem kierować i opiekować. Stali się władcami.
Założyli Radę Wielką. Razem z Aoenixerym, który stanął na jej czele, zasiadali tam również jego wierni towarzysze. Potężny Tempus, który był w stanie przejąć kontrolę nad pogodą, przewidzieć wielkie sztormy, ziemi trzęsienia czy tornada, a często tez umiał powstrzymać je i zapobiec katastrofom, choć jego moc czasem bywała ograniczona i powstrzymać wszystkiego zwyczajnie nie mógł. Był pierwszym znanym i szanowanym Władcą Pogody, to od niego uczył się każdy następny. Potem była Summersa, zwana też przez swoje odgałęzienie narodu fiorów, całkowicie mylnie, boginią. A było tak, ponieważ w myślach była w stanie czytać i potrafiła odkryć cudze najskrytsze marzenia i obawy, a także zaradzić im. A do tego dwójka innych potężnych magów, których podziwiano, ale także się bano. To po nich rodzice imiona tobie i twojej siostrze nadali. Ethereal i Ignea. Nikt nie wiedział, jakie właściwie mieli moce, chociaż istnieje przypuszczenie, że posiadali w swych rękach władzę nad życiem i śmiercią. Owo przypuszczenie zawsze wywoływało ciarki, dlatego od dawien dawna, chociaż magowie ci wielkim uznaniem się cieszyli, większość raczej unikała nadawania tych imion swoim dzieciom. Temu też może trochę dziwić, że akurat wy je macie, ale w sumie jesteście Alieasterami. Wy od wieków byliście dziwni, przekazujecie to chyba sobie w genach.
Ethereal skrzywił się, słysząc te słowa. Wcale nie podobała mu się myśl, że jego imię może mieć jakiś związek z dawno zapomnianym gościem z przeszłości, który mógł się parać magią i to jeszcze takiego typu. Albo imię jego siostry. A potem spojrzał podejrzliwie na Władcę Pogody, mrużąc przy tym oczy. Może on po prostu zmyśla? Wszyscy wiedzieli, że Ekari nie jest do końca zdrowy na umyśle i jeszcze do tego zdarza mu się upijać. Ethereal wiedział jednak, że taką historię trudno jest zmyślić na poczekaniu, co jednak nie oznaczało, że nie mógł jej zmyślić wcześniej. Wciąż przyglądał mu się niechętnie, gdy mag ciągnął dalej, nie zwracając uwagi na swojego gościa.
— Jak pewnie możesz się domyślać, pomysł z Radą nie pociągnął dość długo, w końcu teraz to nie ona rządzi, lecz Król. Co prawda nadal jest, ale do rządów jej daleko. Z początku to jednak był doskonały pomysł dla fiorów, bo wszystkich Pięciu Wielkich, jak zaczęto ich nazywać, było długowiecznych. To jest, póki nikt im nie postanowił wbić sztyletów w serce i tym samym zabić, to mogli sobie żyć wiecznie. Przez długie lata rządzili narodem fiorów i wraz z nimi wznieśli wspaniałe miasta w krainie, którą podarowała im we władanie Matka Natura. Pierwsze i najważniejsze było oczywiście Miasto Kwiatów, w którym teraz jesteśmy, ukryta wśród drzew i usłana kwiatami stolica całego wielkiego królestwa, które zaczęto nazywać Vittą, co dosłownie oznacza życie. Wtedy był to środek znanego nam świata.
Jednakże, zanim fiorzy zapuścili się na zachód, pojawili się tam ludzie. Skąd właściwie przybili — tego dokładnie nie wiemy, a póki nie wiemy, póty na ten temat nie dyskutujemy. Znaczy, wiadomo, że przylecieli statkami z planety Ziemi, ale to straszny kawał drogi stąd. Nie mogli tak po prostu przebyć tych wszystkich świetlnych lat i przeżyć, nie zatrzymując się nigdzie. Ale wrócę może do tematu. Fiorzy, jako naród przyzwyczajony do pokoju, z chęcią odstąpili zachodnie ziemie tym nowym istotom, które wyglądały tak podobnie do nich samych, a naturalną granicę między ziemiami ustanowiła Złota Puszcza tak wielbiona przez nasz naród. Jednak pokój między nami a ludźmi nie trwał długo, bo jakkolwiek fiorzy byli w stanie utrzymać i słyszeć Matkę Naturę, tak ludzie tego zwyczajnie nie potrafili, a nie rozumiejąc tego, co ich otacza, zaczęli to niszczyć. Jak zawsze, bym powiedział. Fiorzy interweniowali i kilka razy nawet im się udało powstrzymać to szaleństwo, jednak ludzie w końcu odrzucili naszą pomoc i tak staliśmy się dla nich wrogami, a oni dla nas.
Do wojny doszło, gdy magowie, zrodzeni wśród rasy ludzkiej, zaczęli powoli wkraczać do naszej puszczy. Póki jej nie niszczyli, pozwalaliśmy dołączać im do naszej społeczności, mogli sobie mieszkać w wśród nas, dopóki przestrzegali naszych praw. Lecz wciąż znajdowali się i tacy, którzy niszczyli nasze ukochane źródło wszelkiej mądrości i siły, byle tylko pozyskać moc, którą chcieli, by z jej pomocą władać nad wszystkim.
Wtedy wśród fiorów doszło do poważnego rozpadu. Jedna ich część chciała, by kategorycznie powstrzymać niszczycieli natury, nawet przy użyciu przemocy. Druga zaś pragnęła ugodowo załatwić tę sprawę. Rada nie wiedziała, co powinna robić, bowiem nie miała doświadczenia w aż tak poważnych sprawach i jedyną osobą, która odważyła się poczynić cokolwiek, stał się Aoenixery. Jednak nie przystąpił on od razu do ataku, nie był głupi. Żył już długo na tym świecie i wiedział, że coś takiego nie zadziała, bo ludzie przez długie pokolenia będą się potem mścić. Może i żyli zdecydowanie krócej od nas, ale pamięć mieli naprawdę świetną, jeśli chodziło o urazy z przeszłości.
Dzięki swym zdolnościom Aoenixery wmieszał się między leśne stworzenia i wszelkich prześladowców natury w ten sposób przepędził ze Złotej Puszczy. Wśród ludzi zaczęły krążyć legendy o potworach, czających się między drzewami w leśnych zakamarkach. O strasznych bestiach, które są w stanie rozszarpać każdego na strzępy, jeśli tylko ośmieli się przekroczyć próg puszczy. Jednak nie wszyscy dawali się na to nabrać. Pewnego dnia do puszczy wkroczyła czarownica, potrafiąca przewidzieć przyszłe wydarzenia i która odkryła, kim naprawdę jest rzeczony potwór z lasu, o którym krążyło tyle strasznych opowieści. Przeklęła pierwszego fiora, tak że ten na zawsze już miał pozostać  w postaci, w której był tamtego dnia. Czyli Tak'trikiem, bowiem to właśnie jego kształt wtedy miał. Nikt więcej nie widział słynnego Aoenixerego, jednak po puszczy nadal krążą zwierzęta, gotowe jej bronić za cenę własnego życia, na wzór, jaki dał im wtedy fior.
Rada rozpadła się i od tamtej chwili to Królowie sprawują władzę. Pierwszy pełnoprawny Król podpisał z ludźmi z zachodnich krain znany wszystkim Pakt Graniczny, nazywany po prostu Paktem, który utrzymuje, że jeśli którykolwiek człowiek ośmieli się wkroczyć do Złotej Puszczy, musi trafić pod nasz sąd i zostanie wtedy osądzony wedle naszych praw. A jest to bardzo surowy występek, bowiem to właśnie ludzie zanieczyścili naszą świętą puszczę, prowadząc to, co oni nazywają badaniami, a co my określamy mianem bezcelowego niszczenia. Ludzie żyją krótko, tak więc kazdy następny ludzki władca ma obowiązek podpisać Pakt, jeśli nie chce z nami wojny. Bo choć my nie lubimy wojen, jesteśmy gotowi je prowadzić w imieniu tej, która jest naszą siostrą.
— Wiesz, to wszystko jest takie bardzo piękne — powiedział z nutką drwiny Ethereal, robiąc to nieco niewdzięcznym tonem, za który zarobił karcące spojrzenie. Nie przejął się tym za bardzo. Ekari mógł nazwać go za to głupim, ale chłopak nie wierzył w tę całą wybujałą historyjkę. — Znaczy, rozumiem, historia i te sprawy, czyli coś, co powinienem znać. I właściwie znam, tylko bez tych wszystkich zwariowanych części, jak tej o magicznych sztuczkach, iskrach gwiazd i bez tych innych głupich momentów. Ale niby jak to wszystko łączy się ze mną i z tym, że zamieniłeś mnie w jakiegoś dziwnego połowicznego gada?
— Nie jesteś zbyt bystry, prawda? — zapytał z nieco sarkastycznym uśmiechem Władca Pogody, biorąc do ręki długopis i jedną z książek, które leżały na stoliku od samego początku, a trochę ich było. Ethereal powstrzymał się od wściekłego warknięcia. — Jestem odkrywcą świata magii, czyli odkrywam i udowadniam, że to, co wszyscy uważali za zabobony, jest prawdą i na odwrót czasem też. Ale przede wszystkim lubię badać fakty. I właśnie odkryłem, że wy, Alieasterowie, jesteście potomkami Aoenixerego, bo tylko ktoś z jego krwi mógł posiąść zdolność dowolnego zmieniania kształtu w dowolnym momencie, wedle własnego uznania. Znaczy się, podejrzewałem to już o wiele wcześniej, ale pan Aveth, ojciec twój szanowny, za każdym razem, gdy tylko zaczynałem z nim rozmowę na ten temat, po prostu się odwracał i odchodził. A to odkrycie znaczy, że ty sam zrobiłeś z siebie... to coś, czymkolwiek by nie było. W odruchu obronnym, dokładnie tak, jak przypuszczałem. Bo widzisz, zmiennokształtni w pewien sposób są i zawsze byli odporni na magię. Co prawda nie sami z siebie, odruchowo się przed nią bronią, właśnie przemieniając się w istotę, na której dany czar nie zrobi żadnego wrażenia. Przemiana w połowicznego smoka to niezły wyczyn, ale tego można się było spodziewać, bo też smoki są odporne na niemal wszystkie czary.
Podczas całej swojej tyrady robił notatki, a Ethereal miał niezbyt miłe wrażenie, że są to zapiski na jego temat, albo też jakoś z nim związane. Nie lubił, gdy ktoś robił notatki o nim. Dlatego też, nie wahając się choćby przez chwilę, po prostu wyrwał magowi książkę z ręki i wskoczył na krzesełko, kiedy Ekari krzyknął z oburzeniem i spróbował mu odebrać swoją własność. Jednak Ethereal był teraz znacznie wyższy, a i nawet w normalnych okolicznościach przewyższał Ekariego, dlatego też nie miał on teraz szans odzyskania notatnika.
— Raczej nie pozwoliłem ci na opisywanie mojej osoby — powiedział spokojnie Ethereal, odpychając od siebie maga, co było łatwe. Był od niego znacznie silniejszy, zwłaszcza w swojej częściowo smoczej postaci, jak określił go Ekari. — Poza tym jesteś strasznie kiepski w rysunkach. To nawet moi kuzyni nie rysują tak beznadziejnie — dodał chłopak, kartkując księgę i przeglądając poprzednie zapiski. — To bardziej wygląda na szczura niż na jastrzębia. Naprawdę uważasz, że aquali wyglądają jak rozpłaszczone na ziemi delfiny? Nigdy w sumie żadnego nie widziałem, ale jestem całkowicie pewien, że na pewno nie są jak zgniecione delfiny. A ci mirianie wyglądają zdecydowanie zbyt miło i przyjaźnie. Tak potulnie. Jak nie oni. I za niscy są, zdecydowanie. Wyglądają, jak Ignea z tym wzrostem, a ona jest naprawdę tycia.
— To są badanie dziesiątek pokoleń Władców Pogody! — oburzył się Ekari, nadal próbując bezskutecznie odebrać swoją księgę. — Przekazywane z mistrza na mistrza! Oddaj mi to natychmiast, bezcześcisz właśnie świętą księgę!
— Nie, nie sądzę, Znaczy z tym całym bezczeszczeniem. Święta, uważaj, bo jeszcze ci w to uwierzę — prychnął Ethereal, nadal przeglądając notatki i musiał przyznać, że niektóre z nich są imponujące.
Nigdy nie wiedział, że to właśnie Władcy Pogody odkryli i udowodnili, że większość magicznych ludów, które dzieliły z fiorami ziemie Vitty, także w jakiś sposób byli fiorami, jednak takimi, którzy przystosowali się do swojego środowiska. Wszyscy alei, mirianie aquali ci eterzy pochodzili właśnie od fiorów. Gwizdnął cicho z podziwu. Część notatek traktowała o pochodzeniu magii i jej źródle, ale, choć było tam wiele domysłów, jednoznacznej odpowiedzi nikt jeszcze nie znalazł i chyba daleko było do jej odnalezienia. Było za to o tym, skąd ludzie właściwie wzięli magię, o odkryciach mądrości gwiazd i jak tego właściwie dokonano, nawet o poszczególnych magicznych zdolnościach, choć właściwie część była niedokończona — tak samo, jak zmiennokształtność, na którą Ethereal akurat zwrócił uwagę.
— Czyli że to po to się aż tak naprzykrzałeś — zauważył z rozbawieniem, choć nie wiedział, co właściwie było w tym śmiesznego. Może cała niedorzeczność sytuacji. — Jak już zwąchałeś, że ktoś potrafi zmieniać kształt, to chciałeś o tym wiedzieć, żeby zacząć opisywać, mam rację?
Nadal nie do końca wierzył, że sam z siebie może po prostu zmienić się w kogoś innego, jednak wyglądało na to, że to jednak prawda. W sumie słyszał kiedyś, że Aoenixery był zmiennokształtnym, ale nic nie wskazywało na to, że komukolwiek w genach ową zdolność przekazał. A tu nagle niespodzianka, jednak tak się stało. Jednak jeśli zmiany miałyby wyglądać tak jak wcześniej, to nie za bardzo mu to odpowiadało. Przy każdej przemianie czuć się, jakby ktoś przyłożył ci w głowę, jakbyś cały miał się rozpaść od środka... niezbyt to było fajne. Wręcz tragiczne.
— Aha. Jasne. To jak to cofnąć? — zapytał po dłuższej chwili ciszy, zamykając książkę z donośnym trzaskiem, ale wciąż nie zamierzał oddawać jej Władcy Pogody. Ekari zamrugał zdziwiony, jakby nie spodziewał się takiego pytania.
— Nie mam pojęcia. Skąd miałbym wiedzieć? Ja nie jestem zmiennokształtnym. To znaczy, umiem się zmienić, każdy Władca Pogody musi się tego nauczyć, ale to coś zupełnie innego niż zwykła, dziedziczna zmiennokształtność. Normalny, szkolony mag umie się przemienić z wielkim wysiłkiem i przy znacznym zużyciu magii w jedno tylko zwierzę i szybko też musi wrócić do zwykłej formy, żeby nie pozostać nim na zawsze i pozwolić, żeby zawładnęły nim zwierzęce instynkty. Zmiennokształtni za to mogą sobie przez stulecia siedzieć pod jakąkolwiek postacią i nic im nie jest, poza tym mogą sobie zawsze dowolnie przeskakiwać między różnymi formami i nie mają z tym jakichś większych problemów. Tak więc...
— Weź, już sobie daruj te naukowe gadki — przerwał mu Ethereal — i powiedz wreszcie, jak mam zmienić się z powrotem w samego siebie! Nie zamierzam paradować po mieście z ogonem, nie wspominając już o tym, że jest irytujący!
— Nawiasem mówiąc, to masz również rogi na swej głowie — powiedział z pewnym rozbawieniem Ekari, a Ethereal natychmiast sięgnął, by to sprawdzić, po czym rzucił magowi urażone spojrzenie, gdy niczego poza włosami nie znalazł. Ekari zachichotał. — No dobrze, żartowałem. Nie masz rogów. Ale skoro chcesz wiedzieć, to jedyny sposób, jaki znam na zamianę powrotną to zwyczajnie skupienie się. Na samym sobie. Po prostu skupiasz się, bardzo mocno, ściągasz do siebie energię i wracasz. Albo też przybierasz kształt, jaki sobie wyobrazisz, ale tego nie jestem pewny, bo jak już wspominałem, zmiennokształtny ze mnie żaden. To też jest zupełnie inna magia niż moja, więc nie jestem pewien, czy jakkolwiek ci to pomoże. Ale spróbować zawsze możesz, a nuż się uda.
Ethereal odetchnął głęboko. Żeby się naprawdę skupić, musiałby się też uspokoić i na chwilę zapomnieć o złości, która nadal go ogarniała, ilekroć spoglądał na Władcę Pogody. Zamknął więc oczy i wyobraził sobie, że wcale go nie ma w pobliżu. To było chyba najtrudniejsze ze wszystkiego, bo nadal słyszał jego świszczący oddech i ciche chichotanie, a wzmocniony słuch nie bardzo pomagał w zignorowaniu tych odgłosów.
Co potem? Chyba powinien skupić się na sobie, tym poprzednim, całkiem dobrym sobie, bo właśnie nim chciał się na powrót stać. Z wyglądu, charakter wciąż posiadał ten sam i nie musiał się co do tego jakoś specjalnie upewniać. Nietrudno było przywołać obraz samego siebie, widywał w końcu codziennie w lustrze dokładnie tę samą twarz. Zawahał się jednak. Nikt nigdy nie widział siebie w lustrze dokładnie takiego, jakim był, więc przecież mógłby osiągnąć efekt odwrotny do zamierzonego i stać się jeszcze inną wersją siebie.
Nie, to zupełnie odpadało. Zamiast tego dla odmiany pomyślał o obrazie, który kiedyś Ignea dla niego zrobiła, ze swojej czystej życzliwości. Czy raczej zwykłej złośliwości. To był jego portret, na którym postanowiła bardzo dokładnie uwiecznić całą jego osobę, a tak w każdym razie ona twierdziła. Pamiętał, jak spoglądał na ten malunek i zastanawiał się, czy naprawdę tak wygląda — z tą naprawdę bladą skórą, włosami, co wyglądały jak gniazdo dla ptaków, długim nosem. Nie przypominał sobie, żeby miał aż tak długi nos, ale w sumie Ignea i ojciec też takie mieli, więc to mogła być prawda. Te wielkie szpiczaste uszy. Zawsze wcześniej miał wrażenie, że były choć ciut mniejsze. Ten obraz zarówno podobał mu się, jak i nienawidził go. Teraz dopiero zdał sobie sprawę, jak bardzo malunek okazał się przydatny.
I teraz pozostawało tylko ściągnąć energię. To zapewne chodziło o magię, ale... niby jak miał to zrobić? Nie był żadnym magiem, nikt go nigdy nie uczył żadnych magicznych sztuczek, ani niczego w tym guście. Potrafiłby w ogóle zrobić coś takiego jak ściągnięcie do siebie jakiejś energii? Przecież są takie rzeczy, które umieją robić tylko niektórzy magowie, jeśli chodzi o magię. Nie był więc pewien, co dalej.
Usłyszał zduszony pospiesznie okrzyk Władcy Pogody, otworzył więc oczy i spojrzał na niego ze złością. Zamrugał też od razu, zdziwiony i rozejrzał się. Widział na powrót normalnie, nie czuł też ogona. Najwyraźniej jednak mu się udało. Uśmiechnął się i wtedy dopiero wyczuł, że wciąż ma kły. Dobrze, może nie wszystko poszło dokładnie tak, jak trzeba. Ale przynajmniej był już jakiś postęp. Ethereal spróbował po raz kolejny.

~~*~~


Thin przyglądał się dziwnemu urządzeniu z ogromną uwagą, starając się ogarnąć swoim spojrzeniem każdy, nawet najmniejszy szczegół, ale widać było po jego minie, że nie ma zielonego pojęcia, co właściwie przed nim leży. Ignea usiadła na jednym ze stolików w warsztacie, uprzednio zrzucając wszystko, co na nim było, na podłogę. Właściciel trochę się o to burzył, że jak to tak można, że przecież nie wypada i inny bełkot, który dziewczyna słyszała już wiele razy w wielu różnych formach, więc nie przejmowała się za bardzo. W końcu jednak mężczyzna odpuścił i po prostu sobie poszedł, gderając przy tym pod nosem. Zostawił ich dwójkę samą z dziwną maszyną, której i on nijak nie rozumiał.
Kiedy w końcu zorientował się, że przez samą obserwację nie odkryje, do czego to coś służy, Thin zgarnął kilka narzędzi i zaczął rozkładać maszynę na części. Robił to ostrożnie, jakby rozbrajał bombę i właściwie to tak właśnie mogło być. Ignea przyglądała się temu z ogromnym zainteresowaniem. Sama właściwie w ogóle nie znała się na żadnych mechanizmach, co wcale nie znaczyło, że nie była ciekawa, jak to działa. Właściwie to była ciekawa wszystkiego, czego nie rozumiała. A nie rozumiała jeszcze wielu rzeczy.
Thin rozłożył niemal wszystko na czynniki pierwsze i teraz tylko się im wszystkim przyglądał, mrużąc co chwila oczy, przechylając głowę, albo obracając coś kilkanaście razy, aż w końcu nie uznał, że leży na stoliku tak, jak powinno leżeć. Część, która wcześniej była ekranem, nadal migała wesoło, odłożona na bok. Diablik jakoś nie chciał przy niej majstrować i dowiadywać się, co znajduje się w środku, jakby się tego bardzo obawiał. Ignea spróbowała zabrać ekranik, z zamiarem samodzielnego rozkręcenia go, ale Thin szybko ją powstrzymał.
— Zostaw — powiedział z powagą, jaka rzadko gościła w jego głosie. A kiedy dziewczyna go nie posłuchała, pacnął ją w dłoń. — To jest nafaszerowane ludzką magią. Nie mam pojęcia, co może być w środku. Możliwe, że to tylko napęd mechanizmu, ale równie dobrze to może być jakaś klątwa, która nas pozabija, jeśli to tkniemy. Więc nie tykaj tego.
— Ludzkie klątwy! — prychnęła z drwiną Ignea, ale nie próbowała już zabrać ekranu. — Tak jakby słaba ludzka magia była w stanie nam zagrozić!
— Każda magia jest w stanie nam zagrozić — odpowiedział Thin, patrząc na nią przy tym, jak na wariatkę. Właściwie to nawet mu się nie dziwiła. Uśmiechnęła się tylko złośliwie. — Dobra, nie było tematu. Po prostu tego nie dotykaj i będziemy mieli spokój. Namiastkę spokoju. Obserwuję cię, więc nawet nie próbuj!
Obdarzyła go kolejnym ze swoich uśmiechów. W odpowiedzi on tylko przewrócił oczami i zaczął przekładać rzeczy, ustawiając je na różnych miejscach, jakby to miało jakieś znaczenie. Dla niego zapewne miało, bo mamrotał do tego pod nosem jakieś słowa, których Ignea nie rozumiała. Brzmiał, jakby zamierzał przyzwać diabła, więc zapewne był to diabli język. Ignea przyglądała się tępo każdej ustawionej części, nie rozumiejąc zupełnie nic z tego, co działo się przed jej oczami.
— No i bingo! — wykrzyknął w końcu Thin, unosząc ręce w dramatycznym geście, po czym rozłożył je na boki tak szeroko, jakby zamierzał nimi objąć stolik. — Spójrz tylko na to, oto jest nasze rozwiązanie! Podane jak na tacy!
Ignea spojrzała na rzeczone „to”, ale mogła tylko powiedzieć, że nadal absolutnie niczego z tego nie rozumie. Thin warknął cicho, najwyraźniej mocno niezadowolony z tego, że jego kuzynka nie widzi czegoś, co jest dość oczywiste.
— Widzisz te kolorowe rurki? Specjalnie oprawione, żeby przepuszczać na zewnątrz wszystko z wyjątkiem energii magicznej. Poza tym te wszystkie mierniki... to po prostu musi być maszyna do zbierania i przetwarzania magii wedle woli twórcy.
— Naprawdę, zacznij mówić po vittańsku, bo cię kompletnie nie rozumiem.
— To jest taki mały, mechaniczny mag — powiedział Thin tonem, jakby tłumaczył coś dziecku, które potrzebuje wszystkiego powtórzonego dużymi literami. — Zbiera magię z otoczenia i czaruje cały czas jedno i to samo zaklęcie. Jakie zaklęcie, tego właściwie nie wiem, ale nie zamierzam ryzykować i otwierać tego... czegoś — dodał, wskazując na ekran.
Ignea też na niego spojrzała, a jej oczy błysnęły psotnie. Jednak nie była na tyle głupia, żeby sprawdzać, co znajduje się w środku, będąc narażoną na czujne spojrzenie Thina. Może nie był on zbyt silny, ale za to miał przewagę w postaci swojego diabelskiego ogona. A akurat te ogony miały to do siebie, że potrafiły całkiem mocno przywalić, niezależnie od siły ich właściciela, lepiej więc było nie ryzykować spotkania z nimi.
— Tylko po co wbijać coś takiego w ziemię w naszej puszczy? Nie lepiej wysłać zwykłego maga? — zapytała, po części po to, żeby odpędzić od siebie ciekawość, ale też naprawdę chciała to wiedzieć. Thin podrapał się po głowie.
— Maga ktoś mógłby zauważyć. A co do pierwszego... cóż, gdzie jak gdzie, ale w Złotej Puszczy jest chyba najwięcej magii... w każdym razie na całym tym kontynencie, nie wiem, jak na innych — powiedział, nadal przyglądając się rozmontowanemu mechanizmowi i zastawiając się nad czymś. — Jak ktoś chce zgarniać potężną magię, to tylko stamtąd, chyba każdy to wie. Ale po co komukolwiek to teraz potrzebne... cóż, wszyscy bywamy czasem chciwi, czyż nie?
— Czyli, że tego nie wiesz i próbujesz udawać, że wiesz?
— Dokładnie tak! Pomożesz mi w sprzątaniu?
Ignea rozejrzała się po warsztacie, w którym było równie brudno, co zawsze. Chyba większy bałagan widywała tylko w swoim własnym pokoju. Z jednej strony nie lubiła sprzątać, tego przecież chyba nikt nie lubił, a co dopiero, jeśli do ogarnięcia był aż taki bałagan, ale z drugiej... było tyle rzeczy, które mogłaby obejrzeć. Ani Thin, ani też wynalazca, którego imienia właściwie nie pamiętała, nigdy nie pozwalali jej niczego w tym warsztacie dotykać, bo pewnie by to zepsuła, albo i przypadkiem kogoś zabiła. Zapewne mieli w tej kwestii rację co do niej. Ale i tak chciała to wszystko posprawdzać, przecież to były takie fantastyczne rzeczy! Gdyby jednak teraz okazała nadmierny entuzjazm, nie byłaby sobą, powściągnęła więc swoje emocje.
— A co niby będę z tego miała? — zapytała, mierząc kuzyna nieco pogardliwym spojrzeniem. Nie okazał zdziwienia, tylko zaczął się zastanawiać, jak by ją przekupić. Czyli to, co chciała, żeby zrobił.
— Em... nie wiem... może naprawię ci budzik? — zaproponował niepewnie. — Ethereal coś mówił, że ostatnio ci się zepsuł. Mógłbym ci go też podrasować, tak więc...
— Nie jest zepsuty, tylko wyłączony. Ja za to wiem, co mógłbyś dla mnie zrobić! — Ignea uśmiechnęła się wesoło i wykonała obrót. — Naprawisz i wreszcie i oddasz moją deskę! To będzie dobry układ, nawet bardzo dobry.  Inaczej pewnie bym musiała czekać wieczność, aż zechce ci się ruszyć swój leniwy zad i coś skończyć.
— Kiedy... kiedy ja nie... — chciał zaprotestować Thin, ale zamilkł i tylko westchnął z rezygnacją, zdając sobie sprawę, że cokolwiek nie powie, decyzja już zapadła. Zaczął zbierać części dopiero co rozłożonej maszyny.
Ignea uznała to za zgodę na jej plany i ochoczo podjęła się sprzątania. A raczej tego, co nazywała sprzątaniem. Po prostu podnosiła wszystko, co ją zainteresowało, przyglądała się temu, ewentualnie trochę się tym pobawiła, a potem odkładała to na inne miejsce i tak cały czas, w kółko z każdym znaleziskiem. Thin zdawał się tego nie zauważać, zupełnie zajęty sprzątaniem swojej części warsztatu.
Szczególnie zaciekawiły ją malutkie mechaniczne modele. Wiedziała, że w przeciwieństwie do większości rzeczy w tym miejscu, one akurat zostały wykonane przez Thina, były nawet podpisane, jeśli umiało się szukać podpisu. Zawsze, gdy kuzyn przyjeżdżał do Miasta Kwiatów, robił malutkie zmechanizowane modele, na podstawie swoich drewnianych, które tworzył już u siebie w domu. A potem sprawdzał, czy aby na pewno działają. Większość z nich zmieniała się w kupki popiołu albo tworzyła małe, niekontrolowane wybuchy, niemniej znajdowały się i takie, które sprawdzały się doskonale.
Ignea podniosła model stateczku. Wyglądał jak zwykły starodawny statek, który żegluje sobie po morzu, tyle że z jego boków, zamiast wioseł, wyrastały skrzydła w kształcie piór, które w większej części zrobione były ze szkła. Z maleńkich kawałeczków szkła, bez ani jednej rysy na nich. Zamiast zwykłych płaskich żagli, były długie paski materiału, wijące się spiralnie wokół masztów. Według niewielkich literek na spodzie było to coś, co jej kuzyn postanowił nazwać Szybującym Statkiem. Po co statkom było szybować w dobie takich maszyn jak samoloty czy helikoptery, tego Ignea nie wiedziała. Ale to był pomysł Thina, więc nie mógł być normalny ani logiczny, bo jej kuzyn nie robił takich rzeczy. Kliknęła niewielki przycisk, a mały mechanizm zatrzeszczał, skrzydła poszły w ruch i po chwili stateczek zataczał koła w powietrzu, a żagle kręciły się wokół masztów jak szalone. Wyglądało to nawet całkiem ładnie.
— Myślałem, że mieliśmy sprzątać, a nie przyglądać się Szybującym Statkom — rzekł Thin, podchodząc do niej i łapiąc swój model, który chyba właśnie zamierzał wylecieć przez otwarte drzwi. — Więc może jednak łaskawie zaczniesz sprzątać.
— Po co ci taki Szybujący Statek? — zapytała Ignea, nadal przyglądając się malutkim skrzydełkom, które zaczynały się poruszać coraz wolniej i wolniej, aż w końcu zamarły. — Znaczy, po co komu w ogóle latający statek? Jest już pełno latających maszyn.
— Ale tylko w obrębie planety — powiedział Thin, odkładając swój model na półkę. Ignea chciała zapytać, o co mu właściwie chodziło, ale jego mina mówiła, że absolutnie nie ma zamiaru tego wyjaśniać. — Dobra, sprzątamy. Elhay się zdenerwuje, jak zostawię mu taki wielki bałagan i po prostu sobie wyjadę.
— Wyjedziesz? — zdziwiła się Ignea, upuszczając dopiero co podniesioną metalową część, a ta spadła jej na stopę. Dziewczyna zaklęła głośno i zaczęła podskakiwać na jednej stopie, masując rękoma drugą, jakby to mogło pomóc uśmierzyć ból.
— Tak, wyjadę. — Thin jakby nagle posmutniał i stracił całą swoją zwyczajową chęć do pracy. — Pewnie zostalibyśmy tutaj dłużej, ale matka mówi, że przyszły do niej jakieś niezwykle ważne listy o zamieszkach w mieście i mamy tam wrócić.
— Skoro są zamieszki to po co komu wracać? Nie lepiej by było, jakbyście tutaj zostali, aż wszystko się uspokoi?
— Niby tak, ale wiesz...
Nie dokończył, ale miał rację: może nie do końca wszystko rozumiała, ale żeby wiedzieć, wiedziała. Miało to jakiś związek z dziwnym sposobem rządzenia Miastem Statków, nazywali to zebraniem Rady Starszych czy coś w tym stylu. Tego dnia wszyscy starsi mieszkańcy miasta się zbierali, żeby zagłosować. Niby fajnie, bo demokratycznie, ale oni musieli głosować dosłownie w każdej sprawie, nawet najgłupszej. Czy chcecie, żeby naprawić oświetlenie w mieście? Czy powinno się zamykać na noc bramy miasta, czy to jednak niepotrzebny wysiłek strażników? Czy przestępców, aby na pewno trzeba łapać? Czy powinno się tłumić zamieszki? A ptaki to właściwie ćwierkają czy mruczą? Naprawdę było kiedyś aż tak bzdurne pytanie w ankiecie. To dziwne, ale mieszkańcy chyba całkowicie sobie wtedy zakpili i sto procent głosów, jakie oddano, były postawione na miauczenie. A przecież nawet nie było takiej odpowiedzi.
Chodziło o to, że aby wszystkie te bzdurne wybory były ważne, co najmniej połowa ich miasta musiała zagłosować. A mało komu chciało się głosować, jeśli chodziło o tak bzdurne rzeczy, jakby to nie było oczywiste i często trochę do tej połowy brakowało. Właściwie to trochę więcej niż trochę. Więc, jeśli zamieszki chciano powstrzymać, liczył się każdy głos, a rodzina Eartlie'ich była chyba najliczniejszą w całym mieście.
Och, no tak, ale dzieci nie mogły głosować, jednak póki nie były dorosłe, głosowali zamiast nich rodzice. Jedenaście dodatkowych głosów do dyspozycji to całkiem sporo, tak więc ich ukochani rodzice mieli naprawdę dużą władzę, a z takiej władzy należało korzystać. Tyle, że żeby dorośli głosowali zamiast swoich pociech, te musiały i tak być przy tym obecne.
— A wiecie chociaż, co to za zamieszki? — zapytała Ignea, żeby odpędzić od siebie złe myśli. Bardzo lubiła, gdy Thin przyjeżdżał do Miasta Kwiatów, bo wreszcie miała kogo zasypywać pytaniami, których nie zignoruje. I był to ktoś, kto nie był jej bratem.
— E... nie mam pojęcia, ale chyba mają jakiś związek z radą miasta — wydukał Thin, przyglądając się uważnie jednemu ze swoich modeli, nie chcąc w tej chwili patrzeć na kuzynkę. Metalowa figurka przedstawiała nic innego jak zrobioną przez niego latającą deskę. Pierwszy jej pełnowymiarowy prototyp oddał właśnie Ignei. — No wiesz, wszyscy mają dość tych idiotycznych głosowań i dziwne jest, że w sprawie tego też chcą zrobić teraz głosowanie. Ale co poradzisz?
— Nie mógłbyś zostać? Chociaż ty? Przecież dopiero co przyjechaliście i już chcecie uciekać z powrotem?!
— Mam twoją deskę — rzekł, wyraźnie chcąc zmienić temat i nie odpowiadać na to pytanie, co właściwie samo w sobie było już odpowiedzią.
Odłożył malutki model na jeden ze stolików i poszedł na zaplecze, żeby stamtąd przynieść ozdobiony bogatymi malunkami, na pozór zwykły kawałek drewna. Gruby może na jakieś dwa centymetry — nikt nigdy tego dokładnie nie sprawdził — szeroki, wystarczająco na tyle, żeby mieściły się na nim stopy nawet dorosłej osoby, która nosi bardzo duży rozmiar buta. Z tyłu przymocowane były dwie drewniane kulki, a w nich wydrążone maleńkie otwory, w których lśnił delikatnie niebieski pyłek. Napęd.
— Naprawiłem ją już trochę wcześniej — powiedział Thin, podając Ignei deskę, która przyjęła ją z pewnym zdziwieniem. — Tylko że... no... nie za bardzo miałem, kiedy oddać. Już nie powinna tak trzeszczeć i się wyłączać, jak zaczniesz przyspieszać... Co wcale nie znaczy, że masz przyspieszać! — dodał szybko i pogroził jej palcem. — Weź, się też pozbądź tego nawyku skakania z wysokości, bo znów upadniesz i jeszcze złamiesz coś więcej, niż tylko deskę. A mnie się serio nie chce przychodzić na twój pogrzeb.
— Serio? Nawet jakby był tort? — zapytała bezczelnie Ignea, pokazując mu w wesołym uśmiechu wszystkie swoje zęby.
Kąciki ust Thina drgnęły, ale on powstrzymał uśmiech. Po prostu się odwrócił i powrócił do sprzątania swoich klamotów, dając znak Ignei, że może już iść, on sobie sam z tym bałaganem poradzi. Dziewczyna posmutniała, ale wiedziała, że jeśli zostanie, tylko zdenerwuje tym kuzyna, wyszła więc z warsztatu. Postanowiła wrócić do domu, tak po prostu. Może Et wreszcie łaskawie się zjawi i wyjaśni jej swoje dziwne zniknięcie.

~~*~~


Ethereal uśmiechnął się i spojrzał na swoje odbicie w lustrze, ale jego zęby, choć już wiele prostsze niżeli wcześniej, nadal do złudzenia przypominały kły. Warknął ze złością i spróbował skupić się jeszcze raz, cofnąć to. Absolutnie nic się nie stało, nadal szczerzył się, pokazując zęby, które zupełnie do niego nie pasowały. Spróbował więc z uszami, które nadal były za wielkie i zdecydowanie za długie, nawet jak na niego. Poza tym nadal słyszał wszystko zbyt głośno. Nie chciał zachować nadwrażliwych uszu na wieczność, to by była katastrofa.
— Nie spiesz się zbytnio — rzekł spokojnie Ekari, który siedział na krzesełku i popijał sobie herbatę, która już dawno powinna wystygnąć, ale mimo to, wciąż leciała z niej para, sugerująca, że w środku kubka jest gorący napój. — Powinieneś się skupić, takich rzeczy po prostu nie da się robić w pośpiechu.
— Nie prosiłem cię o rady! Gdyby nie ty, nie wyglądałbym teraz jak jakiś... jakiś... początkujący krwiopijca!
— Wampiry wyglądają przecież zupełnie inaczej, a nie tak! — zaprotestował Władca Pogody, natychmiast biorąc do ręki swój dziennik i zaczął go kartkować, jakby chciał się upewnić, czy coś mu nie umknęło. Ethereal przewrócił oczami, które już były całkiem normalne. A w każdym razie normalne dla niego, bo inni często uważali je za straszne.
— Powiedziałem, że krwiopijca, a nie wampir — prychnął chłopak, nadal przyglądając się nadzwyczaj dokładnie swoim zębom. Najwyraźniej nie zamierzały podjąć z nim współpracy. Zobaczył w odbiciu zainteresowanie na twarzy Ekariego, więc postanowił pociągnąć temat dalej, w końcu nie miał za bardzo teraz nic innego do roboty. — Wiedz, jest między nimi akurat różnica, nawet spora i ty akurat powinieneś to wiedzieć. Wielki odkrywca, Władca Pogody, też mi coś... Krwiopijcy to ten starożytny lud, co zamieszkuje jaskinie, nawiedzone domy, czasem cmentarze i właściwie nie wychodzi na światło dzienne, więc nikt nie ma pojęcia, jak oni wyglądają dokładnie. Ale, że mają wielkie kły i czerwone oczy to wiadomo doskonale, widać je z daleka, nawet w ciemnościach. Wysysają krew i zabijają tak prawie każdego, kto wejdzie na ich teren. Czasem komuś uda się zbiec, ale to naprawdę rzadko. Trzeba nie lada wysiłku, żeby się przebić przez ich zorganizowaną grupę. A wampiry to tacy ich potomkowie, ich i jakiejś innej rasy, nie pamiętam której. Są słabsze, mniej przerażające, no i trochę lepiej znoszą światło. Ale ogólnie to wampiry są słabe i niezbyt mądre. Naprawdę tego nie wiesz, panie wielki badacz? Przecież takie informacje można znaleźć, w co drugim podręczniku do historii!
— Nie, nie wiedziałem tego — odpowiedział Ekari, notując pospiesznie wypowiedziane przez Ethereala słowa, co nieco rozbawiło chłopaka. — W przeciwieństwie do ciebie, nie mam aż tyle wolnego czasu, żeby włóczyć się po bibliotekach i sprawdzać wszystkich w książkach. Mam pełno obowiązków, jako jedyny w tym mieście Władca Pogody. A za moich czasów edukacja takich tematów po prostu nie ogarniała.
— Za moich czasów też nie ogarnia — odpowiedział Ethereal, a jego uszu nagle zamachały, jak u jakiegoś psa i zmniejszyły się do swoich normalnych rozmiarów, co przyjął z ogromną ulgą. — Moja siostra by to ujęła w ten sposób: jestem kujonem. Co znaczy, że lubię się uczyć i uczę się dużo, także tych rzeczy, o których nauczyciele mówią, że nie są mi potrzebne. A swego czasu czytałem trochę o różnych dziwnych stworach...
— Nigdy nie wiadomo, jaka wiedza może ci się przydać — rzekł przemądrzałym tonem mag, a Ethereal spojrzał na niego i zastanowił się, czy aby na pewno nie powinien przyłożyć mu w nos, który wydawał się jakoś zbyt prosty.
Powstrzymał się jednak od tego całą siłą woli i znów wrócił do prób przywrócenia normalnego kształtu swoim zębom. „No dalej, zmieńcie się”, myślał uparcie, wbijając wzrok w lustro tak mocno, że gdyby było to możliwe, rozbiłby je samym tylko spojrzeniem. Ale tak się nie stało, dalej tylko gapił się na samego siebie i nic się nie zmieniło. Mruknął pod nosem coś, co z całą pewnością nie spodobałoby się jego ojcu.
— A może zawrzemy układ? — odezwał się nagle Ekari, jakby coś mu przyszło do głowy i był to genialny pomysł. Ethereal prychnął z niechęcią, słysząc jego słowa.
— Układ? A jaki ty niby chciałbyś mieć ze mną układ? — zapytał, nie odwracając się do niego, tylko nadal przeglądając się w lustrze. Te kły musiały zniknąć. — Raczej nie układam się z osobami, które na mnie napadają. Taką sobie osobistą zasadę ułożyłem i myślę, że jest ona dość oczywista.
— Mógłbym cię uczyć — rzekł wesoło Ekari, a Ethereal natychmiast się obrócił, żeby wyrazić swój całkowity sprzeciw, jednak mag jeszcze nie skończył. — Mógłbym przekazywać ci wiedzę o magii, bo mimo że nasze moce są zupełnie różne, to każda magiczna sztuka ma dokładnie te same korzenie. A ty w zamian byś się ze mną dzielił swoją wiedzą, bo widać, że jesteś mądry. To byłby wspaniały układ!
— Zapomnij, nie zamierzam się czegoś takiego uczyć! — wykrzyknął wściekle Ethereal, a jego twarz poczerwieniała. — Wszyscy doskonale wiedzą, że magia jest niebezpieczna! Nie zamierzam kiedyś skończyć, zamieniony na wieczność w ropuchę albo coś gorszego! Jak na przykład jakiś fioro-smok jak przed chwilą!
— Magia nie jest bardziej niebezpieczna niż sztylet czy pistolet — stwierdził lekceważącym tonem Ekari, wzruszając przy tym ramionami. — To narzędzie jak każde inne, poziom jego niebezpieczeństwa zależy od osoby, która je trzyma. Trzeba tylko, umieć się nim posługiwać. Poza tym i tak będziesz musiał się tego uczyć, bo od teraz już wiesz o tym, że możesz zmieniać kształt. I będziesz go zmieniał odruchowo, nawet nieświadom tego. Ba, mogło się też zdarzyć, że już to robiłeś i nie zdawałeś sobie z tego sprawy, ale teraz twoja moc jakby się obudziła i będziesz to robił częściej. Oraz będzie to bardzo widoczne. Używanie magii i niewiedza, jak jej używać: to w parze jest niebezpieczne.
— Zwyczajnie się zgrywasz — prychnął chłopak, ale gdy przyjrzał się twarzy maga, musiał jednak stwierdzić, że nie było na niej ani cienia nieszczerości, tylko powaga. Zająknął się. — Ee... dobra, może jednak się nie zgrywasz. Ale... ale ja... daj mi to przemyśleć, dobrze? Nie mogę tak po prostu... tak od razu... tak tylko...
Ekari skinął ze zrozumieniem głową i wrócił do popijania swojej herbaty, która jakimś cudem nadal była gorąca. Kto normalny podgrzewałby sobie magią herbatę? Ethereal jeszcze raz spojrzał w lusterko, nie chcąc wymyślać sobie nowych problemów do obmyślania i wyszczerzył zęby. Nic. Nie zamierzał jednak siedzieć przez wieczność w tej wieży z szalonym magiem, a miał niemiłe przeczucie, że tyle właśnie zajęłyby mu próby powrócenia całkowicie do swojego codziennego wyglądu. Uznał ciszę za znak, że może już sobie pójść i czym prędzej wyniósł się z gabinetu Ekariego, potykając się o własne nogi. Pędem zbiegł po schodach i z ulgą powitał drzwi wyjściowe. Które jednak stawiały trochę opór, kiedy próbował je otworzyć, ale koniec końców się poddały.
Ruszył w stronę domu. Zastanawiał się, czy Ignea już tam siedziała i czekała na niego, ze swoją złowróżebną miną, jak to miała w zwyczaju czynić, czy też udała się na wycieczkę do puszczy, bo zwyczajnie znudziło jej się czekanie. Ethereal spojrzał w górę, gdzie dwa słońca powoli ścigały się, walcząc o to, które z nich pierwsze schowa się za horyzontem. Zawsze wygrywała Kłótliwa, więc oglądanie tego wyścigu nie miało sensu. Było już strasznie późno. Ethereal żałował, że nie wziął ze sobą zegarka, tylko zostawił go na szafce nocnej w swoim pokoju. Ale zamiast teraz się tym przejmować, przyspieszył kroku, by jak najszybciej dotrzeć do domu. Kilkoro strażników, wałęsających się jeszcze po ulicach, odprowadzało go nieco zdziwionymi spojrzeniami, jednak żaden nie odważył się podejść do niego bliżej. Chyba miał wciąż na twarzy wymalowaną złość na Władcę Pogody.

Rozdział V

(Nie)widzialny


Oczywiście, że zrobiła mu awanturę. Nie byłaby sobą, gdyby tego nie zrobiła, albo wybrała zwyczajną rozmowę, zamiast wrzasków na całe gardło. Ignea siedziała wcześniej znudzona na kanapie, rozłożywszy nogi na stole i czytała ukradzioną od Thina książkę, mówiącą coś o maszynach. Właściwie mało co z niej rozumiała, nawet gdy się bardzo wysilała, ale w końcu liczyły się same chęci. Właśnie ten moment wybrał sobie Ethereal, żeby jak gdyby nigdy nic wkroczyć do domu, a wyglądał przy tym, jak ostatnie nieszczęście. Włosy miał przyklapnięte i potwornie czarne, jeszcze bardziej niż zazwyczaj, przy czym wyglądały jak mokre, chociaż nie widziała na nich ani jednej kropli wody. Jego twarz była podejrzanie sina. Na sobie miał nadal strój ćwiczebny, choć może powinna stwierdzić, że strzępy stroju ćwiczebnego, bo wiele z tego ubrania nie zostało. Jej brat krzywił się też strasznie, jakby ktoś uderzył go w twarz i rozzłościł.
Ignea nawet nie zamierzała udawać, że wszystko jest w porządku, jak to czasem robił ich ojciec, żeby dopiero pod koniec rozmowy wyładować swoją złość. Jego zresztą i tak nie było, bo jak zwykle siedział w pracy. Od razu zaczęła krzyczeć na Ethereala, tak głośno, że aż meble zadygotały, a wszyscy diabelscy postronni świadkowie szybko pouciekali, byle znaleźć się gdziekolwiek indziej, tylko nie w pobliżu tak rozwścieczonej istoty. Ignea wrzeszczała najgłośniej, jak tylko umiała i pewnie pobudziła przez to wszystkich sąsiadów, którzy już przygotowywali się do snu, ale miała to gdzieś. Była wściekła na swojego brata. Bardziej niż wściekła.
Ethereal za to tylko stał w wejściu i gapił się na nią pustym wzrokiem, zupełnie jakby pozwalał, by jej słowa wpływały do niego jednym uchem i uciekały drugim. To tylko jeszcze bardziej ją denerwowało. Kiwał kilka razy głową, na znak, że rozumie jej wywód i złość, a potem, bez ani jednego słowa, bez niczego, po prostu wszedł do domu i zniknął na schodach prowadzących na górę. Usłyszała za nim tylko trzask drzwi i dźwięk klucza przekręcanego w zamku. Zamknął się w swoim pokoju.
Ignea zaniemówiła. Stała na środku salonu, oszołomiona i brak jej było słów, by opisać obecną sytuację, chyba pierwszy raz w życiu. Jeszcze nigdy nie zdarzyło jej się, żeby ktoś ją aż tak zignorował. Na dodatek to był jej brat! Ani jednego gniewnego słowa, ani jednego morderczego spojrzenia, nawet drwiącego uśmiechu, zupełnie żadnej reakcji. Wszyscy zawsze reagowali jakoś na jej słowa, bo zwykle były one bardzo dotkliwe, z czego doskonale zdawała sobie sprawę. Co prawda nie każdego one urażały, niektórzy uważali je za żart, ale też jakoś reagowali. A teraz, kiedy wygłosiła chyba najbardziej płomienną ze swoich mów, brat ją po prostu zignorował. Całkowicie!
Nie wiedziała, co o tym myśleć. Uszy jej zadrgały niespokojnie. Myślała, że krzyk pozwoli jej wyładować złość, a tymczasem cała ta sytuacja sprawiła tylko, że negatywne emocje bardziej jeszcze się nasiliły. Odetchnęła głęboko, ale to nijak nie pomogło. Nigdy nie pomagało. Nie, tak nie mogła rozładować swojej wściekłości i sama doskonale zdawała sobie z tego sprawę.
Uderzyła stopą w jeden koniec swojej dopiero co odzyskanej deski, która leżała na podłodze, a ta podskoczyła wesoło. Ignea złapała ją zręcznie w powietrzu i nie oglądając się za siebie, nie zabierając płaszcza, nie zmieniając nawet luźnego ubrania, które miała na sobie, po prostu wyszła z domu, prosto w chłód wieczoru, a wiatr otoczył ją, bawiąc się wesoło jej kręconymi włosami.
Zupełnie nie przejęła się tym, że jej ciało natychmiast powiadomiło ją, iż jest zdecydowanie zbyt zimno i jeśli teraz nie wróci, żeby założyć jakieś inne ubranie, wkrótce będzie leżeć z gorączką w łóżku. Fiorzy uwielbiali, wręcz kochali zimno, ale nie byli na nie aż tak odporni, w każdym razie nie ci młodsi, jak Ignea na przykład. Szła dumnym krokiem przez ulicę, rozglądając się dookoła. Jeśli w którychś domach paliły się jeszcze światła, to i tak już powoli gasły. W jednym z nich, wyciętym w wyjątkowo starym drzewie, ukazała się Ignei wesoła twarzyczka jakiejś dziewczynki. Wystarczyło jednak jedno spojrzenie, by mała znikła. Ignea domyślała się, że jej oczy w tej właśnie chwili płoną, jak to mawiał jej brat. Płoną czystą wściekłością.
Przez chwilę włóczyła się po mieście, oglądając wszystko uważnie i szukając jakiegoś wysokiego drzewa albo budowli, na którą jeszcze się nie wspięła, aż w końcu jej wzrok zatrzymał się na Pogodnej Wieży, stojącej na obrzeżach, tuż za murem, oddzielającym resztę Złotej Puszczy od Miasta Kwiatów. O tak, to była niewątpliwie najwyższa budowla w całej okolicy, a wspięcie się po jej ścianach, aż na sam szczyt, graniczyło z cudem. Tak w każdym razie mówili starsi fiorzy, którzy zapewne nigdy nie spróbowali czegoś takiego zrobić. Ignei za to już kilka razy udało się wejść dość wysoko po ścianie, chociaż tylko raz dotarła na sam szczyt i wdarła się przez nieosłonięte niczym okno do gabinetu Władcy Pogody. Była wtedy o wiele mniejsza i z czystej, złośliwej ciekawości ukradła mu księgę magiczną. Nikt jednak nie wiedział, że nadal miała ukryte w pokoju notatki na jej temat, a kilka zaklęć nawet zapamiętała, choć nie bardzo miała ochotę ich używać. To było to, co można by nazwać magią zaawansowaną, a ona nawet nie znała się na podstawowej. Czasami ją korciło, żeby poprosić jakiegoś maga, by ją czegoś nauczył, ale potem wracały wspomnienia i odechciewało jej się zabawy magią. Poza tym była pomna na stare historie, które opowiadały o tym, jak magia niszczyła niedoświadczonych i słabych, postanowiła więc nie igrać z takimi mocami. Nie chciała także spłonąć.
Czemu by jednak nie powtórzyć starego wyczynu i nie wspiąć się znów na sam szczyt wieży? Nie stanąć na samym czubku tego szpiczastego dachu albo chociaż w oknie gabinetu i nie skoczyć? Skakała już z wielu różnych budowli w mieście. Kiedyś wspięła się na szczyt budynku Rady, na wieżę zegarową. Był to jej pierwszy taki wyczyn. Stała sobie wtedy na dachu, popychana przez wiatr i przyglądała się z zaciekawieniem tym wszystkim fiorom w dole, którzy gapili się na nią ze strachem oraz skrajnym niedowierzaniem. I te wszystkie wrzaski, kiedy skoczyła... Z jakiegoś powodu podobało jej się to, jak wtedy mieszały się ze świstem wiatru. A później wszystkich wesoło obsypał błękitny pył z deski, kiedy znów poderwała się w górę i zaczęła się wygłupiać. Ethereal wtedy porządnie na nią nakrzyczał za coś takiego. Na Thina również. Ale że Ethereala nikt nigdy nie traktował zbyt poważnie, Ignea zignorowała go, a Thin poprawił niedociągnięcia z pyłem, tak że jego wynalazek już nie sypał nim wciąż na prawo i lewo. Tylko czasem się to zdarzało.
Następnego skoku Ignea dokonała już w lesie, wspinając się na jedno z najwyższych drzew, jakie w tamtym czasie udało jej się znaleźć. Tego już nikt nie oglądał, ale w sumie tak było lepiej. Dziewczyna nabawiła się wtedy trochę przetarć i ran, kiedy zahaczały o nią gałęzie drzew. Wyglądała wtedy, jakby jakiś dziki zwierz ją napadł i postanowiła więcej z drzew nie skakać, a już nie z takich, które mają wiele gałęzi, co znacznie ograniczyło jej możliwości.
Potem już wspinała się na każdy wysoki budynek, jaki zauważyła, a wszystkich w końcu zaczęły nudzić jej wyczyny i nie zbierali się już tak tłumnie, co nie znaczyło, że nie znalazło się kilku ciekawskich, którzy stali się jakby grupką fanów jej wyczynów. Kiedyś też skoczyła z muru i właśnie wtedy połamała sobie deskę, gdy mylnie oszacowała odległość od szczytu, aż do ziemi. Deska rozwaliła się dopiero na gruncie, więc upadek nie był jakoś szczególnie bolesny, co wcale nie oznaczało, że był całkowicie bezbolesny. Przez cały następny tydzień narzekała na bolące nogi, miała nawet wrażenie, że coś sobie złamała, ale na szczęście lekarz, u którego była, zaprzeczył temu.
Później oddała deskę Thinowi do naprawy i już tylko wspinała się na wysokości, chcąc podziwiać wspaniałe widoki, ale schodzenie potem było strasznie irytujące. Jaki był właściwie sens wspięcia się tak wysoko, skoro nie można było potem sobie skoczyć, poczuć się niesionym i targanym przez wiatr, a potem zatańczyć sobie razem z nim, latając? Jak inni mogli coś takiego znosić? Zero przygody. Nie miało to dla niej sensu.
A teraz, kiedy wreszcie odzyskała swój skarb, mogła się wspiąć na najwyższą z wysokich budowli, jaką była stara Pogodna Wieża. Pamiętała, jaki wspaniały widok rozpościerał się z okien położonego najwyżej gabinetu, jak w dole widać było całe miasto i tych wszystkich małych fiorów, malutkich niczym mrówki, a nawet mniejszych. W takich chwilach miała ochotę sama zostać Władcą Pogody, żeby tylko móc codziennie zastawać taki widok z okna. Ostatnie promienie Iskry oświetlały mijane przez nią domy, Kłótliwa już dawno schowała się za horyzontem. Zimny wiatr wzmagał się i szarpał jej ubraniem, jakby chciał ją zmusić do powrotu, ale ona uparcie szła dalej. Nie można było jej w takiej chwili zatrzymać.
Znała kilka tajnych przejść, znajdujących się w pobliżu, dzięki którym mogłaby użyć do przejścia przez mur. Wiedziała też, że któregoś z nich niewątpliwie używa czasem sam Władca Pogody, żeby bez wiedzy strażników dostać lub wydostać się z miasta, ale nie miała pojęcia, o którym z przejść w ogóle wiedział. Teraz jednak nie chciała sobie zawracać głowy otwieraniem któregokolwiek z nich, bo wymagało to nie lada siły, którą wolała zużyć na wspięcie się na sam szczyt wieży.
Zamiast więc zawracać sobie głowę szukaniem tajnych przejść, skierowała się w stronę jednej z pomniejszych bram. Oczywiście stali tam strażnicy, jak przy każdej bramie, ale chyba bogowie czuwali nad Igneą, bo była to dwójka jakichś młodych chłopaków, którzy pewnie dopiero co zaciągnęli się do straży. Takich zawsze łatwo było zbajerować i doskonale to wiedziała, bo udało jej się już kilka razy. Podeszła bliżej i ucieszyła się jeszcze bardziej, rozpoznając jednego z nich. Właściwie trudno byłoby go nie poznać. Nie zwrócili na nią uwagi, dopóki nie stanęła tuż przed nimi, a oni wzdrygnęli się, zupełnie zaskoczeni. Wcześniej musieli jej zwyczajnie nie zauważyć.
— Przykro mi, ale brama jest zamknięta — zaczął jeden z chłopaków, bezbarwnym tonem, wykładając z pamięci wyuczoną formułkę. Ona sama również znała ją na pamięć, słyszała ją naprawdę wiele razy z ust naprawdę wielu strażników. — Jeśli powód nie jest ważny ani nie posiada pani specjalnego listu, informującego o uprawnieniach...
— Iga! — przerwał mu wesoło drugi, rozpoznając Igneę i rzucił się na nią, żeby zamknąć ją w niedźwiedzim uścisku. Dziewczyna szybko odsunęła się od niego, unikając tego, bo nie lubiła takich czułości. Zachwiał się, ale zdołał utrzymać równowagę, po czym wyprostował się jak struna. — No proszę, proszę. Co naszą kochaną Igę sprowadza tutaj o tej jakże późnej porze?
— Nie nazywam się Iga, ty baranie! Ile razy trzeba ci to powtarzać?
— Och, a ja za to nazywam się Baran! Wybacz mi, o wielka pani, że znów się przed tobą tak haniebnie ośmieszyłem. Chylę ku tobie czoło, o wielka... znaczy się, o maleńka pani. Czy wybaczysz mi ten okropny występek?
Skłonił się teatralnie, ale długo tak nie wytrzymał i po chwili zaczął się śmiać. Ignea też zachichotała cicho jak zawsze rozbawiona jego słowami. Nie wiedziała czemu, ale za każdym razem udawało mu się ją rozbawić, nawet gdy była wściekła. Tak jak akurat w tym momencie. Chłopak zawsze miał jakiś taki nietypowy urok.
— Nie no, ale teraz już tak na serio — odezwał się Ariv, gdy już wreszcie udało mu się zdusić śmiech. Zamrugał i spojrzał na nią poważnie. — Co ty tutaj robisz? Powinnaś siedzieć w domu i spać jak wszyscy normalni fiorzy o tej porze.
— Czyli ty też nie jesteś normalny — prychnęła Ignea, poprawiając swoją deskę pod pachą — skoro siedzisz tutaj i pilnujesz jakieś bocznej, niezbyt ważnej bramy, zamiast być w domu i chrapać sobie w najlepsze, tak głośno, jak to tylko ty potrafisz. Dawno cię nie widziałam, kiedy ty właściwie zdążyłeś się zaciągnąć do straży?
— Och, ja? Właściwie, to chciałem się zaciągnąć do armii, nie do jakiejś nudnej straży — odpowiedział lekceważącym tonem Ariv, opierając się na swojej włóczni. Była ona typową bronią dla strażników, ale właściwie nigdy jej nie używali, chyba że jako stroika do swojej osoby. Mieli je dla obowiązku i dopełnienia wizerunku. — Tylko że ten wredny generał mnie nie chciał. Bo niby że za bardzo się rzucam w oczy i brakuje mi dyscypliny, czy coś w tym stylu... Ale go kilka nocy później ograłem w karty, to jednak uznał, że może, MOŻE rozważy moją propozycję. A potem wylądowałem tutaj, w straży, przy bramie. Nie powiem, z początku było strasznie nudno, ale już przywykłem. Przynajmniej po tych nocnych dyżurach mogę spać do południa i nikt się już o to nie czepia.
— Aha, czyli nadal jesteś tym samym leniem — mruknęła Ignea, wcale nie zdziwiona tym wyznaniem.
Znała Ariva od dawna, jego dom stał zaledwie ulicę dalej od ich. Kiedyś wpadła na chłopaka, jak się ganiała razem z kuzynami po mieście, a było to trudne zadanie. Z początku go nie lubiła, ba, byli nawet zajadłymi wrogami. Arogancki dzieciak z bogatszej dzielnicy, wokół którego kręcił się tłumek dziewczyn. Wydawał się taki zimny i bezlitosny. Rozpieszczony do granic możliwości. Ale jego humor, choć nieco głupi, w końcu przedarł się do Ignei i za to go polubiła, choć czasem wciąż miała dość jego, jakże dobrze widocznej, próżności.
Teraz także było to doskonale widać. Ciemne włosy miał zaczesane do tyłu, idealnie ułożone, jakby wybierał się na jakieś ważne spotkanie. W świetle pobliskich lamp pobłyskiwały lekkim fioletem. Niemal taki sam kolor miały jego oczy. Jego twarz była jakoś zbyt błyszcząca, zbyt kanciasta i przystojna, widać było, że ma w sobie jakąś arystokratyczną krew. Uśmiechał się tym swoim promiennym uśmiechem, który zawsze w jego wykonaniu wyglądał na fałszywy. Wiele lat wcześniej wzięła ten uśmiech właśnie za taki, ale teraz już wiedziała, że jest szczery, nawet jeśli na taki nie wyglądał. Dziwny był za to fakt, że kiedy Ariv uśmiechał się fałszywie, wtedy dopiero mogłoby się wydawać, że się naprawdę cieszy. Jego mundur był wyprasowany, nie było na materiale ani jednej zmarszczki, ani jednej niedoskonałości, jakby takowa mogła zaważyć na wizerunku. Tak, Ariv był strasznym, wręcz potwornym pedantem, trudno było tego nie zauważyć.
— Więc, co cię tutaj sprowadza? — zapytał znowu, nachylając się w jej stronę i błyskając swoimi idealnymi, białymi zębami. — Bo to raczej nie chęć spotkania się ze mną po tych długich latach. Zresztą nawet nie wiedziałaś, że tutaj jestem. To chyba los nas znowu ze sobą skrzyżował, piękna.
— Idę do Pogodnej Wieży — odpowiedziała na pierwsze pytanie Ignea, całą resztę jego wypowiedzi zwyczajnie ignorując. Wzruszyła ramionami, jakby chodzenie o tej godzinie do domu maga było czymś zupełnie normalnym. Zwykle właśnie takie zachowanie dawało przepustki wszędzie. Wystarczyło działać tak, jakby się wiedziało, co się robi i było pewnym o słuszności tego. Jednak Ariv nie dał się tym przekupić.
— Władca Pogody Ekari siedzi w mieście — odpowiedział jej, ziewając przy tym ostentacyjnie. — Pewnie wyskoczył do jakiegoś baru. Czasem zdarza mu się wracać, zataczając się i strzelając tymi swoimi magicznymi iskrami, a wszyscy rozsądni trzymają się wtedy od niego, jak najdalej się da. Ale jak coś, to nie ja ci o tym wspomniałem.
— Nie umiem kłamać, baranie — syknęła do niego Ignea. — Poza tym i tak wszyscy to wiedzą. Nie trzeba być wydumanym strażnikiem, takim jak ty, żeby znać takie plotki. Ale mniejsza z nim, ja nie wybieram się do niego.
— W Pogodnej Wieży nikogo... — zaczął znów przemądrzałym tonem Ariv, ale wtedy jego wzrok padł na kolorową deskę, którą Ignea znów poprawiała. — Czekaj no chwilę... ty nadal robisz te swoje ryzykowne sztuczki ze skakaniem? O nie, mowy nie ma! Nie dam ci tędy przejść! Jak się rozbijesz na kawałki, to jeszcze mnie oskarżą, że cię nie zatrzymałem!
— A czy ja kiedykolwiek się rozbiłam? — zapytała Ignea, trzepocząc rzęsami. To nie było w jej stylu, ale doskonale wiedziała, że w ten sposób może uda się go przekonać. Wiele razy słyszała od niego, że jest nawet ładna i zamierzała to wykorzystać. — Przez te wszystkie lata... czy kiedykolwiek widziałeś albo słyszałeś, żebym zrobiła sobie jakąkolwiek krzywdę, robiąc te wszystkie „ryzykowne sztuczki”, jak je uroczo nazwałeś?
Uśmiechnęła się do niego. Oczywiście, że nie raz, ani nie dwa, zdarzało jej się skaleczyć, czasem mocniej, czasem słabiej. Upadała też często, choć z niewielkich wysokości i ogólnie odnosiła wtedy zadziwiająco dużo obrażeń, ale tego nikt nie wiedział, bo wszystko to działo się zawsze głęboko we wnętrzu Złotej Puszczy, gdzie ćwiczyła sztuczki. Poza tym skaleczenia zwykle znajdowały się w takich miejscach, że wystarczyły tylko dłuższe rękawy czy nogawki i już nie było ich widać. Kiedyś wszyscy się dziwili, czemu tak bardzo lubi swój płaszcz i często w nim chodzi, ale już się przyzwyczaili, jak do wszystkich jej dziwactw.
— No nie widziałem — odpowiedział niepewnie Ariv, drapiąc się po głowie i garbiąc niego. Ale po chwili szybko się ogarnął i na jego twarzy znów wróciła powaga. — Ale przecież zawsze może być ten pierwszy raz. Poza tym takie jest prawo, a ja tutaj teraz stoję na jego straży. Nigdzie nie idziesz.
— Czyli że zamierzasz zmusić mnie, żebym uciekła się do szantażu? — zapytała przesadnie słodkim głosem Ignea, a Ariv zamrugał i rozejrzał się na boki. Jedyną osobą w pobliżu był jego kolega, przyglądający się to jemu, to Ignei i tak na zmianę. Ariv odpędził go jednym, niezbyt miłym gestem, a tamten, choć niechętnie, odszedł poza zasięg światła, ale raczej nie poza zasięg słuchu.
— Słuchaj, ja rozumiem, że lubisz igrać z ogniem — powiedział cicho Ariv, nachylając się do niej i szepcząc jej niemal prosto do ucha, jakby również doskonale wiedział, że jego towarzysz może ich wciąż usłyszeć. — Ale zasady to zasady i bez powodu ich nie wymyślono, żeby było nudno. Jak ci się coś stanie, kiedy będziesz teraz skakać sobie z wieży, to będzie moja wina. Nawet jakbym chciał, to nie mogę cię przepuścić, a teraz nawet nie chcę. Więc daruj sobie gadkę z zastraszaniem. Proszę.
Ignea bywała wredna, ale nie mogła powiedzieć, że nie rozumiała jego położenia i to ją nieco denerwowało. Gdyby tego nie pojmowała, mogłaby go dalej przyciskać, aż w końcu by się zgodził, a tak to resztki sumienia jej na to nie pozwalały. Oczywiście wiedziała doskonale, że nic jej się nie stanie, ale rozumiała obawy kolegi. Wymamrotała coś niewyraźnie pod nosem, właściwie sama nie wiedziała co, po czym pożegnała się z Arivem i odeszła kawałek dalej.
O nie, nie zamierzała zrezygnować ze wspięcia się na szczyt Pogodnej Wieży! Nigdy w życiu! Po prostu musiała znaleźć sobie inną drogę, bo nawet wykorzystywanie przyjaciół miało swoje granice. Odsunęła się i upewniła, że z miejsca pod murem, które wybrała, nie widać bocznej bramy, ani jej strażników. Zwłaszcza jej strażników. Zdjęła czarny pas tkaniny, który zawsze ze sobą nosiła, ot tak, ze zwykłego przyzwyczajenia i obwiązała się nim, przywiązując sobie deskę do pleców. Upewniła się, że przedmiot dobrze się trzyma i nie spadnie, po czym wbiła palce między kamienie muru i powoli zaczęła się wspinać, szukając oparcia.
Jak zawsze w trakcie wspinaczki, wydawało jej się, że wszystkie zmysły nagle się wyostrzyły. Raczej instynktownie znajdowała kolejne miejsca, dziury w murze, wysunięte nieco kamienie, które pozwalały jej na dalszą wędrówkę w górę. Lekko stąpała, tak że ani jeden kamyczek nie drgnął pod jej naciskiem. Gdy w końcu stanęła na murze, nie była nawet zmęczona. Raczej rozbudzona.
Zastanowiła się przez chwilę, czy już teraz nie zeskoczyć i poczuć wiatr, ale po ostatnim doświadczeniu z murem jakoś nie miała zbytniej ochoty narażać po raz kolejny swojej deski na zniszczenie. Nie, mur był po prostu zbyt niski na takie wyczyny. Chociaż gdyby ktokolwiek ze straży usłyszał, że tak uważa, miałaby niezłe kłopoty, bo według nich mur był idealny. Odgarnęła od siebie te myśli, odwróciła się i normalnie zeszła po ścianie w dół, choć robiła to już bardziej niezgrabnie, niż przy wspinaczce. Pewnie dlatego, że do wspinania się już przyzwyczaiła — do schodzenia za to nie bardzo.
Zatrzymała się tylko na chwilę i przylgnęła do ściany, kiedy pod sobą usłyszała jakieś głosy. Po tej stronie muru też chodzili strażnicy i pilnowali, by nikt niepowołany nie dostał się do miasta. No tak, niby fiorzy mogli sobie wychodzić na zewnątrz, kiedy tylko im się zachciało, ale raczej nikt nie byłby zadowolony, gdyby dowiedział się, że Ignea sobie tak po prostu przełazi przez mury, ignorując wszelkie środki bezpieczeństwa. Zwłaszcza dowódca strażników miałby z nią do pogadania, a raz już z nim gadała i nie był zbyt rozrywkową osobą. Tak więc dziewczyna trwała w bezruchu i nastawiała uważnie uszu. Kiedy rozmowa i kroki ucichły, policzyła jeszcze w myślach do pięćdziesięciu. Dopiero wtedy zeszła na ziemię. Rozejrzała się niezwykle uważnie dookoła, przyglądając się każdemu podejrzanemu cieniu, ale w zapadającym mroku nikogo nie zauważyła. Nikt też raczej się tam nie chował, jeśli miałaby zaufać swoim zmysłom, a zwykle nie zawodziły.
Przemknęła bezszelestnie przez pas pustej przestrzeni i stanęła pod ścianą wieży. Doznała nieco dziwnego wrażenia, że coś jest nie tak, jak powinno być. Spojrzała w jedną stronę, potem w drugą, a jej wzrok padł na drzwi. Zmarszczyła brwi. Pamiętała, jak kiedyś tu przyszła i wejście było oplecione jakimiś podejrzanymi roślinami, tak że nie dało się tamtędy nijak przejść. Teraz, nie dość, że magicznych roślinnych strażników brakowało, to na dodatek jeszcze drzwi były uchylone.
Zawahała się, ale zawsze była ciekawska, nie potrzebowała więc zbyt wiele czasu na zastanowienie się. Jeśli była okazja, to z czym miałaby zwlekać? Wślizgnęła się więc cicho do środka wieży i stojąc w wejściu, nasłuchiwała przez chwilę, jednak jej uszy zostały powitane wyłącznie przez błogą ciszę. Nikogo tutaj nie było i raczej nikt też się nie włamał, bo tylko szaleńcy włamywaliby się do wieży maga. Tacy jak Ignea. Najwyraźniej Ekari po prostu zapomniał zamknąć za sobą drzwi i jakoś ich zabezpieczyć, jakkolwiek nieprawdopodobne to się wydawało. Ale też skoro lubił sobie popić, jak mawiano na mieście...
Ignea jeszcze nigdy nie była w środku, nie licząc oczywiście gabinetu na samej górze, do którego weszła przez okno. Okazało się, że większą część wieży zajmują schody, kręcące się spiralnie w górę przy ścianach. Ignea spojrzała na nie i prychnęła z lekką drwiną. Już wiele łatwiej i szybciej byłoby jej się wspiąć po zewnętrznej ścianie. Ktokolwiek zaprojektował tę wieżę, nie mógł być wybitnym ani dobrym architektem, bo zupełnie nie pomyślał, żeby jakoś przydanie zagospodarować wolne miejsce. I zostało puste.
Rozejrzała się dookoła, jeszcze raz upewniając się, że jest w tym miejscu sama, po czym zaczęła się wspinać po schodach. Z początku szła powoli, nasłuchując lekkiego echa własnych kroków, które niosło się ze wszystkich stron. Jednak po chwili dała sobie spokój, gdy tylko zobaczyła, jak bardzo nisko nadal się znajduje. Po prostu przyspieszyła, najpierw pokonując po dwa schodki, potem po trzy naraz, aż w końcu po prostu biegła w górę, nie przejmując się tym, że ktoś mógłby usłyszeć hałas, jaki tym wywołuje.
Zajrzała wszędzie, gdzie tylko mogła zajrzeć po drodze. Drzwi do różnych pokoi też były pootwierane, zupełnie nijak niezabezpieczone. W większości nie było nic ciekawego, no bo kogo obchodziły pomieszczenia mieszkalne? Każdy je miał u siebie w domu, więc były nudne! Ignea zatrzymała się chwilę dłużej w bibliotece, wybierając książki z półek na chybił trafił, ale przekonała się, że większość z nich traktuje o historii, a te, które niewątpliwie były o magii, w większości zapisane były w jakimś dziwnym języku, którego nie rozumiała. Najwyraźniej, gdy ukradła kiedyś księgę czarów, miała szczęście, iż akurat tamta była zapisana po vittańsku. Opuściła szybko ten pokój, żeby wdrapać się jeszcze wyżej, gdzie na samej górze, znajdował się wielki gabinet.
Po drodze na górę było jeszcze kilkanaście pokoi, ale wszystkie były jakieś zakurzone i niemal całkowicie puste, a jeśli już coś w nich stało, nie było to nic ciekawego. Ignea weszła do jednego z nich, szurając butami i rozsypując zebrany na podłodze kurz na wszystkie możliwe strony. Było tam potwornie ciemno, ale dziewczyna i tak w jakiś sposób widziała niektóre szczegóły. Zauważyła, że część cegieł ściany jest jaśniejsza od reszty i tworzy prostokąt, mniej więcej takiej samej wielkości, co okna na innych poziomach. Czyli że kiedyś musiało tam również być okno, tylko że zostało zabudowane.
Ignea rozejrzała się uważniej po wnętrzu, zastanawiając się, do czego kiedyś mógł służyć ten pokój, ale prócz kilku półek na ścianie, właściwie nie było tam już niczego. Zobaczyła kilka większych wgłębień w podłodze, jakby ktoś wbijał w nią gdzieniegdzie gwoździe, ale to nie układało się w żadną całość. Zapach kurzu powoli zaczynał poważnie drażnić jej nos, wyszła więc.
Kolejne zaskoczenie spotkało ją na szczycie wieży — drzwi do gabinetu również nie były zamknięte. Ignea prychnęła z niechęcią pod nosem. I ten głupi mag się dziwi, że ktoś mu kradnie księgi magiczne, skoro w ogóle nie zabezpiecza nijak swojego domu? Jak można być aż takim idiotą? Jak taki idiota mógł w ogóle zostać tak ważną osobą?
Nie zawracała sobie głowy oglądaniem gabinetu, bo wyglądał niemal dokładnie tak samo, jak gdy widziała go po raz ostatni. Ekari nie był typem osoby, która lubi zmiany. Ignea podejrzewała, że przed wiekami, kiedy dopiero budowano wieżę, gabinet wyglądał dokładnie tak jak teraz. Władcy Pogody zawsze byli jakimiś świrami. Ceniło się ich za to, że potrafili powstrzymywać katastrofy naturalne, jakie czasami nękały miasta oraz za zmienianie pogody na dogodniejszą, ale oni zawsze siedzieli odosobnieni w tych swoich Pogodnych Wieżach i z czasem bzikowali.
Ignea przeszła przez całą szerokość pomieszczenia i przystanęła przed oknem. Zdjęła z pleców swoją deskę, a pas obwiązała sobie wokół ręki, robiąc z niego nawet całkiem fajną rękawiczkę bez palców. Wskoczyła wesoło na parapet okna i zamknęła oczy, rozkoszując się wiatrem omiatającym jej twarz i bawiącym się jej włosami oraz strojem. Dobrze, że w Pogodnych Wieżach nikt nigdy nie wpadł na pomysł oszklenia okien. Szkło jednak źle wpływałoby na czary związane z pogodą, a na to nikt pozwolić sobie nie mógł. Ignea nie była do końca pewna, co właściwie ma szkło do magii, ale nie narzekała.
Stała tak jeszcze przez chwilę, najpierw ciesząc się podmuchami wiatru, a potem otworzyła oczy i spojrzała w dół, gdzie widać było miasto. Na pierwszy rzut oka wiele nie różniło się od otaczającej je wielkiej puszczy, wspaniałej Złotej Puszczy. Korony drzew-budynków sięgały równie wysoko i mieniły się wszystkimi odcieniami zieleni, czasem też i innymi. Ignea widziała bardzo wyraźnie swój dom, bo jako jeden z niewielu, wydrążony był w drzewie, którego liście miały kolor krwistej czerwieni.
Po dłuższej chwili wpatrywania się dało się już dostrzec mur otaczający miasto i oddzielający je od reszty lasu. Między drzewami było też kilka budynków wzniesionych z kamienia, między innymi wspaniały budynek Rady. Tak się nazywał, bo tam odbywały się wszystkie ważne zebrania rządzącej Wielkiej Rady, ale największą władzę i tak miał Król, chociaż on rzadko kiedy zabierał głos, pozwalając raczej rządzić ludowi. Było to dość dziwne zachowanie jak na jakiegokolwiek Króla, ale cóż na to poradzić? Był Królem, mógł sobie rządzić, jak mu się podobało. Przynajmniej większości fiorów dobrze się wiodło.
Nieco dalej, prawie pod murem, stał budynek szkoły ogólnej. Wielki i wciąż biały, choć miał już swoje lata, podejrzane więc było, że nadal zachowywał śnieżnobiałą barwę. Ignea sądziła, że po prostu budynek został zrobiony z jakiegoś innego materiału budowlanego, niż reszta budowli w mieście, ale mało kto uznawał tę jej opinię, gdy się nią dzieliła.
W rogach miasta stały jeszcze trzy inne budynki, będące zarówno szkołami, jak i również bazami. Szara konstrukcja, niezbyt imponująca, należała do wojska. Tam szkolili się zarówno strażnicy, jak i żołnierze, tam też większość z nich pracowała i mieszkała. Ethereal kiedyś chodził do właśnie tamtej szkoły, ale zrezygnował i wrócił do zwykłej, żeby najpierw dokończyć naukę „ciekawszych, ale nie ważniejszych” rzeczy.
Niski budynek, otoczony wieżyczkami z kopulastymi dachami był ośrodkiem Obrońców, bardzo tajemniczych wojowników, którzy snuli się często po nocach i pilnowali porządku. Od żołnierzy odróżniało ich to, że działali indywidualnie, każdy posługiwał się też zupełnie inną bronią, w zależności od tego, co kto umiał najlepiej robić. Często też Obrońcy znali sztuczki magiczne i używali ich do walki, a trudno było się bronić przed kimś, kto atakuje cię jednocześnie ostrzem i magią.
Trzecia szkoła zaś zajmowała się głównie polityką. Prawnicy, sędziowie, skrybowie i inni podobni im zawodowo, wywodzili się właśnie z tamtego miejsca. Jedno skrzydło budynku było chyba też przeznaczone na uczniów medycyny i uzdrowicieli, ale Ignea nie była tego do końca pewna. Jakoś nigdy wyjątkowo nie interesował jej ten budynek, więc mało co o nim wiedziała i nie uśmiechało się jej poszerzanie tej wiedzy, skoro i tak do niczego jej się nie przyda.
Podniosła wzrok na ciemne niebo, na którym już migały wesoło gwiazdy, mieniąc się najróżniejszymi kolorami i jakby ciesząc z tego, że w końcu można je zobaczyć. Potem Ignea spojrzała w dół, wychylając się tak, by zobaczyć sam skraj wieży, by ocenić wysokość, na której się znajduje. Uśmiechnęła się sama do siebie i bez żadnych wstępów po prostu skoczyła.
A raczej miała zamiar to zrobić, bo właśnie w tamtej chwili ktoś krzyknął za nią głośno i pociągnął za ubranie do tyłu, ściągając ją z parapetu, zrzucając na podłogę. Nie spodziewała się tego, tak więc nie miała, kiedy złapać równowagi i upadła na plecy, co mocno zabolało. Zaklęła pod nosem i szybko zerwała się na równe nogi, ignorując ból. Chciała zobaczyć, kto ośmielił się jej przerwać i wygarnąć mu to wszystko, nawet jeśli to byłby ten okropny mag, ale absolutnie nikogo nie zobaczyła.
Zmrużyła oczy i rozejrzała się, starając się ogarnąć wzrokiem każdy kąt, każdy zakamarek i każdy cień, tak by nic nie umknęło jej spojrzeniu, jednak nadal nikogo nie dostrzegała. To było naprawdę podejrzane i lekko niepokojące.
— Kto tu jest? — zapytała głośno, chociaż nie spodziewała się odpowiedzi. Skoro ktoś się ukrywał, to głupotą z jego strony byłoby odpowiadać. Ale skoro się ukrywał, to raczej nie był to Władca Pogody, ale jakiś włamywacz, który też wykorzystał nieobecność maga. — No dalej, wyjdź ze swojej kryjówki, nie zjem cię.
„Co najwyżej złamię ci nos”, dodała złośliwie w myślach, wciąż przeszukując otoczenie. „A może i wybiję kilka zębów”, pomyślała, podchodząc do drzwi i zamykając je. Stanęła do nich plecami. Jeśli ów tajemniczy gość będzie chciał uciec, nie da rady jej ominąć. Jedynym jego wyjściem pozostawało okno, a raczej wątpiła, by ten ktoś odważył się przez nie wyskoczyć. Chyba że umiał latać, ale to naprawdę mało kto umiał.
Nastawiła uszu. Skoro nie mogła nikogo zobaczyć, może za to uda jej się kogoś usłyszeć. Wiatr świszczał wesoło i przeszkadzał, ale spróbowała go zignorować. Ponad nim, ponad swoim oddechem, usłyszała cichutkie szuranie butów, ale gdy zerknęła ostrożnie w stronę, z której ów dźwięk dochodził, niczego nie zauważyła. Zmarszczyła brwi, poruszyła nieznacznie uszami i wciąż nasłuchiwała. Tak, była absolutnie pewna, że właśnie w tamtym miejscu słyszy ruch, jednak przed nią znajdowała się tylko pusta przestrzeń i nic więcej.
Przesunęła się nieznacznie do przodu i nagle kroki umilkły. Teraz już była absolutnie pewna. Stała przez chwilę w zupełnym bezruchu, po czym rzuciła się przed siebie, atakując powietrze. Wyraźnie wyczuła, że wpada na kogoś i razem potoczyli się po podłodze. Ignea przycisnęła kolanem napastnika do ziemi, a niewidzialna osoba pod nią jęknęła. Niewidzialność, magia musiała być oczywiście wszędzie. Przez chwilę postać zamigotała i dziewczyna widziała nastoletniego chłopaka, ale nie minął moment, a ten znów zniknął, tak, że nie miała szansy mu się uważniej przyjrzeć.
— To, że cię nie widzę, nie znaczy jeszcze, że nie wiem o twojej obecności — powiedziała do niego, wpatrując się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowały się oczy. Prawdopodobnie nadal tam właśnie były, ale nie spoglądały teraz na nią. — Co to za tchórz, co wkrada się do Pogodnej Wieży, do tego jeszcze okryty zaklęciem niewidzialności? No, kim ty właściwie jesteś?
Cisza. Kimkolwiek był nieznajomy, najwyraźniej nie zamierzał jej odpowiadać, a ona nie lubiła, kiedy ktoś jej nie odpowiadał. Wbiła mu mocniej kolano między żebra, ale rozległo się tylko ciche jęknięcie bólu, nic poza tym.
— Okej, nie chcesz mówić, to nie. Poczekamy sobie na pana Władcę Pogody, bo on nie jest tak miły, jak ja.
„Bo w całej swojej irytującej osobie, jednak jest ode mnie milszy”. Ignea zamyśliła się nad tym przez krótką chwilę. Doskonale zdawała sobie sprawę, że potrafi być wredna, często nawet celowo. Ekari taki nie był, raczej po prostu denerwujący. Irytujący. Wkurzający w swojej głupocie i skrajnym szaleństwie. Ale żeby wredny? Nie za bardzo.
A jednak groźba podziałała, bo nieznajomy nie zdawał sobie sprawy z charakteru maga. Postać znów zamigotała, ale tym razem chłopak nie zniknął po chwili, tylko pozostał widzialny. Ignea pokazała mu we wrednym uśmiechu wszystkie zęby, a on pobladł, jakby właśnie zdał sobie sprawę, że ujawnienie się mimo wszystko nie było dla niego zbyt dobrym pomysłem. Na coś takiego jednak było już dawno za późno.
Dziewczyna przyjrzała mu się dokładniej, bo wydawał się jej jakiś dziwny i to w niezbyt dobrym tego słowa znaczeniu. Był wysoki, ale to nie zrobiło na niej żadnego wrażenia, bo dla niej niemal wszyscy byli wysocy. Taki już był żywot niskich osób. Skórę miał brązową, dziwnie opaloną, zwłaszcza że trwała jesień. Rysy jego twarzy były miękkie i właściwie to bardziej pasowałyby do dziewczyny, niżeli do chłopaka. Blond włosy stały na głowie i połyskiwała w nich chyba z tona żelu.
Kiedy tak mu się przyglądała, uśmiechnął się. Fuj, kto miewa tak żółte zęby? Chyba musiał nie myć ich od bardzo dawna. Ale to nie było jedyny, co tutaj nie pasowało. Ignea błądziła spojrzeniem po jego twarzy, próbując zrozumieć, co tam jest nie tak, co wywołuje w niej niepokojące uczucie, kiedy na niego patrzy. Oczka miał małe, przestraszone, piwne. Takiego koloru jeszcze u nikogo nie widziała. Były jakieś przygaszone.
Uszy. Uszy jej nie pasowały. Nie były normalne, nie były szpiczaste. Były zaokrąglone. Przygaszone i piwne oczy, zaokrąglone uszy... to przecież oznaczało, że...
— Jesteś człowiekiem! — wykrzyknęła Ignea ze zgrozą i zdziwieniem, wpatrując się teraz w chłopaka, jak w ducha. Ten uniósł brwi, jakby chciał powiedzieć: „Naprawdę? Dziękuję, nie wiedziałem”. Jednak zachował milczenie. — Ty... jesteś... co tutaj robisz?!
— Leżę na podłodze — odpowiedział bezczelnie, próbując udawać pewnego siebie, ale Ignea doskonale widziała, że jest skrajnie przerażony. Jako ktoś, kto kłamać nie umiał, doskonale potrafiła powiedzieć, czy inni są z nią szczerzy, czy też niezupełnie.
— Aha, czyli jednak chcesz poczekać na maga — rzekła znudzonym głosem. Uśmiechnęła się do siebie, kiedy coś nagle jej się przypomniało i kawałek układanki wskoczył nagle na swoje miejsce. — Swoją drogą, to chyba ty ukradłeś tę książkę, o której ukradzenie oskarżył mnie Ekari. Oj, oj, nieładnie. Wiesz, że magowie bardzo nie lubią kradzieży? Zwłaszcza, jak im się kradnie cenne rzeczy, takie jak książki magiczne. Po takich akcjach dzielni i chytrzy złodzieje zamieniają się w tchórzliwe żaby oraz inne takie.
— Ej no, czego ty ode mnie chcesz?! Uratowałem cię przecież, chciałaś skoczyć!
To rozbawiło Igneę i na chwilę pozbawiło ją okropnego nastroju. Przez chwilę dusiła w sobie śmiech, ale nie wytrzymała długo i wybuchnęła. Łzy napłynęły jej do oczu z rozbawienia. Chłopak wpatrywał się w nią jak w wariatkę, ale najwyraźniej zdawał sobie sprawę, że wyrażenie swojego zdania w obecnej chwili nie byłoby dla niego najlepszym rozwiązaniem.
— To według ciebie miał być ratunek? Już prędzej to ja cię uratowałam przed oszustwem — powiedziała zduszonym głosem i znów się zaśmiała. Naprawdę, to wszystko było takie zabawne, że nie mogła przestać, ale w końcu spróbowała się opanować. — Dobra, ale ponieważ mi przeszkodziłeś, czego nie powinieneś był robić, to teraz gadaj coś ty właściwie za jeden. Albo naprawdę wydam cię Ekariemu. A może nawet strażnikom, bo, o ile dobrze sobie przypominam, żaden człowiek nie powinien się tutaj kręcić. Złamanie prawa i to jeszcze takiego prawa, to nie są przelewki. My, fiorzy, bardzo nie lubimy, jak jacyś wścibscy ludzie włażą do naszej świętej Złotej Puszczy i ją bezczeszczą, nazywając to badaniami. A ja akurat bardzo lubię tę puszczę.
— A... ale ja... ja wcale nie... — zaczął się jąkać, teraz już nie próbując ukrywać swojego strachu. Ignea nim potrząsnęła, więc przełknął ślinę i spróbował zacząć swoją wypowiedź jeszcze raz. — Ja nie prowadziłem żadnych badań. Naprawdę! Nawet się na tym nie znam. Ja... ja się chciałem tylko gdzieś schować — dodał, już naprawdę cicho.
— Marne zaklęcie niewidzialności nie da rady nikogo ukryć na długo, zwłaszcza, jak nie umiesz zachowywać dyskrecji — prychnęła Ignea. — Poza tym trzeba było pomyśleć o tym wcześniej, zanim wlazłeś do puszczy. Ba, do puszczy! Mogłeś nie władowywać się do wieży maga! Chcesz się chować przed fiorami i ładujesz się do ich miasta? Ty w ogóle myślisz?! Jak taki kretyn zdołał się ukryć gdziekolwiek?!
— Kiedy ja się nie chowałem przed fiorami — wydukał, kuląc ramiona. Gdyby mógł, pewnie by ukrył twarz w dłoniach, ale tak to po prostu odwrócił wzrok. Ignea zamrugała ze zdziwienia. Akurat takiej odpowiedzi najmniej się spodziewała.
— Więc przed kim niby? Bo chyba nie przed tymi podejrzanymi gośćmi, co kręcą się po puszczy i...?
Ale on już kiwał energicznie głową, dając jej do zrozumienia, że właśnie przed nimi. Niby czemu chował się właśnie przed nimi? Zupełnie tego nie rozumiała. Pytanie musiała mieć wypisane bardzo wyraźnie na twarzy, bo chłopak odpowiedział na nie, choć nie wypowiedziała go na głos.
— Ukradłem im plany. Bardzo ważne plany. Chciałem komuś o tym powiedzieć, ale wpadłem w to wszystko po uszy. Przypadkiem. Teraz chcą te plany odzyskać i się mnie pozbyć.
W oczach Ignei pojawiła się iskierka szaleństwa, zaś w głowie powoli zaczął rozkwitać pomysł. Zawsze była niezwykle ciekawska i wścibska. Chciała wiedzieć, co to za ludzie plączą się po puszczy, zakłócając spokój, który dotąd w niej znajdowała. Którzy tak bezczelnie zostawiali wszędzie te swoje maszyny. Chciała ich rozpracować, dowiedzieć się co właściwie robią i po co to robią. A potem chciała się ich pozbyć, raz i na dobre. Właśnie ona.
Zamierzała coś powiedzieć, może przedstawić jakąś propozycję czy coś w tym guście, kiedy jej uszy, pośród świstu wiatru, wyłapały trzaśnięcie drzwi. Ekari musiał wrócić już do domu, po swojej nocnej schadzce, w której czasie odwiedzał wszystkie kluby i puby w okolicy, sprawdzając w nich jakość alkoholi. Nie mógł posiedzieć tam gdzieś trochę dłużej i zwyczajnie się upić do nieprzytomności jak zawsze? Akurat dzisiaj musiał skończyć wcześniej?
— Dobra, posłuchaj mnie — zwróciła się do chłopaka, który teraz wpatrywał się w nią jakoś dziwnie źle. — Jak nie chcesz sobie przesiedzieć teraz wieczności w więzieniu za złamanie naszych praw, to mi pomożesz. A ja w podzięce cię nie wydam.
— Pomóc? W czym?! — przestraszył się.
— Po pierwsze, to mógłbyś na przykład nie krzyczeć — syknęła Ignea, zakrywając mu dłonią usta. — Bo ktoś mógłby cię usłyszeć, a ja mam o wiele wrażliwsze uszy niż ty. Po drugie: tak, pomóc. To właśnie powiedziałam. Mnie też się to za bardzo nie podoba, że ktoś sobie tak po prostu łazi po puszczy. Chcę ich złapać i się pozbyć, a z miejscowymi strażnikami to będzie się ciągnęło zbyt długo. I albo mi w tym pomożesz, albo pójdziesz siedzieć za złamanie prawa.
— Też mi wybór — prychnął chłopak, gdy Ignea po chwili ciszy wreszcie podniosła rękę i pozwoliła mu mówić. — To zwyczajny szantaż.
— No przecież wiem — oświadczyła wesoło, znowu się uśmiechając. —  Postaraj się wybrać dość szybko, bo ktoś tutaj właśnie idzie. I pewnie jest to ktoś, dla kogo ta wieża obecnie jest domem, a jestem pewna, że ty także nie chcesz wpaść na tego denerwującego maga.
— Że co...? Kłamiesz. Nikt nie może mieć aż tak dobrego słuchu.
— Jak rozumiem, wolisz mimo wszystko zaryzykować — rzekła Ignea, w jednej chwili pozbywając się radości i jej głos był teraz pełen chłodu. Naprawdę nie lubiła, wręcz nienawidziła, gdy ktoś oskarżał ją o kłamstwo. Podniosła się i poprawiła swój pas na dłoni, po czym podeszła do  deski, która wypadła jej wcześniej z rąk. — Jak tam sobie chcesz. W każdym razie ja wychodzę. Szybka decyzja: idziesz ze mną albo zostajesz. I bez żadnych sztuczek!
Miała nadzieję, że będzie chciał iść, ale nie zamierzała mówić tego głośno, ani pokazywać w żaden sposób, że jej zależy. Źródło wiedzy o tym, co mogą robić ludzie w puszczy... Chłopak wstał z ziemi, spojrzał najpierw na nią, potem na drzwi i znów na nią, nie będąc pewnym, co powinien zrobić, albo która decyzja będzie dla niego korzystniejsza. Ignea prychnęła i odwróciła się do niego plecami, co w końcu zmusiło go do wyboru. Szybkim krokiem, prawie że biegiem, podszedł do niej.
— Dobrze, dobrze, pomogę ci. Tylko, proszę, nie zostawiaj mnie tutaj z tym strasznym magiem!
Ignea wskoczyła na parapet i uśmiechnęła się do niego, ponad swoim ramieniem. Raczej wątpiła, czy zgodziłby się skoczyć z okna. Ba, raczej i tak nie dałaby potem rady poderwać się na swojej desce w górę z dodatkowym pasażerem, który, nie dość, że był od niej większy, to pewnie też cięższy, w końcu to był człowiek. Tak więc niechętnie od razu uruchomiła mechanizm latającej deski, wciskając przycisk, który zwykle włączała piętą. Robienie tego normalnie, dłonią, już nie dawało takiej frajdy. Rzuciła deskę przed siebie, a ta przez chwilę powoli spadała, niczym piórko, by w końcu zawisnąć w powietrzu, nieco poniżej wysokości parapetu.
— Komu w drogę, temu w czas, czy jak tam się to u was mówi — rzekła i wskoczyła na kawałek drewna, który nawet pod nią nie drgną, tylko nadal się unosił w dokładnie tym samym miejscu. Odwróciła się i zobaczyła, że chłopak stoi w oknie, teraz cały blady, co wyglądało nawet trochę zabawnie. — Co, tak od razu tchórzysz? Wiesz, jakby na to nie patrzeć, to innej drogi wyjścia stąd nie znajdziesz. A ja nie mam czasu na to, żeby ciągle się gapić, jak zmieniasz swoje zdanie.
Wspiął się na parapet i ostrożnie, bardzo, ale to bardzo ostrożnie, wkroczył na deskę, jakby się bał, że spadnie. Ignea przewróciła oczami i stanęła znów tyłem do okna, a kąciki jej ust uniosły się złośliwie. Stuknęła dwa razy butem w przód i wtedy cały mechanizm się zatrzymał, a oni runęli w dół. Chłopak natychmiast złapał się Ignei, bojąc się spaść, co było nieco ironiczne, bo już spadali. Spróbowała się wyswobodzić z tego uścisku, który pozbawiał ją tchu, ale nieznajomy okazał się zdumiewająco silny jak na swoją lichą sylwetkę. Gdy ziemia znacznie się zbliżyła, dziewczyna znów uderzyła w deskę, a ta włączyła się i zaczęła zwalniać, aż w końcu zatrzymała się niecały metr nad trawą, która zakołysała się lekko.
— Jesteśmy już na dole, możesz przestać się trząść. I nie lep się tak do mnie, nie jestem ścianą, której możesz się przytrzymać! — powiedziała ze złością, wykorzystując okazję, że był zdezorientowany i odepchnęła go od siebie, zrzucając przy tym na ziemię.
— Ja... ja...
— Cały czas tylko powtarzasz ja i ja! Innego słowa nie znasz? I nie mów, że nie znasz, bo przed chwilą jeszcze ze mną gadałeś. A skoro już jesteśmy przy mnie, to Ignea jestem. A ty, panie jąkający się Ja?
— J... Vol — powiedział, wstając i poprawiając sobie fryzurę, jakby to ona była najważniejsza w całej jego osobie. Zaraz potem sprawdził swoją torbę, która po brzegi wypchana była papierem.
— Dobra, chodź już panie znikacz, zanim przyjdzie tutaj jakiś patrol. Ciemność ciemnością, ale twoje człowieczeństwo i tak już z daleka rzuca się w oczy.

Rozdział VI

Wrogowie dalsi i bliżsi


Nad ranem Ethereal wyglądał już całkiem normalnie. W każdym razie na tyle normalnie, na ile może wyglądać niewyspany nastolatek, który całą noc spędził na zmienianiu powolutku swoich cech zewnętrznych, żeby wyglądać jak przed „Wypadkiem”, to tak właśnie zaczął nazywać swoje spotkanie z Władcą Pogody. Miał szczerą nadzieję, że udało mu się cofnąć wszystko, ale też nie mógł się nikogo o to zapytać, nie zdradzając, dlaczego aż tak bardzo się tym przejmuje. W każdym razie zaczął się upodabniać do swojego portretu, więc chyba się udało.
Nie zamierzał zostawać uczniem żadnego maga, a już z całą pewnością nie tego akurat maga! Mowy nie ma! Ekari był znany, jako najbardziej zbzikowany i nieostrożny Władca Pogody w porównaniu z wszystkimi poprzednimi. Skoro jednak Etherealowi udało się samemu się ogarnąć i wrócić jakoś do swojej postaci, to znów będzie mógł sobie sam poradzić, jeśli się przypadkowo zmieni. O ile w ogóle to nastąpi, w co szczerze wątpił. Przecież umiał kontrolować samego siebie, wszystkie swoje emocje. Wystarczyło tylko zachować spokój w większości przypadków, żadna filozofia.
Tak w każdym razie myślał na samym początku, kiedy wreszcie udało mu się ochłonąć, po wszystkich dziwactwach, które przyniósł mu poprzedni dzień. W szkole nie działo się nic ciekawego, te same nudne lekcje co zawsze. Trochę podejrzane wydało mu się, że nigdzie nie znalazł siostry, nawet siedzącej na jej ulubionym drzewie, ale po awanturze, jaką mu wczoraj zrobiła, jakoś nie spieszyło mu się z nią rozmawiać. Chciał się jakoś wytłumaczyć, może nawet opowiedzieć jej o tym wszystkim, bo w sumie zawsze się jej zwierzał, ale... No właśnie, ale. Nie chciał jakoś nikomu o tym mówić. Nie chciał o tym w ogóle pamiętać, a co dopiero dzielić się z kimś. Sama taka myśl wywoływała u niego ciarki. Odnosił wrażenie, że powinien zachować wszystko w tajemnicy i nigdy więcej o tym nie wspominać, tak więc też postanowił zrobić. W połowie między lekcjami odbyło się jakieś spotkanie na temat bezpieczeństwa, które nie za bardzo go interesowało, bo widział to już tyle razy, że właściwie mógł przewidzieć, co nauczyciel prowadzący to wszystko zaraz powie. Zamiast więc słuchać, walczył w myślach sam ze sobą, a w końcu milczenie znacznie przygniotło chęć podzielenia się z kimś swoimi odczuciami i opowiedzenie o „Wypadku”. Milczał więc na ten temat.
Po szkole postanowił wybrać się z Vailą na przechadzkę po mieście. A raczej to ona tak postanowiła, ponieważ miało to być zadośćuczynienie za jego karygodne zachowanie poprzedniego dnia. Z początku chciał protestować i wytłumaczyć się jakoś, ale szybko ugryzł się w język. Zdawał sobie sprawę, że gdyby otworzył usta, tylko pogrążyłby się jeszcze bardziej, może nawet powiedział o kilka słów za dużo, siedział więc cicho, pozwalając, żeby dziewczyna go prowadziła i cieszyła się tym dniem.
Spacerowali. Po prostu sobie spacerowali uliczkami, nie robiąc przy tym nic szczególnego. Vaila od czasu do czasu przystawała przy jakiejś witrynie sklepowej i wpatrywała się w to, co było ustawione na wystawie za szybami — zawsze to były albo słodycze, albo też sukienki, bo właśnie w takich rzeczach ona gustowała. Jednak niczego nie kupowała, bynajmniej nie dlatego, że nie miała przy sobie pieniędzy. Podejrzewał, że za każdym razem zabierała ze sobą z domu całą swoją fortunę, jaką zarabiała w pracy, żeby czasem ktoś z rodziny jej nie podwędził wszystkiego ze schowka, a wiedział, że kilka razy już się tak stało. Zwyczajnie Vaila nie była rozrzutna i nie chciała wydawać swoich pieniędzy na błahostki. Poza tym Ethereal wątpił, by rzeczywiście jego dziewczyna chciała którąkolwiek z tych wszystkich rzeczy posiadać, po prostu je podziwiała z odległości i nic więcej. Kiedyś, jeszcze na początku ich znajomości, kupił jej jedną z tych sukienek z jakiegoś sklepu, nie pamiętał nawet, z którego, za co zarobił od niej po głowie. Więcej już nie zamierzał tego robić, zwłaszcza że Vaila dokładnie wiedziała, gdzie uderzyć, żeby zabolało najbardziej.
Tak sobie po prostu błądzili po mieście, zwyczajnie tylko będąc. Vaila nie wymagała od niego, żeby się ubrał w garnitur, wystroił jak nie wiadomo kto i zabrał ją do restauracji, gdzie wydaliby miliony na to, żeby dostać kawałek ozdobionego jedzenia na wielkim talerzu, które też by jakoś najlepiej nie smakowało. Nie chciała, żeby Ethereal deklamował jej poezję, tworzył ją dla niej, żeby codziennie obsypywał ją kwiatami i czułymi słówkami. Pewnie też właśnie z tego powodu z nią chodził. Czasem się na niego złościła. Czasem się kłócili. Jak w normalnym związku.
— Hej, to chyba twoja siostra — wyrwała do nagle z zamyślenia Vaila, wskazując na coś głową. Ethereal spojrzał w tamtą stronę i rzeczywiście zobaczył Igneę, która wychodziła właśnie z warsztatu z jakimś podejrzanym pakunkiem, zapakowanym w kolorowy papier.
— Ona zawsze się tutaj włóczy — powiedział, zastanawiając się, czemu Vaila tak nagle zainteresowała się jego rodziną. Wcześniej jakoś nie obchodziło jej, co robi Ignea, ba, chyba się nawet trochę ze sobą nie lubiły. Wzruszył tylko ramionami. — Nic nadzwyczajnego.
— Nie było jej dzisiaj w szkole — zauważyła Vaila, śledząc dziewczynę niezbyt przychylnym spojrzeniem. To już było zrozumiałe. Kiedy ktoś nie pojawiał się na lekcjach, a potem Vaila widywała go całego i zdrowego, balującego sobie w najlepsze, to się złościła. Dla niej nauka, chodzenie do szkoły na zajęcia, było świętością. Opuszczenie dnia szkolnego z powodu błahego albo w ogóle bez żadnego powodu, było jak świętokradztwo.
— Och, tak, bywa czasem pod tym względem okropna — potwierdził Ethereal, kiwając ze smutkiem głową.
Niezbyt miał ochotę rozmawiać o siostrze i jej głupich pomysłach. I tak już źle czuł się z myślą, że postanowił jej o czymś nie powiedzieć, przecież zawsze dzielił się z nią wszystkim, tak samo, jak ona z nim. Opowiedziała mu nawet o tych wszystkich tajnych przejściach przez mur i dziwacznych miejscach, jakie znalazła w puszczy, chociaż były dla niej najskrytszą ze skrytych przez nią tajemnic, co podkreślała wielokrotnie. A on chce zataić przed nią coś takiego... Odwrócił się i spojrzał Vaili prosto w przepiękne oczy koloru bursztynu, chcąc w nich zatonąć, ale ona nie patrzyła na niego. No, w każdym razie nie do końca na niego.
— Chyba coś cię ugryzło w ucho — powiedziała, unosząc dłoń i ściskając rzeczone ucho. Ethereal nic nie poczuł i to było dziwne. Ostrzegawczy dreszcz przebiegł mu przez plecy. — Jest takie... spuchnięte. Wielkie. Czujesz w ogóle to?
Nie bardzo mógł zerknąć na własne ucho kątem oka, bo zdecydowanie znajdowało się poza zasięgiem jego wzroku. Zamiast tego uwolnił się szybko z uścisku Vaili, pełen podejrzeń i podszedł do jednej z pobliskich wystaw, żeby przyjrzeć się samemu sobie w szybie. Jęknął, a gdzieś wewnątrz niego zaczęło się budzić na powrót przerażenie. Był absolutnie pewien, że gdy rano wychodził z domu, jego ucho wyglądało zupełnie normalnie, a teraz wróciło nagle do stanu, w jakim się wcześniej znalazło przez „Wypadek”. Ogarnęło go straszne przeczucie, że aż się cofnął. A co jeśli znów się zmieni w jakiegoś pół-jaszczura? Albo gorzej, w całkowitego jaszczura? I nie będzie mógł wrócić?
— Powinieneś z tym pójść do jakiegoś uzdrowiciela — rzekła Vaila, nadal mu się przyglądając, z lekkim smutkiem wymalowanym na twarzy. Dobrze, że nie wiedziała, co właśnie rozgrywa się w jego głowie, bo zdecydowanie nie pozostałaby tak spokojna. — Nie wygląda to zbyt dobrze. Może to jakaś alergia?
— E... tak, powinienem z tym pójść do uzdrowiciela — przytaknął Ethereal, ledwo wydobywając z siebie słowa, bo nadal był zbyt skupiony na gapienie się w swoje odbicie.
Zaczął myśleć gorączkowo, jakby tu zbyć Vailę, tak żeby się nie obraziła i jednocześnie powiedzieć przy tym prawdę, nie zdradzając się ze swoją dopiero co odkrytą dziwnością. Nie chciał się z nią zdradzać nikomu, tego był absolutnie pewny. Rozmyślanie nad tym nie było łatwe, zwłaszcza że po drugiej stronie szyby nagle pojawił się właściciel i patrzył na niego wściekle, jakby traktowanie jego szkła jak lustra uznawał za osobistą obrazę. Ale chłopak nic sobie z tego nie robił, obrywał już bardziej palącymi spojrzeniami, którymi raczyła go siostra. Powiedzieć prawdę. I się nie zdradzić.
— To ja może... może pójdę się jakoś szybko tym zająć — powiedział niepewnie, odwracając się do Vaili i próbując się uśmiechnąć, ale wyszedł mu raczej grymas. — Na... następnym razem się przejdziemy, zgoda? Bardzo cię za to przepraszam, naprawdę!
— Daj spokój, przecież to nie twoja wina — prychnęła Vaila, a Ethereal szybko ugryzł się język, żeby powstrzymać od uświadomienia jej, że jest w błędzie. To była totalnie jego wina. Wzięła go pod rękę, zupełnie nie zauważając targających nim emocji, a on zaczął się zastanawiać, czy jest aż tak dobrym aktorem, czy jednak jego dziewczyna nie jest najlepsza w odczytywaniu drobnych sygnałów. — Chodź, mogę cię odprowadzić. Akurat ostatnio znalazłam dobrego uzdrowiciela. No, może nie do końca ja, ale nie będę się zagłębiać w szczegóły. Jest niesamowity! Ja jeszcze u niego nie byłam, ale Ayl już tak, z tą swoją złamaną nogą. Tydzień temu tam podszedł i od wczoraj już normalnie chodzi, uwierzysz?
— Ale to niemożliwe — zauważył Ethereal, patrząc na nią uważnie i nieco mrużąc oczy. — Ktoś, kto miał tak poważne obrażenia, jak on, nie może ot tak, po paru dniach, po prostu wstać i znów sobie chodzić.
— Ayl może — mruknęła cicho Vaila, ale nieco się zmieszała przy tych słowach, mimo to ciągnęła dalej: — Skakał dzisiaj ze szczęścia i poszedł znów ze swoimi kolegami, żeby robić te niebezpieczne rzeczy. Mówiłam mu, że nie może sobie tak po prostu iść znów się wydurniać po tym, jak ostatnio spadł z dachu, ale oczywiście nie chciał mnie słuchać.
— To niemożliwe, żeby ktoś tak szybko został uleczony — zaprotestował znów Ethereal. Wyswobodził się z jej uścisku, który z każdym kolejnym słowem przybierał na sile, jakby dziewczyna zamierzała go powstrzymać od ucieczki. Vaila patrzyła na niego błagalnie. — Nie przy pomocy zwykłej uzdrowicielskiej wiedzy. Nie jestem uzdrowicielem, ale nawet ja to wiem. To jest mag, prawda? Wiesz dobrze, że nie cierpię magów!
— Ale Ther — odezwała się słodkim tonem, jaki przybierała, kiedy chciała kogoś uspokoić. Tyle że na niego to już raczej nie działało. Tylko ona mówiła na niego Ther, tylko jej na to pozwalał, ale teraz to przezwisko tylko bardziej go zdenerwowało. — Nie złość się. On naprawdę może ci pomóc. Bo to ucho nie wygląda najlepiej, prawdę mówiąc wygląda fatalnie. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałam, a wiesz, że się uczę, żeby zostać uzdrowicielką i widziałam wiele naprawdę okropnych przypadków.
— Nie zamierzam iść do jakiegoś maga, który wmówił sobie, że może być uzdrowicielem i leczyć magią! — zezłościł się Ethereal, odsuwając się od niej. Jego twarz zrobiła się czerwona. — Nikt mnie nie zmusi, żebym lubił magię. Nikt mnie nie zmusi, żebym ją szanował! Nienawidzę jej, rozumiesz?! Nienawidzę jak niczego innego!
— Ther...
Vaila miała łzy w oczach i przerażenie na twarzy, niewątpliwie wywołał to jego wybuch złości, ale w tej chwili w ogóle go to nie obchodziło. Jak ona w ogóle śmiała...? Nie był zły, nie był nawet wściekły, o nie, jego ogarnęła czysta furia. Magia. Od zawsze jej nie znosił, od zawsze miał jej serdecznie dość i nie chciał o niej słuchać. Nigdy, przenigdy. Nie chciał słuchać, że jest tylko narzędziem, że może komuś pomagać, nie wierzył w to. Nie po tym wszystkim. A teraz jeszcze musiał się sam użerać z magią, ba, musiał jej nawet sam używać, żeby pozostać sobą. Magia niszczyła. Dusiła. Zmieniała. Odbierała. Była zła. Najgorsza.
Zacisnął pięści ze złości, w uszach czuł, niemal słyszał, jak krew mu buzuje, jak przez jego ciała przenikała energia. Energia, jakiej jeszcze nigdy nie czuł i nie spodziewał się, że kiedykolwiek poczuje. Denerwowało go to uczucie. Coś w nim się kumulowało i chciało się wydostać na zewnątrz za wszelką cenę, bez względu na to, jak wysoka by nie była. Nie mógł sobie tak po prostu stać na środku ulicy. Nie mógł się zmienić na oczach tych wszystkich przechodzących w pobliżu fiorów, którzy i tak już zwrócili na niego uwagę, przez jego wybuch wściekłości. Nawet nie spojrzał na Vailę, ani przez sekundę, tylko odwrócił się i popędził ulicą, biegnąc w kierunku ostatniego miejsca, do którego miał ochotę iść. Jednak nie miał w tej chwili zbyt wielkiego wyboru. Właściwie to nie miał już żadnego wyboru.
Biegł i biegł, najszybciej jak mógł, w swoich głupich butach, które nagle zrobiły się o wiele za małe na jego ogromne stopy. Dlaczego to musiało trafić akurat na niego? Miał nadzieję, że nikt go nie zauważy, że nie zwróci na niego większej uwagi, kiedy przeciskał się przez tłum fiorów, którzy krzyczeli za nim pogróżki. Oby go tylko nie rozpoznali, żeby go tylko wzięli za jakiegoś przypadkowego dziwaka. Zęby, te wspaniałe proste zęby, nad którymi męczył się całą noc, po raz kolejny zrobiły się ostre i na dodatek zaczęły rosnąć. Przed oczami mu się zamgliło i świat zaczął się rozmazywać. Nie! Przecież nie mógł teraz zemdleć, nie w środku miasta, nie na oczach wszystkich! Przyspieszył. Byle biec tylko szybciej i szybciej, i szybciej, cały czas szybciej...

~~*~~


— Naprawdę, czy musisz chodzić tak głośno? — zirytowała się Ignea, podnosząc wzrok znad kolejnego urządzenia, jakie znalazła w puszczy. Wbiła wściekły wzrok w Vola, który przystanął kawałek dalej i miał minę, jakby zupełnie nie wiedział, o co jej znowu chodzi.
— Ja wcale nie chodzę głośno — zaprotestował chłopak, wyraźnie urażony tym niesprawiedliwym dla niego oskarżeniem. — Może to nie jest do końca bezszelestne skradanie się, bo się w tym aż tak bardzo nie ćwiczyłem, ale trącenie co jakiś czas delikatnie źdźbła trawy to nie jest hałas!
— Do tego gadasz też głośno — prychnęła Ignea, stukając w maszynę palcem, jakby to mogło ją jakoś poruszyć do działania i zdradzić w ten sposób, do czego służy. Jednak mechanizm nie zamierzał jej ujawnić swoich sekretów w tak prosty sposób. — Gdyby nie fakt, że masz informacje o tych... badaczach, jak ich nazywasz i znasz się na ludziach, już dawno bym cię wydała. Jesteś strasznie irytujący jak na kogoś, kogo dalsze życie zależy ode mnie.
Mówiła już to. Powtarzała takie rzeczy już tak wiele razy, że Volowi zaczynało się to zwyczajnie nudzić. Kilka razy nawet zastanawiał się, jakim cudem się w to wszystko wpakował — przecież kiedy dziewczyna wydostała ich obu z wieży, na tej dziwacznej desce i pomogła mu w ominięciu strażników, mógł jej po prostu dać czymś w głowę i zwiać. Myślał nawet wtedy o tym. Ale wtedy ona przeszyła go tak wściekłym spojrzeniem, jakby wyczytała to wszystko z jego myśli i wszystkie te plany po prostu wyparowały. Wzrok miała taki, jakby przebijała się nim przez całą jego powierzchowność, aż po samą duszę i wyczytywała wszystko z każdego, na kogo tylko spojrzy. A to, jak jej oczy się iskrzyły... były koloru najczystszego błękitu, jaki kiedykolwiek widział, koloru lodu, ale to nie przeszkadzało im płonąć, jakby tańczył wewnątrz nich najprawdziwszy ogień. Pod takim spojrzeniem każdy poczułby się mały i chciał jak najszybciej uciec gdzieś bardzo daleko. Vol zastanawiał się, czy wszyscy fiorzy mają akurat takie straszne spojrzenie, czy też trafił na szczególny przypadek. Jeśli to drugie, to nie miał zbyt wiele szczęścia.
Zaprowadziła go do jakiejś starej szopy, która nawet nie wyglądała źle. Jak na starą, to nawet całkiem nieźle, w ogóle nie było widać po niej zniszczenia ani nic w tym guście. Czuł się trochę dziwnie wewnątrz domu wykutego w drzewie, zwłaszcza że w rogu pomieszczenia zauważył piec. W domu z drewna. Piec. To nie było normalne, ale potem Ignea wytłumaczyła mu, że właśnie dlatego już nikt tej szopy nie używa i że może się rozgościć, bo nikt poza nią nie składa tam wizyt. Nawet fior w średnim wieku, do którego szopa należy.
Potem postanowiła zepsuć mu nastrój i radośnie poinformowała go, że jeśli ucieknie, albo chociaż spróbuje to zrobić, to rozgłosi wszystkim w całym mieście o jego istnieniu i dopiero wtedy złapią go naprawdę szybko. Nie powinien więc nawet o czymś takim myśleć, a co dopiero próbować. Postanowił też wtedy pograć sobie w jej grę i zadrwił, że gdyby to było takie proste, to fiorzy już dawno złapaliby tych badaczy, którzy się kręcą po Złotej Puszczy i tak bardzo wszystkich denerwują. Ale wtedy też szybko okazało się, że choć Ignea wygląda na nieco naiwną, w rzeczywistości wcale taka nie jest. Rozbiła mu na kawałki tę jego bzdurną nadzieję, odrywając skrawek materiału z jego koszulki. Załatwiła sobie jego zapach dla psów tropiących czy jakich tam innych dziwnych zwierząt używali do takich zadań fiorzy. Nie zapomniała go o tym poinformować, na wypadek, gdyby się tego nie domyślił.
Oczywiście, że się wcześniej nie domyślił, niby jak miałby się czegoś takiego domyślić? Jednak nie zamierzał się z tym zdradzać na głos.
A później już tylko przesiedzieli nad jego papierami całą noc, w której czasie oboje zaczęli narzekać, jak bardzo to wszystko jest niezrozumiałe, zawiłe i w ogóle nie na miarę ich możliwości. Na dodatek część papierów zapisana była kodem, którego Vol nie znał, co bardzo go zirytowało, bo znał wiele kodów. Specjalnie kiedyś wbijał je sobie wszystkie do głowy, żeby teraz trafić na taki, którego nie tylko nie zna, ale który też nie miał dla niego żadnego sensu logicznego.
Ignea okazała się nawet całkiem ciekawą osobą, nie aż tak straszną, jaką wydawała się na początku. Mimo to wciąż była strasznie irytująca.
— Co to niby ma być? — odezwała się znowu, wyrywając go z zamyślenia, w które po raz kolejny wpadł. Dziewczyna podniosła się i teraz przyglądała się urządzeniu, które wyjęła chwilę wcześniej z ziemi. Vol podszedł do niej i zabrał je, żeby obejrzeć uważniej.
— To tylko zwykły miernik — powiedział z lekceważeniem. Ignea wbiła w niego wściekłe spojrzenie i zrozumiał, że ma wytłumaczyć, jak to coś działa, bo inaczej ona znowu zacznie na niego narzekać i mu grozić. Powoli przestawało mu to przeszkadzać. Powoli. — To taki przyrząd do mierzenia zawartości różnych rzeczy w glebie. Albo też w skałach, jak komuś uda się coś takiego w nie wbić. No więc to coś zbiera sobie informacje i przesyła je potem do głównego panelu sterującego.
— Ale co mierzy? — zapytała Ignea, znów klękając i przyglądając się śladom. W każdym razie wyglądało, jakby właśnie to robiła, bo Vol zupełnie żadnych śladów nie widział. Ale też on nigdy nie był dobry w takich rzeczach.
— Nie mam zielonego pojęcia! — powiedział, z lekkim oburzeniem. — Czy ty widzisz, żebym miał przed sobą panel sterujący z informacjami? Nie? Bo takiego nie mam!
— A może jeszcze głośniej, co? — odezwała się lodowatym tonem, prostując się nagle i spoglądając mu prosto w oczy. Była od niego niższa o głowę, a nawet o więcej niż głowę, mimo to Vol poczuł się niezwykle mały. Była fiorem, oni ogólnie byli straszni, a do tego dochodziło jeszcze to bardzo niepokojące wrażenie, że ma przed sobą osobę, z którą nie należy zadzierać. — Jeśli nadal będziesz się wydzierać wniebogłosy, to równie dobrze mógłbyś sobie tutaj po prostu zaprosić swoich ludzkich pobratymców, wskazując im drogę jaskrawym neonem!
— Ty... w ogóle wiesz, czym jest neon?
— To, że nie pochwalamy waszych dziwacznych badań, wcale nie oznacza, że nie mamy pojęcia, czym jest technologia — warknęła Ignea. Była nieco wściekła, ale nadal mówiła cicho, jakby rzeczywiście się obawiała, że ktoś znajduje się w pobliżu. — Co, pewnie spodziewałeś się, że jesteśmy wesołymi leśnymi ludkami, trochę niebezpiecznymi, które gadają ze zwierzątkami i roślinkami, są  wegetarianami, mieszkają w jakichś szałasach albo na drzewach i latają wesoło po lasach z łukami na plecach? — Vol odruchowo skinął głową, nawet nie zdając sobie sprawy, że to robi. Może nie był to dokładnie idealny opis jego wyobrażeń, ale podejrzanie zbliżony do rzeczywistości. Która już dawno skorygowała jego błędne przekonania. — Więc się pomyliłeś. Nawet mirianie, co ich jeszcze nazywacie czasem elfami, się tak nie zachowują. Nikt się tak nie zachowuje, to głupie.
— Mirianie? — zdziwił się Vol, marszcząc brwi. — Nigdy o nich nie słyszałem. Poza tym elfy nie istnieją, każdy przecież to wie.
— No tak, prawda. Nie istnieją — zgodziła się z nim i uśmiechnęła nieco, w miarę przyjaźnie. Chyba pierwszy raz, odkąd ją zobaczył. Wcześniej już rzucała mu uśmiechy, ale wszystkie były złośliwe albo jadowite, nigdy miłe. — Ale miranie już tak, a od nich są te wasze historie. Częściowo co prawda, ale jednak. Nie radziłabym ci z nimi zadzierać. Są naprawdę okropni.
— Gorsi od ciebie? — rzucił drwiąco Vol, zanim zdążył ugryźć się w język. Czemu zawsze musiał wyrzucać z siebie wszystko, o czym pomyśli? Spodziewał się zobaczyć złość, więc bardzo się zdziwił, kiedy Ignea tylko uśmiechnęła się szerzej.
— Nigdy żadnego nie spotkałam, ale pewnie tak — odpowiedziała wesoło, jakby nie wyczuła, że Vol właśnie próbował ją obrazić. A raczej jakby doskonale to wiedziała, ale nie bardzo obchodził ją ten fakt. Może nawet jakby trochę ją rozbawił. — Nie zamierzam jednak tego sprawdzać. Mirianie to strasznie dziki lud. Coś jak watahy dzikich wilków, wałęsających się po najmroczniejszych zakamarkach planety, tylko jeszcze mają do dyspozycji magię, broń i trującą krew. Okropność. Poszedł w tę stronę — zmieniła gwałtownie temat, opierając się o jedno z drzew i wskazując kierunek dłonią. — Powinniśmy pójść za nim, był tu całkiem niedawno. Może jeszcze uda nam się go dogonić. A biorąc pod uwagę, jak oni wszyscy głośno się zachowują, nie będzie to jakieś bardzo trudne.
— A skąd możesz wiedzieć, że tutaj był tylko jeden? — zapytał niepewnie Vol, cofając się o krok. Nie miał ochoty stawać znów twarzą w twarz z wałęsającymi się po Złotej Puszczy ludźmi Władców. Zwłaszcza z jakimś fiorem u boku. — Poza tym to niezbyt rozsądne, by zdradzać im, że ktoś wie o ich obecności.  Jeśli uda nam się to dobrze rozegrać, to może...
— Przecież nie zamierzam mu się pchać na oczy — prychnęła Ignea. — Poza tym te maszyny pracują tak głośno, że pewnie nawet ciebie zagłuszą... cóż, w każdym razie ludzkie uszy cię nie dosłyszą, nawet jeśli będziesz hałasował tak bardzo, jak to dotąd robiłeś.
— Już się tak nie musisz wywyższać, że niby masz lepszy słuch — mruknął Vol, kopiąc jakiś kamyk, który napatoczył mu się akurat pod nogi. Ignea syknęła ze złością, ale zignorował ją i ciągnął dalej: — Albo też węch, albo jesteś jakaś zwinniejsza ode mnie. Ciekawsza. Bardziej odważna. Więcej marudzisz. Albo, że jesteś jakimś super hiper potężnym magiem, który może zniszczyć cały świat, a w każdym razie mój świat. Załapałem to, ok? Poza tym...
— Nie jestem magiem! — zjeżyła się Ignea, a Vol szybko uświadomił sobie, że dobrnął za daleko, tylko że już było zbyt późno na jakikolwiek odwrót. Mógł tylko czekać na wybuch. — Powtórz... Spróbuj choćby to powtórzyć jeszcze raz, wypowiedz się choć raz o magii w mojej obecności i z takim lekceważeniem, to nie będziesz szukał sobie prawnika, tylko grabarza! Idziemy.
— Słuchaj, ja naprawdę nie chciałem...
— Powiedziałam: idziemy! — odwróciła się do niego plecami i ruszyła w stronę, którą wcześniej wskazała. Obrażona.
Kilkanaście zwierząt nagle wyskoczyło zza drzew, gdzie dotąd się chowały i zaczęło przyglądać się Volowi z niezwykle wielką uwagą. Chłopak jęknął i bojąc się, że któreś z nich może go zaatakować, pobiegł za Igneą. Dziewczyna szła tak szybko, że ciężko ją było dogonić, nawet biegnąc. Jak ktokolwiek tak mały, mógł tak szybko pędzić? Zatrzymał się gwałtownie, gdy uświadomił sobie, że Ignea nagle zniknęła całkowicie z jego pola widzenia. Tak po prostu. Rozejrzał się, kompletnie zdezorientowany. Przysiągłby, że jeszcze chwilę temu była w pobliżu! Nikt nie mógł ot tak wyparować!
— Hej! Nie chciałem cię obrazić! — zawołał, mając nadzieję, że może to usłyszy. W końcu fiorzy mieli ten swój doskonały słuch. — Naprawdę! Słyszysz?! Nie ignoruj mnie, proszę! Jesteś tam jeszcze?! Halo...!?
Wtedy jakiś dziwny dźwięk zwrócił jego uwagę, więc chłopak umilkł gwałtownie. Stukanie i klikanie dobiegało gdzieś zza jego pleców, zbyt znajome, żeby to był zwykły przypadek, żeby po prostu mogło mu się wydawać. Bał się odwrócić i zobaczyć, co takiego znajduje się za nim. Kto taki znajduje się za nim. Domyślał się tego, właściwie to nawet już wiedział, ale nie chciał się przekonywać czy ma rację. Naprawdę nie chciał.
— No proszę, proszę — krzyknął ktoś niemal wprost do jego ucha, a Vol podskoczył i odwrócił się, żeby stanąć nosem w nos z rozwścieczonym Deylem. Doznał szoku. A ten skąd się tutaj nagle wziął?! Nie powinno go tutaj być!
Vol zamrugał, upewniając się, że to nie zwidy, których doznał pod wpływem tych wszystkich dziwacznych wydarzeń, które go ostatnio spotkały. Ale nie, wszystko wskazywało na to, że stojący przed nim jego były szef jest jak najbardziej prawdziwy i jak najbardziej wściekły. Vol odzyskał władzę w ciele i zrobił krok do tyłu, ale tylko na tyle starczyło mu siły. Serce waliło mu tak mocno, jakby zaraz miało mu wyskoczyć nagle z piersi. Nie było dobrze, wręcz fatalnie.
— Kogo my tu mamy? — ciągnął Deyl, wpatrując się w Vola, jakby właśnie zobaczył ducha i nie był z tego powodu zadowolony. On też widocznie na razie był w lekkim szoku. — Byłem pewien, że nie żyjesz... właściwie to miałem nadzieję, że nie żyjesz. Wszyscy o tym trąbili przez cały tydzień, jak to walecznie zginąłeś w walce. Ale chyba z twoim zdrowiem i tak nie jest za dobrze, skoro gadasz z jakimś lasem — rzekł drwiąco i uśmiechnął się ironicznie, ale na jego twarzy nadal malowała się ta sama, zwyczajowa złość. — I po co ci było mnie szpiegować i kraść wszystkie ważne papiery? Czujesz się szczęśliwy z powodu tej swojej zdrady? Mamy tutaj intruza!
Vol nawet nie drgnął, kiedy podeszło do niego dwóch osiłków, niewątpliwie robiących za ochroniarzy. Był zbyt poruszony, by jakkolwiek zareagować, wpatrywał się tylko z niedowierzaniem w dawnego szefa. Wiedział, że Deyl nie jest dobrym ani miłym człowiekiem, w końcu pracował z nim kilka dobrych lat. Ale ten sam człowiek nigdy nie popierał pomysłów nowych Władców, nawet nimi otwarcie i publicznie gardził, co było srodze zakazane! I że niby teraz zmienił stronę?
Vol wiedział, że dokumenty, które ukradł z biura, zawierały jakieś niezwykle ważne ustalenia na temat wyprawy do Złotej Puszczy i prawdopodobnie zaatakowania narodu fiorów, tak by pozbyć się ich raz na zawsze i pokazać tym samym swoją siłę. Wcale nie byłby zdziwiony, gdyby na kartce ktoś przedstawił to właśnie tymi słowami. Tylko że w tym było coś więcej, czego nie był w stanie odgadnąć albo odczytać. Ale Vol nigdy, przenigdy nie podejrzewał, że to jego szef tak knuje. Myślał dotąd, że to był któryś z jego współpracowników, ale nie że Deyl!
Te wszystkie myśli i jeszcze więcej przebiegały mu przez głowę, gdy jeden z mężczyzn wykręcił mu ręce i brutalnie zmusił do klęknięcia, omal nie łamiąc mu przy tym kości, co w końcu wybudziło Vola z szoku, w jaki wpadł. Dopiero teraz przyszło mu do głowy, że powinien był uciec, kiedy tylko miał na to okazję, a nie stać i gapić się przed siebie, jak jakiś ostatni dureń. Tylko że na takie przemyślenia było już nieco zbyt późno.
Dobrze chociaż, że nie nosił już ze sobą tych wszystkich ważnych papierów, które ukradł. Było ich troszkę więcej, niż ktokolwiek podejrzewał, bo mimo wszystko Vol umiał robić niektóre rzeczy niezauważenie. Wszystkie leżały ukryte pod podłogą jego nowego „domu”, którym stała się podniszczona szopa. Na tę myśl uśmiechnął się lekko, ale uśmiech ten zbladł, gdy chłopak dostrzegł, że Deyl przygląda mu się niezwykle uważnie.
— Kiedy nasi zwiadowcy i badacze donieśli, że ktoś im przeszkadza w ich działaniach, nie bardzo chciałem im w to uwierzyć — powiedział zamyślonym tonem, podnosząc wzrok i kierując go w górę, gdzie korony drzew przysłaniały niebo. — Nie na początku, to było zbyt dziwne i wydumane stwierdzenie. Kto w ogóle mógłby wiedzieć o tym, że tutaj jesteśmy? A potem się okazało, że to tylko jakiś irytujący dzieciak ze zbyt wysokim mniemaniu o sobie. Wiesz co, dla ciebie chyba nawet byłoby lepiej, gdybyś rzeczywiście umarł wtedy w tej „walce”. Albo w tym zapomnianym przez wszystkich lesie. Zabierzcie mi go z oczu, nie chcę więcej widzieć tego zdrajcy.
Mężczyźni nie wyrazili ani jednego słowa sprzeciwu, bo byli osiłkami. Oni zwykle w ogóle się nie odzywali, a ci nie byli jakimś wyjątkiem. Dźwignęli Vola na nogi, a choć próbował się wyrwać i zaczął ich wyzywać wszystkimi przekleństwami, jakie tylko znał — a znał ich akurat mało, więc zaczął się powtarzać — na nic się zdały jego wysiłki.
Wtedy przez całe jego ciało przebiegł dziwny dreszcz, a on sam zdrętwiał, czując ból w dosłownie każdej kończynie swego ciała. Oberwał prądem zdecydowanie zbyt wiele razy w swoim życiu, żeby polubić paralizatory. Dlaczego to musiał być akurat prąd? Jednak ze zdziwieniem stwierdził, że o ile kiedyś takie porażenie kończyło się dla niego co najmniej utratą przytomności, tak teraz poczuł tylko odrętwienie, które dość szybko minęło. Może tutaj używali słabszych urządzeń, niż te, które mieli policjanci w jego mieście. Albo też obudził się trochę bardziej, niż zamierzał.
Jeden ze strażników mruknął coś do drugiego, ale jak mocno wytężałby słuch, Vol i tak ich nie dosłyszał. Jego uszy jakby na chwilę niemal całkowicie ogłuchły, co mu się nie spodobało. Miał też niemiłe przeczucie, że cicha rozmowa osiłków, którą zaczęły prowadzić, dotyczy właśnie jego.
Któryś uderzył go w tył głowy, przed oczami mu pociemniało. Stracił władzę w ciele, a strażnicy po prostu go puścili, w efekcie czego upadł twarzą na ziemię i to boleśnie. Kilka kamieni wbiło mu się w czoło, na jeden o mało nie nadziało mu się oko. Niemal nic nie widział, nie mógł się ruszyć, ale mimo to wciąż był świadomi i doskonale czuł wszystko, zwłaszcza ból. Słyszał również. Ponad wszystko wznosiły się drwiące śmiechy strażników.
Które nagle raptownie umilkły, poprzedzone tylko jednym zaskoczonym okrzykiem, bardzo pospiesznie zduszonym. Coś tam się stało. Coś po prostu musiało się stać. Ale co? Nie umiał się domyślić. Do jego uszu dobiegły wydawane z daleka rozkazy, chyba Deyla, ale nie mógł być tego całkowicie pewny. Poczuł rękę na ramieniu i pomyślał, że to już jego koniec. Ktoś go złapał i z całej siły spróbował ponieść, ale nie szło mu to najlepiej.
— Bogowie, już bardziej spasiony chyba być nie mogłeś — usłyszał znajomy zirytowany głos tuż przy swoim uchu. W myślach podziękował bogom, w których nadal właściwie nie wierzył, za to, że to właśnie ten głos chce go teraz ocucić. — Podnieś się, ty łajzo! Za ciężki jesteś, żebym miała cię dźwigać, aż tyle siły nie mam! A zaraz się tu zbiegną te wszystkie ludzie...
— Wszystkie ludzie — powtórzył za nią jak echo Vol, zaczynając chichotać. Powoli otworzył oczy, z początku je mrużąc i spojrzał niezbyt przytomnie na Igneę. — Wszystkie... czy ty masz dwie pary uszu?
Dziewczyna skrzywiła się i chwilę na niego gapiła, jakby się zastanawiając. Po czym spoliczkowała go z całej siły, tak że głowa odskoczyła mu w bok, ale on tylko się uśmiechnął do niej głupkowato, więc zrobiła to jeszcze raz. I jeszcze. Tym razem już poczuł. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale Ignea kolejny raz go uderzyła, o wiele mocniej niż wcześniej.
— Ej, już żyję! Przestań! To boli! — zaprotestował, wyrywając się z jej objęć i stając całkowicie o własnych siłach. Przez chwilę się chwiał i musiała go znów podtrzymać, ale w końcu udało mu się złapać równowagę.
— No bo miało boleć — odpowiedziała mu Ignea, a jej twarz zrobiła się jakaś bardziej sina. Nie był pewien czy to aby na pewno tylko złość. — A jeśli już nasza kochana śpiąca królewna się obudziła, to zdradzę ci, że musimy uciekać. Albo te świry drugi raz cię złapią, a mnie się nie chce znów tobie pomagać. Więc ruszaj się i wiejemy!
Nie zamierzał popełnić dwa razy tego samego błędu, więc rym razem rzucił się do ucieczki, zgodnie z propozycją dziewczyny. Ignea za nim krzyknęła i dała mu znać, że biegnie w nie tę stronę, więc szybko zmienił kierunek i pognał za nią. Nie zniknęła od razu między drzewami, więc domyślił się, iż specjalnie zwolniła, żeby mógł na nią nadążyć, za co był jej wdzięczny. Tak samo, jak i za sam ratunek, bo zupełnie się tego nie spodziewał. Po drodze jeszcze przelotnie spojrzał na dwóch strażników, teraz leżących nieprzytomnie na ziemi tak jak on wcześniej. Wyglądało na to, że oboje oberwali poważnie kamieniami po głowach. Vol ani trochę im nie współczuł, wręcz miał ochotę na nich splunąć. Nie tracił jednak czasu na rozważanie swoich uczuć względem obecnych w pobliżu osób, zwłaszcza że z daleka dobiegały wściekłe krzyki Deyla.
Nie zatrzymał się. Po prostu zwiał.

~~*~~


Męczyły go naprawdę okropne sny, pełne mroku, niezrozumienia i krwi, ale jednak przebudzenie okazało się gorsze. Ethereal wstał z potwornym bólem głowy, zupełnie nie pamiętając, co się działo w przeciągu całego dnia, jakby ktoś wyczyścił mu z niego pamięć. Uniósł się na łokciach i rozejrzał niepewnie dookoła. Leżał na jakiejś podniszczonej kanapie, przykryty kocem, w którym czas albo mole wygryzły już dawno dziury. Nie rozpoznawał otoczenia, w którym przebywał, tych kamiennych ścian, zakurzonych dywanów, obrazów na ścianach...
Powoli wstał, z poczuciem, że ma wyjątkowo ciężką głowę i podszedł, by przyjrzeć się malunkom, które zauważył. W ciemnościach, które panowały dookoła, nie za bardzo widział szczegóły. Dziury, wymiary, ramy — to już dostrzegał bardzo dobrze, kształty, ale z kolorami nie za bardzo. Zmrużył oczy i wydawało mu się, że w obrazie zobaczył oczy, które wpatrują się w niego uważnie, cofnął się więc, nagle przestraszony.
Co on robił w tym dziwnym miejscu i dlaczego w ogóle tutaj był?
Jakby w odpowiedzi na jego myśl, za jego plecami nagle rozbłysło światło, zalewając cały pokój jasnością. Odwrócił się i przymknął oczy, oślepiony nagłym blaskiem. Zamrugał kilkakrotnie i zobaczył, że w drzwiach stoi Ekari, w ręku trzymając staromodną lampę oliwną. W mieście były one zakazane, bo mogłyby spalić wszystkie drzewa-budynki, ale jeśli ktoś miał dom z kamienia, raczej nie mógł się tego obawiać. Etherealowi jednak nie poprawiła nastroju myśl, że znajduje się w Pogodnej Wieży, wręcz przeciwnie. Co on tutaj robił, przecież nie chciał wracać. Nie chciał?
— Ocknąłeś się wreszcie — stwierdził oczywisty fakt mag, stawiając lampę na niewielkim stoliku stojącym za kanapą, którego Ethereal wcześniej nie zobaczył. Ekari usiadł i popatrzył trochę krzywo na chłopaka, który nadal stał na środku pomieszczenia, nie wiedząc, co ze sobą zrobić.
— Co... skąd ja się tutaj wziąłem? — zapytał Ethereal, rozglądając się dookoła i próbując sobie przypomnieć, jakim cudem znalazł się w tej wieży, bo nie ulegało wątpliwości, że właśnie tam przebywał. Jednak w jego pamięci ziała czarna dziura i nie zamierzała tak łatwo podać mu odpowiedzi. — Ja nie... nic nie pamiętam. Zupełnie nic. Co się stało?
— Pomijając fakt, że wystraszyłeś trochę kilku fiorów, w tym i strażników bramy, oraz wyważyłeś mi drzwi wejściowe i prawie rozwaliłeś gabinet, to właściwie nic — odpowiedział spokojnie Ekari, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie, a Ethereal wytrzeszczył na niego oczy. Że co zrobił?! — W każdym razie tak myślę. Nie mam pojęcia, co robiłeś, zanim się na ciebie nie natknąłem. A już wtedy trochę dziwnie sobie poczynałeś. Ale to w sumie nawet logiczne, że niczego nie pamiętasz. Kiedy czary zawiodły, całkiem poważnie uderzyłem cię w głowę.
— Słucham?!
— Kiedy masz tylko dwa sposoby, żeby uratować się przed uduszeniem, to lepiej jest wybrać uderzenie kogoś w głowę, niż zabicie go — mruknął Ekari, odruchowo sięgając do kołnierza swojej szaty maga i podciągając go wyżej, żeby zakryć szyję, choć i tak już stał wysoko. Ethereal natychmiast zrozumiał ów gest, właściwie trudno było go nie zrozumieć i poczuł się naprawdę głupio. Czyżby naprawdę chciał udusić Władcę Pogody? Co prawda wiele razy mu się wygrażał, ale coś takiego...
Poza tym pamiętał, że chciał się z nim widzieć i poprosić o jakąś rzecz, a prośby raczej nie idą w parze z przemocą, zwłaszcza jeśli się chce, żeby zostały rozpatrzone pozytywnie. Zmrużył oczy, wysilając swoją pamięć do granic możliwości. Przecież musiało być jakieś wspomnienie, które się ostało.
A wtedy wszystko spadło na niego nagle, przytłaczając swoim ogromem. No tak, był z Vailą na mieście i poważnie się z nią pokłócił... a raczej na nią nawrzeszczał, zbyt przejęty swoim przerażeniem i nienawiścią do magii, żeby wtedy liczyć się z uczuciami kogokolwiek poza sobą. Zachował się jak ostatni dupek, podczas kiedy ona chciała mu zwyczajnie pomóc, ze swojej dobroci serca. Pacnął się dłonią w czoło. Skończony kretyn!
Potem rzucił się w szalony bieg po mieście, żeby pobiec właśnie do Pogodnej Wieży. Chyba liczył na to, że znajdzie tam jakąkolwiek pomoc, zanim się przemieni w jakiegoś gada, albo coś jeszcze gorszego. I w sumie zaczął się przemieniać w czasie tej ucieczki, choć nie miał bladego pojęcia w co. Nie chciał nawet tego wiedzieć. Ekari znalazł go wcześniej, ale zamiast paść na kolana i błagać maga o pomoc, Etherealowi wtedy nagle powróciły wszystkie złe wspomnienia i ogarnęła go złość. Więc dosłownie porwał Władcę Pogody z ulicy, zaniósł na skrzydłach — skąd w ogóle miał skrzydła?! — do jego wieży, na sam szczyt, do gabinetu i prawie wyrzucił go przez okno. Po drodze też rozwalił wszystko, co napotkał po drodze, a trochę tych rzeczy było.
Jak mógł się tak bardzo zapomnieć? Przecież normalnie nie był aż takim psycholem, a teraz nagle jedna rzecz przeważyła szalę i wyrzuciła wszystkie jego najgorsze cechy na sam wierzch. Całkowicie stracił nad sobą kontrolę. Poczerwieniał teraz na twarzy i spuścił wzrok, nie chcąc patrzeć na siedzącego przed nim maga, zbyt zawstydzony tym, co zrobił.
— Przepraszam — wymamrotał pod nosem, ledwo wyrzucając z siebie te słowa. Jego głos był zachrypnięty, jakby się naprawdę mocno wykrzyczał. Pamiętał, że wyrzucał z siebie złość, ale na pewno nie w słowach. Prędzej to był ryk jakiegoś dzikiego stwora.
— Jak już mówiłem, nic wielkiego właściwie się nie stało — podsumował to Ekari, wzruszając ramionami. A potem zmarszczył brwi. — Chociaż rzeczywiście mogło, to jest fakt. Ale się nie stało i to jest w tym wszystkim ważne.
— Nie chciałem tego, ale muszę się zgodzić, prawda? — zapytał zrezygnowany Ethereal, powoli podnosząc wzrok na Ekariego. Mag nie odpowiedział, ale wyglądał na nieco zasmuconego. Chłopak westchnął ciężko. — Dobrze, zgadzam się. Zostanę tym twoim uczniem, ale nie zamierzam udawać, że mi się to podoba. Jasne?
— Bo to nie powinno ci się podobać — odpowiedział poważnym tonem Władca Pogody, podnosząc się ze swojego miejsca i prostując się dumnie. — To nie jest fajna rzecz. Ale nie ty jeden na tym świecie musisz zmierzyć się z rzeczami, które cię przerastają.

Rozdział VII

Nauczki magiczne


— Kod Avela zupełnie odpada, ten jest zbyt skomplikowany, żeby nim być. Za to zapisy Xa... Xarefa miałyby sens, gdyby przetłumaczyć pojedyncze słowa. Czyli odpada.
— Z początku podejrzewałem, że to Zapiski Kahta. Też taki szyfr, nazwali go tak. W sumie te znaki wyglądają do niego niezwykle podobnie. Ale jak spróbowałem to przetłumaczyć, wyszedł mi przepis na naleśniki, a jestem raczej w stu procentach pewny, że nie ścigają mnie z powodu przepisu na naleśniki. Ktokolwiek to pisał, był strasznie dokładny. Gdybym nie wiedział, że to śmiertelnie niebezpieczne zapiski na temat wojny, nigdy bym do tego nie doszedł, próbując to odszyfrować. To jest dość niepokojące.
— To też nie ten język — oświadczyła powoli Ignea, przyglądając się na zmianę, najpierw znakom zapisanym w książce, którą trzymała na kolanach, a potem tym wypisanym na jednym z dokumentów. Prychnęła z niechęcią i przewróciła stronę, żeby obejrzeć kolejne szlaczki, dla niej zupełnie bezsensowne. — Zupełnie inne znaki. Cały czas. Te też. Te to już w ogóle. I to do kosza. Co za beznadzieja. Nie cierpię tych szyfrów, zwłaszcza jak trudno je rozpracować.
— Cóż, jakby nie patrzeć, to właśnie po to stworzono szyfry — zauważył Vol, podnosząc wzrok znad zapisków, które zaczął całkiem niedawno robić. Także próbował odczytać te wszystkie wiadomości albo chociaż ich część, ale nie szło mu to najlepiej. — Żeby nie dało się odczytać treści ważnych rzeczy, gdyby jednak komuś udało się je wykraść. Tak jak mnie.
— Po co ci te wszystkie liczby i tabelki? — zapytała Ignea, przysuwając się do niego i patrząc z uniesionymi brwiami na jego wyliczenia. Przechyliła nieco głowę, jakby w ten sposób mogła znaleźć w którymś z działań jakieś rozwiązanie. — To wygląda na pozbawione sensu. Albo na księgowość, ale to jedno i to samo.
— To nie jest księgowość i ma sens, zapewniam cię — odpowiedział spokojnie chłopak, odrywając na chwilę ołówek od kartki i obracając go, żeby wymazać jedną z cyfr, którą źle wpisał. To była trudna praca, ale w pewien sposób go odprężała. — Mało jest rzeczy, na których się znam, ale akurat to umiem perfekcyjnie. Jeśli spojrzeć na to wszystko od trochę innej strony, to nawet nie jest takie trudne. Robiłem kiedyś za kuriera, tak więc... nazbierało się doświadczenia.
— Kuriera? A co to jest ten „kurier”? — zdziwiła się Ignea. Znała wiele, naprawdę wiele trudnych słów, ale tego akurat nigdy wcześniej nie słyszała, chociaż wcale na trudne nie brzmiało.
Ramiona Vola zatrzęsły się lekko, kiedy zaśmiał się bezgłośnie. Robił to za każdym razem, gdy Ignea zdradzała się z niewiedzą na jakiś temat, który dla niego był tak oczywisty, że nawet dzieci powinny o nim wiedzieć. Chłopak chyba myślał, że ona tego nie widzi, postanowiła więc nie wyprowadzać go z błędu. Gdyby to zrobiła, po raz kolejny mógłby się przerazić i zacząłby ją przepraszać, wrzeszcząc przy tym tak głośno, że rozsadziłby uszy wszystkich fiorów w odległości kilku kilometrów. Czasem lubiła, jak inni się przed nią pokładali na ziemi i błagali o przebaczenie, ale bez przesady. Vol nie był przecież jednym z jej wrogów.
— Cóż, normalnie kurierzy to osoby, które roznoszą szybko ważne listy czy paczki po całym mieście. Czasem nawet poza miastem — odpowiedział, nie umiejąc ukryć lekkiego rozbawienia w głosie. To też Ignea postanowiła całkowicie zignorować. — Właściwie to ja też to robiłem, ale różnica jest taka, że ja do tego miałem jeszcze być szpiegiem i donosić szefowi na konkurencję, żeby miał na nich jakieś haki, w razie czego. Och, Królowe w Niebie, ile ja się wtedy dowiedziałem! Chociaż może lepiej, żebym ci tego nie odpowiadał. No więc biegałem po mieście, roznosiłem paczki, miałem uszy i oczy szeroko otwarte. A że wokół było pełno, bardzo pełno szyfrowanych wiadomości, to musiałem wkuwać te wszystkie kody i formułki, uczyć się tysięcy sposobów ich łamania, boby mnie z pracy wywalili. Kiedyś mnie to nudziło, ale, nie powiem, to naprawdę ciekawe i nawet przydatne.
— Ludzie są dziwni — stwierdziła Ignea, podnosząc jedną z kartek i obracając ją, jakby ustawiając ją pod odpowiednim kątem, mogła odczytać wszystko, co się na niej znajduje. Zwróciła się w stronę niewielkiego okna i wyciągnęła papier przed siebie. Myślenie nie przeszkadzało jej jednak w kontynuowaniu: — Wyrzucają was z pracy za to, że czegoś nie umiecie, zamiast tego po prostu nauczyć. Przecież to byłoby łatwiejsze. Szyfrujecie sobie teksty i tworzycie tyle sekretów, że głowa boli, chociaż wiadomo, że prędzej czy później i tak wszystko się ujawni. Konkurujecie ze sobą, oszukujecie się nawzajem, szantażujecie, szpiegujecie, a potem tylko słychać te wszystkie oskarżenia, jacy to ludzie potrafią być okropni. A żyjecie w takim ścisku, właściwie nie znając ani siebie, ani nikogo, kto jest w pobliżu was. Odcięci od naszej wspólnej Matki Natury, która nas obdarowała wszystkim, czego nam potrzeba, ale ludzie oczywiście odrzucili ten wspaniały dar. Dar słyszenia jej.
— Co...? — Vol podniósł gwałtownie głowę i spojrzał na nią ze zdumieniem. Zrobił kwaśną minę, jakby nagle niezbyt dobrze się poczuł. Możliwe, że niektóre słowa uderzyły w niego trochę mocniej. — Co to właściwie wspólnego z naszymi... poszukiwaniami?
— Tyle, że zupełnie nie rozumiem ludzi. A tym bardziej tych idiotycznych, bzdurnych kodów! I jeszcze wszystkich maszyn! — wskazała ze złością na niewielką stertę urządzeń, które poprzedniego dnia zaczęli znosić z puszczy do tej starej szopy, żeby lepiej je przebadać. Ignea chciała je oddać do obejrzenia Thinowi, ale ten wyjechał z całą rodziną z samego rana i nie miała okazji tego zrobić, co ją zasmuciło. Nawet się nie pożegnali! Kiedy tylko się tylko obudziła, już ich nie było. — Po co ci wszyscy badacze w ogóle tutaj przyleźli, przecież mają całą masę miejsca u siebie!
Vol westchnął, kręcąc z niedowierzaniem głową. Skreślił z niechęcią całą zapisaną przez siebie tabelkę, kiedy zdał sobie sprawę, że w niczym ona nie pomoże, po czym odrzucił na bok obliczenia. Jego wysiłki i tym razem na nic się nie zdały. Była to chyba jego piąta czy szósta wyliczanka, z której nic nie wynikło. Ignea prychnęła i wzięła papier, próbując pod gryzmołami dojrzeć, co przed chwilą się tam znajdowało. Jednak nawet kiedy już zobaczyła liczby i niektóre z działań, zupełnie nic nie zrozumiała.
— Mam już dość — oświadczył Vol, rozkładając się na kocu, który przyniosła mu Ignea, żeby nie spał na gołej podłodze. Materiał był tak gruby, że gdyby się nim przykrył, mógłby się poczuć, jakby był pod kołdrą. — Od rana maglujemy te wszystkie kody i zupełnie nic nie mamy. Mnie już cyferki latają przed oczami i nie chcą przestać. A to nie jest zbyt miłe uczucie.
— Dałabym to komuś mądrzejszemu — odezwała się z powątpiewaniem Ignea, patrząc na niego z pewnym politowaniem. Pomyślała o Etherealu, ale on ostatnio jakoś dziwnie się zachowywał, więc wolała go nie obciążać takimi rzeczami. — Ale po pierwsze, to uparłeś się, że nikt nie powinien o tym wiedzieć, bo jeszcze cię odkryją i będziesz miał kłopoty. A po drugie, to ja się z tobą w tej kwestii zgodziłam, bo sama też bym miała kłopoty z władzą. Nie, żebym wcześniej nie miała, ale nie aż takie. — Jęknęła i przeciągnęła się, opierając się o zniszczony piec, który, sądząc po wyglądzie, musiał tam stać już dobrych kilka wieków. — Niby mogłabym oddać linijkę czy dwie jakiemuś geniuszowi, znam kilku takich jajogłowych i on by nam zrobił tabelę, z której można by odczytać resztę, ale w tej linijce równie dobrze mogłoby być coś niegroźnego, co coś poważnego. I wtedy dopiero zaczęłyby się podejrzenia i problemy. Ale też w ten sposób — wskazała na stos ksiąg i dokumenty — raczej niczego się nie dowiemy. Na pewno nie szybko.
— Niekoniecznie. Przecież wiemy, że te znaczki z ogonkami do góry to samogłoski — odpowiedział znudzonym tonem Vol, zasłaniając usta dłonią, żeby ukryć ziewnięcie. Naprawdę musiał być zmęczony.
W jego wypowiedzi nie można było się doszukać ani jednej nuty entuzjazmu, bo takie odkrycie niewiele im dawało. Właściwie to nic im nie dawało, bo istniały tysiące podobnych słów z identycznym rozkładem w nich spółgłosek i samogłosek. Nie mówiąc już o innych dziwnych środkach językowych i oznaczeniach, które w każdym języku były inne. No i nie mieli zielonego pojęcia, w jakim języku będą słowa, jeśli je spróbują przetłumaczyć. Prawdopodobnie był to język urzędowy Krain Pokoju, który na zachodzie nazywali językiem wspólnym, ale stuprocentowej pewności co do tego nie mieli. Niektóre ze znaków mogły też odpowiadać kilku literom, co im wcale nie pomagało. Wszystko to było o wiele zbyt trudne i Ignea całkowicie rozumiała, czemu Vol zachowywał się tak, a nie inaczej.
Sama też usiadła na podłodze, zwijając swój płaszcz w kulkę i kładąc go sobie pod plecy, niczym poduszkę. Rozłożyła się wygodnie, rozglądając się przy tym po szopie, w której teraz razem siedzieli. Nie była może zbyt duża, a do bycia ładną znacznie jej brakowało, ale było to wprost idealne miejsce na knucie. Wyglądało, jak z tych wszystkich filmów czy książek, gdzie zawsze bohaterowie siedzieli w jakiejś ciasnej kanciapie czy małym biurze nad papierami i opracowywali tysiące skomplikowanych planów. Ale też zupełnie nikt nie przychodził do tego miejsca. Jego właściciel, starszawy już rolnik Eravey, wybudował sobie nowy i większy składzik na swoje narzędzia, a ten zostawił w spokoju. Nie miał więc żadnych zastrzeżeń, kiedy Ignea zapytała go, czy może sobie na jakiś czas pożyczyć ten przybytek, bo potrzebuje jakiegoś odosobnionego miejsca do swoich „eksperymentów”. A że Eravey, jak większość miasta, zdawał sobie sprawę, na czym owe „eksperymenty” mogą polegać, odstąpił jej szopę, z pożytkiem dla wszystkich fiorów, którzy mieli już dosyć nastolatki skaczącej z dachów. Dotąd ta budka w drzewie służyła jako mieszkanie dla myszy. Teraz Vol wprowadził się do nich, żeby było weselej. Nie wyglądało na to, żeby współlokatorzy mieli się na niego skarżyć.
Chłopak zaczął powoli zbierać papiery, zarówno te, które były kradzionymi dokumentami, jak i swoje koślawe notatki w ojczystym języku, którego Ignea nie rozumiała. Mówić Vol umiał w wielu językach, ale już pisać tylko i wyłącznie swoim własnym, co było nieco dziwne. Podobno czytać też umiał w kilku. To było dla niej jeszcze dziwniejsze.  Powciskał wszystkie te kartki do książek, ułożonych w niewielką wieżę, tak koślawą, jakby miała zaraz runąć i tylko jakiś cud ją od tego dotąd powstrzymywał. Vol nie wyglądał na zbyt przejętego jakością swoich wymyślnych budowli.
— Nudzi mi się — rzucił z niechęcią, kopiąc poduszkę, którą miał pod nogami. Ignea obdarzyła go morderczym spojrzeniem, po czym podniosła poduchę, chwilę jej się przyglądała, po czym cisnęła mu nią w twarz.
— Więc niech ci się nudzi trochę inaczej — prychnęła. — A nie niszczysz i lekceważysz wagę rzeczy, które ci dałam. Ta poduszka...  czy ty zdajesz sobie sprawę, ile ptaków musiało wycierpieć, żeby napełnić tę jedną, jedyną poduszkę pierzem? Czy ty to wiesz?
— No nie... ale... ja nie chciałem... — zmieszał się Vol, zabawnie czerwieniejąc na twarzy i próbując się jakoś wysłowić. Ignea przez chwilę przyglądała mu się ze stoickim spokojem, ale nie wytrzymała i w końcu zaśmiała się głośno. Wtedy chłopak zrobił jeszcze bardziej zdezorientowaną minę.
— Daj sobie spokój z tą całą powagą i przepraszaniem, nabijam się z ciebie — rzekła rozbawiona. Że też dał się nabrać na coś tak prostego. — Jesteś zdecydowanie zbyt spięty. W środku nie ma ani jednego piórka, te bywają strasznie denerwujące. Specjalnie obrobione płatki kwiatu jesiennego dają taki sam efekt. Nawet lepszy, bo nie wychodzą i nie dźgają w boki. I do tego nie trzeba niczego zabijać.
— Za wyjątkiem kwiatka jesiennego — zauważył Vol, przyglądając się teraz trochę smutnawo poduszce. Ale Ignea pokręciła głową, nie zgadzając się z nim.
— Zbierane są tylko zwiędłe już płatki, zresztą to one dają najlepszy efekt miękkości. I wszyscy są dzięki temu szczęśliwi! Ptaki, bo mogą sobie żyć, rośliny, bo mogą sobie żyć i fiorzy, bo mogą sobie żyć i spać na wygodnych poduszkach. No ale to jeszcze nie znaczy, że możesz sobie tak po prostu kopać ciężką pracę innych. W ogóle kopanie czegokolwiek jest dziwne. Chyba że ktoś pokopał ciebie, wtedy to zrozumiałe, że chcesz mu oddać, bo jest totalnym debilem. Kiedyś ja...
Zamilkła nagle i nastawiła uszu, kiedy z zewnątrz dobiegł czyjś głos. A raczej wydawało jej się, że kogoś usłyszała, bo teraz panowała tam cisza. Vol spojrzał na nią krzywo i otworzył usta, żeby o coś zapytać, ale uciszyła go machnięciem ręki, zanim wypowiedział choćby jedno słowo. Podniosła się powoli, nasłuchując uważnie. Była niemal pewna, że usłyszała kogoś na zewnątrz, stojącego bardzo, ale to bardzo blisko drzwi. Syknęła cicho i odwróciła się do Vola, machając przy tym w panice rękami.
— Chowaj się, szybko! — warknęła cicho w jego stronę, szukając przy tym wzrokiem jakiejś kryjówki dla niego. — Ktoś tu idzie. Jak cię zobaczy, będzie po nas. No już, ruchy! Bo jeszcze mnie posadzą razem z tobą! Zabieraj się z widoku!
Zrozumiał. Szybko zakrył kocem stos książek, poderwał się z miejsca i rozejrzał się rozpaczliwie po pomieszczeniu, w poszukiwaniu jakiegokolwiek ciemnego kąta, jednak problem był w tym, że szopa była mała i nie za bardzo było gdzie się ukryć. Jego wzrok padł na piec, o który wcześniej opierała się Ignea i szybko zaczął się za niego wciskać. Wydawało się niemożliwe, żeby ktokolwiek się tam zmieścił, ale Volowi jakoś się to udawało, choć z trudem. Może to dobrze, że był taki kościsty.
Wtedy właśnie Ignea usłyszała kroki na zewnątrz, tuż przed samymi drzwiami. Nie było czasu! Ogarnęła szybko wzrokiem pokój i porwała z podłogi kawałek drewna, który już dawno odpadł od ściany. Szybko zakryła nim Vola, który chyba utknął. Nie zatrzymała się jednak, żeby to teraz sprawdzać, bo właśnie w tej chwili drzwi się otworzyły. Ignea odwróciła się gwałtownie i starała się przybrać zwykłą minę, żeby nie zdradzić, jak bardzo okropnie czuje się w tej chwili. Jej serce waliło jak szalone, w uszach słyszała szum krwi, a ręce zaczęły jej drżeć, więc splotła je za plecami, tak by nie było tego widać.
— Och — wydusił zdziwiony Ariv, zamierając w wejściu z ręką na klamce. Patrzył na nią, mrugając oczami. — Nie wiedziałem, że tutaj w ogóle ktoś jest. W sumie to trochę podejrzane, że nie szlajasz się po puszczy, tylko siedzisz w jakiejś... szopie. Co tutaj robisz?
— Uczę się — odpowiedziała Ignea, najspokojniejszym tonem, jaki udało jej się przyjąć, ale jej głos i tak zadrżał nieznacznie. Ariv uniósł brwi, dosłyszawszy to, więc dziewczyna zaczęła niezwykle szybko nawijać, mając nadzieję, że w ten sposób uda jej się zamaskować swój niepokój. — No wiesz, ja też raz na jakiś czas muszę się pouczyć, to wcale nie jest takie dziwne. Nie olewam aż tak wielu rzeczy, jak wy wszyscy uważacie. A w domu jest strasznie nudno, a jak nie jest nudno, to przychodzi Ethereal i nie da się zupełnie niczego uczyć, to przeniosłam się tutaj. To jest ciekawe miejsce, takie mroczne. Tajemnicze. Idealne. Eravey jak najbardziej mi pozwolił, w końcu sam już nie używa tej szopy, a też mało kto tutaj przychodzi. No wiesz, komu by się chciało przebywać w starej szopie, w starym świerku, który jest już na skraju życia i niedługo odejdzie? Biedaczek. No, ale zanim umrze, mógłby zaznać odrobinę miłości, tego ciepełka, że komuś chce się jeszcze z nim przebywać i że nie jest całkowicie niepotrzebny. No wiesz, to, że jest stary, nie powinno jeszcze oznaczać, że ma być samotny i zdany tylko na łaskę losu. Poza tym ja potrzebowałam jakiegoś spokojnego miejsca, w którym nikt nie będzie mnie szukał. A kiedy „szlajam się po puszczy”, jak to pięknie ująłeś, to wtedy Et mnie szuka. Jak ten jego głos się niesie między drzewami... no rany, płuca to on ma niezłe. I irytujący głos. Tutaj za to nie będzie mnie szukał, więc mam spokój od niego, jego dziewczyny i tych wszystkich wścibskich spojrzeń, bo, jak już wspomniałam, nikt tutaj nie przychodzi! A skoro nikt tutaj nie przychodzi, to pozostaje nam pytanie, co ty tutaj robisz! No, co tu robisz?
Wciąż widziała na jego twarzy cień podejrzliwości, który nigdy nie gościł tam bez powodu. Czy ze wszystkich fiorów w mieście musiała się znów natknąć akurat na Ariva? Nie mógł to być ktoś, kto nie zna jej dobrze i od razu łapie wszystkie półprawdy, którymi rzucała na prawo i lewo, kiedy chciała coś ukryć? Z największym trudem powstrzymała się od sprawdzenia, czy kołnierz jej koszulki rzeczywiście ją dusi, czy tak jej się tylko zdaje. Wiedziała, że odpowiedź druga jest prawidłowa, bo jej koszulka była ogromna, ale i tak wrażenie nie minęło. Przynajmniej Vol miał na tyle rozumu w głowie, że się nie ruszał i nie hałasował. Co prawda słyszała jego ciężki, świszczący oddech, ale na całe szczęście był on tak dziwny, że można go było wziąć za jakiś syk wiatru.
Ariv przyglądał jej się nadzwyczaj uważnie. Ignea przez chwilę próbowała zachować spokój, czując na sobie to oceniające spojrzenie, ale szybko sobie uświadomiła, że przecież stoicki spokój nie jest zupełnie w jej stylu i to właśnie jest tak bardzo podejrzane. Ona nigdy nie bywała spokojna, nawet kiedy spała, a co dopiero za dnia, kiedy była naładowana energią. Prychnęła więc głośno i przyjęła luźniejszą postawę, opierając dłonie na biodrach i odrzucając denerwujące włosy do tyłu.
— Jak rozumiem, zamierzasz tutaj stać i przypatrywać się mnie przez cały dzień, tak? — zapytała z rozdrażnieniem, którego akurat nie musiała udawać. — Wiesz, czasy, kiedy mogłeś się tak uważnie na mnie gapić, dobiegły końca. Masz taką minę, jakbyś chciał mnie oskarżyć. Oskarża mnie pan o coś, panie wielki władzo? Czy po prostu zamierza pan tutaj tak stać, jak jakiś posąg i czekać, aż złamię prawo?
— Gdzie, skądże znowu! — Ariv uniósł ręce w geście niewinności i podniósł wzrok na jej twarz, co znacznie poprawiło Ignei nastrój. Zadziałało. Uśmiechnęła się drwiąco. — Po prostu zdziwiło mnie, że tutaj jesteś. Trochę to niecodzienne. E... a ja przyszedłem tutaj, bo już popołudnie. No wiesz, nudna praca i te sprawy. Muszę posprawdzać każde miejsce, teraz tym dokładniej, że doniosłaś o tych ludziach, co się kręcą w puszczy. To chyba coś ważniejszego niż poprzednimi razy, bo dowódca zrobił z tego wielkie zamieszanie. Ale nie mówił, co jest tak ważnego.
— Czyli jeszcze nie udało się ich złapać? — spytała Ignea, chociaż doskonale znała odpowiedź akurat na to pytanie. Jak na pytania, na które Ariv odpowiedzi nie znał. Skrzywił się i pokręcił głową.
— Niestety nie. Ludzie mają te swoje nowoczesne technologie czy coś w tym guście i nie jesteśmy w stanie ich normalnie wytropić — powiedział z niesmakiem, drapiąc się za uchem. — Czasem udaje nam się dowiedzieć, gdzie właściwie obozują, ale przenoszą się strasznie często, jakby wiedzieli, że ich namierzyliśmy. Próbujemy różnymi sposobami, ale bezskutecznie. Jest ich jakieś piętnaście, może ze dwadzieścia osób. No i nadal nie wiemy, po co właściwie tutaj są. Znaczy, te ich badania, jasne, ale po co, to nie wiadomo — westchnął z rezygnacją. — Czasem podczas poszukiwań znajdujemy różne maszyny, ale nasz główny technik, ani w ogóle żaden inny technik, nie mają pojęcia, do czego one służą.
„To tak, jak ja!”, chciała powiedzieć Ignea, ale ugryzła się w język i powstrzymała słowa, które już chciały wyjść z jej ust. Poza tym nie byłaby to do końca prawda, bo ona znała część zastosowań tych urządzeń. Częściowo od Thina, częściowo od Vola, a resztę mogła sobie sama złożyć w całość. Nie miała za to żadnego pomysłu, na co one mogły być potrzebne kręcącym się w pobliżu ludziom. Vol także tego nie wiedział.
— Masz jeszcze coś ciekawego do powiedzenia? — zadała znów pytanie Ignea, gdy po swojej wypowiedzi Ariv zamilkł na dłuższą chwilę. Lubił tak robić, żeby było bardziej dramatycznie, chociaż według Ignei nie dodawało to wcale dramatyzmu chwili. Więc zawsze ucinała ciszę. Chłopak zamrugał, najwyraźniej wyrwany ze swoich rozmyślań. Wciąż nie przywykł do tego, że dziewczyna nie zamierza trzymać się jego teatralnych sztuczek, mimo że sama czasem jakieś stosowała w trakcie rozmowy.
— Co...? A nie. To już wszystko. Uznaję to miejsce za sprawdzone. No, chyba że ukryłaś tutaj jakiegoś człowieka — zażartował sobie, a Ignea znów musiała przygryźć język, żeby temu żartowi nie przytaknąć. Zamiast tego zaśmiała się cicho, nieco sztucznie, ale śmiech Ariva na szczęście zagłuszył ją. — To ja się stąd odmeldowuję, bo znów dostanę naganę. Że niby, zamiast pracować, to ja sobie pogawędki ucinam ze znajomymi. Dasz wiarę, że mnie oskarżyli o coś takiego? Bezczelność! No a jak zdarzy mi się to jeszcze raz, to będę musiał siedzieć w bazie na nudnych wykładach przez cały tydzień! Okropność. No to dozo, Iga.
Odwrócił się i po prostu wyszedł, drzwi zamykając za sobą o wiele ciszej, niż wcześniej je otworzył. Ignea odetchnęła z ulgą i wyjrzała na zewnątrz, żeby popatrzyć na jego plecy, kiedy odchodził. Nie odwrócił się ani razu, nie spojrzał nawet przez ramię, co znaczyło tyle, że absolutnie niczego nie podejrzewał. Dopiero gdy zniknął za jednym z budynków, zamknęła niezwykle szczelnie wejście i odwróciła się do Vola, który zaczął się wygrzebywać zza pieca z bólem na twarzy. Jego ręce były całkowicie czarne, zapewne wyczyścił sobą trochę przestrzeni.
— Już chyba wolałem być niewidzialny — stwierdził, próbując uwolnić nogę z objęć ściany i pieca. Udało mu się, ale jego but postanowił się zbuntować i utknął w szczelinie. Chłopak spróbował po niego sięgnąć, ale wyraźnie nie sięgał. — Czułem się, jakby mnie ktoś wrzucił do zgniatarki na śmieci. Jakby przeżycie czegoś takiego raz to było zbyt mało! Serio, trzeciego nie przeżyję. No rany, głupi but! Chodź tutaj!
— Niewidzialność, no właśnie — odezwała się w zamyśleniu Ignea, całkowicie już ignorując Vola, który zaczął przeklinać but, zrzucając na niego wszelkie możliwe klątwy, jakie tylko znał. But nie przejął się bogami i dalej tkwił w miejscu. — Skoro umiałeś uczynić samego siebie niewidzialnym, to musisz w jakimś stopniu znać... ugh... magię.
— No, coś tam umiem — odpowiedział niepewnie, zaprzestając w końcu prób odzyskania obuwia. — Ale raczej nie za dużo. Całkiem niedawno się o tym dowiedziałem, może z jakieś trzy czy cztery lata temu. Biegłem sobie wtedy przez miasto, a tu nagle burza i ulewa spada z nieba. Ale ja muszę biec, bo mnie z pracy wyleją, no to biegłem. Pioruny dosłownie strzelały wokół mnie. No i jakiś miejscowy mag to zauważył i nauczył mnie podstaw magii, ale niczego więcej nie zdążył, no bo... — urwał i skrzywił się, po czym przejechał sobie palcem po gardle, tak jakby słowa, że ktoś go zamordował, nie mogły wydostać się z jego ust. — Cud, że ja to przeżyłem, ale na szczęście mnie nie wydał.
— No i nadal masz tę kradzioną książkę — ciągnęła Ignea, a Vol po raz kolejny poczerwieniał. Najwyraźniej myślał, że już o tym zapomniała, ale sięgnął do torby i wyjął księgę. Właściwie zabrał ją przypadkiem z Pogodnej Wieży, w ogóle do niej nie zaglądał, ale fakt pozostawał faktem i wciąż była to kradzież. — Skoro już ją masz, no to się z niej poucz. Nie będziesz musiał się chować za piecami.
— Chcesz, żebym się nauczył... jak się ukrywać? — zdziwił się Vol, a oczy wytrzeszczył tak mocno, że Ignea spodziewała się, iż zaraz wypadną. Ale nie wypadły, na całe szczęście, bo nie chciało jej się zbierać gałek ocznych z podłogi. Przyprowadzenie uzdrowiciela albo lekarza też nie skończyłoby się dobrze. Tylko pokiwała głową w odpowiedzi. — Ale... ale przecież wtedy będę mógł sobie po prostu uciec i ci nie pomagać...
— Ty to jednak zbyt bystry nie jesteś — stwierdziła z rozbawieniem Ignea. — Bo gdybyś był, nigdy byś mi o tym nie wspomniał i zaczął planować tę ucieczkę. W sumie jesteś jakimś tam magiem, to mogłoby ci się udać. Ale tak poza tym to ja nadal mam kawałek twojej koszulki, na którym wciąż jest twój zapach, tak jakbyś zapomniał. Więc jeśli zachce ci się uciekać, to wystarczy wysłać za tobą jakiegoś wilka...
— Wilka?! — przeraził się Vol, cofając się niemal pod samą ścianę. — To dla was tropią wilki?! Przecież wilki są dzikie i nieokiełznane, i nie słuchają nikogo, i nie...
— Kiedy Matka Natura jest dla ciebie przyjacielem, ty jesteś przyjacielem dla niej i pomaga ci, gdy tylko może — oświadczyła lekko rozmarzonym tonem Ignea, odruchowo gładząc ścianę, którą właściwie tworzył pień drzewa. Vol spojrzał w górę, marszcząc brwi, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę, że właściwie to siedzi wewnątrz drzewa. — To współpraca, współistnienie. Wspaniałe uczucie. Poza tym istnieją gorsze drapieżniki niż wilki. A teraz koniec gadania, otwieraj książkę i się ucz!
— Chciałbym się kiedyś tego nauczyć — mruknął pod nosem, siadając z powrotem na podłodze i otwierając księgę magiczną, zgodnie z poleceniem. Nie bardzo jednak mógł się skupić na tekście, bo jego wzrok wciąż kierował się sufitowi. — Myślisz, że mogłabyś...?
— Nie. Tego nie da się nauczyć. Tego wystarczy chcieć.

~~*~~


— Magia nie jest jakąś zabawką i w ogóle nie powinno się jej używać do zabawy. Wystarczy nieco przegiąć i koniec. Kiedy tylko...
— Rany, to już wiem! — zezłościł się Ethereal, wbijając w Ekariego najbardziej mordercze ze swoich spojrzeń, których nauczyła go Ignea. Mag przestał się przechadzać po swoim biurze i spojrzał na nowo przyjętego ucznia, unosząc brwi tak wysoko, że zniknęły pod jego rudą czupryną. — Po prostu daruj sobie te wszystkie przemówienia, na temat bezpieczeństwa i niebezpieczeństwa sztuczek magicznych, bo to znam doskonale. Wszyscy to znają. Zwyczajnie przejdź już dalej! Najlepiej do tego, jak to powstrzymywać.
— To trzeba przerobić z każdym, kto zaczyna się zapoznawać z magią — oznajmił surowym tonem nauczyciela Ekari, jednak ten ton nie zrobił na Etherealu żadnego wrażenia. — Ponieważ później przez niedopowiedzenia zdarzają się wielkie katastrofy, nie do odwrócenia! Na przykład, kiedy użyjesz złego zaklęcia albo w środku jego wykonywania zawahasz się, kiedy zużyjesz zbyt dużo mocy, kiedy chcesz zrobić coś, co przekracza twoje siły, jak na przykład ugaszenie po...
— Nawet nie waż się o tym wspomnieć! — Ethereal zerwał się z krzesła na równe nogi, kolejny raz tego dnia wyprowadzony z równowagi. Ledwo co zaczęli te bzdurne lekcje, a mag zdążył już kilka razy go nieźle rozwścieczyć. — Nawet nie próbuj wspominać tamtego dnia i udawać, że wiesz, co się stało! Nie masz o tym bladego pojęcia, czy jesteś sobie magiem, czy nie! Nie przyszedłem tutaj, żeby o tym słuchać, tylko żeby się uczyć. Więc mnie ucz, a nie ciągle tylko gadasz!
Ethereal przyszedł do Pogodnej Wieży z samego rana, zaskakując strażników, którzy pilnowali bocznej bramy faktem, że posiadał zezwolenie na jej używanie od samego Władcy Pogody. Wszyscy w całym Mieście Kwiatów chyba wiedzieli, że Alieasterowie nie znoszą zbyt dobrze magii, a co za tym idzie, również samych magów, nawet jeśli mało kto zdawał sobie sprawę, dlaczego tak jest. Ignea jakoś jeszcze tolerowała te wszystkie sztuczki, w jakichś tam granicach rozsądku, ale dłuższe rozmawianie z nią na ten temat zawsze kończyło się wybuchem złości, ze strony jej albo rozmówcy, w zależności kto miał słabsze nerwy. Ojciec udawał, że magia nie istnieje, zwyczajnie ignorował to wszystko. Ale Ethereal był znany z tego, że na każdą, choćby nawet najmniejszą wstawkę o magii reaguje złością, tak więc niepodobne do niego było, żeby zadawać się z jakimś magiem i to na dodatek akurat tym, co zamieszkuje wieżę poza miastem. Żadna rozsądna osoba nie zadawała się poważnie z Ekarim, jeśli nie musiała tego robić, bo mag był znany ze swojego szaleństwa, choć szaleństwa innego rodzaju, niż to, które posiadała Ignea.
Sam Ekari również był zdziwiony, kiedy po otworzeniu drzwi zauważył za nimi Ethereala, z zaciętą miną, gotowego od razu do nauki. W swoim życiu mag miał tylko jednego ucznia i to lenia, który nigdy nie ukończył nauki, bo nie podchodził do niej poważnie, tak więc możliwość uczenia kogoś, kto nie będzie stronił od wiedzy, tylko będzie chciał ją chwytać garściami... cóż, to było dla niego mocne zaskoczenie. Nawet całkiem miłe.
Tylko że Ethereal chciał się szybko uczyć, aby też jak najszybciej ową naukę zakończyć. Ale dobre było i to.
— Nie denerwuj się tak, to miał być tylko przykład i nic więcej — mruknął z westchnieniem Ekari, kręcąc głową. Zdjął czajnik z ognia, dosłownie ognia, bo grzał wodę nad niewielkim ogniskiem rozpalonym na szafce i wlał wrzątek do ustawionych wcześniej filiżanek. — Ale jak rozumiem, nie chcesz przykładów. Uważasz, że jesteś całkowicie świadom z niebezpieczeństw wynikających z nieumiejętnego korzystania ze sztuk magicznych i w razie błędu, niezastosowania się do zasad, bierzesz konsekwencje na siebie?
Ethereal ograniczył się tym razem tylko do skinienia głową, bo doskonale wiedział, że jeśli otworzy usta, to potem długo ich nie zamknie, klnąc na wszystkie niesprawiedliwości tego świata. A miał naprawdę wiele rzeczy do wypomnienia światu, zaczynając od tego, że zrobił mu na złość, dając jakąś moc, której nie chciał. To było totalnie niesprawiedliwe — ci, którzy chcieli czarować, zostawali z niczym, a taki Ethereal, który magią pogardzał, nagle ją otrzymał i miał sobie z tym radzić. Ekari spojrzał na niego, jakby dobrze zdawał sobie sprawę, co rozgrywa się w głowie ucznia.
— No dobrze, w takim razie zacznijmy właściwie lekcje — rzekł mag, sadowiąc się na krześle i biorąc jedną z dwóch filiżanek z herbatą, którą przed chwilą zaparzył. Gestem zachęcił Ethereala do zrobienia tego samego.
Chłopak niepewnie usiadł naprzeciwko niego, a krzesło wydało mu się nagle o wiele bardziej niewygodne, niż wcześniej. Jakoś nie miał ochoty tykać dziwnego naparu, który przed nim postawiono. Przecież to mogła być jakaś trucizna, a znając maga, przynajmniej było to coś smakującego fatalnie. Jednak pod spojrzeniem Ekariego w końcu się ugiął. Wziął naczynie i spróbował napoju, który natychmiast sparzył mu język, za to w ustach rozlał mu się gorzki smak. O mało nie upuścił filiżankina podłogę, ale udało mu się odstawić ją z powrotem na stolik, choć wylał po drodze kilka kropel.
— Bogowie, co to jest za okropieństwo?! — zapytał, wystawiając język, jakby w ten sposób mógł się szybciej pozbyć oparzenia. Zupełnie nie przejmował się tym, jak głupio musiał wyglądać.
— Zacznijmy od pierwszej zasady, którą trzeba pamiętać, jeśli uczy się magii — zaczął od razu Ekari, podłapując jego słowa. — Kiedy jesteś osobą, korzystającą z jakiejkolwiek magii, nie możesz wzywać żadnych bogów! Chyba że zdajesz sobie sprawę, iż tacy nie istnieją.
— So? Szemu hak 'est? — spytał Ethereal, ale uświadomił sobie, że jego słowa mogą być niezrozumiałe, schował więc język z powrotem. Mimo to nadal czuł ten okropny smak. — Czemu akurat tak? To jest z jakiegoś kodeksu magów czy co?
— To nie jest żaden kodeks, w każdym razie nieoficjalny. To raczej podstawowe zasady, coś w stylu: „Jak używać magii i się przy tym nie zabić” — wyjaśnił radosnym tonem Ekari, a Ethereal skrzywił się. Wcale nie było mu do śmiechu. — Akurat pierwsza zasada jest taka, a nie inna, bo bogowie to istoty tego, co nazywamy właśnie magią. Jeśli więc bawisz się magią i w trakcie tego przyzywasz jakiegoś boga, ów bóg może ci odpowiedzieć. A jeśli zaczniesz przyzywać ich wszystkich naraz... cóż, nie mogę powiedzieć, że spotkanie z jednym bogiem to miłe spotkanie, ale z wieloma to pewnie byłaby katastrofa.
Po jego wypowiedzi zrobiło się cicho, kiedy Ethereal próbował przetrawić te słowa. Zawsze widział bogów raczej jako potężne istoty czuwające nad światem, ewentualnie zupełnie go ignorujące, ale nigdy schodzące do niego. Czasem słyszał opowieści o tym, jak to bogowie zeszli sobie z „góry”, czymkolwiek by owa „góra” nie była, by odwiedzić te liche istotki, które stworzyli, po to, żeby im się pokazać, żeby uwierzyli albo żeby ich zniszczyć, bo  się nie słuchały, ale też nigdy takim opowieściom nie ufał. Uważał je raczej za bajeczki dla dzieci. A teraz proszę, mag mu powiedział, że jeśli wezwie jakiegoś boga, ten może mu odpowiedzieć. To było zaskoczenie.
A po drugie słowa, które Ekari wypowiedział... zupełnie, jakby kiedyś już sam spotkał się z bogiem i bardzo źle to wspominał. Ciekawe, jak wpakował się w taką sytuację, a może raczej jak z niej wybrnął.
— Druga zasada — podjął po chwili przerwy Władca Pogody — jest taka, że musisz znać własne ograniczenia. Każdy musi znać, bo też każdy ma inne. Gdybyś na przykład przez cały dzień, z minuty na minutę zmieniał postać, to w pszczołę, niedźwiedzia czy jakie tam jeszcze zwierzęta byś chciał, możliwe, że byś nie dotrwał następnego dnia i zamienił się w proch. Mówię, że możliwe, a nie że pewne, bo ja nie znam twoich ograniczeń. Tylko ty możesz je poznać, a zanim je poznasz, nie powinieneś przesadzać z magią.
— Tej zasady nie zamierzam łamać — burknął Ethereal, spoglądając w sufit. Ku jego zdziwieniu, ten był pomalowany na kolor granatowy, niemal czarny, a na nim pozaznaczane były gwiazdy. Zaczął im się przyglądać uważnie.
— Magia to narzędzie do kształtowania z pomocą czystej energii. Można nią kształtować wszystko, jeśli tylko się wie, jak to robić. Bo jeśli się nie wie, to potem są problemy. Powiedziałbym, że raczej nie powinno się próbować zmieniać siebie, w każdym razie nie na początku, bo to jest potwornie ryzykowne, ale skoro akurat twoja magia właśnie na tym polega, to może  akurat to pominę...
— I tak nie zamierzam próbować się zmieniać. No, chyba że zrobię to odruchowo, ale to się raczej nie liczy — prychnął z niechęcią.
— Ale też nie znaczy to, że można sobie zmieniać wszystko! — ciągnął mag, zupełnie ignorując wypowiedź Ethereala. Chyba trochę go zirytowała. — Jak chce się coś zmienić, najpierw należy to dobrze poznać. Inaczej może być ciężko z przeżyciem. To samo też tyczy się ciebie. Jeśli chcesz się zmieniać i potem umieć wrócić do swojego pierwotnego wyglądu, powinieneś znać dobrze samego siebie. Jeśli chcesz się zmienić w jakieś zwierze, powinieneś je znać. Nie tylko wiedzieć jak wygląda, ale znać też jego zachowanie, jego budowę, trzeba się wzuć. Wejść w jego głowę, poznać jak myśli, jak czuje, co czuje.
— Tylko po co niby? — mruknął chłopak, zaczynając się z nudów bujać na krześle i nadal wpatrywał się w malunek. Znał się na mapach nieba, w każdym razie na tyle, żeby od razu zauważyć, że obraz na suficie albo przedstawia zupełnie inne niebo, niż to nad ich planetą, albo też gwiazdki były po prostu malowane w losowych miejscach. Podejrzewał to drugie, ale żeby Władca Pogody miał na suficie złe niebo?
— Jeśli czegoś nie znasz, nie zmieniasz tego! — powiedział ostro, już wyraźnie oburzony zachowaniem swojego nowego ucznia. Ethereal właściwie się tego spodziewał, ale raczej trochę później. Mimo to nie był zdziwiony. — A wszystko we wszechświecie ma jakieś znaczenie. Biorąc się za coś, czego nie umiesz, możesz wszystko zniszczyć! A potem inni muszą to naprawiać!
Ethereal tylko prychnął. Słuchał uważnie wyjaśnień maga, ale nie za bardzo się nimi przejmował. Właściwie wszystko, co mówił, było dość oczywiste, jeśli tylko miało się dość rozumu, by zająć się logicznie kwestią magii, a Ethereal umiał nad wszystkim pomyśleć logicznie, nawet jeśli czegoś nie lubił. Wolałby na tej całej lekcji przejść już do jakichś ćwiczeń praktycznych, żeby już więcej nie zmieniać się w żadne dziwne stwory, gdy tylko zawładną nim jakieś silniejsze emocje, ale musiał przeczekać paplaninę Ekariego, żeby tego doczekać.
Który chyba w końcu zorientował się, że uczeń ma go całkowicie gdzieś.
— Chciałbym, żebyś przestał mnie lekceważyć — odezwał się z pewną złością. — I żebyś od tej pory mówił do mnie „mistrzu”, a nie inaczej.
— No chyba cię coś...! — Ethereal spojrzał natychmiast na maga i umilkł w pół zdania, widząc surowe spojrzenie. Szybko ugryzł się w język, żeby przypadkiem nie dokończyć zdania. Ekari uniósł brwi, słysząc to urwanie.
— Jak rozumiem, jednak nie chcesz zostać moim uczniem? A może po prostu się przesłyszałem? Jak uważasz?
Uważał, że to kompletna strata czasu i chyba lepiej by zrobił, jakby pogadał z siostrą albo ojcem, zamiast przychodzić z problemami do szalonego maga, ale nie powiedział tego na głos.
— Dobrze... mistrzu. — To słowo ledwo przeszło mu przez gardło, jednak cudem zmusił się do wypowiedzenia go. Nigdy do nikogo nie zwracał się w taki sposób, jakby podkreślał wyższą pozycję rozmówcy. Zwracał się do innych grzecznie, przyjaźnie, czasami sarkastycznie, ale nigdy w taki sposób. Nawet gdy rozmawiał ze strażnikami, z generałem, nawet kiedy raz zdarzyło mu się przebywać w obecności samego Króla. Czuł się z tym... bardzo dziwnie. Niezbyt dobrze. Ekari za to uśmiechnął się.
— Od razu lepiej. Czyżby moje wyjaśnienia cię nudziły?
Mag miał taką minę, jakby chciał powiedzieć, że jeśli odpowiedź będzie twierdząca, to wywali Ethereala za okno i się tym nie przejmie. Tyle że chłopak nie mógł odpowiedzieć inaczej, w każdym razie nie słowami, bo byłoby to kłamstwo, więc pokręcił tylko głową, mając nadzieję, że na jego twarzy nie widać żadnych wątpliwości. Chyba się udało, bo Ekari klasnął w dłonie.
— Świetnie. Tak więc następna zasada odnosi się do walk między magami.
— Po co mnie taka zasada? — zapytał Ethereal, próbując utrzymać wyraz zaciekawienia i być miłym, co nie przychodziło mu łatwo. — Nie, żebym negował istnienie albo przydatność takowej, skądże znowu! Ale zmiennokształtność raczej polega na tym, że ja mogę zmieniać swój kształt, a nie że mogę rzucać kulami magii w przeciwników.
— Ale to jest niezwykle ważna zasada! Poza tym każdy może ją wykorzystać, nawet całkowity ignorant w sprawach magicznych, bądź też ktoś magią nieobdarzony. Sęk w tym, że ty masz przewagę. Jeśli jakiś mag w pobliżu zacznie ściągać do siebie magię, w celu jej użycia, odruchowo to wyczujesz.
— Wciąż nie wiem, co to ma do rzeczy. Poza tym niby jak mam coś takiego wyczuwać? Dotąd tak nie było.
— Było. Tylko nie wiesz, jaki to rodzaj przeczucia. Idziemy na wycieczkę!
— Co...? Wycieczkę? Na jaką wycieczkę? — zapytał Ethereal, tak bardzo zdumiony tą nagłą zmianą tematu, że zapomniał, iż miał grać przyjaznego mądralę.
Ekari nie odpowiedział, tylko podniósł się, przeciągnął i sięgnął po swój kapelusz, którego kolor w połączeniu z kolorem jego włosów wyglądał śmiesznie. Chcąc nie chcąc, Ethereal też się podniósł, domyślając się, że i tym razem nie będzie mu dane szybko poznać odpowiedzi.
Zmiennokształtność. Już wolałby przejąć jakąś cząstkę magii po matce. Przynajmniej wtedy nie byłoby takie dziwne, że prosi jakiegoś maga o pomoc. Albo przynajmniej mógłby się podzielić tą wieścią z Igneą. Ale jakaś wydumana magia przodków... to mu nie pasowało.

~~*~~


— Nie jesteś niewidzialny — powtórzyła po raz enty Ignea, przyglądając się nie jemu, ale jakiejś dziwnej, wymyślnej rzeczy, którą wyjęła z torby, a która wyglądała na... właściwie Vol nie wiedział, na co mu wyglądała. Skrzywił się, słysząc jej słowa. Zastanawiał się, jakim cudem wcześniej udało mu się sprawdzić, że nikt go nie wiedział i to tak szybko. Teraz wydawało mu się to straszliwie trudne, wręcz niemożliwe.
Po pierwsze, zupełnie nie pamiętał, które z zapisanych zdań było zaklęciem. Był absolutnie pewien, że wcześniej było doskonale widoczne i krótkie, ale widząc tekst ciągnący się przez całe strony, pomyślał, że chyba pamięć płata mu niezbyt miłe figle. Przewrócił na następną stronę, w nadziei, że tam może znajdzie coś przydatnego, coś normalnego i dającego się przeczytać, ale odkrył tylko jeszcze więcej niezrozumiałych słów.
— To jest do bani, nic nie rozumiem! — warknął, uderzając się książką w czoło, jakby w ten sposób mógł sobie wbić wiedzę do głowy. Szkoda, że to nigdy tak nie działało. — Nie odróżniam tych głupich zaklęć od jeszcze głupszych uwag! Zlewają się! Wszystko to tylko zwykły bełkot!
Cisnął ze złością książką, którą Ignea szybko złapała, zanim oberwała nią w twarz. Zamiarem Vola było ciśnięcie księgi w kąt, nie w dziewczynę, tyle że nigdy nie umiał zbyt dobrze celować. Jednak ona nie przejęła się tym, że prawie złamał jej nos. Po prostu otworzyła książkę i przekartkowała ją, nie przyglądając się niczemu konkretnemu, jakby tylko sprawdzała, jak to będzie wyglądać, gdy coś takiego zrobi. Volowi wydawało się, że przez chwilę widział iskry przeskakujące między rozmazującymi się kartkami, ale gdy tylko mrugnął, te zniknęły, nie był więc pewien, czy nie było to zwykłe złudzenie.
— Ja też nie rozumiem ani słowa — powiedziała wesoło Ignea, w końcu zamykając książkę z trzaskiem, co wybudziło Vola z dziwnego transu, w jaki nagle wpadł. — Ale ja ich nie rozumiem, bo zwyczajnie nie chcę. I wcale nie potrzebuję. Magia, też mi coś!
— Ty nie lubisz magii, prawda? — zapytał i od razu tego pożałował, kiedy jej mina momentalnie zmieniła się z radosnej na skrajnie wściekłą. Równie szybko jednak przybrała wyraz całkowitej obojętności.
— Nie, nie lubię. I nie muszę lubić.
— A czy mógłbym chociaż zapytać...? — brnął dalej, chociaż sam siebie upominał w myślach, że nie powinien w ogóle tego tematu wyciągać. Ignea nie dała mu do kończyć.
— Nie, nie mógłbyś — odpowiedziała ze złością, podnosząc się z ziemi i prostując przy tym tak dumnie, jak tylko umiała. — Idę na zwiad. A ty zostajesz.
Odrzuciła mu ze złością książkę, ale, w przeciwieństwie do niego, ona akurat specjalnie celowała w jego nos. Vol szybko ją odtrącił, nim go sięgnęła, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, Ignea wyszła już dumnym krokiem, a choć zła, zamknęła za sobą drzwi bezszelestnie. Chłopak zaklął cicho pod nosem, przeklinając swoje wścibstwo. Dlaczego nie mógł choć raz trzymać języka za zębami, tylko zawsze musiał powiedzieć coś nieodpowiedniego w najbardziej nieodpowiednim z możliwych momentów? Za każdym razem, kiedy miał wrażenie, że Ignea wreszcie zaczyna go jako tako lubić, musiał to psuć jakimś głupim pytaniem, czy tekstem. Pacnął się dłonią w czoło. Kretyn, kretyn, skończony kretyn! Czemu nie mógł czasem po prostu przemilczeć niektórych rzeczy?
Podniósł odrzuconą na bok księgę i zmusił się do ponownego jej otworzenia. Postanowił przeczytać to głupie zaklęcie, nawet jeśli jego znalezienie wymagać będzie wszystkich jego lichych sił. Może uda mu się nauczyć choćby jednej rzeczy, chociaż szczerze w to wątpił. Wziął się za czytanie, ale każde słowo nadal spowijał niezrozumiały chaos.

Rozdział VIII

Zasadzka!


Ostatnimi osobami, jakie Ignea spodziewała się zastać w puszczy, gdy wybrała się na zwiad, był zdecydowanie jej brat i to w towarzystwie maga, którego nienawidziła. Po długiej wędrówce, w której trakcie znalazła tylko jedną nową maszynę, niezwykle dziwną i to na tyle, że jej nie dotknęła, dziewczyna pomyślała sobie, że dobrze byłoby odpocząć na jednej z tych rozlicznych łąk, które udało jej się poznajdować. A i tak podejrzewała, że nie znała nawet połowy, jednak puszcza powoli odkrywała przed nią istnienie niesamowitych miejsc. Do tej pory Ignea sądziła, że tylko ona znała ich rozmieszczenie, ale widocznie się pomyliła. Żeby to chociaż był ktoś inny, z kim dałoby się wytrzymać! Ale nie, to musiały być akurat dwie osoby w TAKIM połączeniu. Czyli fatalnym.
Ethereal siedział na środku, wyróżniając się bardzo szczególnie wśród wielokolorowych kwiatów, bo cały był ubrany wciąż na czarno, w swój ukochany mundur, którego nie pozwalał nikomu tykać. Rośliny wokół niego zdawały się kiwać w rytm jego spokojnego oddechu, zbyt spokojnego, zważając na to, że był sam na sam z jakimkolwiek magiem. Przecież ich nie trawił. Oczy miał zamknięte, dłonie oparł na kolanach. Wyglądał bardzo spokojnie i przez to też bardzo dziwnie. Bardziej, jak jakaś rzeźba, którą ktoś postanowił postawić z nudów w takim miejscu, niż irytujący, kochany brat, którego Ignea od zawsze znała.
Nad nim za to stał Ekari, okropny Władca bardzo głupiej Pogody, skoro pozwalała, by panował i manipulował nią ktoś taki, jak akurat ten gość. W przeciwieństwie do brata mag natychmiast ją zauważył, a raczej wychwycił jakimś dodatkowym zmysłem, bo kiedy tylko wkroczyła na łąkę, natychmiast spojrzał w jej kierunku, choć przecież nie mógł jej wcześniej widzieć. Nie spodobało jej się, przybrała więc najlepszą ze swoich niewzruszonych min. Ekari jakby tego nie wyczuł i uśmiechnął się. A w każdym razie próbował. Być może to, co pojawiło się na jego twarzy, miało być miłym uśmiechem, ale wyszedł okropny grymas. Mężczyzna przyłożył palec do ust, dając jej znać, że powinna być cicho. A potem wykonał gest, jakby chciał przejechać palcem po gardle, ale szybko się przed tym powstrzymał. Kolejny.
O nie, nie będzie słuchać kogoś takiego! Niedoczekanie! Wzięła więc głęboki oddech i najgłośniej jak umiała mówić, nie krzycząc, rzekła:
— Och, rany, nie spodziewałam się tutaj nikogo! Co wy tutaj robicie?
Ethereal zerwał się jak oparzony na równe nogi, słysząc jej lekko oskarżający głos, a kwiatki wokół niego przestały się bujać. I tak jakby straciły trochę ze swoich kolorów, ale mogło jej się tylko wydawać. Ekari uraczył Igneę wściekłym spojrzeniem, ale dziewczyna miała w swoim arsenale tyle takich spojrzeń, że ze strony innych nie robiły na niej żadnego wrażenia. Poza tym to był mag, łatwo było go zignorować, jak wszystkich jego pokroju. Wolała się skupić raczej na przerażeniu, które zaczęło powoli wykwitać na twarzy jej brata. Przyzwyczaiła się do tego, że czasem niektórzy spoglądają na nią ze strachem — część z powodu tego, że kiedyś ich rzuciła albo pobiła, ale raczej większość bardziej przez jej wygląd — ale nigdy nie widziała takiego wyrazu na twarzy Ethereala. W każdym razie nie w stosunku do swojej osoby. Trochę ją to nawet zabolało. A może nawet bardziej niż trochę, tylko nie chciała się sama sobie do tego przyznać.
— N-Nea! — zawołał Ethereal, próbując przywołać do siebie radosny ton, ale jego głos i tak zadrżał, zdradzając jego mocno mieszane uczucia. Znaleźli się w dość dziwnej sytuacji. Ignea domyślała się, że brat widzi wyrzut na jej twarzy, który starała się tak bardzo ukryć, a jednocześnie sama miała wyrzuty sumienia. W końcu nie tylko on postanowił nagle coś przed nią zataić.
— Et — powiedziała po prostu, mierząc go spojrzeniem, jakby w ten właśnie sposób mogła wyczytać z niego wszystkie jego myśli i zamiary. Oczywiście często robiła takie gesty, przez co innym zdawało się, iż rzeczywiście dziewczyna zagląda im wtedy w dusze. Nauczyła się bardzo dobrze rozgrywać swój wygląd na swoją korzyść. Nie potrafiła co prawda robić tego, o co ją oskarżali, ale nie mogła zaprzeczyć, że taka umiejętność byłaby dla niej niezwykle przydatna. Jednak samą taką grą można było się dowiedzieć wszystkiego od innych i bez czytania w myślach. — Jak to ciekawie cię zobaczyć akurat w tym miejscu, po twojej długiej nieobecności w domu. Gdzieś się szwendał?
— JA byłem wczoraj w domu — zaprotestował Ethereal oburzonym tonem, a Ignea zaklęła w myślach. A już myślała, że udało jej się trafić z okolicznościami. Jednak jej brat nadal nie umiał nijak zamaskować swojego strachu. Czego on się aż tak bał? — To CIEBIE w nim nie było. Więc to raczej ja powinienem był zapytać, co takiego robiłaś w ciągu nocy, że nie raczyłaś się zjawić.
— Włóczyłam się — odpowiedziała Ignea, pokazując mu wszystkie zęby w zwyczajowym, wrednym uśmiechu.
Była to część prawdy, bo rzeczywiście połowę nocy spędziła na wałęsaniu się po puszczy, ewentualnie po mieście, odwiedzając przy tym często bibliotekę i znosząc z niej najróżniejsze dziwne książki. Bibliotekarz miał bardzo głupią minę, kiedy zobaczył ją o takiej porze w takim miejscu, jednak nie zadawał pytań. Każdy, kto próbował zadawać pytania Ignei Alieaster po zachodzie słońc, spotykał się ze zdaniami wystrzelonymi z prędkością karabinu maszynowego, które na dodatek nijak się ze sobą nie łączyły i trudno było wyłapać z nich sens. Tak dziwnie miała, kiedy bywała zmęczona.
Za to drugą połowę nocy przesiedziała w starej szopie, próbując rozwikłać zagadkę dziwnych znaków na dokumentach, słuchając przy tym melodii, jaką układał Vol, chrapiąc potwornie i co jakiś czas mamrocząc coś pod nosem. Miał naprawdę kamienny sen, nie obudził się, nawet kiedy jedna z książek upadła jej z głośnym hukiem na podłogę. Z początku chłopak jej pomagał, ale w końcu okazało się, że wydarzenia z dnia bardzo go zmęczyły i po prostu poszedł spać. Ignea nie wiedziała, jak ludzie mogą spać w takich okolicznościach, ale chyba nie było jej dane się tego dowiedzieć.
Nie zamierzała jednak tych wszystkich informacji zdradzać bratu, zwłaszcza że dopiero co dowiedziała się, iż on też coś przed nią ukrywa i to coś ważnego. Podejrzewała, że tę krótką wypowiedź, którą łaskawie go uraczyła, odbierze w typowy dla niego sposób. To było jak powiedzenie mu „No wiesz, robiłam to, co zawsze. Włóczyłam się po lesie, bo mi się strasznie nudziło w mieście i ogólnie to nie dbam o własne życie, robiąc takie rzeczy”. Tak w każdym razie zawsze słyszał jej wypowiedzi, gdy mówiła o swoich wycieczkach i nie musiała czytać nikomu w myślach, żeby to wiedzieć. Jego mina wskazywała, że i tym razem dokładnie tak to wszystko zrozumiał.
— Czy tobie już do reszty odbiło?! Wędrówki po Złotej Puszczy to jedno, to już jest wystarczająco niebezpieczne! Równowaga równowagą, tutaj żyją drapieżniki! Ale spacerowanie sobie po niej tak po prostu, nocą i to jeszcze w świetle pełni księżyca?! Życie ci niemiłe?!
— Och, była dzisiaj pełnia któregoś z księżyców? — zapytała Ignea, zmieniając temat i podnosząc wzrok na niego, tak jakby w ciągu dnia mogła znaleźć odpowiedź na swoje pytanie, które zresztą nawet nie miało dla niej żadnego znaczenia. Ethereal warknął, jakby doskonale to wiedział.
— Nie udawaj! Dobrze wiesz, że to nie jest bezpieczne! To jest szalenie niebezpieczne, z podkreśleniem na słowo SZALENIE! Gdybym mógł, już dawno zakazałbym ci...
— Ale nie możesz — przerwała mu wesoło Ignea, nieco zbyt wesoło, nawet jak na nią, przybrała więc na twarz poważny wyraz. Umiała zakryć szybciej i wiele lepiej własne emocje niż brat, bo on, taki cichy i mądry, nigdy nie musiał się mierzyć z rozwścieczonymi fiorami. — Poza tym chcesz się mnie czepiać, a sam tutaj teraz tak nagle siedzisz! Na łące w Złotej Puszczy, z daleka od Miasta Kwiatów i to jeszcze w towarzystwie tego... tego... tego świra! Myślałam, że nienawidzisz magii, zawsze to powtarzałeś, za każdym razem, a teraz tak po prostu przebywasz sobie w obecności maga, cały spokojny i wyluzowany, chociaż przecież darzyłeś go zawsze czymś więcej niż tylko zwykłą niechęcią!
— To wszystko da się bardzo logicznie wytłumaczyć — powiedział szybko Ethereal, widząc, że Ignea się odwraca, chcąc już skończyć rozmowę i wrócić do swojego włóczenia się po puszczy, w którego trakcie zapewne rozwaliłaby każdego, kto stanie jej na drodze. Albo pójść dalej męczyć się nad szyframi. Jeszcze nie zdecydowała, które byłoby w stanie bardziej poprawić jej nastrój. — Po prostu... zaraz... czekaj, Nea! Ja nie...!
— I przestań mnie w końcu nazywać Nea! — zezłościła się, znów patrząc na niego ze złością, a raczej na dłoń, którą właśnie położył jej na ramieniu. Patrzyła tak, jakby chciała spalić ją spojrzeniem, ale mimo to Ethereal jej nie cofnął, niezrażony.
— Przestanę cię nazywać Nea, tylko wtedy, gdy ty skończysz na mnie mówić Et — rzekł takim tonem, że było już właściwie oczywiste, iż coś takiego nigdy nie nastąpi. Ignea zgrzytnęła zębami, kiedy zdała sobie sprawę, że to jest prawda. — Posłuchaj mnie, ja wiem, że to... to jest... dziwne, bo jest dziwne, nawet bardzo, ale to naprawdę da się wyjaśnić. Tylko, no... musisz mi pozwolić, żebym mógł ci wyjaśnić.
Znów zmierzyła go spojrzeniem, a potem, bardzo powoli, przeniosła wzrok na Ekariego, wciąż stojącego w tym samym miejscu i przyglądającemu się ich rozmowie z ciężko skrywaną ciekawością. Ethereal odruchowo powtórzył jej gest, również spoglądając w tamtym kierunku i rodzeństwo milcząco zgodziło się, że jeśli chcą odbyć jakąkolwiek poważną rozmowę, to na pewno nie w obecności tego maga czy kogokolwiek innego. Brat wykonał dziwny gest, który wyglądał na niewprawne połączenie salutowania z wygrażaniem pięścią, po czym odprowadził Igneę, nie mówiąc przy tym ani jednego słowa. Zniknęli wśród cieni drzew.
Ignea natychmiast strzepnęła rękę Ethereala, jak niechciany papierek i przeszyła go wściekłym spojrzeniem. Zrobił tę swoją minę, typu: „Nie teraz, błagam” i wskazał głową za siebie, co było równoznaczne ze stwierdzeniem, że absolutnie nie chciał, by mag ich słyszał, nawet czysto teoretycznie. Ignea powstrzymała się od złośliwego komentarza, który sam zaczął nasuwać jej się na końcówkę języka. „Po kiego w ogóle tutaj przyłaziłeś z tym szaleńcem?!”. Postanowiła, że zostawi sobie to zdanie na później.
Ethereal nie rozglądał się dookoła, nie oglądał się nawet, po prostu szedł przed siebie, wyprostowany i dumny, a Ignea zastanawiała się, czy jej brat w ogóle zdaje sobie sprawę, dokąd ich prowadzi. Ona sama co chwilę sprawdzała otoczenie i wiedziała, gdzie zmierzają. Trochę dalej, może jakieś dziesięć do piętnastu minut marszu i doszliby do niewielkiego jeziorka, które przypadkiem utworzyła kiedyś rzeka, w czasie wielkich opadów, zalewając widowiskową dolinę, której piękno wciąż gdzieś pod wodą istniało. Ignea podejrzewała też, że dna jeziora nadal były uczepione niektóre drzewa, które żyły sobie tam wesoło.
Ale brat nie zamierzał jej prowadzić aż tak daleko. Zatrzymał się nagle, przy jednym z większych drzew i oparł się o nie z westchnieniem. Patrzył przy tym na nią, jakby się zastanawiał, co ma teraz zrobić i nie był przy tym pewny odpowiedzi. Ignea założyła ręce i odpowiedziała mu wyzywającym spojrzeniem. Mruknął coś do siebie pod nosem z niechęcią.
— A może byś tak mówił głośniej — rzuciła złośliwie Ignea. — Bo chyba cię nie usłyszałam. Raczej na pewno cię nie usłyszałam. Co tam mówiłeś?
— Do siebie mówiłem — prychnął, niczym rozdrażniony kot i przez chwilę Ignea miała naprawdę dziwne wrażenie, jakby rzeczywiście patrzyła na twarz kota, co było mocno dekoncentrujące i wytrąciło ją z jej zwykłej, naturalnej równowagi. Mrugnęła i kocie wąsy zniknęły z twarzy brata. — No a wracając do tematu, to co się stało... no, to jest... ciężka sprawa. Dość trudno mi o tym mówić...
— No to nie mów. Ja cię do tego nie zmuszam. Tylko potem nie licz na to, że będę dla ciebie miła, albo będę ci o czymkolwiek mówić.
— Ty nigdy nie jesteś dla mnie miła — zauważył z ponurą miną.
— No ale będę jeszcze mniej — powiedziała zwodniczo słodkim głodem Ignea, a jej oczy błysnęły złośliwie. — Zacznę siedzieć długo po nocach i puszczać bardzo głośno muzykę, akurat wtedy, kiedy ty będziesz musiał się uczyć. Zacznę cię wybierać na przeciwnika na treningach, właśnie ciebie, wielkiego niezdarę, który musi wszystko dokładnie przemyśleć, zanim zrobi jakiś krok. Będę się z ciebie śmiała, ilekroć tylko cię zobaczę. Z tego twojego durnego munduru zwłaszcza. Może nawet ci zwinę ten pamiętnik, co wiem, że go trzymasz w luźnej części podłogi pod swoim łóżkiem. Dotąd go właściwie nie tknęłam, a w każdym razie nie otworzyłam, bo wiesz, pewnie masz tam pełno tych swoich kujonowatych spraw, których do końca nie czaję, ale teraz zastanawia mnie, co właściwie mogłabym tam znale...
— No dobra, już dobra, załapałem! — przerwał jej szybko i głośno, rozglądając się dookoła, jakby się obawiał, że nagle spomiędzy drzew wyskoczą jego koledzy, zaśmiewając się przy tym z niego wniebogłosy.
Ta okropna część umysłu Ignei, cicho liczyła na właśnie taki obrót spraw, nawet jeśli doskonale wiedziała, że coś takiego jest całkowicie niemożliwe. Tak samo, jak Alieasterowie byli odosobnieni w swojej niecodziennej niechęci do magii, którą wszyscy kochali, tak też byli jedynymi fiorami, którzy chodzili zwyczajnie do Złotej Puszczy na spacery, nie robiąc tego z przymusu. W każdym razie do tej pory to Ignea taka była. No i jeszcze ten mag...
— No więc dlaczego właściwie tutaj przylazłeś z tym świrem? — zapytała, wskazując palcem za siebie i dając tym samym bardzo wyraźnie do zrozumienia, o kogo jej chodzi. Właściwie nawet bez tego gest łatwo było to odgadnąć. Ethereal skrzywił się.
— Po pierwsze, to czy mogłabyś zaprzestać nazywania Władcy Pogody świrem? Choćby na chwilę.
— Nie. On jest świrem. To dlaczego tutaj przylazłeś z tym świrem? — powtórzyła swoje pytanie Ignea, tym razem kładąc bardzo mocny nacisk na ostatnie słowo, głównie po to, żeby zrobić bratu na złość. Poza tym nadal miała dokładnie taką samą opinię o Ekarim, co zawsze. Tym razem Ethereal postarał się zachować kamienną twarz i nawet dobrze mu się to udawało, choć nie do końca.
— No bo wiesz, ja... niedawno coś odkryłem — powiedział, drapiąc się po głowie i wpatrując się w niebo, jak zawsze, kiedy nad czymś intensywnie myślał. Albo też lekceważył osobę, z którą rozmawiał, ale dla jego dobra, Ignea postanowiła założyć, że chodzi właśnie o to pierwsze. — No i ta rzecz... wydarzenie... e, nie... to COŚ nie spodobało mi się. Wcale. W ogóle. No ale nie miałem na to w ogóle wpływu. A raczej miałem mały. Znaczy, z początku myślałem, że miałem całkowicie, ale się okazało, że jest zupełnie inaczej. No i ja... ja...
— Przejdź wreszcie do rzeczy! — warknęła ze złością Ignea, mając dość tego krążenia wokół tematu. Tupnęła przy tym z nogą wściekle. Ethereal podskoczył, słysząc jej ostry ton, albo też przypadkiem nadepnęła mu na stopę.
— Posługuję się magią i zgodziłem się być uczniem Ekariego, proszę, tylko mnie nie zabijaj, proszę, proszę, proszę! — wydusił z siebie na jednym oddechu i zasłonił się przy tym rękoma, kuląc się przy tym, jakby się obawiał, że Ignea rzuci się na niego, żeby wydrapać mu oczy.
Ale Ignea po prostu tam stała i na niego patrzyła, zbyt zaskoczona, żeby cokolwiek zrobić. Nie wiedziała, co powinna myśleć, tego akurat się spodziewała. Chociaż właściwie sama nie była pewna, czego mogła się spodziewać. Jakiegoś spisku? Ostatnio często zajmowała się spiskami, więc może tego też oczekiwała od Ethereala. Ale żeby jej brat, ten sam, który kiedyś się zarzekał, że magia jest jego największym wrogiem, teraz został uczniem i to nie jakiegoś zwykłego maga, tylko najważniejszego w mieście, Władcy Pogody? Ogarnął ją... To był szok. Czysty szok, którego nie dało się opisać.
Ethereal zdał sobie po chwili sprawę, że siostra nie zamierza go atakować i powoli, bardzo powoli opuścił ręce, żeby na nią spojrzeć. Nadal był jakiś spięty, jakby wciąż obawiał się, że siostra go uderzy, ale tym razem zamierzał coś takiego przyjąć z godnością. Ale Ignea tylko stała, z rozdziawionymi ze zdumienia ustami i chyba pierwszy raz w życiu nie wiedziała, co powiedzieć. To była jedna z tych rzadkich chwil, kiedy na twarzy Ethereala mogła zagościć satysfakcja, za którą nie oberwał natychmiast pięścią w brzuch.
— Ty... ty... co?! — zdołała w końcu wydusić z siebie. — Ale przecież... nie... jak to w ogóle jest możliwe? Dlaczego?!
— Sam nie wiem — przyznał z lekką nutą paniki w głosie. Cóż, przynajmniej teraz Ignea wiedziała, skąd u niego brało się to przerażenie. — To było takie... no nie wiem! Nie mam pojęcia, co się stało!
— I nie przyszło ci do głowy, żeby mi o czymś takim powiedzieć?!
— Jakoś tak... myślałem nad tym — zmieszał się, znów odwracając wzrok. — Ale sam nie wiedziałem, co się działo. No i...
Zamilkł nagle gwałtownie, a jego zmieszanie zniknęło, zastąpione przez niepokój. Rozejrzał się dookoła uważnie, poruszając przy tym nieznacznie uszami i nasłuchując. Zmrużył oczy.
Ta jego nagła gotowość wyrwała Igneę z jej dziwnego nastroju. Również zaczęła się rozglądać, jednak robiła to znacznie dyskretniej od brata, taką w każdym razie miała nadzieję. Przeszukiwała wzrokiem otoczenie, tylko nieznacznie poruszając przy tym głową, a uszy ustawiła tak, by usłyszeć to, co dzieje się za jej plecami. Drzewa lekko poruszały koronami drzew, jakby drżały, szeleszcząc przy tym liśćmi. Niby działo się to przez wiatr, ale Ignea miała wrażenie, że rośliny chcą coś powiedzieć i to było coś bardzo ważnego.
Ethereal też to zrozumiał. Odsunął się nieco od pnia i zdjął rękawiczkę, żeby przyłożyć gołą dłoń do kory drzewa i nawiązać w ten sposób łatwiejszy kontakt. Jego i tak już blada skóra przybrała kolor bieli, a włosy zjeżyły mu się na głowie. Nie wyglądał najlepiej, właściwie to wyglądał znowu trochę jakby bardziej kocio niż normalnie. Odwrócił się do Ignei, po raz kolejny przerażony i poruszył ustami, przekazując bezgłośnie wiadomość. Jak to dobrze, że umiała czytać z ruchu ust.
„To zasadzka. Są intruzi. Trzeba ratować. Uciekać. Już zbyt późno”.
Ignea odwróciła się gwałtownie, słysząc za sobą jakiś szum i zobaczyła dwóch ludzi — nie miała absolutnie żadnych wątpliwości, że to właśnie byli ludzie — wyłaniających się spomiędzy krzaków, gdzie dotąd musieli się chować. Obaj trzymali dziwną broń w rękach i mierzyli z niej prosto do Ignei i Ethereala, którzy zamarli na swoich miejscach, nie ośmielając się nawet drgnąć. Natura używała w tej chwili naprawdę paskudnych wyzwisk w stosunku do ludzi, od niektórych zrobiło się niedobrze nawet Ignei, ale niewiele więcej przyroda mogła w tej chwili zrobić. Nagłe trzęsienie ziemi czy inny spektakularny kataklizm nie wchodził w grę. Natura byłaby gotowa to zrobić, by bronić swoich przyjaciół, ale takie rzeczy planowało się latami. Nawet wysłanie zwierząt na ratunek nie było możliwe.
Kątem oka Ignea dostrzegła inne osoby, wyłaniające się zza drzew czy spomiędzy cieni. Przeklinała się w myślach, że wcześniej nie zauważyła ich wszystkich, że wokół tyle się ich kręci. Przecież zobaczenie ich wcale nie było takie trudne, przecież nawet Natura próbowała im o tym powiedzieć, ale oni nie słuchali, zbyt bardzo zajęci własnymi sprawami. Ethereal pogrążony w nieciekawej sytuacji, a Ignea zbyt przejmująca się jego sprawami, żeby chociażby rozejrzeć się wokół jakoś uważniej. Po minie brata domyślała się, że on też właśnie wytyka sobie ten brak ostrożności, ale na takie myśli było zbyt późno.
— Jesteście otoczeni — wygłosił oczywisty fakt mężczyzna, który wyszedł przed resztę, z dumnie podniesioną głową. Musiał dowodzić tymi ludźmi. Ignea zmrużyła oczy, widząc dziwnie znajomą twarz, a potem przypomniała sobie, że przecież to był ten sam człowiek, na którego natknął się Vol. Była wtedy zbyt zajęta rozmyślaniem nad tym, jak powinna odbić swojego pomocnika, żeby przysłuchiwać się monologowi, jaki prowadził wtedy dowódca, ale zdawała sobie sprawę, że nie był zbyt miły. — Poddajcie się teraz albo zginiecie.
Znała się tak dobrze na słowach i mowie ciała, że natychmiast zdała sobie sprawę, iż to ostatnie oświadczenie wcale prawdą nie było. Ethereal zamrugał dziwnie, jakby także to zauważył. Z jakiegoś nieznanego powodu, gdyby się nie poddali, tylko spróbowali walczyć, wcale nie padliby martwi pod ostrzałem. Może dlatego, że na razie fiorzy traktowali sprawę ludzi jako tako luźno, bo ci na razie nie niszczyli roślin, nie wycinali drzew, nie zabijali zwierząt. Ale gdyby któryś z ludzi odważył się zabić fiora... cóż, po tej grupce badawczej nie zostałoby nic, co ktokolwiek mógłby pochować. Zwłaszcza gdyby to ich ojciec się dowiedział. Wszcząłby takie powstanie, że pisaliby o nim latami, ale tego ludzie akurat wiedzieć nie mogli.
Mimo to Ignea ani myślała walczyć. Nie miała przy sobie absolutnie żadnej broni, za co również się przeklinała. Jedynym, co posiadała przy sobie, był scyzoryk schowany w bucie, którego i tak rzadko używała, a jak już to do odcinania denerwujących owoców, które nie chciały puścić krzaków. Nie było też jak po niego dyskretnie sięgnąć. No i walczenie scyzorykiem czy pięściami, przeciw broni palnej, na dodatek takiej, na której się nie znała, nie mogło być najlepszym pomysłem, a z pewnością też było jednym z gorszych.
Zacisnęła zęby ze złości. Byli na przegranej pozycji już od początku i nie mogli nic zrobić. Co prawda ten głupi mag znajdował się jakoś niedaleko, ale jakoś wątpiła, żeby wiedział, co się dzieje, a co dopiero miał przyjść im z pomocą. Skoro bywało czasem, że przegapiał huragany i w ostatniej, dosłownie ostatniej chwili je zawracał... grupa ludzi nie była aż tak wielka, jak huragan.
— No i kogo my tutaj mamy? — powiedział niby to przyjaznym tonem dowódca, wysuwając się jeszcze bardziej przed szereg swoich ludzi i podchodząc bliżej do osaczonych fiorów. Ethereal spiął się, ale mężczyzna nie zwrócił na to uwagi. — Nie spodziewałem się tutaj nikogo znaleźć, przyznam się szczerze. Ale jak tu nie wykorzystać tak wspaniałej okazji do przedstawienia się komuś z tubylców! Witajcie więc! Ja się nazywam Deyl. Za to wy...?
— Ja natomiast jestem kimś, kto wybije ci zęby, jeśli podejdziesz choćby o krok bliżej — syknął Ethereal, odzyskując nagle głos i stając przed Igneą, jakby chciał ją osłonić. Była wciąż tak wstrząśnięta, że nie zaprotestowała. W ogóle nie wykonała żadnego gestu.
— Oho, jaki groźny — roześmiał się Deyl, ale mimo to i tak się zatrzymał w pół kroku, jakby jednak zauważył, że Ethereal wcale sobie nie żartujcie. No i jego mina też nie wyglądała zachęcająco. — Panowie, chyba trafiliśmy tutaj na jakiegoś wielkiego i strasznego osiłka, postrach całej puszczy! Może powinniśmy go zostawić?
Wszyscy się zaśmiali głośno, a Ethereal zacisnął pięści ze złości. Jego twarz poczerwieniała. Ignea chciała go jakoś uspokoić, ale nie miała pojęcia jak, a on tylko stał i trząsł się, upokorzony. Wiedziała, że jej brat nie jest w stanie długo hamować swojej złości i nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien nigdy wystawiać na taką próbę jego samokontroli. Ale przecież tego ludzie też nie wiedzieli.
Jednak nawet Ignea nie była przygotowana na to, co stało się potem. W jednej chwili stał przed nią jej brat, wysoki i chudy, w swoim ulubionym czarnym stroju i z czerwienią na twarzy, a chwilę później już go nie było, jakby wyparował. Za to w jego miejscu, zamiast jego samego znajdował się tam ogromny wilczur, warczący głośno i pokazujący swoje ostre kły.
Nim ktokolwiek zareagował, stwór rzucił się na Deyla, przewracając go za ziemię i rzeźbiąc w jego ciele kilkanaście paskudnych ran, samym jednym ruchem swojej łapy. A potem stwór skoczył na następnego człowieka, wyrywając mu z rąk broń i odrzucając ją na bok. Poruszał się tak szybko, że właściwie zamienił się w czarną smugę, tańczącą pomiędzy ludźmi. Pozbawiał ich broni, ranił, ale żadnego nie zabijał.
Ignea nie zastanawiała się, co się właśnie działo na jej oczach, bo prawdopodobnie głowa by jej od tego wybuchła. Zamiast tego szybko porwała z ziemi upuszczoną broń, pokrytą teraz wilczą śliną i zaczęła się kręcić szybko, szukając jakiegoś zagrażającego jej celu, ale wszystkim zajął się już wilczur. Podbiegł do niej, dysząc przy tym ciężko i nagle z powrotem zmienił się w jej brata. Zataczał się i pewnie by upadł, ale podeszła do niego i szybko go złapała. Był wyraźnie wykończony, a wyglądał przy tym, jakby spotkał się ze śmiercią.
— Zni... znikajmy stąd jak najszybciej — wydusił z siebie, a Ignea nie zamierzała się z nim spierać. I tak żadne z nich nie było zdolne do kłótni w takich warunkach. Złapała go pod ramię i popędziła przed siebie, co nie było łatwe, bo ani Ethereal, ani tez broń, którą wciąż trzymała, do lekkich nie należeli.
— Pomógłbyś trochę — syknęła, usiłując go ciągnąć, co z każdą chwilą robiło się coraz bardziej i bardziej męczące. W końcu odrzuciła broń na bok, bo nikt ich na razie nie atakował, ale to nie sprawiło, że taszczenie brata stało się łatwiejsze. — Ja nie mam tyle siły, żeby cię dźwigać. Jesteś za ciężki!
— Ja nie... — tyle tylko zdążył powiedzieć, zanim zemdlał i całkowicie przygniótł Igneę swoim ciężarem, a ta ledwo utrzymała się na nogach. Zbyt ciężki.
Przez chwilę próbowała brnąć przed siebie, ale nie miała aż tyle siły i w końcu upadła na ziemię, dysząc ciężko ze zmęczenia. Próbowała się dalej czołgać, wciąż trzymając pod ramię brata, ale ciemne mroczki tańczyły jej wesoło przed oczami, przysłaniając pole widzenia. Jeszcze nigdy nie czuła się aż tak wykończona, nawet nie wiedziała dokładnie, skąd owo uczucie się brało. Przecież wcale nie wysiliła się tak bardzo, robiła już w swoim życiu trudniejsze rzeczy.
Chciała się podnieść, ale świat zamazywał się jej przed oczyma i wirował, wirował bez końca. Leżący i przygniatający ją do ziemi nieprzytomny Ethereal też nijak w owej sytuacji nie pomagał. Zaczął nawet chrapać, co było idiotyczne z jego strony, ale raczej nie mógł na to nic poradzić. Ignei zadrżały ręce, gdy wyciągnęła je przed siebie. Wbiła palce w grunt i próbowała wyciągnąć się spod brata, jednak z marnym skutkiem, udało jej się nabrać tylko trochę ziemi w dłonie.
„Nie trać przytomności”, powiedziała do siebie w myślach, ale z każdą chwilą utrzymanie oczu otwartych sprawiało jej coraz większą trudność. Powieki były takie ciężkie, a ona tak bardzo zmęczona... „Nie! Zachowaj jasność myśli! Nie trać przytomności! Oczy otwarte. Uszy nastawione. Oddychaj spokojnie, nie tak szybko, jak teraz. Spokojniej, po prostu spokojniej. I absolutnie nie trać przytomności. Cokolwiek by się stało, nie trać jej. Nie trać przytomności, tylko nie trać...”.

~~*~~


Głowa bolała go niemiłosiernie i nawet nie był pewien, czego ten ból jest skutkiem. Może tej niekontrolowanej przemiany, kiedy to w postaci wilka rzucił się wściekle na bandę ludzi? Tylko że raczej nie mogła być do końca poza jego kontrolą, skoro w jej trakcie doskonale zdawał sobie sprawę, co robi i jak zamierza zranić te istoty. Jedyna czego nie planował, to akurat wilk, to było całkiem odruchowe. Wolałby raczej smoka, może jakiegoś niedźwiedzia, ale w sumie to nie mógł narzekać, skoro mu się udało.
A może oberwał czymś w czasie bitwy? Był tak zajęty wyszarpywaniem broni, że mógł nie zauważyć, ani nawet nie poczuć, jak któryś z ludzi go trafił. Sytuacja zrobiła swoje, a kiedy mu przeszło, dopiero wtedy poczuł ból. Ale nie, to chyba nie było to.
Przypomniało mu się też ostrzeżenie Ekariego, że jeśli ktoś zużyje zbyt dużo magii, może zamienić się w kupkę popiołu. W sumie to nawet pamiętał taką sytuację, ciężko było nie pamiętać. Do bólu głowy to też jakoś pasowało i była to najlogiczniejsza ze wszystkich opcji, jakie miał w tej chwili do wyboru, uznał więc, że to ona jest najbliższa prawdy.
Jęknął, ale nie otworzył oczu, czując nadal, że jego powieki są o wiele za ciężkie na podnoszenie ich. Krótka chwila przeistoczenia całkowicie w najprawdziwszego, groźnego wilka tak go wykończyła, odbierając wszystkie siły. Pamiętał jeszcze, jak jego zmysły się wyostrzyły, jak pokryła go sierść, jak poczuł chęć rozszarpania tych wszystkich intruzów, którzy odważyli się wkroczyć na te tereny i na dodatek próbowali ich zaszantażować. I jak siłą woli powstrzymał się od mordowania, ograniczając się tylko do powierzchownego zranienia ludzi i odebrania im tej durnej broni.
To chyba był bardzo zły pomysł. Lepiej by zrobił, jakby się po prostu ich pozbył.
Powoli otworzył oczy i zaczął się powoli podnosić, chociaż było to niezwykle trudne. Jednak wtedy usłyszał podejrzane, metaliczne kliknięcie, poczuł też chłodny metal na skórze, zamarł więc w bezruchu, na wpół podniesiony, na wpół wciąż leżący.
— Mądry wybór. — W polu widzenia Ethereala pojawiła się para wypolerowanych, zbyt błyszczących butów.
Powoli, bo na szybciej nie pozwalał mu ból, podniósł swój wzrok, żeby spojrzeć prosto w twarz Deylowi. Nie mógł powiedzieć, że nie spodobały mu się trzy paskudne rozdarcia na ubraniu, które dowódca bezskutecznie próbował zakryć. Rany były nawet poważniejsze, niż się wcześniej chłopakowi wydawało. Gdy się uśmiechnął, nie widać też było kilku zębów, które zostały wybite zgodnie z obietnicą. Mimo tego jego uśmiech nadal był zadowolony i złośliwy. Bardzo, ale to bardzo złośliwy, wyglądający jeszcze gorzej, niż najwredniejszy uśmiech Ignei, ale ona też nie była bezduszną osobą, dbającą tylko i wyłącznie o własne interesy, chociaż za taką niektórzy ją brali.
— Żyjesz — powiedział z rezygnacją Ethereal. Co prawda innych oszczędził, ale akurat tego gościa miał ochotę bardzo, ale to bardzo poważnie zranić. Nie podobał mu się ani trochę. Udało mu się to po części, ale jak widać i tak za słabo się postarał, skoro mężczyzna mógł jeszcze ustać na własnych nogach.
— Ty niestety też — zauważył Deyl, kucając, jakby chciał się lepiej przyjrzeć. Jego mina nie podobała się Etherealowi. — A może jednak stety. Przyznam, że jeszcze nigdy nie spotkałem nikogo, kto mógłby tak zmieniać kształt. To bardzo ciekawe.
Jeśli mężczyzna spodziewał się jakiejkolwiek odpowiedzi, to się jej nie doczekał. Ethereal milczał. Spuścił wzrok i zaczął się intensywnie wpatrywać w źdźbła trawy, jakby te mogły mu powiedzieć coś ciekawego albo pomóc. I właściwie to tak było, przynajmniej po części. Chłopak nastawił uszy i skupił się, mając nadzieję, że może wesolutki szept pierwszojesiennej trawy zagłuszy mu ponure mruczenie ludzi i ich wykłady. Może też jakoś pomoże. Niestety, nawet ona gadała teraz o intruzach.
„Ten but mnie boli”, jęczała trawa, kołysząc się wesoło, co zupełnie nie pasowało do jej słów, ale rośliny już tak po prostu miały. „Ludzie są ciężcy, nie umieją lekko chodzić. W ogóle nie umieją chodzić. A ten tutaj na dodatek śmierdzi metalem. Ładną masz twarzyczkę, mały fiorze. Uroczą”.
Ethereal mruknął z niechęcią pod nosem, słysząc to. Istotnie uważał, że twarz ma ładną, nie był przesadnie skromny, ale mały też wcale nie był. Miał prawie dwa metry wzrostu i chyba nie było wyższej od niego osoby w całym Mieście Kwiatów, może poza jego ojcem. Poza tym miał już dwadzieścia sześć lat! Co prawda trawa żyła krótko, jednak była połączona psychicznie zresztą istnień w Złotej Puszczy, wszystko to działało jak jeden super mądry i naprawdę stary umysł. Tak więc pewnie dla tej trawy nawet ktoś, kto miałby sto albo dwieście lat, byłby nadal mały i młody. Mimo to i tak nie podobało się to Etherealowi.
Jeden umysł. Podczas gdy Deyl nadal prowadził swój monolog, który nudził chyba nawet jego ludzi, chłopak dyskretnie złapał ręką kępkę trawy, która natychmiast zaczęła mruczeć cicho pod jego dotykiem. To było dziwne, ale postanowił nie analizować tej reakcji.
Nie był pewny, czy to zadziała, bo nigdy jeszcze czegoś takiego nie robił. Kontaktował się głównie z drzewami i to jeszcze rzadko, ale nigdy z trawą. Słyszał jednak, że to podobno jest możliwe z każdą rośliną, skupił się więc i posłał w jej stronę intensywną myśl. „Może jakaś mała pomoc? Malutka?”.
Odpowiedź uzyskał, zanim jeszcze skończył swoje pytanie, jednak tym razem to nie trawa do niego przemówiła. Korony drzew zakołysały się niepokojąco, szeleszcząc, a Ethereal wsłuchał się w ten dźwięk, usiłując wyłapać słowa.
„Niebezpieczeństwo wielkie. Przykro. Nie móc zrobić nic. Zwierzęta. I rośliny. Przerażone. Przykro niezwykle”.
Chciał słuchać dalej, bo niewątpliwie drzewa miały coś więcej do powiedzenia, ale wtedy mocne uderzenie w twarz, które omal nie pozbawiło go przytomności, znów kazało mu zwrócić uwagę na ludzi, niechętnie więc powrócił na ziemię, zamiast zagłębiać się w jej myśli. Deyl wciąż pochylał się nad nim, ale już się nie uśmiechał. W ręce trzymał pistolet i Ethereal był niemal całkowicie pewien, że to właśnie nim oberwał. Zastanawiał się, czy zostanie mu po tym jakiś widoczny ślad na twarzy. Wolałby nie. Naprawdę uważał swoją twarz za bardzo ładną i nie chciał tego zmieniać.
— Przestań! — warknął na niego Deyl, a Ethereal zmarszczył brwi, nie za bardzo pewny, co miałby przestać robić. Myśleć? Ale mężczyzna szybko rozwiał jego wątpliwości. — Widzę, kiedy gadasz z tą całą waszą wydumaną naturą! Nie rób tego albo...
— Co? — zapytał Ethereal, gdy Deyl nagle urwał wypowiedź. — Zabijesz mnie? Gdybyś akurat to chciał zrobić, zrobiłbyś już dawno, a nie trzymał żywego.
Za tę odzywkę znów oberwał, a gwiazdki zatańczyły mu przed oczami, skacząc przy tym wesoło. Od razu lubił je wiele mniej. Utrata przytomności nagle wydała mu się dobrym rozwiązaniem w takiej sytuacji, ale niestety nie miał na to żadnego wpływu. Zamrugał kilkanaście razy, przynajmniej chcąc odzyskać ostrość widzenia, ale i to szło mu średnio. Widział średnio ostre plamy, które jego mózg interpretował z pewną trudnością.
— Na twoim miejscu bym się tak nie wymądrzał. Może to i prawda, że rzeczywiście zabicie cię nie byłoby nam na rękę, ale jest pełno innych, nie za miłych rzeczy, które mógłbym zrobić.
Drzewa znów zaszumiały, a Ethereal odruchowo nastawił swoich uszu, całkowicie ignorując wydany mu przed chwilą rozkaz. „Jest blisko. Tak bardzo blisko, ale za daleko. Uważaj. Uważaj. Słychać go, bardzo dobrze go słychać”. Nie rozumiał tego, nie do końca, chociaż jakaś iskierka przeskoczyła mu w umyśle. Chciałby usłyszeć więcej, o czym to właściwie drzewa tak szeptały, przekonać się, czy miał rację z jakimś swoim pomysłem, ale po raz kolejny poczuł uderzenie. Chyba też zemdlał na chwilę, zbyt szybko jednak wrócił znów do siebie, żeby być do końca pewnym.
— Dobra już, wystarczy, weźcie i go postawcie! To niezbyt grzeczne tak prowadzić rozmowę z osobą powaloną na ziemię.
Tym razem Ethereal powstrzymał złośliwą uwagę, która sama cisnęła mu się na usta, poza tym i tak nie miał sił jej wypowiedzieć. Kręciło mu się w głowie, nawet bardziej, gdy jacyś ludzie chwycili go i podnieśli do pozycji stojącej. Było to trochę dziwne, bo wszyscy oni byli od niego zdecydowanie niżsi. Pomimo sytuacji natychmiast zaczął rozmyślać nad jakimś planem ucieczki. Zobaczył kilkanaście uzbrojonych osób, ale gdyby tym razem Ethereal zmienił się w coś małego, szanse, że by go trafili ze swojej broni, byłoby naprawdę niewielkie. Może gdyby zebrał dość sił, udałoby mu się dostać do Miasta Kwiatów, a przynajmniej w jego pobliże, zanim znów by padł ze zmęczenia. Może. Prawdopodobnie. Miał taką nadzieję.
— Nawet tego nie próbuj — rzekł Deyl, jakby mógł czytać w jego myślach, choć akurat taka myśl o ucieczce była chyba oczywista u każdego złapanego w pułapkę. — To byłoby bardzo niegrzeczne tak uciekać w samym środku rozmowy. Poza tym mam taki niezbyt miły zwyczaj i gdy moi goście uciekają, zaczynam mścić się na innych gościach.
Uniósł przy tym znacząco brwi, jakby coś sugerował. Etherealowi zajęło chwilę, by domyślić się, o co chodzi, a i tak był to dobry wynik, biorąc pod uwagę obecny stan jego umysłu. Ignea! Jak w ogóle mógł o niej zapomnieć? O nie, doskonale wiedział, dlaczego o niej zapomniał. W głębi ducha, gdzieś naprawdę głęboko, miał lichą nadzieję, że jednak udało jej się uciec ze szponów tych ludzi, nawet jeśli bardzo w to wątpił. Ona była zwinna i szybka, to był fakt, ale też się przecież męczyła. No i by go nie zostawiła, mimo tych wszystkich wrednych przytyków, którymi wiecznie i w kółko go raczyła, codziennie, każdego dnia. Wiedział to, bo i on by jej nie zostawił, nawet jeśli by mu ze złością oświadczyła, że ma to zrobić.
Spróbował się wyrwać z uścisku, chciał rzucić się na Deyla, zdrapać mu ten wredny uśmieszek z twarzy i zabić, nawet jeśli po tym wszystkim ktoś miałby zabić jego. Tyle że uścisk ludzi, mimo że wyglądali tak mizernie, był żelazny. Albo też on wciąż miał zbyt mało sił. Widząc jego reakcję, Deyl uśmiechnął się paskudnie. Znowu.
— O, załapałeś. To dobrze. No proszę, kto by pomyślał, że tak wielką i wspaniałą moc mają więzi rodzinne. Tak więc teraz, jeśli chciałbyś, by twoja urocza towarzyszka jednak przeżyła nasze spotkanie, pomożesz mi. W końcu nic nie jest tak pomocne w przemierzaniu lasu, jak fior u boku.
— Właściwie...
Urwał, widząc minę Deyla. Nie bardzo mógł teraz protestować czy wdawać się w jakiekolwiek dyskusje. Nie, jeśli chodziło o Igneę. Wiedział, że gdyby o tym wiedziała, gdyby tam była, przywaliłaby mu w twarz, albo w brzuch i powiedziała, że niepotrzebnie się naraża. Ale jego wiedza obejmowała również fakt, że gdyby znaleźli się w odwrotnej sytuacji i to on byłby w niebezpieczeństwie, ona też zaczęłaby robić głupie rzeczy, byleby tylko go uratować.
— Dobra — powiedział, z trudem zmuszając się, by wbić spojrzenie prosto w puste oczy Deyla. Miał wrażenie, że jego twarz w tej chwili nie wyglądała jakoś bardzo inaczej od jego. — Pomogę ci. Ale najpierw chcę ją zobaczyć.
— Nie mam na to czasu — prychnął mężczyzna z rozdrażnieniem. — Zapytaj się tej swojej głupiej natury, to ci powie, że jest u nas cała i zdrowa... w każdym razie na tę chwilę. To się zawsze może zmienić, jeśli twoje podejście do naszej sprawy również się zmieni.
Doskonale zrozumiał groźbę. W sumie trudno jej było nie zrozumieć, zwłaszcza kiedy została wypowiedziana takim tonem. Ethereal skrzywił się, ale skinął głową na znak zgody. Musiał przy tym zacisnąć zęby, żeby powstrzymać się kolejny raz od wyrzucenia z siebie potoku przekleństw. Albo rzucenia się na kogoś. To byłoby takie proste, a jednocześnie tak trudne...
Zmusił się też do ponownego rzucenia mentalnego pytania naturze, chociaż trochę trudno było mu się z nią znów połączyć, skoro już nie leżał na trawie i nie miał właściwie żadnego fizycznego połączenia. Ale, nawet gdy nie trzymał żadnego źdźbła trawy i tak mu odpowiedziała, udzielając mu dokładnie tej informacji, której usłyszeć po prostu nie chciał — że Deyl jednak przekazał mu prawdę. A chwilę później znów coś zaczęła mamrotać o skradającej się naprawdę głośno osobie, co w dalszym ciągu nie miało żadnego sensu.
— No więc chodźmy — rzekł wesoło mężczyzna, a uścisk, w którym ludzie trzymali Ethereala, zelżał tak nagle, że chłopak omal się nie przewrócił. Udało mu się jednak zachować równowagę, w ostatniej chwili przenosząc siłę na nogi. Nie, nadal był potwornie zmęczony. Nawet gdyby chciał, gdyby rzucił się do ucieczki, nie pobiegłby za daleko.
Ta myśl wcale nie poprawiła mu nastroju, wręcz nawet go pogorszyła, ale i tak powlókł się za niskim człowiekiem, dokładnie czując wszystkie spojrzenia ludzi, które na nim spoczęły. Jak go oceniały, wręcz paliły w skórę. Miał wielką ochotę na nie odpowiedzieć, przebić tych wszystkich pyszałków swoim jednym spojrzeniem, ale jednak nie zrobił tego.
„Kiedy to się stałeś taki ugodowy, co?”, zadał sam sobie pytanie w myślach, ale nie miał na nie kto odpowiedzieć.

Rozdział IX

Czary, przysięgi, klątwy


Natura milczała. Ariv tak dawno z nią nie rozmawiał, że bardzo możliwe było, iż się na niego zwyczajnie obraziła i wcale się jej w tym nie dziwił. Mimo to zdjął rękawiczkę z dłoni i dotknął drzewa, nastawiając swoich uszu, ale i tym razem nie było żadnego odzewu. Rzucił bliżej nieokreśloną myśl w stronę potężnego organizmu, który wyczuwał. Nic. Wbił paznokcie w korę drzewa, ale nad jego głową rozległ się tylko zirytowany, bliżej nieokreślony szum, jakby puszcza chciała mu powiedzieć, że ma już sobie iść.
— Słuchaj no, Naturo — powiedział na głos, choć czuł się nieco dziwnie, gadając do drzewa. Jednak wiedział, że samymi myślami nic nie zdziała, więc warto było spróbować i tak. — Ja rozumiem, naprawdę rozumiem, że możesz mnie nie lubić. Ba, rozumiem nawet, dlaczego tak jest. W każdym razie podejrzewam, że chodzi właśnie o to, ale mi nie odpowiadasz, więc zostają tylko podejrzenia. Ja nawet sam siebie niezbyt lubię. Ale w tej chwili chcę ci pomóc, tak jak cała reszta strażników, więc byłbym wdzięczny, gdybyś ty zechciała pomóc mnie i odpowiedzieć!
Wciąż zero. Westchnął z niechęcią. Nigdy naprawdę nie rozumiał, jak innym udaje się porozumiewać bez żadnych problemów z Matką Naturą, podczas kiedy jemu nigdy to nie wychodziło, nawet jeśli się starał. To wydawało się niesprawiedliwe. Wychowany został inaczej od całej reszty normalnych fiorów, z dala od zwykłej dzikiej przyrody i nigdy jakoś nie udało mu się całkowicie i naprawdę uwierzyć, że... ma z nią jakieś mocniejsze związki. Podejrzewał, że właśnie ta niewiara, to lekkie lekceważenie uniemożliwiało mu taką mentalną rozmowę. Jakąkolwiek rozmowę.
— No weź, naprawdę, nie bądź taka — mruknął, jeszcze bardziej zaciskając palce, jakby zamierzał oderwać korę od drzewa, jednak nie zrobił tego. — Ja wiem, są pewne dawne urazy, bardzo poważne, ale wiele razy już za to przepraszałem. Wybaczyłabyś mi w końcu, naprawdę mocno tego żałuję. Proszę cię, proszę, wręcz błagam, pomóż mi! A jeśli nie chcesz pomóc akurat mnie, bo to jestem ja, to chociaż pomóż któremuś z tej setki strażników, co się włóczą teraz po puszczy i szukają... Jeśli nie znajdziemy tych ludzi, oni ci zaszkodzą. Już przecież to robią! Czemu nie chcesz nam pomóc w ratowaniu samej siebie?
Rozległ się dziwny pomruk, od którego ziemia nieco zadrżała, choć mogła być to tylko wyobraźnia Ariva. Odruchowo spojrzał pod nogi i zmarszczył brwi, zastanawiając się, czy aby na pewno to właśnie poczuł.  Znów spróbował wsłuchać się w szumienie drzew, ale choć ustawiał uszy na wszystkie częstotliwości i obracał je na wszystkie strony, jego próby okazały się daremne. Warknął najpierw ze złością, która potem przeszła w rezygnację i cofnął dłoń, żeby nałożyć na nią z powrotem rękawiczkę.
Zerknął w stronę nieba, na słońca, które leniwie wspinały się po nieboskłonie i spróbował ocenić ich położenie, żeby na tej podstawie dowiedzieć się, jaka jest już godzina. Tyle że tego też nie umiał robić. Widywał wiele razy, jak to fiorzy po prostu rzucali spojrzenie na niebo i niemal natychmiast mówili dokładnie, która jest godzina. On musiał to sprawdzać na zegarku, chociaż próbował się nauczyć czegoś podobnego. Znów bez powodzenia. Nie podobało mu się to, ale i tym razem podwinął rękaw munduru i spojrzał na mechaniczne cudo.
Miał jeszcze trochę czasu, zanim oficjalnie zacznie się jego zmiana przy pilnowaniu bramy. Od kilku dni jednak przychodził wcześniej i starał się dowiedzieć czegoś, czegokolwiek ciekawego o akcji przeciw zorganizowanej grupie badaczy, którzy rozpanoszyli się w Złotej Puszczy i przestali z tym ukrywać, ale niezwykle trudno było wyciągnąć na ten temat jakiekolwiek informacje, bo inni strażnicy też niewiele wiedzieli, a im wyżej był ktoś postawiony, tym mniej mówił. A sama Natura, jakby na złość im wszystkim, nie chciała pomóc, chociaż przecież chodziło o uratowanie sporej jej cześć. Naprawdę wielkiej.
— Rozumiem, że nie chcesz pomocy — powiedział chłodnym tonem Ariv, chociaż przecież postanowił sobie, że się już nie odezwie. Drzewa zaszumiały naprawdę gniewnie, jakby chciały na niego ponarzekać, albo nawet pokrzyczeć, ale znów nic nie zrozumiał. O ile rośliny coś w ogóle mówiły.
Nie zamierzał więc czekać na jakąś inną odpowiedź. Odwrócił się i dumnym krokiem wrócił przez bramę do granic miasta, pozdrawiając po drodze dwóch strażników, którzy tego dnia trzymali straż. Bracia Kay i Ray jednak nie zwrócili na niego uwagi, stojąc sztywno niczym posągi i tylko lekkie oddechy i mrugnięcie od czasu do czasu, świadczyły o tym, że jednak oboje nie są wykonani z kamienia. Byli w tych czynnościach tak zsynchronizowani, że mogłoby to nawet nieco niepokoić.
Ariv po prostu szedł dalej, z nudów wyjmując talię kart z kieszeni. Zaczął je tasować, przerzucając i przesuwając je zwinnie między palcami, robiąc to zupełnie odruchowo. Rozglądał się przy tym też uważnie dookoła, tak jak nauczyło go szkolenie, nic jednak nie zwracało jakoś szczególnie jego uwagi. Na wystawach sklepów widniały te same przedmioty, wesołe domki stały tam, gdzie zawsze, czasem jakieś dzieci biegały po ulicy, bawiąc się ze sobą i grając w jakieś gry, które same sobie wymyślały. Jeden nawet podbiegł do Ariva i zapytał go o jego talię kart, ale chłopak był tak zajęty swoimi myślami, że zanim zorientował się, o co chodzi, dzieciak już zainteresował się czymś zupełnie innym i uciekł.
Ariv znów przełożył karty i dopiero wtedy spojrzał na nie. „No dobra”, pomyślał, wpatrując się w nie niezwykle uważnie. Od tyłu, tak jak je trzymał, wszystkie wyglądały identycznie. Rozłożył je w wachlarz. „Jeśli tym razem nie uda mi się wyciągnąć Karciarza, ekhem, kanciarza, to dzisiaj odpuszczam sobie ten cały hazard i pójdę skupić się na swojej pracy”. Odetchnął głęboko, wybrał jedną losową kartę z talii i odwrócił, po czym mruknął z irytacją i schował ją z powrotem. Czasem, gdy tak robił, miał wrażenie, że cała jego talia składa się tylko z jednej karty.
— Strzeżcie się, albowiem znów nadchodzę i zabiorę wszystkie wasze pieniądze — powiedział pod nosem, z niezbyt wielką chęcią. Kiedyś ta kwestia sprawiała mu radość, ale choć lubił grać, jakoś zaczęło mu się nudzić wygrywanie ze wszystkimi. Jakoś za łatwo mu to szło.
Udał się tam, gdzie zawsze udają się tak znudzone i uzależnione od hazardu osoby jego pokroju, czyli do starej knajpy Bez Nazwy, stojącej niedaleko muru. Nie chodziło o to, że nie posiadała nazwy, „Bez Nazwy” to była jej nazwa, co bywało bardzo mylące, zwłaszcza dla turystów.
Zanim wszedł do środka, przykleił sobie swój olśniewająco irytujący uśmiech na twarz, który wyglądał „debilnie”, w każdym razie tak zawsze mówiła mu Ignea. Upewnił się też, że wygląda przyzwoicie, przeglądając się w jednej z szyb i poprawiając włosy. Przechodząca w pobliżu dziewczyna wpatrywała się w niego z takim uwielbieniem i uwagą, że prawie uderzyła w ścianę, co stanowiło całkiem niezłe podsumowanie jego wyglądu. Chociaż w sumie wszystkie dziewczyny tak na niego reagowały. Większość. Te, które nie, były już albo zajęte, albo były pokroju Alieaster — szalone i nienormalne. Poprawił już tylko kołnierz koszuli i podszedł do drzwi od knajpy, żeby je pchnąć.
Zawsze zapominał, jak bardzo lekkie były, przyzwyczajony za bardzo do ciężkich drzwi bazy strażników. Otworzyły się gwałtownie i z trzaskiem uderzyły o ścianę, aż Arivowi zazgrzytały zęby, mimo to nadal nie przerywał swojego uśmiechu. Wesoło wszedł do środka, zamykając drzwi równie głośno, jak je otworzył, żeby zachować efekt, iż jego spektakularne wejście było jak najbardziej celowe, nawet jeśli nie było. W środku panowała cisza, niewątpliwie wywołana jego przybyciem, wszyscy wpatrywali się w niego, ale zignorował to i podszedł prosto do baru, siadając na jednym ze stołków, który jakiś przestraszony facet mu odstąpił. No jasne, w końcu wszyscy wiedzieli, że to było jego miejsce.
— Cześć Sverre. — Rzucił w stronę właściciela stojącego za barem monetę. Rudy mężczyzna uśmiechnął się porozumiewawczo, ale Ariv tylko pokręcił głową. — Nie, dzisiaj tylko coś normalnego, bez alkoholu. Muszę jeszcze potem iść do pracy, a jak się zjawię pijany, to w końcu dostaną jakąś sensowną podstawę, żeby mnie zwolnić. Nie mogę im dać takiej satysfakcji.
— Co, w straży nie ma się łatwego życia? — odezwał się drwiąco jakiś gość, który siedział obok. Na głowę miał narzucony kaptur, w którego cieniu skryta była twarz, ale Ariv miał wrażenie, że skądś zna jego dziwnie wysoki głos. Nie był tylko pewny skąd.
— Czy my się w ogóle znamy? — zapytał, wpatrując się w miejsce, gdzie w cieniu błyszczały dziwnie pomarańczowe oczy. Z pewnością pamiętał kogoś, kto miał tak nietypowy kolor oczu, tylko że wciąż nie pamiętał, kto to był.
— Oczywiście, że się znamy.
Nieznajomy sięgnął do kaptura i zamaszystym ruchem zdjął go, ukazując burzę rudych włosów i uroczy, jakże uroczy uśmiech. Ariv zamrugał kilkanaście razy, upewniając się, że z jego oczami jest wszystko w porządku, bo przez chwilę miał co do tego naprawdę spore wątpliwości. Nagle przed nim pojawiła się najpiękniejsza kobieta, jaką widział w całym swoim życiu. Wyglądała wspaniale, nawet jeśli ubrana była w jakąś znoszoną bluzę z ogromnym kapturem i spodnie, które wyglądały, jakby ktoś wyciągnął je z kontenera na zużyte ubrania. Butów na sobie nie miała, jej bose stopy dyndały kilka centymetrów nad podłogą.
— Wytrzeszczasz te swoje gały, jakbyś ducha zobaczył — stwierdziła Feyia ironicznym tonem, który był dla niej jak najbardziej normalny, opierając się przy tym o blat. — To chyba nie jest jakoś bardzo dziwne, że siedzę sobie w knajpie, która w przyszłości będzie moja. Co nie, tato?
Sverre tylko mruknął pod nosem coś, czego zrozumieć się nie dało, a jego wąsy poruszyły się zabawnie. Postawił przed Arivem szklankę z jakimś sokiem, a chłopak nawet nie zastanawiał się, co jest w środku, wypił tylko wszystko jednym haustem, w ogóle nie czując żadnego smaku. Zobaczenie Feyii nadal było dla niego szokiem.
— Ale ty... przecież ty wyjechałaś — powiedział w końcu, przy czym nieco plątał mu się język, co mało kiedy mu się zdarzało. Feyia prychnęła drwiąco, słysząc to.
— No, ale wróciłam. Fiorzy mogą sobie wracać, wiesz? Tutaj nie ma tak, że jak skądś wyjedziesz, to nie możesz potem tam wrócić. Panuje zupełna swoboda podróżowania, w granicach rozsądku, jeśli chce się przeżyć. A ty co, nadal bawisz się w hazard? Mały Iv nie może sobie tego odpuścić, taki jest chytry, hę? Ile już straciłeś przez te karty? Cały majątek rodzinny? Więcej? To dlatego zaciągnąłeś się do straży i paradujesz w tym głupiutkim mundurku szkolnym?
— Nie przypominam sobie, żebyś kiedyś była taka kąśliwa — mruknął Ariv, teraz zirytowany. — Pięć lat nauki jakichś tam magicznych sztuczek i już jesteś ważniejsza od nas wszystkich? To bardzo nieładnie.
— Zagraj ze mną, Ariventisie — rzuciła z powagą, a Ariv skrzywił się, jak zawsze, kiedy ktoś wymieniał jego pełne imię. Sverre uniósł brwi, słysząc je, ale Feyia tylko uśmiechnęła się. — Ty, ja, karty i zero sztuczek. Wchodzisz czy tchórzysz?
— Pytasz o to tak, jakby odpowiedź nie była oczywista. Co dajesz, Ratenda?
Feyia przeczesała palcami swoje rude włosy i Ariv pomyślał, że w ten sposób się zastanawia, ale ona wyjęła coś spomiędzy nich. Przez chwilę trzymała to w dłoni, przypatrując się uważnie, jakby zapamiętywała wszystkie szczegóły, po czym wzięła to między palce i pokazała Arivowi. Była to srebrzysto-złota spinka. Dziewczyna rzuciła ją na blat.
— Podobno jest przeklęta — prychnęła z pewnym rozbawieniem. — Ale ja tego nie kupuję. Znaczy, nie wierzę w klątwę, dlatego właśnie ją kupiłam. Wydawałam całą górę złota, ale warto było, bo jest cudna. Co ty dajesz, Signe?
Ariv wpatrywał się przez chwilę w spinkę. Jak wszystko, o co zawsze zakładała się Feyia i to musiało mieć jakieś swoje ukryte znaczenie. Powiedziała mu o klątwie, więc może tym razem chodziło jej o coś w stylu: „Nieważne, co zrobisz i tak zawsze przegrasz”? Nie był pewien, ale nie zamierzał dać się tak zniechęcić czy zgnieść.
Zaczął przeszukiwać kieszenie w poszukiwaniu czegoś równie mocno dającego do myślenia, jak jej podejrzana spinka do włosów. Musiał zagrać w jej grę jak zawsze. Mógłby oczywiście postawić po prostu pieniądze, miał przy sobie niezłą sumę, ale wiedział doskonale, że Feyia nie grałaby z nim wtedy. Ona nie grywała na pieniądze, wolała rzeczy, które bardziej oddziaływały na ludzkie emocje. Była w tym naprawdę dobra i naprawdę wredna.
Kawałek drewienka, stare zdjęcia, długopis... po co on właściwie nosił ze sobą te wszystkie rzeczy i jakim cudem potrafił je poznać po samym kształcie? Tego sam nie wiedział. Natrafił palcami na starą obrączkę i zamarł na chwilę. Reszta rzeczy w porządku, jeszcze mogła być, ale jak to się znalazło w jego kieszeni? Był absolutnie pewien, że wyrzucił ją już z tysiąc razy, do kosza na śmieci, do kontenera, raz nawet do jeziora, a jednak ona wciąż tam była, nietknięta. To dopiero było przekleństwo.
Wyjął ją więc i rzucił obok spinki Feyii. Dziewczyna zmrużyła oczy, wpatrując się w złotą, piękną obrączkę, jakby próbowała odgadnąć jej znaczenie. Teraz to Ariv się uśmiechnął, nie zamierzając wcale zdradzać historii przedmiotu, na co ona tylko wzruszyła ramionami. Oboje wyciągnęli karty i zmierzyli się niezbyt przychylnymi spojrzeniami.
— Gramy moimi — powiedział Ariv tonem nieznoszącym sprzeciwu, a jego oczy błysnęły. — Masz znaczone karty. Zawsze dajesz znaczone karty, kiedy tylko możesz. Widzę to.
— Jak nawet się im nie przyjrzałeś — warknęła Feyia, co było ostatecznym potwierdzeniem tego, iż rzeczywiście miał rację. Złościła się tylko wtedy, gdy ktoś wykrył jej oszustwo, w każdym razie, jeśli chodziło o taką grę. Ariv znów pokazał swoje wspaniałe zęby, co jeszcze bardziej wytrąciło ją z równowagi. — Ja nie... ty... twoje też są znaczone, ty oszuście!
— Wcale nie. Możesz je sprawdzić, jeśli nie wierzysz mi na słowo — odpowiedział spokojnie Ariv, wyciągając w jej stronę wachlarz z kart.
Feyia zagryzła wargi, a on doskonale wiedział, dlaczego się waha. To on ją uczył znaczenia kart, ba, uczył jej w ogóle gry i niemal wszystkich swoich sztuczek, ale choć była w tym dobra, nawet więcej niż dobra, wciąż nie potrafiła powiedzieć, kiedy to on zaczynał oszukiwać w czasie gry. Nie robił tego wiele razy, bo był dobry w grze, ale czasem mu się zdarzało, mimo wszystko. Dziewczyna sięgnęła drżącą dłonią po karty, ale w połowie drogi się rozmyśliła.
— Tato, mógłbyś je sprawdzić? — zapytała najładniej, jak umiała. Sverre uniósł brwi i spojrzał na nią, jakby chciał powiedzieć, że nie zamierza się mieszać w tę szopkę, którą dwójka nastolatków właśnie odstawiała w jego knajpie. Feyia zamrugała uroczo. — Tylko sprawdzić te karty, nic więcej. Jako osoba bezstronna.
Trudno było o nim powiedzieć taką rzecz, jeśli się go dobrze nie znało. Jako ojciec Feyii, Sverre mógłby być jak najbardziej stronniczy i przyznać rację swojej córce. Tyle że on nigdy nikogo nie faworyzował, nawet własnych dzieci. Z pewnością sprawdziłby się doskonale jako sędzia, ktoś mu chyba kiedyś zaproponował podobną posadę, ale z jakichś powodów mężczyzna utknął, jako właściciel tej niewielkiej karczmy, zarabiając właściwie grosze. Ale nie można było powiedzieć, że żyje mu się z tym jakoś bardzo źle.
Sverre wziął w końcu wachlarz kart i przyjrzał im się niezwykle dokładnie, swoim bystrym okiem. Mógłby też zarabiać, sprawdzając, czy różne rzeczy nie są podrobione, bo miał oko do szczegółów. Czemu właściwie był karczmarzem? Rzucił spojrzenie w stronę Ariva, jakby próbował przyłapać go na kłamstwie, ale chłopak i jemu pokazał, jak olśniewający potrafi być jego uśmiech. Nie musiał wcale oszukiwać. Owszem, nosił przy sobie dwie pary kart i jedne były bardzo fałszywe, ale z Feyią nie zamierzał nimi grać. Wolał ją pokonać całkowicie uczciwie i mieć z tego ogromną satysfakcję.
— Są dobre — stwierdził krótko Sverre, chcąc oddać już Arivowi karty i nie tykać ich więcej, ale ten pokręcił głową.
— Lepiej je jeszcze przetasuj, bo jeszcze ta wiedźma twojej krwi mnie oskarży, że oszukiwałem.
Mężczyzna zmarszczył brwi, ale zgodnie z nie do końca miłą prośbą, pomieszał karty, i to tak szybko, że przez chwilę jego ręce zmieniły się w kolorowe smugi. A potem równie szybko rozłożył karty. Rany, ten facet naprawdę miał tak wiele przydatnych talentów. Marnował się w tym podłym miejscu. Ariv nawet nie zerknął na swoje karty, wpatrzony w Feyię.
— Mam nadzieję, że jeszcze nie zapomniałaś, jak się gra. I że ja widzę, kiedy próbujesz oszukiwać.
Dziewczyna spojrzała na niego ze złością i podniosła karty. Na jej twarzy nie pojawił się żaden szczególny wyraz, ale powieka nieznacznie jej zadrgała, tak słabo, że nie można było być tego pewnym, ale dla niego to był znak. Ariv także uniósł swoją talię, układając je w zgrabny i równy wachlarz i nie mógł powstrzymać kolejnego uśmiechu, choć uśmiechnął się tego dnia już zbyt wiele razy, nawet jak na niego.

~~*~~


Ignea siedziała spokojnie i nasłuchiwała uważnie, niemal się nie ruszając. Zupełnie nikt jej w tym nie przeszkadzał. Namiot był bardzo mały i miał bardzo okropny brązowy kolor. W środku za to nie było nikogo oprócz niej samej, bo wszyscy strażnicy czekali na zewnątrz, od momentu, kiedy prawie udało jej się przekonać jednego z nich, swoją czarującą osobowością, by ten pozwolił jej wyjść i ją wypuścił. Myślała wtedy, że reszta ją za to zabije, ale oni tylko wymruczeli coś o jakichś rozkazach, które pewnie miały związek z nagłym zniknięciem jej brata i wyszli. Teraz mogła liczyć tylko i wyłącznie na swoje towarzystwo — i na tym właśnie jej zależało.
Skupiła się i nastawiła uszu. Chwilę jej zajęło nastawienie się nimi na odpowiednią częstotliwość, bo była zbyt przejęta, żeby zrobić to odruchowo, jak zawsze. To, że tym marnym skrawkiem materiału o paskudnym kolorze odcięto ją od Natury, wcale nie znaczyło, że już nie może się z nią nijak porozumieć. Istota otaczającej jej puszczy była tak silna, że czuła ją zawsze, nieważne gdzie się akurat znajdowała. Czy na samym szczycie Pogodnej Wieży, czy wewnątrz miasta, czy w środku jakiegoś bzdurnego namiotu, to uczucie było przy niej w każdym miejscu.
„Cisza, to jest wesoła cisza”, mamrotała Natura. Drzewa lekko się kołysały, szeleszcząc przy tym liśćmi tak cichutko, że ciężko było to dosłyszeć. Zwierzęta prawie bezgłośnie przemykały między roślinami, które równie cicho się kołysały. Wiatr także zamilkł, nie gwizdał już, tylko przemykał spokojnie i powoli między drzewami. Coś się zbliżało. „To jest cisza, wesoła cisza i zła cisza, i smutna cisza. Przez wieczność tylko cisza, cisza, cisza. W kółko i w kółko cisza, cisza, cisza...”.
„Czy mogę przerwać?”. Myślowe pytanie Ignei przetoczyło się między pniami drzew niczym huk piorunu, a dziewczyna skrzywiła się. Nie była pewna, czy zrobiła to fizycznie, czy tylko w myślach. Nie spodziewała się odezwać aż tak głośno. Natura na chwilę, dosłownie krótką chwilę zaprzestała swoich szeptów o ciszy, dzięki czemu dziewczyna była przynajmniej całkowicie pewna, że została usłyszana. Nie, żeby wśród ciszy ktoś miał w ogóle przeoczyć tak głośne wtrącenie.
A potem cała uwaga skupiła się gwałtownie na niej, przytłaczając ją i dusząc. Mroczki zatańczyły jej niepokojąco przed oczami, gdy nagle wszystkie myśli całej puszczy i jej istnień scaliły się w jego i wtargnęły wspólnie do jej głowy, niczym zgubna burza, huragan, sztorm.
Kolory, pełno kolorów, takich, jakie istnieją i jakie w ogóle nie powinny. Głosy, tak wiele głosów, tak wiele uczuć, tak wiele myśli, tak wiele przeczuć, tak wiele, wiele, wiele wszystkiego. Za wiele, zbyt wiele, zdecydowanie za dużo! Wpadła prosto w wir nieskończonego chaosu, w sam jego środek, który ciągnął się i ciągnął, ni to w górę, ni to w dół, nie miał początku, a nie miał końca. Wszystko i nic, nic i wszystko. Za wiele tego, za wiele!
„Spokój!”. Wszystko zaczęło milknąć, powoli myśli odsuwały się i odstępowały od niej, dając jej w końcu złapać oddech. Ignea podniosła się niezdarnie i rozejrzała, chociaż zdawała sobie sprawę, że to wszystko nie dzieje się naprawdę, nie do końca. Nie była już w namiocie, bo jej świadomość, jej wieczny duch powędrował już gdzie indziej, o wiele dalej. Czuła to bardzo wyraźnie i wiedziała, że jej ciało nadal znajduje się na jednej z łąk, wewnątrz okropnego namiotu otoczonego strażnikami, którzy nie zdawali sobie sprawy, że ich więzień właśnie uciekł poszukać rozwiązania. Jej duch, jej istota znajdowała się teraz gdzieś w zawieszeniu, a wokół niej wirowały łagodne kolory zieleni, błękitu i bieli. W pobliżu rozbrzmiewała jakaś łagodna pieśń, nieokreślonego pochodzenia.
Nie widziała nikogo w pobliżu, jej umysł nikogo ani niczego nie dostrzegał, jednak wyczuwała jakoś, że ktoś się do niej zbliża, jakaś potężna i jednocześnie łagodna świadomość. Przyjaciel, nie wróg, choć w obecnej sytuacji otaczało ją naprawdę wielu wrogów.
„Witaj, witaj”, rzekł spokojnie głos, otaczając ją i otulając. Obróciła się w przestrzeni, nie do końca świadoma, jak to zrobiła, jednak wciąż nikogo nie widziała. Nie lubiła rozmawiać z kimś, kogo nie widzi, a kto widzi ją, to ją przerażało. Zrobiła piruet, niczym jakaś baletnica, ale jej oczy nadal pozostawały jakby ślepe. Jej oddech nieco przyspieszył.
„Nie, och nie, nie bój się. Jestem wszędzie, jestem tutaj, wokół ciebie. Strzegę cię i pomagam, pomagam, pomagam”. Ten głos był znajomy, te słowa były znajome, ale ogarnięta nagłą paniką Ignea nie pamiętała, skąd je poznaje. Przestrzeń wokół niej zafalowała nagle niczym woda i wtedy zmaterializowała się przed nią postać, wielka i piękna.
Kobieta cerę miała ciemną i ziemistą — całkiem dosłownie, bo jej ciało stanowiła czarna, żyzna gleba. Przyodziana była w suknię z wielokolorowych kwiatów, która ciągnęła się za nią i zdawała nie posiadać końca. Stapiała się dziwnie z kolorami wokół, z czymś, co w tym miejscu można było uznać za podłogę. W zielone włosy powplatane były kryształy, najróżniejszych kolorów i wielkości, błyskając w promieniach słonecznych, choć nie było tam żadnego słońca. Oczy błyszczały, dawały zarazem niepokojące i przyjemne poczucie ciepła, niczym dwie gwiazdy wiszące zawsze nad Anrealią, nad całą Ieeą. Były niczym Iskra i Kłótliwa, jedno złote i wielkie, drugie nieco bardziej błękitne i ciut mniejsze, oba niezwykle jasne. Na szyi kobieta miała naszyjnik, który na pierwszy rzut oka złożony był z pereł, jednak po bliższym przyjrzeniu się mu, można było już dostrzec, że każdy z kamieni jest zupełnie inny i wyjątkowy. Siedem różnych kamieni, które przypominały Ignei chyba... siedem księżyców? Tak, to było właśnie to porównanie, nasuwało się samo.
Jednak uwagi Ignei na długo nie zajęła ani cera, ani oczy czy naszyjnik. Nie, najbardziej przyciągnęła ją cała twarz. Te wielkie oczy, ich lekko skośny kształt, tak malutki i uroczy nosek, różowe usta, jak dwa płatki róży, układające się w tak bardzo przyjacielski i promienny uśmiech. Nikt inny takich nie miał.
„Czy... czy ty jesteś...”, zaczęła Ignea z wahaniem, a potem umilkła, kiedy tylko zdała sobie sprawę, że nawet nie otworzyła ust, żeby to powiedzieć. A mimo to jej myśli, właśnie myśli, i tak rozbrzmiewały dookoła, tak jakby wypowiedziała je na głos. Kobieta przychyliła nieco głowę w zaciekawieniu, a kilka kryształów opadło jej na ramię, omal nie oślepiając swoim blaskiem dziewczyny. Ten gest też był znajomy.
„Nie”, powiedziała kobieta, a raczej pomyślała. Jej myśl od razu wlała się do głowy Ignei, wraz z dziwnym ciepłem, które towarzyszyło także każdemu kolejnemu słowu. To było niecodzienne i bardzo miłe uczucie. „I jednocześnie tak. Każdy, każdy widzi mnie tak, jak tylko tego zechce jego umysł, ale to nigdy, nigdy nie jest moja prawdziwa forma. Jestem wszędzie i nie da, nie da się mnie zobaczyć. Niemożliwe, niemożliwe to. Ja jestem tą istotą, którą wy nazywacie Naturą, waszą Matką Naturą. Jestem bowiem matką, ach, matką, was wszystkich. Co czyni ze mnie w pewnym, pewnym stopniu też i twoją matkę. Ona jest, tak poza tym, częścią mnie i zawsze, zawsze była. I częścią ciebie”.
„Ale przecież... przecież...”.
„Ależ to jest możliwe”, odpowiedziała kobieta na niedokończoną myśl Ignei, zanim ta zdążyła choćby ją... cóż, przemyśleć. Dziewczyna skuliła się nieco. „Przecież wciąż ze mną rozmawiasz i rozmawiasz. Rozmawiasz z drzewami, z trawami, z roślinami, nawet ze zwierzętami, tak, zwierzętami. Rozmawiasz ze swoją rodziną, z innymi fiorami, nawet z tym człowiekiem, och, człowiekiem, który ukrywa się tam, w zniszczonej starej i smutnej, i samotnej szopie”.
Ignea wzdrygnęła się, ze wszystkich możliwych rzeczy słysząc akurat to. „Ja nie chciałam zrobić nic złego”, zaczęła się natychmiast tłumaczyć, a jej strach nagle przyćmiła odwaga i przeszła do ataku. „Poza tym, on też nie zrobił przecież nic złego. Nie jest jak ci wszyscy inni, którzy niszczą Natu... ciebie, próbując zabić i łamią nasze wszystkie prawa, od góry do dołu. Pomaga mi powstrzymać tych bandytów, którzy się kręcą po Złotej Puszczy. Pomaga mi dowiedzieć się, co on knują. I nawet na to nie narzeka, a większość na mnie narzeka. Chcę mu pomóc. A on za to pomaga mnie. Nie chcę, żeby go zamknęli tylko za to, że przypadkiem władował się w tę całą aferę”.
„Lubisz go?”.
„Ja... ja nie... to nie jest właściwie... Skoro jesteś naprawdę Naturą, tą Naturą, to doskonale znasz moje myśli i odpowiedź na to pytanie! Poza tym chyba nie powinnyśmy o tym gadać, skoro siedzę w tym całym bagnie, a jakaś gromada ludzi może mnie w każdej chwili zastrzelić! Co się w ogóle stało?! Jak niby im się udało niepostrzeżenie taką grupą przekroczyć granicę, czemu jeszcze strażnicy ich nie znaleźli, czemu nam w ogóle nie pomogłaś w ich znalezieniu?!”.
„Chciałam im pomóc, bardzo pomóc”, rzekła bardzo smutną myślą Natura, a jej emocje zaczęły się wlewać w Igneę, która nagle zapragnęła się rozpłakać z całych swoich sił, czego dawno nie robiła. Powstrzymała się od tego w ostatniej chwili. „Bardzo, bardzo mocno chciałam wam pomóc, naprawdę, prawdę. Ale to wykraczało poza was. Poza niemal każdego z was. Och tak, poza niemal każdego. Tak rzadko, bardzo rzadko ktokolwiek z was ze mną rozmawia, tak rzadko, że niemal wszyscy przestali rozumieć poważniejsze słowa. Rozumiecie, gdy mówię o zagrożeniach, gdy chcę was ostrzec, bardzo ostrzec. Jednak gdy chodzi o rozmowę poważniejszą, bardziej skomplikowaną, złożoną, poważniejszą wiele, nie rozumiecie moich słów, o nie”.
„Ale ja... przecież to JEST poważna rozmowa”, zauważyła Ignea, rozglądając się teraz niepewnie po kolorowej przestrzeni, która nagle zaczęła dziwnie nabierać ostrości. „Rozumiem cię doskonale, każde słowo. Skoro ze mną możesz tak rozmawiać, to czemu nie możesz z innymi? Ja z tobą wcale tak wiele razy nie rozmawiałam! Czasem pytałam się drzew, czy to dobra droga, ta, którą zmierzam, czasem po prostu z nudów słuchałam myśli trawy, ale nigdy z tobą dłużej nie rozmawiałam, jestem tego pewna! Jest pełno osób, które z tobą rozmawiały wiele częściej i słuchały cię uważniej!”.
„Ale czy też któraś z tych osób, osób tych właśnie, kiedykolwiek postawiła nogę na dłużej w Złotej Puszczy?”. Pytanie Natury trafiło w samo sedno. Ignea nigdy nie widziała ani nie słyszała, by ktoś z własnej woli przyszedł do puszczy i tak po prostu sobie po niej spacerował, bez zupełnie żadnego powodu, z czystej przyjemności. Fiorzy uważali to miejsce za święte, co jednak nie skłaniało ich do częstych odwiedzin, wręcz przeciwnie. To, co święte, powinno zostać nietknięte. Według nich. „Tak mało osób odwiedza Złotą Puszczę, tak mało, za mało. A sami przecież wiecie, oni wiedzą, że to jest moje serce na tej planecie, nim właśnie jest. Fiorzy przekraczają jej próg głównie po to, by złapać tych ludzi, co to złamali prawo, wspaniałe ich prawo. Za mało mnie słuchacie, za mało mnie odwiedzacie, a ktoś, kto boi się wkroczyć do serca, samego serca, nie może mnie znać, choćby i mocno tego chciał, a chcą. Ale ciebie znam, a ty znasz mnie, nawet jeśli według siebie samej rozmawiasz ze mną mniej, niż przeciętny fior”.
„To dziwne”, stwierdziła Ignea i bardzo ją zdziwiło, że na twarzy Natury pojawiło się pewnego rodzaju rozbawienie. Gdzieś w dali rozległ się perlisty śpiew Tak'Trika witającego nowy dzień, ale może jej się tylko wydawało.
„A czyż z bratem, swoim bratem, nie rozumiecie się bez słów? Czy nie wystarczy tylko spojrzenie albo i sam gest, żebyście doskonale wiedzieli, o co drugiemu z was, drugiemu chodzi? To niemal identyczna więź, to coś, co jest w stanie połączyć nas wszystkich, każdego. Znamy się i jesteśmy rodziną, wielką rodziną. Nawet teraz mnie rozumiesz, choć w teorii właściwie ze sobą nie rozmawiamy, o nie”.
„Rozmowa myślowa to nadal jest rozmowa”, zauważyła Ignea i spróbowała przy tym prychnąć, ale w myślach bardziej zabrzmiało to, jak jakiś świst wiatru. Nie poprawiło jej to humoru.
„Słyszysz tylko szelesty, świsty, zgrzyty”. Natura uśmiechnęła się nagle szerzej, ukazując zęby. One też były kamieniami szlachetnymi, wyszlifowanymi i wypolerowanymi do granic połysku. Ignea nigdy nie przypuszczała, że ktoś, kto ma zęby zrobione z kryształów może wyglądać tak ładnie. „Twój umysł je interpretuje, po prostu interpretuje. To nie wymiana myśli, nie do końca. Słyszysz moje słowa, słowa całej natury świata, które zlewają się dla ciebie w jedno. Bo my wszyscy mamy ten sam cel. Wszyscy żywi i umarli, i na wpół umarli składają się na mnie. Oni wszyscy próbują do ciebie przemówić, używając najprostszych z prostych dźwięków, a ty je rozumiesz, w przeciwieństwie do wielu innych”.
„Może i tak, ale nie rozumiem tego, co właśnie powiedziałaś”. I znów ten śpiew Tak'Trika. Ignea nie była pewna, czy był to śmiech Natury, czy to jej uszy, uszy jej materialnej formy, która wciąż siedziała w namiocie, go słyszą. Może to było jedno i drugie, przecież się nie wykluczało.
„Nie musisz, to akurat trudne, bardzo trudne do zrozumienia. Przybyłam tutaj na twoje wezwanie, by móc z tobą porozmawiać. Musisz pomóc i musisz też uciekać, och uciekać. Ludzie nie przybyli tutaj, by prowadzić badania tak, jak wszyscy poprzedni. Oni nie chcą krwawej wiedzy, o nie, oni chcą bezlitosnej władzy, bez litości żadnej”.
„Przejścia”, przypomniała sobie niemal natychmiast Ignea. „Tata mówił, że to źródła potężnej mocy, wyrwy w rzeczywistości, które mogą zniszczyć świat. Ale oni by przecież nie wiedzieli, jak je znaleźć, a tym bardziej, jak ich użyć... prawda?”.
„Przejścia to istotnie źródła potężnej mocy, bardzo potężnej, ale dokładniej to służą do czegoś innego, zupełnie innego, niż niszczenie światów. To są wyrwy, to portale prowadzące w przeróżne miejsca, do wymiarów innych, bardzo innych i podobnych. Są właściwie wszędzie, ale to tych najpotężniejszych szukają ci ludzie. A konkretnie jednego, tego jednego, strasznego, portalu do Wymiaru Mroku. Jest to wymiar, straszny wymiar, w którym drzemie najpotężniejsza siła, którą da się zawładnąć. Jeśli go otworzą, ciemność powoli zniszczy moje serce, moje biedne serce, a powoli razem z nim upadnie cała natura tej planety. Cała planeta”.
„Wiedziałaś to wszystko... od początku to właśnie chciałaś powiedzieć! A ja nie słuchałam! Nikt nie słuchał. Na wszystkich bogów, to potworne! Trzeba ich powstrzymać! I to jeszcze jak najszybciej! Tylko jak... czy oni wiedzą, jak znaleźć i otworzyć to Przejście, ten portal? No i co właściwie daje moc jakiegoś mroku, oprócz ciemności? Ciemności nie zawsze w końcu są złe. To taki głupi stereotyp, ja właściwie lubię ciemności nocy, bo wtedy widać wszystkie gwiazdy na niebie i księżyce, co...”.
„Znajdą. Już szukają”, powiedziała ponuro Natura, a Ignea skrzywiła się straszliwie. Miała dziwnie nieprzyjemne uczucie, że to ma jakiś związek z nią. „Dlatego właśnie musisz się pospieszyć. Twój brat zmierza w stronę Przejścia. Poza tym mrok nie jest zły, o ile istnieje w umiarze. Jednak gdy przeniesie się do tego świata i zostanie tutaj na dłużej, zgasi, och, ugasi bliźniacze gwiazdy, a wszystko, co jest, co było, umrze i planeta Ieea stanie się tylko kolejną pustą skałą w kosmosie, bez życia, bez przyszłości. Życie tutaj dobiegnie końca, pustego, straszliwego końca. Bez sensu, bez celu”.
„Gdzie ono jest? Gdzie jest to Przejście?!”.
„Przecież to wiesz”.
Wizja rozpłynęła się równie nagle, jak się pojawiła i wywołało to chwilowe zawroty głowy. Ignea zamrugała, znów patrząc na okropne ściany namiotu, które, po zobaczeniu Natury, wydawały jej się jeszcze gorsze. Siedziała ze skrzyżowanymi nogami na ziemi i wpatrywała się tempo w jednego ze strażników, który właśnie wszedł do środka, żeby sprawdzić, czy dziewczyna nie planuje ucieczki. Wpatrywał się w nią tak, że od razu domyśliła się, iż jest on już tam dłuższą chwilę, zdziwiony jej zachowaniem — cokolwiek właściwie robiła, podczas gdy była w transie.
W jej głowie odbijały się i mieszały słowa Natury. „To są portale prowadzące w przeróżne miejsca. Twój brat zmierza w tamtą stronę. Wymiar Mroku. Jeśli go otworzą, zniszczą moje serce, a powoli razem z nim upadnie cała natura planety. Planeta Ieea stanie się tylko kolejną pustą skałą w kosmosie. Życie tutaj dobiegnie końca... Bez sensu. Bez celu. Dobiegnie końca... Końca”.
Nigdy nie marzyła o tym, żeby walczyć z uzbrojonym człowiekiem, a co dopiero z całą ich grupą, ale w takiej sytuacji nie miała zbyt wielkiego wyboru. Nie, jeśli chciała coś zdziałać. Jeśli Natura mówiła prawdę — a Ignea nie wątpiła, że tak właśnie było — to cały świat był zagrożony. A nawet do diabłów ze światem! Ethereal był w niebezpieczeństwie, nie mogła go tak po prostu zostawić, nawet nie próbując!
Siedziała przez chwilę nieruchomo, zwyczajnie wpatrując się w strażnika, a gdy on wreszcie pomyślał sobie, że nie ma się czym martwić i przejmować, dopiero wtedy na niego skoczyła. Mała dziewczynka nie powinna mieć szans z wielkim rosłym mężczyzną, który na dodatek trzymał ciężką broń, nawet jeśli ta mała dziewczynka była fiorem. Strażnik zapewne tak właśnie myślał, dodatkowo zadziałało też zaskoczenie. I lata treningu, jako takiego. Ignea wyrwała my broń, zanim zorientował się, co się dzieje i uderzyła go nią w głowę. Mężczyzna jęknął i upadł twarzą na ziemię. Na szczęście miękkie dno namiotu wyciszyło uderzenie.
Ignea przyjrzała się broni, ale tylko raz w swoim życiu trzymała coś takiego w rękach i było to wtedy, gdy uciekała, usiłując ciągnąć za sobą omdlałego brata. Skończyło się tym, że teraz tkwiła w tym miejscu. Nie miała pojęcia, jak się czymś takim posługiwać, no chyba, że używałaby tego metalowego sprzętu do uderzania innych po głowach, a zdawała sobie sprawę, że nie do tego akurat służy. Przyjrzała się temu uważnie, po czym odłożyła jednak na ziemię i wyjęła zza pasa nieprzytomnego strażnika coś na kształt pałki policyjnej. Tak w każdym razie myślała. To było wiele lepsze w jej ocenie. Tym umiała się posługiwać, chociaż na niewiele mogło jej się zdać przeciw kulom.
„Jak niby mam stąd wyjść?”, zastanawiała się, rozglądając się po ścianach namiotu, jakby powietrze mogło jej pomóc. Ale to nie powietrze jej pomogło. Nie była pewna, czy to była tylko jej myśl, czy też ktoś wbił jej ją nagle do głowy.
„Skoro Ethereal jest zmiennokształtnym, to ja też muszę być. Mogę być. To jest chyba cecha genetyczna, cecha dziedziczna. Ale skoro tak, to ojciec jest zmiennokształtny czy matka była?”.
Nie chciało jej się teraz szukać odpowiedzi na to pytanie, ale zapisała je na dnie pamięci, żeby kiedyś je komuś zadać. Zamiast teraz jednak nad tym myśleć, spróbowała się skupić. Nie miała bladego, jak coś takiego działa i o ile w ogóle zadziała. No na pewno nie tak, że chce się stać kimś innym i od razu się staje. To by było zbyt proste i odkryłaby taką moc już wcześniej. Nie, w tym musiało chodzić o coś innego rodzaju. O potrzeby? O uczucia? O samo, zwykłe, wystarczająco mocne skupienie? Może o jakąś bzdurną formułkę zaklęcia jak to w magii?
Szybkość. Potrzebna jej szybkość niczym u geparda, niczym u Złotego wilka. A może jednak zwinność? Dobry wzrok? Nie umiała się zmieniać w zwierzęta, nie mogła się tego nauczyć w jedną chwilę, tak krótką, a więcej czasu nie miała. Jednak wtedy coś sobie uświadomiła. Nagłe, niewytłumaczalne przypływy mocy. Wyostrzenie słuchu, gdy był przydatny. Lepszy węch, kiedy nagle trafiła w podejrzane miejsce. Przecież to nie było całkowicie normalne, ale nigdy się nad tym głębiej nie zastanowiła. Te wszystkie cechy zawsze pojawiały się nagle, kiedy akurat ich potrzebowała, ale przecież tak na co dzień, w zwykłych okolicznościach ich nie posiadała.
To był zwyczajny odruch. Odruchowo wtedy musiała zmieniać samą siebie — jakoś wewnętrznie, a nie zewnętrznie — i nawet nie zdawała sobie z tego sprawy. Nie poprzez jakieś skupienie, nie poprzez normalne myślenie, tylko całkowicie odruchowo.
„To będzie bardzo zły pomysł”, pomyślała, ale innego zupełnie nie miała. Przyklękła w pozycji startowej do biegu, wpatrując się w na wpół otwarte wejście. O nie, to nie będzie bardzo zły pomysł. To pewnie będzie najgorszy pomysł ze wszystkich, jakie dotychczas miała, a miała naprawdę wiele złych i głupich pomysłów. Odetchnęła głęboko. Musiała się choć trochę uspokoić.
Zerwała się z miejsca i wystartowała.
Wypadła na polanę jak burza i najszybciej, jak tylko umiała, pomknęła w stronę drzew. Usłyszała zamieszanie za plecami, a potem potworny huk, który prawie wypalił jej uszy, kiedy ludzie powierzyli zadanie złapania jej swojej broni. Szybko schowała się za niewielkie najbliższe drzewo i usłyszała, jak seria kul wbija się w jego pień. Drzewo za jej plecami jęknęło, zranione. Ostrzał na chwilę został przerwany, ale Ignea wiedziała, że ludzie gotują się, by tylko znów zacząć strzelać, jeśli wyjdzie z kryjówki. Nie zamierzali marnować nabojów na byle roślinę.
Dziewczyna dyszała ciężko. Nigdy nie była dobra w bieganiu. Długie, leniwe wędrówki były zupełnie w porządku, ale bieganie to zupełnie inna sprawa. Była w stanie paść na ziemię już po paru metrach i całkiem skutecznie udawać martwą, tak bardzo ją to męczyło. W każdym razie w normalnych okolicznościach. Te nie były normalne i zmusiły ją do biegania. Nie znosiła tych okoliczności.
Nasłuchując i rozglądając się szybko, za kolejną kryjówką, zaczęła rozmyślać. Dokąd powinna iść? Natura powiedziała, że Et zmierza do Przejścia i że Ignea doskonale wie, gdzie to jest. To oznaczało, że musiało być to jakieś miejsce, które znała. Znała część Złotej Puszczy, ale choć była to niewielka część całości, to z pewnością i tak całkiem duża, jak na jedną osobę, zwłaszcza tak małą, jak Ignea.
Co to za miejsce? Jakie to miejsce?!
Niezwykłe. Nie mogło to byś jakieś pierwsze lepsze zwykłe miejsce, kategorycznie nie. Skoro Przejścia były potężnymi źródłami magii, a nawet wyrwami w rzeczywistości, to nie mogły być przecież pozostać niewyczuwalne. Magię dało się poczuć, wiedziała o tym dobrze, zwłaszcza potężną. Nie da się takiej zignorować, po prostu nie.
I olśniło ją. Kamienny krąg! Ilekroć tam szła, zawsze ogarniało ją to dziwne uczucie, którego nie dało się nijak określić, słowami czy myślami. Ten niepokojący dreszcz, który nie był ani nieprzyjemny, ani też szczególnie miły, po prostu był.
Ignea nie wiedziała, gdzie właściwie dokładnie się znajduje, a otoczenie nie za wiele jej mówiło. Usłyszała, że ludzie zaczynają się zbliżać do drzewa, za którym się ukryła. Wzięła więc kolejny oddech, nieco urywany i zerwała się, pragnąc jak najszybciej dotrzeć do innego, najlepiej jak najdalszego drzewa. I wtedy znów rozległy się strzały, rozdzierające spokój. Biegła chaotycznie, dosłownie co chwilę zmieniając tempo, więc trudno było ją trafić, mimo to i tak poczuła pieczenie w ręce, zaczynające się przemieniać w ból. Ukryła się jak najszybciej za pniem i spojrzała na prawe ramię.
Materiał był rozerwany, a w trzech miejscach ręka jej krwawiła, przebarwiając szary płaszcz na błękit. Ignea szybko i gwałtownie oderwała kawałek wielkiego rękawa i obwiązała nim sobie mocno ramię, starając się zatamować krew. Nie miała czasu na jakieś poważniejsze zabiegi, nawet ledwo się na tym znała. Później się o to pomartwi.
Słyszała niezbyt wyraźne mamrotanie ludzi. Czy im się w końcu skończą te naboje, pociski czy co to tam było? Jakieś klikanie. Nie podobało jej się to. Powinna się ich jak najszybciej pozbyć, zgubić w puszczy. Ale nie biegnąc. Nie potrafiła się zmusić, nawet w tak krytycznej sytuacji, by nagle stać się osobą niezwykle szybką.
Odwróciła się do drzewa twarzą i objęła jego szeroki pień, po czym zaczęła się wspinać. O tak, to było coś, co szło jej doskonale i nie potrzebowała absolutnie żadnego odruchu zmiennokształtnego, by sobie poradzić ze wspinaczką. Ramię piekło i strasznie bolało za każdym razem, gdy tylko nim poruszyła, ale starała się zignorować ból, zaciskając mocno zęby. Na razie mogła poruszać ręką, ale nie będzie zdziwiona, jak po takich akcjach ktoś ją w końcu zawiadomi, że trzeba będzie jej amputować rękę.
Wciągnęła się na jedną z gałęzi i usiadła na niej, wciąż dusząc i próbując wyrównać oddech. Z niewielkim powodzeniem. „Pospiesz się”, szeptały drzewa z przejęciem, ale to nijak jej nie pomagało. Nie była osobą, która umie robić rzeczy „na szybko”. Potrzebowała na wszystko czasu.
Rozejrzała się po raz kolejny i uderzyło ją, że przecież zna to miejsce, nawet jeśli nie pamięta go zbyt dobrze. Ludzie musieli się tam przenieść całkiem niedawno, bo kilka razy w ciągu poprzedniego tygodnia odwiedzała to miejsce. Polana Purpurowych Lilii, jak ją nazwała, bo latem rozkwitały tam iście cudne lilie, które swym fioletem aż raziły w oczy. Teraz już nie został ani jeden ślad po ich egzystencji. Albo wszystkie zwiędły, albo też ludzie się ich zwyczajnie pozbyli, żeby kwiaty im za bardzo nie przeszkadzały.
Kamienny krąg był całkiem niedaleko. Jeśli tylko udałoby się Ignei przeskoczyć po kilku drzewach i przeczołgać się przez szczelinę pod murem z krzaków, zanim ktokolwiek zorientuje się, co robi... coś takiego mogłoby się udać. O ile tylko będzie działać dobrze.

~~*~~


W ciągu wędrówki Ethereal chciał już z jakieś dwadzieścia trzy razy zabić Deyla, zaplanował to przynajmniej dziewiętnaście i miał do tego okazję około piętnastu, a jedyną rzeczą, która powstrzymała go od tego, była myśl o siostrze. Widział krótkofalówkę zatkniętą za pas mężczyzny i nie wątpił, by ten jakoś wahał się jej użyć, żeby pogadać ze swoimi ludźmi w razie wypadku. Tak więc Ethereal starał się nie wykonywać żadnych podejrzanych czy ryzykownych ruchów. I tak nie dowierzał Deylowi, że ten ich tak po prostu puści, jak tylko dostanie to, czego chciał, więc chłopak był przygotowany na ewentualny atak.
Nie wiedział, czego szukają. Zapytał o to Deyla, ale ten tylko machnął ręką, mówiąc: „Zdaj się na instynkt, fior to znajdzie” i kazał mu po prostu iść, inaczej strzeli mu w plecy. Ta perspektywa była tak pocieszająca, że Ethereal już wtedy zaczął się zastanawiać nad kradzieżą broni i użyciem jej przeciwko człowiekowi, mimo że miał nikłe pojęcie, jak się coś tak dziwnego właściwie obsługuje. Fiorzy mieli zupełnie inną broń.
Szedł więc na oślep, po prostu robiąc ósemki między drzewami, skręcając w losowo wybrane ścieżki i udając, że wie, co właściwie robi. Zgubił się całkowicie już po kilkunastu metrach, ale nie zamierzał dzielić się tym faktem z Deylem. Miał wrażenie, że krąży w kółko, raz nawet zobaczył w dali, między drzewami obóz i szybko zawrócił, zanim mężczyzna zorientował się w tym fakcie.
W końcu jednak się zorientuje, ale zanim to się stanie, Ethereal mógł go trochę wymęczyć wędrowaniem bez celu. Nie znał układu puszczy, to Ignea była od tego tematu, ale Deyl najwyraźniej zapomniał zapytać o ten jakże istotny fakt, no więc miał za swoje.
Nagle przed Etherealem wyrosły dziwne krzaki i chłopak zatrzymał się, zdumiony. Nie były to zwykły krzaki, zdawały się tworzyć zwarty mur, a pięły się przy tym dość wysoko. Przyłożył do nich dłoń i szybko ją cofnął, czując, jak kolce wbijają mu się w palce. Cokolwiek by to nie było, próbowało się bronić przed niechcianymi gośćmi. Więc raczej nie warto było próbować się przebić.
Ethereal chciał już odejść i znaleźć coś innego, może bardziej normalnego w jego ocenie, ale Deyl wpatrywał się jak oczarowany w ten roślinny mur. Nagle chłopaka ogarnęło okropne przeczucie, że może tutaj właśnie chciał przyjść ten człowiek, a on go doprowadził. Zupełnie nieświadomie i przypadkowo, ale jednak to właśnie zrobił. Drzewa wokół nich zaszumiały niepokojąco, potwierdzając jego obawy, co go nie pocieszyło.
— Czyli to jednak jest tutaj! — ucieszył się Deyl, wyciągając z kieszeni jakieś kolejne dziwne urządzenie i wskazał nim na mur. W drugiej dłoni jednak nadal zaciskał broń, tak mocno, że aż palce mu pobladły. — Świetnie! Teraz trzeba się jeszcze przez to przebić!
Ethereal chciał zaprotestować, może jakoś go powstrzymać, ale mężczyzna już podniósł swoją broń i strzelił. Kula przeszła na wylot. W roślinnym murze pojawiła się wypalona dziura, która z każdą chwilą rosła i rosła, robiła się coraz to większa. Deyl strzelił jeszcze raz w inny miejsce i również tym razem otwór zaczął się powiększać, tak że po dłuższej chwili pojawiło się przejście na tyle duże, że człowiek mógł się przez nie bez problemu przedostać do środka. Ba, nawet niedźwiedź mógłby tamtędy wejść.
Oczywiście, to Ethereal musiał pójść pierwszy. Nawet się specjalnie nie zdziwił, kiedy broń została znów wycelowana w niego. Teraz, kiedy już widział, co potrafią pociski, wolał jeszcze bardziej unikać postrzelenia. Nie, żeby wcześniej to nie było dla niego ważne. Ostrożnie przeszedł przez dziurę, uważając, aby nie zahaczyć czasem o żaden z postrzępionych rogów i nie nabawić się od tego jeszcze więcej zadrapań. Potem odsunął się jak najdalej i pozwolił przejść Deylowi. Kolejna wspaniała okazja, żeby powalić tego człowieka i zabrać mu broń, a on znów ją sobie odpuścił!
— Tak! Nareszcie. Nareszcie, nareszcie, nareszcie!
Deyl zaczął tańczyć jak oszałały. Ethereal przez chwilę wpatrywał się z pewnym niedowierzaniem, jak dorosły mężczyzna skacze i tworzy przy tym jakieś wybujałe nowe figury taneczne, które powinny złamać mu kark, jednak tak się nie działo. Chłopak odczekał dość długą chwilę, po czym zaczął się powoli wycofywać, nie pozostał jednak niezauważony.
— A ty to niby dokąd?! Wracaj mi tutaj natychmiast! — Deyl stał teraz w wielkim kręgu z kamieni i wskazywał na miejsce obok siebie. Ethereal zawahał się, ale oczywiście znów znalazł się na celowniku broni, więc posłusznie podszedł bliżej.
Gdy przechodził pomiędzy głazami, nagle naszło go dziwne uczucie, jakby dreszcz przebiegający po całej skórze. Włosy stanęły mu dęba, a on sam zatrzymał się, jakby jakaś niewidzialna siła go do tego zmusiła. Nie chciał tam wchodzić, naprawdę nie chciał, chociaż nie miał pojęcia dlaczego. To miejsce jakby go ostrzegało przed sobą i odpychało. Nie powinien tego robić.
Deyl chrząknął i cały podejrzany czar minął równie szybko, jak się pojawił. Ethereal, nie myśląc już nawet dokładnie o tym, co robi, podszedł do mężczyzny, a ten wyciągnął nóż. Drzewa zaszeleściły naprawdę złowieszczo, zwłaszcza to jedno, ogromne, wznoszące się w samym środku kręgu. Było tak wysokie, że zdawało się sięgać samego nieba, a jego liście płonęły barwami ognia, chociaż przecież podczas pierwszej jesieni wszystkie normalne rośliny trzymały zieleń...
— Krąg potrzebuje ofiary — powiedział wesołym tonem Deyl, podsuwając Etherealowi nóż pod nos, co z pewnością nie było normalne. Mężczyzna wyglądał, jakby nagle oszalał ze szczęścia. — Kilka kropel krwi fiora, nie więcej. I będziesz wolny.
— Nie — powiedział zimno Ethereal, na co Deyl zamrugał ze zdumienia. Tym razem chłopak nie przejął się wcale wymierzoną w niego bronią, co było zaskakujące nawet dla niego samego. — Mowy nie ma. Absolutnie nie. Możesz mnie zabić, ale nie przeleję swojej własnej krwi w świętym miejscu!
— I z tego powodu pozwolisz też zabić swoją kochaną towarzyszkę? — zdziwił się niezbyt szczerze Deyl, a na jego twarz wróciła powaga. Powoli sięgnął po krótkofalówkę ręką, w której trzymał nóż. — Poza tym niedobrowolne przelanie krwi się w takim przypadku nie liczy. A ty byś nie chciał przelać jej więcej, gdybym zabił aż dwóch fiorów.
— Przysięgnij. Przysięgnij mi na swoje życie, na swoją krew, na wszystkie swoje świętości, że jeśli to zrobię, ani ty, ani twoi ludzie nie zabiją nas i zostawią raz na zawsze w spokoju.
Deyl skrzywił się, co było ostatecznym dowodem na to, że planował coś zupełnie innego. Ethereal poczuł się tylko trochę lepiej z faktem, iż przejrzał chociaż ten plan. Mężczyzna spojrzał na swoją broń, na nóż, a potem westchnął i z wielką niechęcią wypowiedział słowa przysięgi fiorskiej. Skąd je znał, nie było wiadomo, ale nawet się nie zaciął przy żadnym ze zdań. Po tym tradycyjnie naciął sobie delikatnie mały palec i upuścił kropelkę krwi, czerwonej krwi, na znak, że będzie to przysięga mocno go wiążąca. Potem podał nóż Etherealowi, rękojeścią do przodu, dając mu wyraźnie do zrozumienia, że jego kolej na dotrzymanie umowy.
Chłopak przyjął nóż, który zdawał się trochę zbyt ciężki, jak na tak marną robotę. Wyglądał, jakby został stworzony do robienia kanapek, ale ważył tyle, co zdobiony sztylet jakiegoś szlachcica. Ethereal otarł ostrze o koszulę i z zaciśniętymi zębami zmusił się do zranienia w palec. Poczuł tylko lekkie ukłucie, które właściwie bardziej go szczypało, niżeli bolało. Rozejrzał się i instynktownie, jakby znów prowadzony jakąś nieznaną siła, podszedł do jednego z głazów. Na palcu zrobiła się niewielka kropelka błękitnej krwi, która powoli powiększała się nieco z każdą chwilą. Zaczynała też powoli parować i tworzyła mgiełkę w dość zimnym powietrzu.
Drzewa znów się odezwały i tym razem jego uszy zechciały ich dokładniej posłuchać. To było błaganie. „Nie! Nie rób tego! Nie rób tego!”. A potem, jakby dla podkreślenia ich słów...
— Et, nie!
Odwrócił się gwałtownie i zobaczył Igneę, stojącą całkiem niedaleko, z przerażeniem wymalowanym na twarzy. Wcześniej podejrzewał, że wyglądał okropnie, ale jego siostra była istną tragedią. Liście zaplątały się w jej kręcone włosy tak, że teraz dosłownie wyglądała, jakby miała na głowie ptasie gniazdo. Płaszcz był jeszcze bardziej zniszczony niż zwykle, z dziurami i powyrywanym materiałem, którego pasy opasały jej ręce. Wszystkie te prowizoryczne opatrunki były podejrzanie zabarwione na kolor niebieski.
— Nie. Rób. Tego — wydyszała z trudem, opierając się o jeden z głazów. A raczej chowając się za nim, Ethereal dostrzegł bowiem, że ze swojego miejsca Deyl nie mógł jej dostrzec, choćby i się postarał, bo wielki kamień był idealną kryjówką, zwłaszcza dla osoby tak małej, jak Ignea. Mężczyzna musiał jednak doskonale zrozumieć, o co chodzi, bo wymierzył swoją broń w Ethereala. Znowu.
— O nie. Zrób to albo cię zastrzelę.
Rozległ się huk, ale to nie on wystrzelił. Mężczyzna krzyknął, wypuszczając broń z dłoni, a ta upadła z trzaskiem na jeden z kamieni. W ręce Deyla ziała paskudna dziura, która, tak samo, jak te zrobione wcześniej w krzakach, zaczęła się powiększać, a jej brzegi dymiły niepokojąco. Nie było jednak żadnej krwi, jakby ogień ją wypalił, zanim zdążyła się wylać z żył. Wycie bólu było przeraźliwe. Deyl upadł na kolana i złapał się za powoli znikającą na jego oczach rękę, a potem jakby już oprzytomniał i rzucił się na broń.
Ale wtedy stanęła nad nim Ignea, kładąc swoją stopę dokładnie na pistolecie, a drugim, który trzymała w ręce, celowała w głowę Deyla. Dłoń jej nieznacznie drżała, ale drżenia te były tak słabe, że zapewne tylko Ethereal był w stanie je wyłapać swoim spojrzeniem. Z pewnością nie widział ich przerażony mężczyzna, który sam teraz znalazł się na celowniku.
— Tylko ja mogę grozić swojemu bratu — powiedziała ze złością Ignea, wpatrując się w Deyla. — I żaden, naprawdę żaden głupi człowiek nie będzie mnie w tym wyręczał!
Wyglądała tak, jakby chciała go zabić i Ethereal przez chwilę obawiał się, że właśnie to zrobi. Ignea po prostu stała nieruchomo, po czym zamachnęła się i z całej siły uderzyła Deyla w głowę, a ten padł jak nieżywy, choć życia raczej mu jeszcze nie brakowało. Po prostu stracił przytomność.
— Ty kretynie! — wykrzyknęła Ignea w stronę Ethereala, upuszczając broń, po czym rzuciła się na niego i uścisnęła tak mocno, że zabrakło mu przez chwilę powietrza w płucach. Nigdy nie podejrzewał, że jego siostra jest tak silna. — Co sobie niby myślałeś? — zaczęła mamrotać w jego koszule, a on musiał uważnie nastawić uszu, żeby ją usłyszeć. — To było głupie, bardzo głupie. Nie w twoim stylu. Wystraszyłeś mnie. Jeśli kiedykolwiek jeszcze... jeśli...
Ethereal potrzebował chwili, żeby zorientować się, że Ignea płacze. Trzęsła się strasznie i szlochała, wycierając łzy w jego ubranie, czego nie robiła od bardzo dawna. Przytulił ją i pogłaskał, za co w innej sytuacji pewnie by oberwał, ale teraz widać było, że potrzebowała tego, zwyczajnego pocieszenia.
— Już dobrze, jestem tutaj, tak? Tylko to się teraz liczy.
Jednak żadne z nich nie mogło zobaczyć tych kilku błękitnych kropelek, które oderwały się od jednego z prowizorycznych bandaży i upadły na niewielki kamyczek, z pozoru zupełnie nieszkodliwy...

~~*~~


Ariv przyjrzał się swoim kartom i na ich podstawie starał się odgadnąć, jakie karty może posiadać Feyia, nawet jeśli nie musiał tego robić, bo jego zestaw rozgromiłby każdego innego gracza. Wygraną miał właściwie w kieszeni. Z każdą kolejną turą twarz jego przeciwniczki robiła się coraz bardziej i bardziej czerwona, powoli dopasowując się do koloru jej włosów, co tylko utwierdzało go w przekonaniu, że dziewczyna została pokonana.
— A może jednak chciałabyś ogłosić remis? — zapytał, tylko i wyłącznie po to, by cieszyć się jej skrzywioną miną. Doskonale wiedział, jak będzie brzmiała odpowiedź. Choćby grała z samą Śmiercią o własną duszę i miała przegrać, Feyia Ratenda nigdy nie zgodziłaby się ogłosić remisu. Wygrana albo przegrana i nic pomiędzy, ona po prostu nie przyjmowała innych opcji. W sumie Ariv nawet się z tego trochę cieszył, a nawet był dumny, bo to on kiedyś wpajał jej te zasady. Nie, żeby sądził, iż ich kiedyś użyje, ale wtedy bardzo pomylił się w ocenie tej dziewczyny.
— Nie gadaj, tylko pokazuj. To koniec.
Ariv wzruszył tylko ramionami i odkrył przed nią wszystkie swoje karty, a robiąc to, musiał powstrzymać kpiący uśmieszek. Feyia wytrzeszczyła oczy najpierw na niego, a potem na jego karty, jakby spodziewała się, że to jakiś żart. Właściwie nie tyle liczył się zbiór jego kart, ile ta jedna jedyna, znajdująca się w samym środku. Specjalnie ją tam położył, żeby była jak najbardziej widoczna. Zwana była kartą pechowca, ale Arivowi raczej przynosiła szczęście, gdy już nauczył się jej używać. Karciarz, ulubiona ze wszystkich kart.
— Nieparzysta to dzielisz przez trzy, parzysta to mnożysz — powiedział radośnie, idąc po blacie palcami, jakby to były dwie pary spacerujących nóg. — Mam tutaj trzydzieści sześć punktów, tak więc wygrałem. Dziękuję bardzo, przedstawienie skończone!
— On zawsze wyciąga na koniec tę kartę — poinformował swoją córkę Sverre, a ta rzuciła mu spojrzenie, mówiące coś w stylu: „I dzielisz się tą informacją dopiero teraz?”. — Nikt nie wie, jak to robi, ale robi to dosłownie za każdym razem. Próbowali z nim grać różnymi kartami, fałszywymi i nie, raz nawet jakiś mag podłożył mu zaczarowane, ale zawsze wszystkich ogrywał w ten właśnie sposób. Kartą pechowca.
— Ta karta mnie po prostu lubi — rzekł Ariv, zabierając z blatu rzuconą tam wcześniej obrączkę i spinkę Feyii. Uśmiechnął się do dziewczyny. — Wiesz, ja jestem taki Karciarz. Mistrz kart, ze mną nie wygrasz, nie ma szans.
Feyia ze złością cisnęła swoimi kartami, a Ariv z zaciekawieniem na nie popatrzył i od razu zrozumiał, czemu była aż tak zła. Miała całkiem niezłe widoki na wygraną i gdyby Ariv wyciągnął cokolwiek innego, niż swoją słynną, zwycięską kombinację absurdu, dziewczyna definitywnie by wygrała. Gwizdnął z podziwem.
— Czyli jednak czegoś przydatnego się nauczyłaś u tej całej magiczki! Podziwiam, byłabyś w stanie tak rozgromić niemal każdego!
— Zamknij się — warknęła na niego z poirytowaniem.
— Szczerze, to sam bym nigdy nie wpadł na tak ryzykowne połączenie kart. Zmieć i Tak'Trik niby powinny się wykluczać, ale dołożenie do tego Liściaka... Mistrzostwo. Zwłaszcza, jak jeszcze dodać tego PaHaKora. To doskonała droga do zmiażdżenia każdego przeciwnika.
— Ciebie jakoś nie zmiażdżyłam — powiedziała z pewnym smutkiem, próbując za to zmiażdżyć go wzrokiem, ale on się nie dał i tylko parsknął śmiechem.
— No dobra, to prawie każdego przeciwnika — poprawił się i nachylił ku niej konspiracyjnie, ściszając też głos. — Jeśli ktoś gra jak szaleniec i wie, co robi, to raczej z taką osobą będzie ciężko. A tak się składa, że ja tak gram.
— No dobrze, ale co właściwie...
O cokolwiek chciała zapytać, Ariv nie zdążył się tego dowiedzieć. W tym momencie ktoś jakby nagle odłączył prąd od wszystkich w pobliżu. Feyia kiwnęła się na krześle i spadła prosto w jego ramiona, zemdlona. Omal go nie przygniotła. Sverre, dotąd czyszczący kufle, padł na blat i zarył w niego ostro nosem. Przy stolikach niemal wszyscy poszli w jego ślady i uderzyli w stoły, zrzucając kubki i sztućce, które brzęczały głośno o podłogę. A potem zapadła ponura cisza, przerywana tylko urwanymi, niezbyt pewnymi oddechami.
Jedynymi osobami, które pozostały przytomne, był Ariv i jakiś starszawy pan, siedzący w kącie, który rozejrzał się, zdezorientowany i przerażony.
— Co tu się u diabłów stało? — zapytał, tak jakby Ariv mógł znać odpowiedź, ale chłopak pokręcił głową, dając do zrozumienia, że nie wie nic na ten temat. Ba, sam był zdumiony.
Ostrożnie odstawił Feyię i podniósł się. To było niepokojące, że tak nagle, po prostu i bez żadnego widocznego powodu, wszyscy stracili przytomność. No i skoro oni, to czemu on nadal mógł stać na własnych nogach i nie był uśpiony? Albo ten staruszek. Co ich takiego łączyło?
Potrząsnął głową i skierował się ku drzwiom, żeby zobaczyć, co dzieje się na ulicy, ale odpowiedź nie przyniosła mu ulgi. Także tam niemal wszyscy leżeli, pogrążeni w tym dziwnym śnie, który niespodziewanie ich złapał w swoje szpony. Tylko jeden dzieciak rozglądał się dookoła, a w jego oczach zaczynały się pojawiać łzy. Zobaczył Ariva i podbiegł do niego.
— Panie władzo, co się wszystkim stało? — zapytał płaczliwie, pociągając przy tym nosem. Ariv przez chwilę nie rozumiał, dlaczego został tak nazwany, po czym przypomniał sobie, że przecież założył mundur, bo miał iść na swoją zmianę. Zerkając na zegarek, uświadomił sobie, że spóźnił się i to bardzo. Za coś takiego mogliby go wyrzucić, ale w tej sytuacji raczej się to nie liczyło.
— Nie wiem, mały. Ale nie martw się, niedługo wszystko będzie dobrze. A teraz wracaj do domu i nie panikuj.
Dzieciak skinął głową i ponuro ruszył w stronę pobliskiego drzewa. Mieszkał całkiem niedaleko, co pewnie było plusem tej sytuacji. Chyba jak na razie jedynym. Ariv rozejrzał się, a panująca cisza nagle zaczęła drażnić jego uszy. W mieście zawsze było słychać jakieś hałasy, nawet gdy panowała noc, wtedy to drzewa zaczynały pieśń złożoną z szumu liści, a ptaki nocne co jakiś czas im przygrywały, tworząc hity wszech czasów. Teraz panowała cisza, jakby nie tylko fiorzy utracili przytomność, ale i sama natura wstrzymała oddech. Cisza przed burzą.
Co się stało?
Odruchowo ruszył przed siebie, uważając, by nie nadepnąć na żadnego z leżących na ziemi fiorów, co okazało się trudniejszym zadaniem, niż przypuszczał. Przyglądał się ich twarzom i zastanawiał się przy tym, co właściwie się działo. Dlaczego to oni padli, a on nie? Czego to była wina albo zasługa?
— Ariv, chłopie!
Odwrócił się i utonął w uścisku Kayla, który trzymał z nim straż przy bramie tak często, że znali się już doskonale, zostali właściwie nawet przyjaciółmi. Jednak Kayl był wiele szerszy i mocniejszy od Ariva, więc omal go nie zgniótł. Chłopak szybko się oswobodził i odetchnął głęboko, sprawdzając równocześnie, czy nadal ma w całości wszystkie żebra i że są one właśnie w tych miejscach, w których powinny być, ale chyba wszystko było w porządku.
— Spóźniłeś się — rzekł Kayl, ale nie wyglądało na to, żeby się tym jakoś szczególnie przejmował. — Byłem właśnie na naradzie w sprawie... sam wiesz czego, kiedy wszyscy... tak po prostu padli, jakby ich piorun trzasnął. Już myślałem, że tak się wszystkim zrobiło!
— No, prawie wszystkim — zauważył Ariv, masując się po karku. — Nie rozumiem tylko... to znaczy, co nas łączy? Mam na myśli nas dwóch.
— Chodzimy razem do straży — odpowiedział bez wahania Kayl, co nie pomogło Arivowi w opinii na temat jego inteligencji. Pacnął się w czoło.
— Tak, ale inni w straży padli, więc to nie to — wyjaśnił wolno, upewniając się, że kolega załapie. — Rozumiesz? Ale co jest takiego, co obaj my mamy, czego nie mają ci inni, którzy teraz sobie tu tak ładnie leżą na ziemi i biorą drzemkę? Co nas wyróżnia? Co jest...
— Jesteś półkrwi — przerwał mu Kayl, jakby to wszystko wyjaśniało. Ariv warknął na niego ze złością i powstrzymał się, przed rzuceniem się na niego z pięściami.
— No dzięki, że mi o tym przypominasz, bo już zapomniałem! Jeszcze jakieś wielkie odkrycia, panie pusty...
— Mój ojciec też jest półkrwi — powiedział w zamyśleniu Kayl, całkowicie ignorując wybuch kolegi, jakby nawet go nie usłyszał. — I widziałem go w oknie, przytomnego. Ja jestem ćwierć-krwi...
— Dlaczego to miałoby mieć związek z krwią? — jęknął Ariv, mając ochotę rwać sobie włosy z głowy. Ale, że jego włosy były zbyt piękne, powstrzymał się. — Poza tym, gdyby natura chciała się kogoś pozbyć, to raczej by nam odłączyła zasilanie, a nie tym wszystkim fiorom.
— Myśl sobie co chcesz, to wina krwi — prychnął Kayl. — Poza tym natura marudzi i strasznie zawodzi, bo coś bardzo złego się stało. Mamy jej w czymś pomóc. Trzeba tam iść do Złotej Puszczy i coś znaleźć... i broń, trzeba wziąć broń.
— Nie słyszę, żeby coś mówiła — burknął Ariv z niechęcią, chowając ręce do kieszeni. Naprawdę nie lubił, kiedy coś takiego się działo. Ktoś mówił, że natura nagle podaje instrukcje, a do uszu Ariva docierała tylko cisza i nic więcej.
— Nie marudź, tylko chodź! Trzeba się zaopatrzyć! Natura wreszcie wie i może podać, gdzie są ci wszyscy ludzie i musimy ich teraz powstrzymać, zanim będzie za późno!
— To bardzo dogodna chwila, kiedy jest nas przytomnych tylko dwóch! Ale dobra, dobra, pójdę, nie próbuj mnie ciągnąć! Ja tylko... — zawahał się nagle, gdy dziwna myśl przyszła mu do głowy. To w sumie mogłoby się udać. — Tylko pójdę coś sprawdzić i spotkamy się na głównym placu za jakieś pięć minut, ok?
Kayl skinął głową i udał się z powrotem w stronę bazy, skąd przyszedł, żeby przeczesać zbrojownię i załatwić im broń, a może też i znaleźć kogoś jeszcze, kto mógłby im teraz pomóc. Tymczasem Ariv ruszył w stronę zupełnie przeciwną, żeby po krótkim i dość trudnym marszu stanąć w końcu przed zniszczoną szopą.
Przeszedł na jej tyły i odsunął kilka ciężkich skrzynek, żeby spod nich wyjąć jeszcze cięższą broń. Nie był pewien, czy był to karabin, jakaś strzelba, wiatrówka czy co, bo nigdy nikt go tego jakoś nie nauczył. Poza tym fiorzy mieli zupełnie inną broń, niżeli ludzie. Ludzkimi metalowymi tubami, nieporęcznymi i ważącymi tony nikt w Mieście Kwiatów się nie posługiwał. Jedyną wiedzę, jaką Ariv posiadał, otrzymał od ojca, który coś tam kiedyś na ten temat powspominał i dał mu tę jedną sztukę „na przechowanie”.  Nie, żeby zamierzał kiedykolwiek faktycznie ją zabrać.
Ariv zarzucił sobie broń na ramię, mając przy tym nadzieję, że nie będzie musiał jej użyć i już miał odejść, kiedy wewnątrz szopy usłyszał jakieś poruszenie. Ostatnim razem w środku znalazł ukrywającą się Igneę, która robiła te swoje dziwne rzeczy, których nikt nie rozumiał, więc może i tym razem właśnie tam siedziała. Gdyby ją znalazł, podważyłby tę głupią opinię Kayla o tym, że to winą krwi niemal wszyscy fiorzy padli, a oni, pół czy tam ćwierć-krwi zostali przytomni.
Wszedł do środka bez pukania, jak zawsze, ale nikogo nie zauważył. Po podłodze walało się pełno otwartych książek i stosy jakichś papierów, porzuconych jakby w pośpiechu. Kilka myszy biegało sobie wesoło po pomieszczeniu, wąchając kartki i wspinając się po księgach, ale żadnej z tych rzeczy nie jadły. Gdy Ariv wkroczył do środka, zatrzymały się na chwilę i zmierzyły go spojrzeniami, po czym wróciły do smakowania zapachu kartek, tak jakby ich woń była o wiele ciekawsza, od jakiegoś namolnego niespodziewanego gościa.
— Jest tu ktoś? — rzucił pytanie w przestrzeń i od razu uszy mu poczerwieniały, gdy uświadomił sobie, jak to głupio musiało zabrzmieć. Pytanie się powietrza.
Pomimo iż nikogo tam raczej nie było, on i tak wkroczył do środka, rozglądając się przy tym i zastanawiając, co właściwie się w tym pomieszczeniu wcześniej działo. Jego spojrzenie padło w jeden z kątów, gdzie, nie do końca dobrze przykryte jakimś kocem, spoczywały dziwne przyrządy, podejrzanie identyczne z tymi, które ludzie rozstawiali po puszczy. Ariv pochylił się i wyrwał jakiejś zawziętej myszy z pyszczka jedną z kartek. Przyjrzał się jej i od razu zauważył, że był to jakiś zaszyfrowany dokument.
— Do diabła, co ty tutaj właściwie robiłaś? — zapytał sam siebie, podnosząc jakiś inny papier. Na tym z kolei znajdowała się dziwna tabelka, w której ktoś niesprawnie próbował złapać kod. Przeniósł swoje spojrzenie na książki, chociaż spodziewał się, co w nich zobaczy. Wszystkie traktowały o tym samym. O szyfrach. — Na bogów i wszystkie świętości — szepnął, gdy tylko uświadomił sobie, na co właściwie patrzy. Zerknął nieco uważniej na trzymany dokument, będąc absolutnie pewnym, że zna te dziwne litery. Odwrócił go do góry nogami, po czym zaczął czytać, tak jak kiedyś nauczył go tego ojciec. — „Oficjalne oświadczenie. Do wszystkich jednostek z każdej strony świata. Celem są Przejścia, najpotężniejsze z potężnych, które otworzyć trzeba i połączyć ich moc, zanim to siedem naszych księżyców zejdzie się na niebie, a Ocean i Błysk niby to w jedno się stopią”. Błeh, jak poetycko. „Wyznaczony więc czas to miesiąc, nie więcej. Badania powinny być ściśle tajne, nikt poza wami ma nie wiedzieć. Otworzyć Przejścia, oto wasze zadanie. Nie więcej. Kapitanie Deyl...”.
Usłyszał za sobą głośne westchnienie, więc szybko upuścił kartkę i odwrócił się, kładąc rękę na broni, gotów w każdej chwili walczyć. Ale tam wciąż nikogo nie widział. Tylko pusta, mała szopa, nie było gdzie się schować. Nastawił czujnie uszu. Myszy przecież nie wzdychają, więc musiał tam być ktoś jeszcze, oprócz niego samego.
— Wiem, że tu jesteś! To, że cię nie widzę, nie znaczy, że nie zdaję sobie sprawy z twojej obecności!
— Czemu wy wszyscy używacie tych samych zwrotów? — prychnął ktoś, a Ariv obrócił się gwałtownie w stronę głosu, jednak jego wzrok natrafił tylko na stary kominek. — Ona powiedziała niemal dokładnie to samo! Serio, to się zaczyna robić nudne. Mógłby mnie ktoś w końcu nakryć, używając jakiegoś fajniejszego zwrotu.
— Wyłaź ze swojej kryjówki — syknął Ariv, wciąż wpatrując się w kominek. A raczej piec. To pewnie za nim się ktoś schował. Ten ktoś musiał być bardzo mały, skoro się tam wcisnął. Ale nieznajomy tylko parsknął.
— Stoję dokładnie przed tobą — odezwał się znów chłopak, bo to niewątpliwie był chłopak. Takiego głosu dziewczyny raczej nie miewały, nawet jeśli był trochę piskliwy. Ariv wyciągnął przed siebie rękę i zdecydowanie na coś trafił. — Ała! To jest moje oko!
— E... przepraszam. Nigdy jeszcze nie gadałam z kimś, kto był niewidzialny. Od dawna tak masz?
— Nie. Po prostu rzuciłem zaklęcie i nie umiem go teraz cofnąć — rzekł chłopak z nutką irytacji w głosie. Nie było mu się co dziwić. — A jestem tu nowy i nie bardzo wiem, kto mógłby mi z czymś takim pomóc. Po co ci właściwie ta broń?
— Mamy problem z ludźmi — rzekł z niesmakiem Ariv, odruchowo poprawiając swoją broń, cokolwiek by to nie był za jej rodzaj. — Coś znowu nabroili w puszczy i trzeba się tym zająć. Na dodatek prawie całe miasto padło... to znaczy prawie całkiem dosłownie padło. Coś wszystkich złapało i leżą nieprzytomni. Chociaż, skoro ty nie śpisz, to nam pomożesz.
— A... ale ja nie...
— To obowiązek każdego obywatela, nie próbuj się wykręcać — powiedział z powagą Ariv, mając nadzieję, że patrzy nieznajomemu w oczy. Nie miał za bardzo jak tego sprawdzić, ale nadzieję mieć mógł. Tamten mruknął coś cicho.
— Wcale nie o to mi chodziło. Po prostu nie umiem obsługiwać żadnej, absolutnie żadnej zaawansowanej broni, zwłaszcza że jestem niewidzialny. No, chyba że chodzi o procę na kamienie, tym bym chyba umiał się posłużyć.
— A więc załatw sobie procę na kamienie — prychnął Ariv i ruszył do wyjścia. — No i ja naprawdę będę wiedział, czy idziesz za mną, czy też nie, niezależnie od tego, czy cię widzę, czy też nie.
Rozdział X

Ktokolwiek widział, za dużo wie


— Chodźmy już! Musimy iść jak najszybciej, zanim przyjdą tutaj inni!
Ignea pociągnęła brata za rękę, ale on wciąż stał w tym samym miejscu, wpatrując się dziwnie pustym wzrokiem w nieprzytomnego Deyla. Dziewczyna przypadkiem oderwała kawałek z rękawa jego munduru i przez to straciła na chwilę równowagę, ale szybko ją odzyskała, opierając się o jeden z wielkich kamieni. Ethereal dalej tylko stał jak wrośnięty w ziemię.
— Et, rusz się! — jęknęła, stając przed nim i łapiąc go za koszulę. — Nie mamy na to czasu! W pobliżu wciąż plącze się pełno ludzi, zapomniałeś? W końcu tutaj przyjdą, a nas wtedy już nie powinno być, bo będzie po nas! ET!
— Czy on... czy on nie żyje? — zapytał naprawdę cicho Ethereal, nadal wpatrując się w człowieka leżącego na ziemi. Wyglądał na przerażonego, ale w jego wzroku było coś jeszcze innego, poza strachem, o wiele bardziej niebezpiecznego. Coś jakby... głód.
— Oczywiście, że żyje. Oddycha — odpowiedziała mu drżącym głosem Ignea. Nie miała co do tego żadnych wątpliwości. Nie była na tyle silna, by kogoś zabić jednym uderzeniem, nawet jeśli przywaliłaby temu komuś kawałkiem ciężkiego żelastwa. Poza tym nie włożyła w uderzenie zbyt wiele siły. — Nie przejmuj się tym, ocknie się i sobie pójdzie. My też powinniśmy iść. Więc teraz chodź! Już!
— Żyje...
Ale on nadal stał, jakby ktoś go zahipnotyzował, a Ignei bardzo nie podobał się jego niecodzienny wyraz twarzy. Jego oczy błyszczały, z każdą chwilą też zdawał się robić coraz wyższy, większy... nie, to nie była jej wyobraźnia, on naprawdę rósł! Ignea cofnęła się zszokowana i potknęła o jeden z rozrzuconych po wnętrzu kręgu setki malutkich kamieni. A Ethereal wciąż stawał się wyższy, szerszy, większy i zmieniał się. Nie w tym dobrym znaczeniu. Jego uszy wydłużyły się znacznie, spomiędzy czarnych włosów wyrosły skręcone rogi, zęby przerodziły się w kły. Ubranie zamieniło się w strzępy, zdecydowanie zbyt małe dla istoty, w którą się właśnie zmieniał. Skóra poczerniała i zaczęła pokrywać się ostrymi, lśniącymi łuskami o kolorze mroku. Z pleców powoli wyrosły olbrzymie nietoperze skrzydła, przysłaniając sobą niebo i odcinając resztki dopływu światła, które przedzierało się dotąd przez korony drzew. Chwilę później te same skrzydła uderzyły w liście, strącając je na ziemię, wraz z połamanymi gałęziami, na których dotąd wisiały.
Czarny jak sama noc smok uniósł łeb ku słońcom i ryknął potwornie, wylewając z siebie całą wściekłość i furię, jaka go ogarniała. Kilka pasm ognia wyrwało mu się spomiędzy zębów i przez chwilę wirowały w powietrzu, by opaść na ziemię i podpalić trawę. Smok nie przejął się tym, tylko skupił wzrok z powrotem na polanie. Patrząc na niego, Ignea nie była w stanie się ruszyć, jakby swoim spojrzeniem zamroził ją w miejscu, wiedziała jednak, że jest to czyste przerażenie. Chociaż oczy nadal miał te same, chociaż były to właśnie oczy jej brata, nie rozpoznawała ich. Płonęła w nich żądza mordu, coś, co nigdy wcześniej tam nie zagościło, czego nigdy nie powinno być. Nie tam.
Pokazał rząd straszliwych, ostrych zębów, zniżając łeb tak bardzo, że w końcu właściwie położył go na ziemi. Zmierzył Igneę przenikliwym spojrzeniem. Sama źrenica jednego jego oka była większa od dziewczyny. Ethereal zawsze nad nią górował, z tym swoim irytującym wzrostem, ale nigdy aż tak i zdecydowanie jej się to nie podobało. Zaczęła drżeć, jednak wciąż nie mogła się przemóc i ruszyć z miejsca. Smok warknął, puszczając w jej stronę kłęby naprawdę gorącej pary. Było jasne, co chce przez to powiedzieć. Żeby się odsunęła.
— Nie — odpowiedziała wojowniczo Ignea, starając się ukryć swój strach i zagrać tak odważną, jak zwykle. W takich okolicznościach nie było to zbyt łatwe. — Etherealu Aerelu Alieasterze, masz się natychmiast uspokoić, zamienić z powrotem i przestać straszyć oraz niszczyć wszystko dookoła!
Odpowiedział jej wściekłym warknięciem, ale zrobił się też tak jakby ciut mniejszy, malutką ociupinę. To jednak nie pocieszyło Ignei, bo wciąż był przeogromny. Spróbowała się uśmiechnąć, ale nie wyszło jej to, podejrzewała, że na twarzy pojawił się jakiś złośliwy grymas. Coś dziwnego błysnęło w ogromnym smoczym oku. Zebrała się w sobie i w końcu cofnęła się o krok.
— Et, no naprawdę. Nie wygłupiaj się. Przecież wcale nie chcesz czegoś takiego zrobić. Zmień się z powrotem w sie... we fiora. Wrócimy razem spokojnie do domu i ukradniemy trochę tych pysznych ciastek z piekarni naprzeciwko. Jak zawsze. Przecież bardzo lubisz te ciastka. Pamiętasz jeszcze, jak cudnie pachną, jak pięknie wyglądają?
Zwykle jakiekolwiek słodkości robiły na nim wrażenie, a zwłaszcza takie, o których zaczęła opowiadać. Ethereal potrafił wsunąć czasem całe ciasta i dalej być głodnym. Umiał zjeść cały stos jedzenia napakowanego cukrem, zabrać każdemu jego porcję słodyczy, je również pożreć i nawet się po tym wszystkim źle nie czuł. Co prawda potem zachowywał się nieco zbyt energicznie jak na siebie, ale robił to już tak często, że przestało to być dziwne, a stało się wręcz tradycją.
Jednak tym razem nie miał apetytu, co samo w sobie było już niepokojące. Prychnął, znów wypuszczając kłęby pary z ogromnych smoczych nozdrzy, po czym uniósł się gwałtownie na tylnych łapach, niszcząc kilkanaście biednych drzew i zamachał potężnie ogromnymi skrzydłami. Dźwięk był jak huragan, a wiatr jeszcze gorszy. Już pierwszy podmuch oderwał Igneę od ziemi i rzucił do tyłu. Uderzyła boleśnie w pień drzewa. Coś trzasnęło, a ona nie była pewna, czy to jej już i tak pokiereszowana ręka, czy też gałęzie biednych drzew, które łamały się pod wpływem silnego wiatru. Możliwe, iż to było jedno i drugie. Przez jej ciało przebiegła dziwna fala, pozbawiając ją powoli energii. Zamrugała kilkakrotnie, kiedy świat zaczął się rozmywać.
Kolejny powiew, kolejny i znowu. Smok — Ignea jakoś nie była chwilowo zdolna sądzić, że to nadal jest jej brat. Nie, kiedy cała rzeczywistość wirowała — machał coraz potężniej swoimi skrzydłami, zahaczając nimi o drzewa, ale to one na tym gorzej wychodziły. Rysy, szpary, dziury zdobiły teraz ich pnie, niektóre zostały nawet wyrwane z ziemi z korzeniami i leżały tak teraz, sponiewierane, albo też opierały się o swoich braci, którzy ostatkiem sił je podtrzymywały.
— Przestań! — krzyknęła Ignea, próbując odgarnąć włosy z twarzy. Gdzieś z tyłu głowy słyszała, jak cała puszcza lamentuje razem z nią, ale nie miała czasu się w to wsłuchiwać. Nie mogła w ogóle poruszyć lewą ręką, co z pewnością nie wróżyło nic dobrego, jak zresztą cała ta sytuacja. Spróbowała zrobić krok do przodu, ale wiatry był zbyt silny. — STOP! WYSTARCZY! DOŚĆ!
Ale on jej nie słyszał, a nawet jeśli jakimś cudem jednak tak, to całkowicie zignorował, wyraźnie zauroczony nowo poznaną zdolnością do wywoływania klęsk żywiołowych w postaci nieokiełznanego wiatru. Oderwał się od ziemi, na chwilę zaprzestając zabawy z powietrzem, chcąc przetestować, co jeszcze potrafią zrobić jego skrzydła.
I właśnie tę chwilę wybrała sobie ekipa ratunkowa, żeby wpaść na cudną polanę i to z dwóch stron. Jako że mur z krzaków właściwie przestał istnieć dzięki połączonym siłom Deyla i Ethereala, nie mieli z tym żadnych problemów. Z jednej strony wyskoczył Ekari, przeciskając się przez marne resztki krzaczastego muru, a szło mu to dziwnie koślawo. Mag poprawiał sobie nerwowo kapelusz i mamrotał coś pod nosem, a Ignea dopiero po chwili zrozumiała, że musiałby to być zaklęcia, bo wokół niego latało kilkanaście kolorowych, magicznych iskierek, które na razie nic nie robiły, poza byciem sobie.
Zaś z drugiej strony wypadła grupa uzbrojonych po zęby... fiorów? Cóż, nie bardzo można to było o nich powiedzieć, ale niewątpliwie była to najdziwniejsza grupa, jaką można sobie wyobrazić, a akurat wyobraźnia Ignei miała dość pokaźne rozmiary. Na samym czele biegł Ariv, a karty wysypywały się z kieszeni jego munduru. Po co je wziął ze sobą — tego najstarsi bogowie by pewnie nie wiedzieli. Na ramieniu za to niósł dziwną broń, która bardzo podejrzanie przypomniała bardziej ludzką niż fiorską. Nie używał jej jednak, w ręce trzymał ten zabawny świecący pistolet, jakie Ignea widywała u strażników, gdy pilnowali porządku w trakcie jakichś ważniejszych uroczystości w mieście. Zawsze zastanawiała się, co one niby takiego robią, że aż tak świecą. Bo raczej nie tylko dlatego, że to ładnie wygląda.
Za tym dowódcą pędzili inni. Jeszcze jeden strażnik, który jednak zamiast broni targał ze sobą torbę, a w niej coś stukało niepokojąco i niezwykle głośno, skoro dźwięk docierał aż do uszu Ignei, pomimo całego tego hałasu, jaki wywoływały smocze skrzydła.
Obok niego szybkim krokiem zmierzał Thin, którego w ogóle nie powinno być, bo przecież jego rodzina już wyjechała z Miasta Kwiatów. Za sobą ciągnął na linie dziwnie urządzenie, podejrzanie przypominające armatę, ale skoro to diablik ją miał, z pewnością armatą owo coś nie było. Dodatkowo wokół jego głowy latał mały model Statku Szybującego, jakby biała czupryna nagle wytworzyła własną grawitację.
W ich wesołej grupie nie brakowało też Vaili, trzymającej się nieco z tyłu i rozglądającej bardzo uważnie dookoła. Ignea zamrugała, nagle zdziwiona. Kogo jak kogo, ale dziewczyny Ethereala nie spodziewała się tutaj zobaczyć, a już na pewno nie z bronią w ręku. A raczej w obu rękach. Były to zaostrzone bumerangi, świecące równie mocno, co pistolety Ariva, ale te jakoś wyglądały na groźniejsze. Zwłaszcza w rękach uczennicy uzdrowicieli.
Wszyscy w jednej chwili dopadli do Ignei, która wciąż utrzymywała się na własnych nogach tylko dlatego, że podtrzymywało ją drzewo. Gdyby nie ono, już dawno by upadła i prawdopodobnie nie wstała jeszcze przez długi czas. W uszach słyszała szum własnej krwi i bicie serca, o wiele za szybkie, za to przed oczami tańczyły jej mroczki. Nie czuła już bólu w ręce, ale mogło to być spowodowane faktem, że w ogóle nie czuła ręki.
— Hej, nic ci nie jest? — zapytał Ariv, stając przed nią i podtrzymując za ramiona. Było to bardzo głupie pytanie i chyba po chwili sam również zdał sobie z tego sprawę. Zmarszczył brwi. — Aha, no tak... Jasne... Vaila?
— Nie — odpowiedziała od razu dziewczyna, stojąc do niego plecami i śledząc swym wzrokiem wielkiego smoka, teraz zataczającego niewielkie koła w powietrzu. Ignea miała ponure podejrzenie, że Vaila zamierza go zaatakować. — Jestem uczennicą szkoły uzdrowicielskiej, Signe, a nie cudotwórczynią. Bandaże... jeśli tak można je w ogóle nazwać... dobrze założone. Więcej nie mogę pomóc. No chyba, że pozbywając się źródła problemu, czyli tego smoka.
— Czekaj — wydusiła Ignea, próbując się wyrwać z nieco zbyt opiekuńczego uścisku Ariva, ale nie miała na to siły. — Nie możecie...
— Spokojnie, panno „robię wszystko sama”, poradzimy sobie — prychnął Ariv, nieco rozbawionym tonem, a Ignea zmrużyła gniewnie oczy. — To, że ty czegoś nie umiesz, jeszcze nie znaczy, że innym się też to nie uda.
— Ja wcale nie... — zaprotestowała słabym głosem, nie mając nawet siły włożyć w niego złości, ale Ariv i tak już jej nie słuchał. Uśmiechnął się tylko irytująco, jak to miał w zwyczaju, a ona przypomniała sobie, że poniekąd go tego sama nauczyła. Odbiegł w stronę smoka, zostawiając Igneę samą w towarzystwie jedynej znienawidzonej wśród obecnych osoby. Czyli Ekariego.
Mag też nie wyglądał na zbyt uradowanego, właściwie to chyba nadal miał jej za złe, że przerwała mu lekcję czy rozmowę, czy cokolwiek tam robił z jej bratem, ale starał się to ukryć. Bezskutecznie, ale się starał. Wziął dłoń Ignei i zaczął znów mamrotać pod nosem jakieś formułki, bez wątpienia magiczne. Po całym jej ciele przeszedł dreszcz, a potem potworny ból unieruchomił ją w miejscu. Zacisnęła zęby, ale niewiele więcej mogła zrobić. Jednak w tym całym bólu było coś... dobrego? Chociaż ogarniał całe jej ciało, jednocześnie, w jakiś pokręcony sposób też je opuszczał i uleczał. Magia...
Ekari puścił ją i odsunął się natychmiast, z taką miną, jakby obawiał się, że jeśli tego nie zrobi, to oberwie. Ignea w sumie miała ochotę mu przyłożyć, głównie dla zasady, ale powstrzymała się od tego. Poza tym wciąż była słaba. Nie miała pojęcia, jak wiele krwi straciła, a błękitne kawałki materiału dawały o tym niejakie pojęcie, zwłaszcza że wcześniej były szare. Zakręciło jej się w głowie.
A wtedy potworny ryk rozdarł dzień, sprawiając, że jej myśli powędrowały znów do rzeczywistości. W jednej chwili Ignei wróciły wszystkie zmysły i to ze zdwojoną siłą, prawie, jakby ją uderzyły. Zapomniała o Etherealu! Jak mogła o nim zapomnieć, chociażby na chwilę?! To było niewybaczalne? Odwróciła się w jego stronę.
Smok wylądował z powrotem na ziemi i teraz pluł ogniem, podpalając w ten sposób większość drzew dookoła oraz kawałek munduru Ariva, panicznie próbującego uciec przed własną śmiercią w płomieniach. A chociaż biegł bez ładu i składu, potykając się o nogawki spodni i tak celował oraz strzelał w łeb stwora, który syczał okropnie za każdym razem, gdy tylko oberwał kolorowym pociskiem zbyt blisko oka. Nie widać było, by robiło mu to jakąś większą krzywdę, chyba tylko go irytowało.
Wokół jego ogona skakali Thin i ten drugi strażnik, wbijając dziwne pudełeczka w ziemię. Diablik zachowywał się tak, jakby tańczył balet w jakimś ważnym przedstawieniu. Skakał, kręcił się, uchylał i tworzył skomplikowane figury, więc gdyby nie otaczające go wybuchy, wywoływane, gdy smoczy ogon stykał się z pakunkami w ziemi, można by było uznać Thina za wybitnej klasy tancerza. Ignea wiedziała jednak, że normalnie jej kuzyn nie potrafił robić takich rzeczy, w tańcu wręcz zachowywał się jak kaleka.
Ale największe wrażenie z nich wszystkich i tak robiła Vaila i jej wyczyny. Dziewczyna odczekała chwilę z boku, nie angażując się w zabawy chłopaków i dopiero w dogodnym momencie dobiegła jak błyskawica do smoczej łapy i zaczęła się na nią wspinać, tak jakby nigdy w życiu nie robiła nic innego. Broń zatknęła sobie za szarfę, zdobiącą jej podniszczoną sukienkę. Ignea nie wiedziała, że Vaila jest aż tak wysportowana. Nigdy właściwie nie widziała, żeby ćwiczyła, a widywała ją dość często, odkąd ta zaczęła chodzić z Etherealem. Którego teraz chciała zabić.
Vaila wdrapała się na grzbiet stwora, a ten albo tego nie poczuł, albo tez zwyczajnie postanowił zignorować. Wzięła jeden ze swoich bumerangów i zaczęła nim uderzać w ogromną łuskę, którą akurat sobie wypatrzyła. To już zrobiło jakieś wrażenie na smoku. Warknął ogłuszająco, a Ignea była całkowicie pewna, że był to okrzyk bólu. Vaila nie przejęła się tym i dalej robiła swoje, nawet kiedy stwór zaczął skakać na ogromnych łapach i się kręcić, usiłując ją zrzucić i niszcząc przy tym również jeszcze większą część puszczy. Ariv rzucił się w bok, ledwie uniknąwszy zmiażdżenia.
Ignea skrzywiła się, gdy kolejny wściekły warkot wypełnił powietrze. Nie mogła tam tak stać i po prostu się przyglądać, jak próbując zabić jej brata, nawet nie zdając sobie sprawy, że to on. Nie, żeby Ethereal im to ułatwiał, dla odmiany próbując ich zabić.
Zebrała w sobie wszystkie pozostałe siły, a zbyt wiele już ich nie zostało i rzuciła się do przodu, odpychając się od podtrzymującego ją dotąd drzewa. Ekari, który dopiero co włączył się do walki ze swoimi zaklęciami, spojrzał na nią z naganą i spróbował zatrzymać, ale dziewczyna tylko wyminęła go szybko. Ariv krzyknął coś do niej, ale nie usłyszała wiele poza swoim własnym imieniem. Zapewne było to coś o tym, żeby się nie mieszała. I tak by to zignorowała.
Właściwie to nawet nie pomyślała, żeby wspiąć się po łuskach, tak jak to zrobiła Vaila. Nie wiedziała dlaczego, ale wydawało jej się, że może się uda, więc kiedy tylko znalazła się w cieniu smoka, podskoczyła. Po prostu podskoczyła, wkładając w to całą pozostałą w jej nogach siłę. Nie była do końca pewna, czy to wiatr nagle ją poniósł, czy może zrobiła to całkiem sama, ale poleciała naprawdę wysoko, wiele wyżej niż normalnie powinna. I wylądowała na grzbiecie, ślizgając się. Stanęła tuż obok Vaili, która wytrzeszczyła na nią oczy.
— Jak ty to...? — zapytała, na chwilę zapominając o tym, że właśnie walczy z przerażającym potworem, na którego plecach siedzi. I właśnie tę chwilę wybrał sobie smok, żeby stanąć na tylnych łapach i ukazać w całości, jak wysoki teraz jest.
Gdy tylko zaczęła się ześlizgiwać, Ignea szybko złapała się pierwszej łuski, na którą padł jej wzrok. Ale Vaila nie miała tyle szczęścia i zsunęła się w dół. Od upadku uratowała ją noga Ignei, której dziewczyna chwyciła się w panice. Nagle ziemia znalazła się o wiele bardziej w dole niż wcześniej. Nie wiedziała, czy to smok nagle urósł, czy dopiero teraz jej mózg zdał sobie sprawę z niebezpieczeństwa.
— Noga mi zaraz odpadnie! — krzyknęła Ignea, zaciskając zęby z bólu, bo naprawdę mocno czuła, jak Vaila ciągnie ją w dół. Nie była pewna, czy to dziewczyna tak wiele waży, chociaż na to nie wyglądało, czy też przez zmęczenie zdaje się tylko taka ciężka. — Znajdź sobie inne oparcie, bo zlecimy obie!
Palce zaczęły zsuwać się z wyjątkowo śliskiej łuski. Ignea z trudem uniosła wolną rękę i spróbowała znaleźć jakiś inny punkt do podtrzymania się, ale niewiele mogła zrobić. A gdy w końcu udało jej się złapać kolejnej łuski, pierwsza ręka ześlizgnęła się i Ignea znalazła się w niemal tak samo beznadziejnej pozycji co wcześniej, tylko po prostu zmieniła rękę.
Vaili w tym względzie poszło zdecydowanie lepiej. Znalazła oparcie i w końcu puściła nogę Ignei, a potem zaczęła się wspinać, używając lekko odstających łusek, które jakimś cudem wypatrywała bezbłędnie. Nie przeszkadzało jej to, iż smok cały czas się porusza, starając je z siebie zrzucić, jak natrętne pchły. Wręcz przeciwnie, zdawało się, że to tylko jej pomaga.
Może on też to wyczuł, jakoś instynktownie, bo nagle gwałtownie znieruchomiał i wygiął się do tyłu. Vaila poślizgnęła się i upadła w dół, wymachując przy tym rękoma, jakby mogła dzięki temu polecieć. W ostatniej chwili Ekari pochwycił ją w sieć magii i sprawił tym samym, że upadek nie okazał się śmiertelny. Ignea jednak nie spadła, choć ledwo się trzymała, co było trochę dziwne. Krzyczeli coś do niej, ale do jej uszu dobiegały tylko szumy.
Smok znów ryknął, zagłuszając ich i zamachał skrzydłami, wywołując przez to potężny podmuch, który zachwiał drzewami w promieniu kilku kilometrów. A potem po prostu wzbił się w powietrze, odganiając ogonem denerwujące go istotki. Ignea przylgnęła do jego grzbietu, jakby od tego zależało jej życie, bo w sumie tak też było. Spojrzała za siebie, żeby zobaczyć przerażone twarze, ale niemal natychmiast znów przytuliła się do zimnych łusek i wbiła pomiędzy nie palce. Z każdą chwilą smok wznosił się coraz wyżej i wyżej, a ona wiedziała, że upadek z takiej wysokości na pewno skończyłby się śmiercią, nie chciała więc tym ryzykować. Czuła jak pod nią wibrowały jego łuski, kiedy wydawał z siebie niechętne i nieco zmęczone pomruki.
W końcu przestał się wznosić, wywołując u niej mdłości. Rozłożył szeroko swoje nietoperze skrzydła i zaczął szybować, unosząc się na wietrze, który akurat złapał. Ignea odważyła się przesunąć lekko, bardzo ostrożnie i spojrzeć w dół. Nie bała się wysokości, wiele razy wspinała się na naprawdę wysokie drzewa i budynki, ale tak wysoko nie była jeszcze nigdy. Serce nagle zabiło szybciej, o wiele za szybko. Nie była pewna, czego to był wynik — przerażenia czy też raczej zachwytu.
Nawet z tak wysoka, Puszcza wyglądała na przeogromną. Teraz, gdy drzewa powoli zaczynały zrzucać swą zieleń i na Wietrzną Porę przyoblekać się w inne kolory, doskonale było widać, czemu to przepiękne miejsce nosi nazwę Złotej Puszczy, a nie na przykład zielonej czy brązowej. W promieniach słońc żółte liście mieniły się i skrzyły niczym najprawdziwsze, czyste złoto. Niektóre, nieliczne drzewa ubrały się już w czerwień i wyglądały, jakby płonęły. Cóż, część z nich na pewno płonęła, ale były to drzewa, które zostawili za sobą. Tuż przed rozpoczęciem się na dobre Wietrznej Pory, wszystkie przybiorą właśnie taki ognisty kolor, żeby las mógł „spłonąć”, jak to się czasem żartobliwie wśród fiorów mówiło, a potem odrodzić się na nowo wiosną.
W dali Ignea dostrzegła góry, wyglądające na wyjątkowo małe z takiej odległości, a potem było coś, jakby błysk oceanu. Nigdy nie widziała oceanu, więc co do tego akurat nie mogła być zbyt pewna, ale raczej nie cały błękit, rozciągający się po horyzont, musiał być koniecznie tylko niebem. W dole dostrzegła kilkanaście mglistych chmurek, ale zbyt dużo ich nie było. Choć działo się tyle złych rzeczy, pogoda tego dnia była przyjemna, miła, słoneczna i niewiele było chmur. Widocznie ten dzień był kiepski tylko dla ludzi i fiorów, sunni musieli czuć się świetnie, a ich jasność rozjaśniała pogodę.
Ignea spojrzała w drugą stronę, nieco na zachód i dostrzegła granicę między Vittą a Krainami Pokoju. Widać ją było bardzo wyraźnie, bo w pewnym momencie drzewa po prostu się kończyły. Z góry wydawało się, że Miasto Kwiatów jest niepokojąco blisko ziem ludzkich, choć w rzeczywistości było daleko. Jednak nie dało się zaprzeczyć faktowi, jakoby z Miasta Kwiatów było bliżej do pierwszej małej ludzkiej wioski, niż do któregoś z miast Vitty. Nawet do osad mirianów było dalej.
Ciekawość powoli zaczęła ją zżerać. Właściwie nigdy nie wyszła poza Złotą Puszczę. Była kiedyś na wycieczce w górach razem z rodziną, ale to było bardzo dawno, ledwo to pamiętała, a nawet wtedy trzymali się z daleka od granicy Puszczy. Góry także do niej częściowo należały, tak jak jedno długie wybrzeże, choć w pobliżu wody robiła się podejrzanie dziksza. Podobno nawet pod wodą dalej rosły tam drzewa i nie zamierzały się wynieść, ale Ignea raczej w to wątpiła.
Chciała się przyjrzeć bliżej i polecieć bardziej na zachód, zobaczyć to wszystko i poczuć, ale jej smoczy brat miał najwyraźniej zupełnie inne plany, a mianowicie zamierzał się rozbić na jakimś dzikim pustkowiu. Zachwiał się nagle, omal nie zrzucając przy tym Ignei, która w dosłownie ostatniej chwili znów złapała się jakiejś łuski. Smok zaczął panicznie machać skrzydłami, usiłując utrzymać równowagę, ale wiatr zwrócił się przeciw niemu. Zaczęli się zniżać trochę zbyt szybko, a na dodatek stwór robił się mniejszy z każdą minutą. Prychnął i kichnął. Kichnął nie tak, jak powinny to robić smoki, ale raczej już bardziej tak, jak robili to fiorzy.
Ignea spojrzała w dół i zobaczyła, że właściwie lecą już niemal na poziomie koron drzew. Wzięła głęboki oddech, jakby zamierzała skoczyć do wody i zanurkowała w toń zielonkawych oraz pożółkłych już liści. Odbiła się o kilkanaście gałęzi, zanim w końcu jakimś cudem udało jej się złapać jedną z nich i zatrzymać się dyndając w powietrzu. Dyszała przy tym ciężko.
W pobliżu rozległ się trzask, jakby coś wielkiego również przebiło się przez gęstwinę i upadło głośno, a potem nastały tylko jęki pełne bólu. Ignea bardzo ostrożnie zaczęła schodzić, a było to tym trudniejsze, że była kompletnie obolała, jednak po chwili w końcu znalazła się na dole. Jej stopy chyba po raz pierwszy w całym jej życiu cieszyły się, że znów znajdują się na stałym gruncie.
— Et? — rzuciła pytanie w przestrzeń, rozglądając się przy tym dookoła. Odpowiedziało jej stłumione stęknięcie. Skierowała się więc w stronę, z której ono dochodziło.
W plamie światła i liści, przykryty sporą ich warstwą, leżał jej brat, już całkowicie w swojej zwyczajnej postaci, o ile tak można ją w ogóle było nazwać. Przynajmniej takie miała podejrzenie, bo spod liściastego kosa widać było tylko czarne włosy i bladą dłoń. Obok niego leżało drzewo, które musiało spaść dokładnie przed chwilą, bo wyglądało jeszcze na żywe. Zapewne sam je zrzucił, kiedy zaplątał się w jego gałęziach.
Ethereal znów jęknął i jego głowa w końcu wydobyła się spomiędzy liści. Zamrugał sennie i spojrzał na Igneę, mrużąc oczy, jakby nie był do końca pewien, czy zna stojącą przed nim osobę.
— Ty kretynie! — wykrzyknęła, podchodząc do niego i kucając, żeby zrównać swoją twarz z jego przynajmniej częściowo. Nie zamierzała kłaść się na ziemi. — Mogłeś się zabić! Pomyślałeś w ogóle o tym?! Co to miało właściwie być?! Jakiś cyrk?! Nic ci nie jest?
— Ja... Nie zrobiłem tego umyślnie — powiedział, cały czerwony na twarzy jak burak. Opuścił głowę i zaczął mamrotać w stronę trawy, najwyraźniej nie chcąc przy tym patrzeć Ignei w oczy. Albo pokazywać zbyt długo swojej twarzy, bo wyglądała wyjątkowo koszmarnie. — Nie chciałem tego. Naprawdę! Ale jakoś tak samo wyszło, kiedy sobie pomyślałem... no... ja...
— Dobra, weź, już nie mów — prychnęła Ignea, słysząc jego jąkanie. Wyprostowała się i podała mu wyciągniętą dłoń. — Wstawaj, musimy wracać. Swoimi wyczynami zbudziłeś chyba całą Złotą Puszczę, a przynajmniej większą jej część, a nie chcemy przecież, żeby nagle wszyscy się do nas zlecieli.
Zrobił się jeszcze bardziej czerwony, o ile to w ogóle było możliwe. Ta czerwień dziwnie wyglądała w połączeniu z jego czarnymi włosami.
— E, tylko że widzisz... a raczej nie widzisz... — zaczął, coraz bardziej zmieszany. Nie pamiętała, żeby kiedykolwiek aż tak bardzo plątał mu się język. — Ten tego... jak się tylko zmieniłem... stałem tym ogromnym smokiem... naprawdę ogromnym... no to... Ubranie mi poszło w strzępy.
Ignea uniosła brwi i skrzywiła się malowniczo. Cofnęła się o krok i zaczęła odwiązywać z rąk kawałki materiału przesiąknięte jej krwią, które służyły jej dotąd za bandaże. A potem po prostu zdjęła swój ukochany płaszcz i rzuciła go w twarz bratu. Odgarnął go i zaczął się podnosić.
— Stój! Nie mam zamiaru cię oglądać! Fuj! — powiedziała i odeszła kolejne kilka kroków do tyłu, po czym ostentacyjnie odwróciła się do niego plecami. Usłyszała jego mamrotanie, ale zignorowała je.
— Taka odważna i mądra dziewczyna, z mojej siostry — mruknął z lekkim rozbawieniem Ethereal, a szelest na chwilę przerwał jego wypowiedź. Odetchnął głęboko i zachichotał. — A boi się nagości. No kto by pomyślał?
— To, że nie mam ochoty cię oglądać, jeszcze nie znaczy, że się boję — warknęła Ignea ze złością, powstrzymując odruch, żeby się obrócić i spiorunować go wzrokiem. — Ubieraj się tam szybciej, nie mamy całego dnia, żeby pan idealny wystroił się jak na jakiś bal.
— Nie no, tak czysto teoretycznie to mamy — odpowiedział jej, wciąż śmiejąc się cicho pod nosem, ale chwilę później nagle przestał i westchnął. — Jak to jest, że ten płaszcz jest za duży nawet na mnie? Poszerzyłaś go ostatnio jakoś czy coś? Czuję się w nim jak idiota.
— Może dlatego, że nim jesteś. To nie ja co chwilę zmieniam się w jakieś dzikie stworzenia z piekła rodem i tratuję wszystko, co mi tylko stanie na drodze.
— Ty nie musisz się zmieniać, żeby tratować wszystko na swojej drodze — zauważył Ethereal, podchodząc do niej.
Rzeczywiście wyglądał okropnie w tym płaszczu i, prawdę mówiąc, trochę też zabawnie, zwłaszcza w połączeniu z akurat jego osobą. Włosy miał rozczochrane, kierujące się w każdą stronę, co wyglądało komicznie. Pod oczami miał wory, a same oczy były jakieś mniejsze niż zwykle. Może ze zmęczenia, a może nie umiał im wrócić całkowicie normalnego wyglądu. Szary kolor zupełnie mu nie pasował, nawet z błękitnymi dodatkami. W jakiś sposób płaszcz sprawiał, że Ethereal był większy. A może to też były jakieś jego efekty po przemianie. Ignea skrzywiła się. Nie, o tym akurat nie chciała myśleć.
— Kiedy wrócimy, sam własnoręcznie mi go wypierzesz. A jak go rozedrzesz, to będziesz wracał też sam! Rozumiemy się?
— Weź, przecież ten płaszcz i tak już jest zniszczony. Zamiast tego mogę ci potem w zamian oddać więcej MOICH ubrań — prychnął, wskazując na jej czerwoną bluzkę, również zbyt dużą na Igneę, jak wszystkie jej ubrania. — Skąd ty w ogóle wzięłaś tę bluzkę? Wyrzuciłem ją!
— No właśnie. Chciałeś zmarnować tyle dobrego materiału! Więc jak ty jej już nie potrzebowałeś, to ja ją sobie zabrałam. Jest nawet fajna. Co w tym takiego złego?
— Może to, że łazisz w moich ciuchach?
— Też łazisz w moich ciuchach, więc sobie daruj wykład, który chciałeś zacząć. Poza tym mamy ważniejsze sprawy na głowie niż gadanie o ciuchach! Może nie zauważyłeś, ale wpakowałeś nas gdzieś bardzo daleko od Miasta Kwiatów, gdzieś w głąb Złotej Puszczy i nawet ja nie mam teraz pojęcia, gdzie jesteśmy!
— Też mi coś, zapytajmy po prostu Naturę — powiedział z lekką drwiną i podszedł do pierwszego lepszego drzewa, przykładając dłoń do jego kory. Zawsze najłatwiej mu było się łączyć z drzewami i to właśnie przez dotyk. Ignei wystarczyły myśli, chociaż przy tym celowała też raczej w mniejsze rośliny. Im coś większe, tym większego połączenia potrzebowało.
— To się nie uda. Natura nie odpowiada — mruknęła, przystając i patrząc na niego, ale Ethereal zupełnie ją zignorował, nadal próbując nawiązać połączenie z drzewem.
Przyjrzała mu się uważniej. Chociaż wyglądał niemal tak samo, jak dawniej, wciąż dostrzegała na jego twarzy coraz to nowsze, malutkie zmiany. Rysy miał jakby bardziej wyostrzone. Źrenice powoli traciły swój okrągły kształt i zaczęły się zwężać, jakby chciały zamienić się w kocie szparki. A jaskraw błękitne oczy, które w sumie i tak były już wystarczające jasne, zdawały się robić coraz jaśniejsze. Może jej się tylko zdawało, może zawsze akurat takie były, ale nie dałaby za to głowy. To było niepokojące uczucie. Pewnego dnia mogła na niego wpaść i w ogóle go nie poznać, bo zmieni się za bardzo.
Ethereal przez chwilę stał nieruchomo, wpatrując się w drzewo, jakby to był największy cud świata, zupełnie nie zdając sobie sprawy z czarnych myśli siostry. Pod jego palcami rozbłysło światło. Jednak jak szybko się pojawiło, tak również szybko znikło. Ethereal syknął przez zęby i szybko cofnął rękę. Wewnętrzna strona dłoni była cała pokryta jakąś dziwną kleistą brązowawą substancją, która musiała wziąć się z drzewa.
— To parzy — poskarżył się jak małe dziecko, które właśnie odkryło, że dotknięcie rozpalonego do czerwoności żelazka nie było jego najlepszym pomysłem. Pomachał dłonią, ale czymkolwiek by to nie było, nie zamierzało puścić. Ignea rzuciła bratu drwiące spojrzenie.
— Przecież mówiłam, że Natura nie odpowiada. Widocznie się obraziła, kiedy tak sobie zacząłeś rozwalać Złotą Puszczę. Więc teraz pewnie jest na ciebie zła.
— To krew — mruknął Ethereal, przyglądając się z zainteresowaniem swojej ręce i ignorując słowa siostry. — Ale nie moja, moja jest niebieska. Ani nie ludzka, tamta jest czerwona. Ta jest brązowa, więc to jest krew drzewa.
— Zraniłeś je! Zresztą nie tylko je, zraniłeś ich już dzisiaj wiele. Chodź tutaj, musimy znaleźć drogę powrotną, zanim zdążysz rozwalić jeszcze więcej. Puszcza długo nie wytrzyma twojego towarzystwa.
— Przecież nie zrobiłem tego umyślnie...
— Tak, ale zrobiłeś.
Ignea złapała go za czystą rękę i pociągnęła za sobą, kierując się w losowo wybraną stronę, która wydawała jej się właściwa. Ethereal nie mógł za bardzo zaprotestować i właściwie nie chciał tego robić, więc dał się poprowadzić siostrze. W końcu już bardziej zgubić się nie mogli.

~~*~~


— Czy smoki nie wyginęły? — zapytała Vaila, odgarniając blond włosy z twarzy. Jej oczy płonęły morderczo, a Vol zaczął się zastanawiać, czy aby wszystkie kobiety wśród fiorów są takie agresywne, czy to tylko on ma pecha i wpada na te najgorsze z najgorszych.
On sam właściwie nie brał jako takiego udziału w walce. Stał tylko z boku i starał się jakoś pomagać, ale nie za bardzo mu to szło. Smok był ostatnim, co spodziewał się zobaczyć. Lista zaczynała się na ludziach, przechodziła przez wściekły tłum fiorów, który go odkrył, a kończyła się na naprawdę dzikich stworach, jakie mogły się ukrywać we wnętrzu puszczy. Ale żeby smok? Oczywiście Ariv wcześniej wręczył mu jakąś broń — nie było żadnej procy na kamienie — i próbował pokazać, jak owa broń działa, ale nie wychodziła mu ta pomoc, kiedy jego uczeń był całkowicie niewidzialny. Na dodatek, kiedy tylko Vol wziął w dłoń broń, ta również zniknęła, stając się częścią jego zaklęcia. Nie bardzo wiedział, jak ma celować, nie widząc, gdzie dokładnie celuje. Poza tym taka broń nie leżała w jego ręku, w sumie jak każda. Nienawidził jej, zwłaszcza broni palnej. Za dużo się ich naoglądał w swoim życiu.
— Nie powinnaś wierzyć we wszystko, co wygadują czasem starsi — prychnął Ariv z wyższością. Vol spędził z nim wystarczająco długą chwilę, kiedy przedzierali się przez dzicz, że zdążył się już domyślić, iż takie zachowanie dla tego fiora jest akurat całkiem naturalne. To nie pomogło mu w układaniu dobrej opinii na jego temat, nawet jeśli się starał. — To prawda, kilkanaście lat temu smoki były praktycznie na wymarciu. Jakaś zaraza chyba je zdziesiątkowała, ale nie jestem całkowicie pewien. Ale to też potężne istoty, teraz znów zaczynają się panoszyć po świecie, jakby były jego panami. Jeden najwyraźniej uznał, że przylecenie tutaj i zniszczenie kawałka Złotej Puszczy to dobry pomysł.
— A niby po co jakikolwiek smok miałby coś takiego robić? — warknął Kayl, wyrażając na głos myśli Vola. Ten strażnik akurat wydawał się w porządku, w przeciwieństwie do swojego kolegi z pracy. — Przecież to jest zupełnie pozbawione sensu. Poza tym... smoki też są przecież związane z Naturą. Nie... nie niszczyłyby jej tak po prostu, bo im się nagle zachciało.
— Głupi jesteś, że w to wierzysz. Smoki zawsze wszystko tratowały i niszczyły, tak po prostu mają wpojone do mózgów. No i poza tym była ta Wielka Wojna, co spiskowały z mirianami nad obaleniem nas.
— Nie mam pojęcia, kto ci naopowiadał takich bzdur — warknął Kayl, stukając się w głowę i wyrażając tym samym swoje zdanie na temat zdrowia psychicznego Ariva. — To pewnie przypadek, że ten smok się tutaj znalazł. Był zdezorientowany, nie widzieliście? Nie powinniśmy go zabijać — dodał, z jakiegoś powodu rzucając przy tym karcące spojrzenie Vaili, która przybrała w odpowiedzi wojowniczą pozę.
— Zwariowałeś?! — krzyknął na niego Ariv, wytrzeszczając swoje oczy. — Smoki są dzikie i nieokiełznane, nie da się z nimi nijak rozmawiać! Poza tym na mocy Paktu one też nie mają wstępu do Złotej Puszczy i dobrze o tym wiedzą!
— Ale ty nie jesteś sędzią i nie możesz go zabić! — Głos Kayla brzmiał coraz głośniej z każdym wypowiedzianym słowem, ale jakimś cudem chłopak nadal jakby zachowywał spokój. — On może nie ma prawa tutaj przebywać, ale ty nie masz prawa go za to osądzić i skazać!
— A więc tego człowieka też pewnie chcesz zostawić? — prychnął Ariv, podchodząc do wciąż leżącego na ziemi Deyla, który wyglądał tragicznie. Fior trącił go stopą z najwyższą odrazą na twarzy. Kayl spojrzał na dowódcę i skrzywił się.
— On chyba i tak już nie żyje — zauważył cicho, przyklękając przy mężczyźnie i sprawdzając mu puls. Pokręcił głową. — Ten cały wiatr władował go na drzewo. Zdziwiłoby mnie, jakby nie miał połamanych kości. Ale on już nie oddycha.
Vol powoli podszedł do niego i również przyjrzał się Deylowi. Jego skóra wydawała się dziwnie czerwona, ale może miało to związek z tym, że ostatnio widywał głównie samych fiorów, a oni wszyscy byli tacy lekko niebiescy, jakby bladzi. Na ustach zamarł słaby uśmiech, co zaniepokoiło nieco Vola. Kto by się cieszył w obliczu śmierci? Chyba tylko szaleniec albo też ktoś, kto miał plany... Ale Kayl miał rację, ten człowiek już nie żył. Nie oddychał.
— Co nas to obchodzi? — warknął Ariv, przerywając ciszę, która nagle zapadła. — Sam się w to wpakował! Trzeba mu było nie zadzierać z fiorami. To jego wina. Złamał postanowienia Paktu i za to zapłacił.
— Zapłacił krwią — zauważył Kayl z niepokojem, rozglądając się przy tym dookoła. — To źle. W Złotej Puszczy każda przelana kropla krwi znaczy... coś złego.
Vol miał nieprzyjemne wrażenie, że fior zamierzał powiedzieć coś gorszego, ale w ostatniej chwili się od tego powstrzymał i ubarwił swoje słowa. Nie spodobało mu się to. Wolałby wiedzieć, jeśli czekało ich coś tragicznego, jak na przykład śmierć. Albo jakaś straszliwa klątwa.
Odwrócił wzrok i wtedy dostrzegł kątem oka jakieś poruszenie. To jeszcze bardziej mu się nie spodobało. Spojrzał w tamtą stronę i serce wręcz podeszło mu do gardła, gdy zobaczył żołnierzy, przemykających cicho między drzewami i chowających się w cieniach. Wykorzystali zamieszanie panujące w tamtej chwili na polanie i zaczęli ich okrążać. Grupkę, zupełnie nieświadomą czyhającego tuż obok zagrożenia. Vol wyprostował się nieco i spojrzał w przeciwną stronę, ale było za późno na myśli o ucieczce. Żołnierze byli już wszędzie dookoła. Jęknął cicho.
Ariv i Kayl za to nadal się kłócili i przekrzykiwali, nieświadomi obecności całego oddziału. Nie wiedzieli nawet, że ich sytuacja jest o wiele gorsza, niż sami przypuszczali.
— Mam gdzieś twoje przeczucia, nie sprawdzają się — wytknął Ariv koledze, pstrykając go w nos. — Ostatnio, kiedy wydawało ci się, że coś się dzieje, utknęliśmy na cały tydzień w tej głupiej, popadającej w ruinę hali! Myślisz, że to fajnie siedzieć przez tydzień w hali i żywić się powoli gnijącymi kanapkami?
— Po prostu boisz się przyznać, że tym razem mam rację! — odkrzyknął mu Kayl, odpychając go od siebie. — Przecież tylko wielki pan i władca Ariv może mieć rację! Nie, nie możemy zabić tego smoka i ty dobrze o tym wiesz! Więc tego nie zrobimy! Może lepiej chodźmy go znaleźć, zanim zabije tę twoją przyjaciółeczkę.
— Właśnie — wtrąciła się ze złością Vaila, stając pomiędzy nimi. A że miała w dłoni ostre coś, wyglądające jak bumerang i świecące jaskrawo, obaj od razu się od niej odsunęli. — Stoimy tu i się gapimy, jak skaczecie sobie do gardeł, ale zapominacie chyba o tym, że to COŚ zabrało ze sobą Igneę! Przecież trzeba ruszać!
— Co ona właściwie tu robiła? — zapytał Vol, a po chwili zdał sobie sprawę, że wypowiedział swoją myśl na głos. No i przecież niejako przyznał się właśnie, że znał Igneę, chociaż w sumie Ariv mógł się już tego domyślić. Na szczęście nikt nie uznał pytania za dziwne. Strażnik prychnął z pewną drwiną.
— Zawsze się tu włóczy — stwierdził, jakby to była najnormalniejsza rzecz pod słońcem. Przy okazji też poprawił sobie włosy. — Pewnie trafiła na tego stwora i chciała sama go załatwić. Samosia jedna. Czasem ma się jej dość.
— No to, co on tutaj robił? — odezwała się Vaila, wskazując na ciało Deyla, wciąż rozciągnięte na kamieniach. Oprócz Kayla nikt nie ważył się go dotknąć. — To jest CZŁOWIEK. Co, tak po prostu się natknął na Igneę i smoka? Przecież jak człowiek widzi smoka, to ucieka, a nie do niego przychodzi. To podejrzane.
— Nie ma co teraz tego roztrząsać i tak niewiele się dowiemy, zadając tylko pytania — włączył się do rozmowy Ekari, który dotąd tylko stał z boku i właściwie nic nie robił. — Teraz ważne jest, żeby ich znaleźć. Po tych lasach nadal włóczą się ludzie, to niebezpieczne przychodzić sobie tutaj tak na schadzki i zatrzymywać się, żeby sobie pogadać. Dość kłótni! Ruszajmy się, zanim ktoś nas tu znajdzie.
— Za późno — wydusił z siebie piskliwie Vol, cofając się.
Żołnierze zaczęli wychodzić ze swoich kryjówek i wkraczali wolno na polanę, już wcale się nie kryjąc. Pojawili się z każdej strony, tworząc luźny krąg, ale i tak nie dałoby się przez niego przebić. Każdy z nich trzymał strzelbę, jakby wybrali się na poważnie polowanie, a nie zwykły spacerek. A może to nie były strzelby. Ostatnio wojsko tyle eksperymentowało z bronią, że to mogło być cokolwiek.
Vol cofał się, aż w końcu natrafił na plecy maga i dalej do tyłu iść już nie mógł. Wszyscy razem zbili się w małą grupkę pośrodku, pełną przerażonych nastolatków, z jednym starcem, który nie był do końca zdrowy na umyśle. Nie mieli żadnych szans, zostali zaskoczeni. A choć mieli ze sobą broń, Vol nie sądził, by na wiele się zdała. Wystarczyłby jeden strzał z ich strony i cała grupa padłaby trupem.
— Rzućcie broń — warknął któryś z żołnierzy, a Vol przeniósł na niego wzrok i skupił się na niej. Wszyscy oni mieli na twarzach jakieś dziwne maski, ale chłopak i tak miał wrażenie, że rozpoznaje kilku z nich, choćby i tego nowego przywódcę. Skąd on ich znał? Zapadła cisza, po czym żołnierz powtórzył: — Rzućcie broń albo zastrzelimy was wszystkich! No już!
Wszyscy go posłuchali. Wszyscy poza Volem, który wciąż wpatrywał się w dowódcę, próbując zgadnąć, kim on jest. Gdzieś na dnie jego pamięci znajdowało się imię, znajdowały się nawet jakieś poważniejsze informacje, ale nijak nie mógł ich wyciągnąć, zmusić do wyjścia. „No dalej, ty głupi mózgu. Działaj!”. Ale mózg nie chciał go słuchać, zbyt zajęty próbami przyswojenia sobie myśli, że jego właściciel zaraz prawdopodobnie umrze. Przeszedł kiedyś przez coś podobnego i nie chciał tego powtarzać.
— No i ładnie, nie można było tak od razu? — Przywódca machnął ręką i jego towarzysze opuścili jednocześnie swoją broń, ale widać po nich było, że w każdej chwili znów ją podnieść w błyskawicznym tempie i zacząć strzelać. Żołnierz wystąpił z kręgu i podszedł do Deyla, wyraźnie go rozpoznając. Spojrzał na mężczyznę z najczystszą odrazą. — W sumie to nawet mnie cieszy fakt, że się go pozbyliście. Zaczynał już wszystkich irytować tymi swoimi pomysłami. Tyle mieszania we wszystkim wszystkiego i w ogóle. No, ale skoro już tu jesteśmy, to przejdźmy od razu do sedna sprawy. Ja was teraz grzecznie poproszę o to, żebyście mi wskazali Przejścia i je otworzyli, a w zamian puszczę was wolno i nikt nie będzie miał problemów. To uczciwa propozycja, prawda? Magu, nawet nie próbuj tych swoich sztuczek.
Vol przez chwilę miał dziwne wrażenie, że chodzi o niego i chciał rzucić się na ziemię, odrzucić pistolet od siebie i błagać na kolanach o przebaczenie, byleby tylko go nie zabijali. Zdał sobie jednak szybko sprawę, że do maga mu bardzo daleko, poza tym wciąż nie było go widać i żołnierze z jego obecności raczej nie zdawali sobie sprawy. Vol odwrócił się nieznacznie w stronę Ekariego, którego twarz jakby nagle straciła wyraz. Dowódca podszedł do niego i zmierzył Władcę Pogody spojrzeniem, w którym nie było ani odrobiny uczuć. A gdy tylko to zrobił, Volowi nagle przejaśniło się w głowie i ogarnęła go zgroza. Znów miał ochotę paść na kolana i błagać.
„Nie powinieneś się zbliżać do wojowników”, powtarzała mu mama za każdym razem, gdy widywali jakiegoś na ulicy, chociażby w oddali. A potem, dyskretnie i ostrożnie, wymijali takich szerokimi łukami, często nadkładając przy tym drogi. Bez powodu tego nie robili, nie mogli się narażać. „To są złe osoby i oznaczają wielkie kłopoty. Oni nie są tacy jak ty czy ja. Nigdy się do nich nie zbliżaj, jeśli nie powinieneś tego robić. A nawet wtedy bądź gotów do ucieczki”.
Kiedyś, jako małe dziecko, rozumiał to zupełnie inaczej. Uważał, że to po prostu bardzo źli ludzie, niesprawiedliwi, których zupełnie nie obchodzi ludzka krzywda, a nawet gotowi są ją zadawać. Nie lubił krzywdy, więc ich omijał i unikał, kiedy tylko się dało. Jednak gdy podrósł i przyjęto go na posadę „kuriera” u Deyla, został zmuszony do zrewidowania swoich poglądów na ten temat. Owszem, była część ludzi, którzy sami się do tego zgłosili, chcąc mieć wysoką pozycję i móc pogardzać innymi, tymi gorszymi, być na samej górze. Ale wielu też zgłosiło się z nadzieją, że może uda im się pomóc słabszym i zaprowadzić porządek. Za to największa część została po prostu siłą wcielona do armii i Vol zawsze dziękował losowi, że w tej części nie znalazł się również on.
Nie chciał wiedzieć, jak takie osoby zostały zmuszane do posłuszeństwa, nie chciał nawet o tym myśleć, ale niestety przypadkiem się dowiedział. Zawsze miał zbyt wielkie uszy i słuchał zbyt wielu rzeczy, głównie dlatego też nadawał się do pracy, do której go wzięli. Pamiętał, jak wydawało mu się dziwne, kiedy mama powiedziała „złe osoby”, a nie „źli ludzie”, jak to miała przecież w zwyczaju. A potem już wiedział czemu. Bo te istoty zwyczajnie przestawały być w pełni ludźmi. Jakaś cząstka człowieczeństwa, mała, malutka, naprawdę tycia, mogła w nich pozostać, ale te RZECZY z wypranymi mózgami, zamiennymi częściami, podmienioną krwią... niedobrze mu się robiło, jak sobie o tym przypominał.
A teraz był zmuszony na nowo przywoływać te wspomnienia, które miały pozostać na dnie pamięci, nietykane przez całe jego życie. Ten pamiętny dzień, kiedy siedział w biurze, za swoim biurkiem, nafaszerowany kofeiną i próbował odkodować jakąś nudną wiadomość, którą ukradł od konkurentów. Wtedy też w drzwiach gabinetu ktoś stanął. Z początku Volowi wydawało mu się, że to po prostu jakiś zwykły człowiek, no bo czego miałby się spodziewać? Przerażający i ogromny, ale zwykły, jeśli zwykłymi można nazwać osoby pokroju tych, które zwykłe odwiedzały jego szefa. A potem ten sam gość wszedł do środka i Vol zmusił się całą siłą swej woli, by nie krzyknąć, czy uciec z wrzaskiem albo wyskoczyć przez okno. Zachował całkowicie kamienną twarz, czego się nauczył w swojej pracy, ale nie oznaczało to wcale, że przestał czuć strach.
Ten człowiek... nie, już nie człowiek. Istota, bo człowiekiem nie można było tego nazwać, choć nawet częściowo na niego wyglądał. Miał ciemną skórę, ale nie w sensie ciemnego odcienia brązu, raczej bardzo mocnego koloru szarości, zaś spod tej właśnie szarości wyzierały fioletowe żyły, wypełnione jakimś płynem wątpliwego pochodzenia. Właściwie wyglądało to bardziej na sztuczne rurki umieszczone niewprawnie pod skórą, niżeli na prawdziwe ludzkie żyły i zapewne tym właśnie były.
Ale najbardziej ze wszystkiego szokowała jego twarz. Nie miał warg, tylko jakąś wąską kreskę, a gdy pokazał zęby, w czymś, czego nie można było nazwać ani uśmiechem, ani grymasem, ich biel aż oślepiła Vola. Głowa miała podejrzany kształt wydłużonego trójkąta. Jednak najmocniej przyciągały oczy, a raczej to, co kiedyś musiało nimi być. Dwie czarne dziury bez wyrazu tkwiły w nieszczęsnej twarzy, ukazując tylko i wyłącznie pustkę.
A potem doznał dreszczu, gdy ten nieznajomy zmierzył go spojrzeniem. Niczego nie powiedział, wysyczał tylko coś cicho, niekoniecznie w żadnym ludzkim języku, po czym bez słowa zniknął w gabinecie Deyla. Vol nawet go nie powstrzymał od wejścia. Po prostu siedział cały czas na swoim miejscu, nagle wrośnięty w swój fotel i nie miał odwagi wykonać ani jednego ruchu, tak bardzo zżerało go przerażenie, przed tamtą istotą.
Poprawieni genetycznie. Ulepszeni, bo tak właśnie ich nazywano w wyższych sferach. Byli szybsi, zwinniejsi, bardziej odporni na rany niżeli zwykli, szarzy ludzie. Mieli bardzo czuły węch, słuch, dotyk. Mogli działać siłą umysłową, która chyba była jakimś słabszym rodzajem magii, ale nie mógł być do końca pewien. Vol wolał jednak nazywać ich Zdegradowanymi, bo mieli wady, które całkowicie tratowały w jego statystykach wszystkie te fantastyczne zalety — usunięto z nich wszystko, co czyniło ich ludźmi, a pozostawiono coś na wzór robotów, myślących tylko o celach swych dowódców. Emocje, uczucia, pragnienia, własne myśli, własne zdanie — dla nich nie istniało. Nigdy dłużej.
Tyle że jako wrogowie byli bezlitośni. I właśnie stali, otaczając grupkę osób, w której Vol również się znajdował. Nie było ważne, co by dla nich zrobili, jakby się przy nich zachowywali i co zamierzali. Zdegradowani zwrócili na nich uwagę i to większą uwagę, niż zwykle zwracali na cokolwiek. Równie dobrze Vol mógłby sam sobie wykopać trumnę i do niej wskoczyć, pozwolić się zasypać. Wyszłoby coś podobnego.
— Nie pomożemy ci — rzekł Ekari, głosem pełnym pogardy, prostując się przy tym, choć czubek jego wysokiego kapelusza ledwo sięgał tak wysoko, co stojący przed nim dowódca. Żaden człowiek o zdrowych zmysłach nie zwróciłby się w taki sposób do Zdegradowanego, ale Ekari nie był ani człowiekiem, ani też od samego początku nie wyglądał na takiego, coby miał równo pod sufitem. — To nie jest uczciwa propozycja. Nie obchodzą mnie wasze cele. I nie mów tak, jakbyśmy byli twoimi przyjaciółmi, bo nimi nie jesteśmy i z całą pewnością nie zostaniemy.
— Zawsze można użyć mniej uprzejmych metod — zauważył żołnierz, lekko rozbawionym tonem, jakby czekał na kolejny sprzeciw. Władca Pogody też musiał to zrozumieć, bo zacisnął usta i nic więcej nie powiedział. Ten mężczyzna chciał się tylko zabawić, co tylko bardziej utwierdziło Vola w przekonaniu, że to na pewno był dowódca. Pionki nie miały żadnych uczuć. Dowódcy mieli płytkie i te najgorsze. — No cóż, któreś z was na pewno mi pomoże. Może ty, mały żołnierzyku — rzekł, podchodząc i zwracając się teraz do Ariva, który z jakiegoś powody trzymał karty. O ile Vol zrozumiał, fior był uzależniony od gry w nią. Kolejny minus do listy, dlaczego powinien nie lubić strażnika. — Hazard, wspaniały hazard. Ryzyko, że zginiecie w tym miejscu, jest teraz naprawdę wielkie i nie warto go podejmować, a ktoś taki jak ty musi zdawać sobie sprawę. Jeśli zaś...
— Wolę zaryzykować — syknął Ariv takim tonem, jakby ta propozycja go obraziła. To był typowy głos osoby bogatej i nadętej, która nie chciała sobie brudzić rąk, ale widać było po chłopaku, że użył tego tonu specjalnie. Był przerażony jak wszyscy inni.
— A więc może ten biały diabełek! — Dowódca się nie poddawał, chociaż wrócił do beznamiętnego tonu. To nie wróżyło dobrze. — Diabły nie znoszą siedzenia na uwięzi, wszyscy to wiedzą. Jeden malutki gest i będziesz wolny. Wskaż mi drogę, to obsypię cię wszystkimi skarbami, jakie można znaleźć na tym świecie. W końcu co dla ciebie znaczy reszta tych marnych istot? Nic.
— Chyba pomyliłeś bajki, koleś — warknął Thin, w bardzo nieuprzejmi i „diabli” sposób. Wszyscy wokół grali. Cała ta sytuacja była jednym wielkim przedstawieniem, tylko że działa się naprawdę. — Prędzej diabły nauczą się latać, niż ja choćby pomyślę nad tym, bo pomóc CZEMUŚ takiemu jak ty. A tacy jak ja wprost NIENAWIDZĄ latać. Spadaj!
Krew pulsowała w uszach Vola, niemal zagłuszając wszystko inne. Nie powinien tego robić, w ogóle nie powinien nawet myśleć o robieniu tego, lecz im dłużej słuchał słów Zdegradowanego, tym bardziej miał ochotę mu pomóc i tym bardziej nienawidził się za to. Gdyby ten wiedział, że Vol tam jest, gdyby zwrócił się do niego z propozycją, zwykłym ułaskawieniem, jeśli tylko pomoże, zapewne by to zrobił. Nie chciał, ale zrobiłby to z czystego egoizmu, żeby przeżyć. Ręce mu drżały potwornie, ale uniósł je. Wyczuł palcem spust i bardziej myślą niż wzrokiem namierzył żołnierza.
Nie było słychać huku, ale odrzut uświadomił mu, że wystrzelił, nawet nie zdając sobie sprawy, że to zrobił. Emocje przejęły górę nad rozsądkiem. Jaskrawy pocisk z broni fiorskiej pojawił się w powietrzu, gdy tylko opuścił broń, ale było już zbyt późno, by Zdegradowany mógł się przed nim uratować. Pocisk trafił idealnie w bok jego głowy, tam, gdzie Vol mierzył i rozprysł się, niczym kolorowa bańka mydlana, tworząc zielonkawą plamę na jego skórze.
Vol już miał zacząć uważać, że fiorzy w ogóle nie mają pojęcia, do czego powinna służyć broń, może też chciał pomodlić się po raz kolejny do bogów, dla których wciąż nie miał wiary, kiedy żołnierz wrzasnął przerażająco i upuścił swój karabin, by podnieść dłonie do głowy i dotknąć dziwnej zielonej mazi. Która zaczęła niepokojąco syczeć. Kiedy tylko jego palce się z nią zetknęły, substancja przeszła i na nie, powoli zmieniając fiolet pseudo żył pod skórą na zieleń. To coś dosłownie przenikało i pożerało Zdegradowanego od środka. A ten krzyczał, chociaż Zdegradowani powinni zostać na zawsze pozbawieni odczuwania bólu. On zdecydowanie go wyczuwał i padł na ziemię, targany drgawkami.
W jednej chwili rozpętał się chaos. Vol przysiągł sobie, że już nigdy nie zlekceważy fiorów ani ich zdolności walki oraz tworzenia broni. Gdy tylko ich dowódca upadł i zaczął się dosłownie rozpływać, cała drużyna w tym samym momencie uniosła karabiny i wystrzeliła, jednak wszystkie kule odbiły się od powietrza. Vol domyślił się, że życie zawdzięczają magowi, który błyskawicznie podniósł jakąś magiczną barierę i ich ocalił. Chłopak sam był zbyt oszołomiony tym, co zrobił, żeby zrobić coś jeszcze innego, ale reszta drużyny, która nie była nim, radziła sobie całkiem nieźle.
„Nie zbliżaj się do Zdegradowanych. Nie zadzieraj ze Zdegradowanymi. A już tym bardziej nigdy nie zabijaj Zdegradowanych”. Dzisiaj złamał wszystkie zasady, które sam sobie ustalił, gdy tylko dowiedział się prawdy o tych istotach.
Pewnie by stał tak przez wieczność, pozwalając całej reszcie odwalić brudną robotę, ale właśnie w tamtej chwili poczuł coś dziwnego, jakieś dziwne, nieokreślone zachwianie. Nie czuł czegoś takiego od dawna, co go zaniepokoiło. I w tamtej też chwili Thin krzyknął, głosem strasznie różniącym się od tego drwiącego, jakim wypowiadał się wcześniej. Vol nigdy nie przypuszczał, że jakikolwiek diablik może z siebie wydać tak przeraźliwy dźwięk.
— Kayl!
— Co? — odpowiedział Kayl, odwracając się do niego. Vol również się odwrócił, odzyskując świadomość. Ale Thin nie zwracał na nich ani krztyny uwagi.
Wypadł poza barierę ochronną, a Zdegradowani natychmiast skierowali ogień na niego, uznając go za łatwy cel. Jednak on się tym nie przejął, jakby stał się nagle głuchy na to wszystko. Kule zdawały się śmigać wszędzie, tylko nie w jego kierunku. Nie, to nie było tak, on je omijał! Zupełnie jakby był w stanie przewidzieć, gdzie za chwilę polecą i usunąć się w porę z drogi. Vol słyszał kiedyś, że diabliki mają odrobinę magii, dzięki której mogą naginać nieco rzeczywistość, ale nie uznał tego za przydatną rzecz. Dopiero kiedy zobaczył coś takiego na własne oczy, zdał sobie sprawę, jak nawet mała odrobina może pomóc. Thin dopadł do pozostałych przy życiu żołnierzy i powalił ich na ziemię swoim ogonem. Chwilę później już nie żyli.
Thina to zwyczajnie nie obchodziło. Klęknął na ziemi przed czymś, czego ze swojego miejsca Vol nie mógł zobaczyć. Z jakiegoś nieznanego powodu poczuł się niedobrze. Może to była wina jatki, która się wokół niego rozegrała, ale wcale nie był tego taki pewien. Oddalił się nieco od reszty i zwrócił całą zawartość swojego żołądka, nie żeby ostało się w nim wyjątkowo dużo jedzenia. Kręciło mu się w głowie. To on to wszystko zaczął. Zabił kogoś. Zabił Zdegradowanego. Istotę, która w teorii już właściwie nie żyła i odebranie jej życia po raz drugi mogło wydawać się właściwe, ale... zabił KOGOŚ. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że ktoś inny wzywa pomocy. Odwrócił się i jak zahipnotyzowany ruszył w tamtą stronę, chociaż podejrzewał, że wiele nie będzie w stanie pomóc.
Jakby tragedii było mało tego jednego, tylko jednego dnia. Thin już nie był cały biały, jego dłonie znaczyły ślady błękitnej krwi, która jednak nie mogła pochodzić ani od niego, ani od żadnego z ich towarzyszy czy zabitych żołnierzy, bowiem oni wszyscy obyli się bez krwawiących ran. Nie, ona zdecydowanie pochodziła od niewielkiego diablika, bardzo podobnego do Thina, który leżał teraz przed nim na ziemi i wpatrywał się z zachwytem w niebo, jakby nic poza nim nie istniało.
— Dlaczego? Dlaczego tutaj przyszedłeś, kretynie?! Dlaczego nie wróciłeś do tego głupiego Miasta Statków, tylko polazłeś za mną?!  Ruszcie się do cholery i niech wreszcie ktoś mu pomoże! Nie stójcie tak! Do Diabła z tym wszystkim! Obudź się, no dalej!
Kiedy diablik zaczynał wzywać Diabła, było już wiadomo, że to nie są przelewki. Vol cofnął się, spodziewając się, że ziemia się rozstąpi, może niebo poczernieje i zaczną się dziać straszne rzeczy, jednak tak się nie stało. Uświadomił sobie za to, że straszne rzeczy już się wydarzyły, a oni muszą poradzić sobie z tym, co ze sobą przyniosły.
— Kayl! Masz żyć! Słyszysz mnie, Kaylaisie Eartlie?! Masz przeżyć! Bo inaczej cię znajdę w piekielnych zaświatach i zabiję jeszcze raz! Żyj!
— To bardzo miłe z twojej strony — wycharczał słabo chłopiec, w końcu zwracając wzrok na Thina. Zakaszlał, wypluwając przy tym krew, ale i tak udało mu się uśmiechnąć. — Ale ty byś wylądował w innych zaświatach. Zbyt miły jesteś.
— Ty kretynie! Pomocy!
Jak spod ziemi obok niego wyrósł Ekari, a Vol wzdrygnął się, gdy mag przeszedł tuż obok niego. Miał niepokojące wrażenie, że fior przesunął po nim wzrokiem, zupełnie jakby go dostrzegał i jednocześnie zdawał sobie doskonale sprawę, kim Vol jest, ale to trwało tak krótko, dosłownie sekundę, że trudno było stwierdzić, czy to nie było tylko przewidzeniem. Jednak Volowi i tak przemknął dreszcz niepokoju po plecach.
Ekari również klęknął, nieco niezdarnie, bo przeszkadzała mu ta idiotyczna szata maga, którą nosił. Vola zawsze zastanawiało, po co magowie tak bardzo podkreślają, kim są i dlaczego zwykle okazują to właśnie strojem. Gdyby to on był na tyle dobry, by nauczyć się normalnie używać magii, nigdy by nie założył czegoś tak dziwnego na siebie. Właściwie nadal by się ubierał zwyczajnie, jak on sam, a nie jakiś napuszony arystokrata albo dureń, który uciekł z cyrku.
Mag zaczął odprawiać jakieś rytuały nad rannym, zapewne po to, żeby go wyleczyć. To już zbytnio nie interesowało Vola. Odwrócił się i oparł o jedno z drzew, żeby przypatrzeć się rozciągającej się we wszystkie strony puszczy. Choć teraz już raczej nie pozostali w niej żadni Zdegradowani, którzy mogliby siać chaos, czuł się, jakby niebezpieczeństwo wcale nie minęło. Wręcz przeciwnie, że nagle zrobiło się jeszcze gorzej. Nie miał jednak pojęcia, skąd u niego bierze się tak dziwne wrażenie, ale gdzieś z tyłu głowy czuł, że tak właśnie miała się rzeczywistość.
Iskra niespodziewanie przeskoczyła między jego palcami, więc szybko cofnął swoją dłoń od drzewa. Chwilowo stłumiony strach znów powrócił. Przez całe jego ciało przeszła fala prądu, wyczuł to bardzo wyraźnie, przeżywał już wiele razy coś takiego. Jednak tym razem nie uderzyła w niego błyskawica, ani też nie został zaatakowany paralizatorem. Wolałby, żeby to było to. Tym razem ta energia pochodziła od niego, tylko i wyłącznie. Nigdy nie wiedział, skąd się brała, jednak zdawał sobie sprawę, iż tak właśnie było.
Przeraziło go to równie mocno, jak wtedy, gdy zaczął nieświadomie ściągać do siebie błyskawice. Było dokładnie jak tamtego dnia — nie miał pojęcia, co powinien zrobić, by to się skończyło, a jednocześnie jakaś mała jego cząstka nie chciała, żeby się skończyło. Miał nadzieję, że stłumiona magia już nigdy nie powróci, że nigdy więcej nie dozna tego uczucia, ale ono wróciło tak nagle i w tak okropnej sytuacji.
Klęknął i przyłożył dłonie do trawy, próbując przy tym skupić rozwalone na kawałki myśli, a energia przepłynęła przez jego ręce i posłusznie spoczęła w podłożu. Odetchnął raz, drugi, po czym podniósł się, już nieco spokojniejszy, jednak wciąż targany strachem. Prąd, napędzający dotąd jego osobę zniknął. Teraz Vol chwiał się na nogach nie z powodu uczuć, a z powodu zmęczenia. Znów oparł się o drzewo. Świat zawirował mu przed oczami. To było zbyt dużo przeżyć jak na jeden dzień. O wiele za wiele.
Miał dość, nie chciało mu się więcej walczyć. Ani z fiorami, ani ze Zdegradowanymi, ani z ludźmi, nawet ze samym sobą. Pozwolił więc sobie opaść w spokojną czerń, nie przejmując się niczym.

~~*~~


Ignea i Ethereal przystanęli dokładnie w tej samej chwili i wyprostowali się jak struny, zupełnie jakby to wcześniej ćwiczyli. A żadne z nich tego nie ćwiczyło. Błąkali się po tej puszczy już od dłuższego czasu i oboje stracili już dawno zapał do poszukiwań oraz nadzieję, że uda im się szybko powrócić do Miasta Kwiatów.
A teraz nagle Igneę ogarnęło przedziwne, zarazem radosne i niepokojące uczucie, którego źródła nie mogła nijak określić, bo zupełnie nie należało ono do niej. A jednak gdzieś tam było, nie do uchwycenia. Jej brat również musiał poczuć dokładnie to samo i to dokładnie w tej samej chwili. Stali przez chwilę obok siebie, czujni i gotowi na wszystko, przeczesując swoimi spojrzeniami okolicę.
— Coś się stało. — Tyle tylko była w stanie dowiedzieć się Ignea na podstawie swojego przeczucia. Spróbowała sięgnąć myślami w stronę Natury, w stronę jakiejkolwiek mniejszej roślinki, jak to robiła często, gdy wędrowała samotnie po Złotej Puszczy, ale wszystko wciąż milczało ponuro i nie zamierzało jej odpowiedzieć. Wręcz ją blokowało.
Ethereal przytaknął jej bezgłośnie, a jego uszy dziwnie przy tym zadrżały. Nie tak, jak powinny poruszać się uszy zwykłych fiorów w zwykłych okolicznościach. Nos też zaczął mu się zmieniać, ale zanim znów przekształcił się w coś przerażającego, Ignea wbiła mu mocno paznokcie w ramię. Syknął z bólu, ale udało się i szybko znów wrócił do siebie.
— Nie panuję nad tym — powiedział z żalem, spoglądając przy tym na swoje ręce, jakby chciał się upewnić, że na pewno jest wciąż sobą. Oglądanie go w takim stanie było w pewien sposób bolesne. — Na początku było źle, kiedy traciłem kontrolę nad emocjami, to traciłem też nad przemianami. A z każdą chwilę jest coraz gorzej. Ja teraz czuję się całkiem zwyczajnie. A jednak się zmieniam. Nie chcę się zmieniać.
Ostatnie słowa wypowiedział niezwykle cicho i ze strachem. Z jego oczu wyziewał ból. Kiedy zauważył, że Ignea to doskonale widzi, szybko odwrócił wzrok i udawał, że zainteresowało go jakieś zwierzę, przemykające między drzewami, chociaż w promieniu kilku kilometrów raczej żadnego nie było. Ignea chciała mu coś powiedzieć, ale nie bardzo wiedziała co, więc milczała. Miała ochotę go jakoś pocieszyć, ale przecież nie mogła kłamać. Poza tym, o ile znała swojego brata, on nie chciałby pocieszenia. Wolałby rozwiązanie.
— Jak to jest? — zapytała nagle, choć sama nie wiedziała, co ją do tego zmusiło. Te słowa po prostu same nasunęły jej się na myśl, a ona, niewiele się zastanawiając, wyrzuciła je z siebie. Ethereal spojrzał na nią nieco nieprzytomnie, a ona postanowiła brnąć w to dalej. — Co właściwie czujesz, jak się tak zmieniasz? Nie chodzi mi o to, co czujesz, żeby się zmienić. Tylko kiedy już to się dzieje. Jakie to uczucie?
— Ja... nie jestem pewien — powiedział wolno i niezbyt wyraźnie, ale Ignea nastawiła uważnie uszu w jego stronę i wyłapywała każde słowo. — Kiedy... kiedy pierwszy raz nieświadomie to zrobiłem, czułem się przy tym, jakbym umierał. Jakbym płonął, jakby ogień zżerał mnie od środka, a ja nic nie mogłem na to poradzić. Byłem taki mały i bezbronny, skazany na okrutny los. To... to było straszne.
Objął się rękoma, kuląc przy tym ramiona i rozejrzał dookoła, jakby się spodziewał, że to straszne uczucie znów do niego wróci, a tym razem on tego nie przeżyje. Ignei przebiegł dreszcz po plecach i zaczynała żałować, że o to w ogóle zapytała. Jednak Ethereal już zaczął odpowiedź i zamierzał ją doprowadzić do końca, jak to zawsze czynił.
— Na... następnym razem było już inaczej. O wiele gorzej. Już nie bolało, chyba nawet w ogóle tego nie poczułem. Po prostu w jednej chwili byłem sobą, a potem już czymś innym. Ale to było gorsze od pierwszego razu, bo ogarnęło mi też myśli. Zaczynałem się czuć, jak ktoś zupełnie inny i zapominać... zapominać o wszystkim, dosłownie o wszystkim. Sam sobie ledwie to teraz przypominam. Tylko ten początek, a poza tym tylko jakieś niezbyt miłe urywki.
— Et...? — zaniepokoiła się Ignea, bo jego twarz nagle stała się dziwnie pusta, a on sam przerwał swoją wypowiedź i zatrzymał się. Przez chwilę stał zamarły w miejscu, jak statua, a kiedy Ignea zaczęła się już o niego poważnie martwić, zamrugał, potrząsnął głową i po prostu ruszył dalej. Pospieszyła za nim.
— Nie wiedziałem, co się dzieje — kontynuował, jakby wcale nie przerywał. — Nawet nie chciałem się zmienić, a tu nagle samo przyszło, zupełnie nieproszone. Tak samo wcześniej, w puszczy na tej polanie, kiedy zamieniłem się w smoka. Nie chciałem tego, bardzo tego nie chciałem, a to się stało. I nawet nie wiedziałem, co robię, jakieś nieznane mi instynkty przejęły kontrolę, a ja nie miałem nad samym sobą żadnej władzy. Nad sobą! Ale był jeszcze wilk. Z wilkiem był inaczej. Wtedy ja... przypuszczam, że wtedy sam to zrobiłem. To było coś innego. Ja... spodobało mi się to. Naprawdę, spodobało i nie wiem, czy to lepiej, czy gorzej. Było inaczej niż za każdym wcześniejszym razem, nie jakbym się stał kimś innym. Tylko jakby... jakbym nagle był bardziej samym sobą. To było takie przyjemne i radosne... a zarazem przerażające. Czułem się dobrze w skórze wilka. Myślałem, że nigdy już nie... nie będę wyglądał zwyczajnie, jak normalny fior, że na zawsze zostanę tym wilkiem. Więc kiedy wróciłem... wróciłem do bycia znowu fiorem, ogarnęła mnie taka ulga... ale też jakiś podejrzany smutek, którego nie chciałem czuć. Ja... ja nie wiem co się ze mną działo. Nadal nie wiem — powtórzył już któryś raz, po czym zamilkł, a jego twarz wyrażała tak wiele emocji, że trudno było je wszystkie odczytać. Ignea nie mogła na niego patrzeć, kiedy był w takim stanie, a ona nie była w stanie mu nijak pomóc.
— No więc puszcza — powiedziała, chcą koniecznie zmienić temat na jakiś normalniejszy. A może po prostu na taki, w którym się choć trochę odnajdowała, bo w takim momencie żaden temat nie był normalny. — Czy to nie dziwne dla ciebie, że Natura tak nagle zamilkła? No i ta cała cisza... to jest niepokojące. Tutaj nigdy nie panowała cisza, nie aż taka, a teraz...
— Może to przeze mnie...
— Nie — oznajmiła stanowczo Ignea, odwracając się teraz w jego stronę, w wyniku czego szła bokiem, ale nie przeszkadzało jej to. — Słuchaj Et, wiem, że możesz czuć się teraz winny... nie, ja właściwie widzę, że ty czujesz się winny, ale to nie jest twoją winą. Nie wszystko na tym świecie jest twoją winą. Ja to wiem i ty też to wiesz. Coś się stało, to fakt i przez to wszystko tak nagle zamilkło. Ale to nie jest przez ciebie. Więc nie waż mi się tym nawet zadręczać!
— Zadręczam się wieloma rzeczami — odparł dziwnie pustym głosem Ethereal. — Ale mimo wszystko te i tak będą jednymi z nich. Wiesz co, wydaje mi się, że już widziałem ten kamień, jak go mijaliśmy.
— To nie ten sam — prychnęła Ignea. — Tamten był wyższy. Gdybyś sam nie był taki irytująco wysoki, tobyś to zauważył. No a poza tym wystarczy spojrzeć na drzewa wokół i już wiadomo, że to wcale nie to samo miejsce. Mam oko do takich szczegółów.
— Krążymy jak po labiryncie bez żadnej mapy! — zawołał z rozpaczą Ethereal, wznosząc ręce ku niebu, jakby to mogło mu pomóc i zesłać pomoc. Ale nic takiego nigdy się nie stało i nie zamierzało stać. — Gdzie tu jest wyjście?! Albo jakakolwiek droga?!
— Nie drzyj się tak głośno, obudzisz ca... — zaczęła ze złością Ignea, ale urwała nagle, kiedy zdała sobie sprawę, co właśnie chciała powiedzieć. — Obudzisz całą puszczę — dokończyła, a na usta sam cisnął jej się nieco rozbawiony uśmieszek. — No jasne! Obudzisz! Dajesz, drzyj się dalej! Krzycz wniebogłosy! Tak głośno i irytująco, jak to tylko ty potrafisz!
Ethereal spojrzał na nią krzywo, wyraźnie zniechęcony przez radość, która wybijała się w jej słowach, ale krzyczał dalej, jakby w ogóle mu nie przerwano. Narzekał głośno na to, jaki to świat jest niesprawiedliwy, na to, że nie mogą znaleźć ścieżki i spokojnie wrócić do domu, na to, że nie mają zielonego pojęcia, co się stało. Wyklinał wszystkich bogów, jakich tylko znał, a że dbał o własną edukację, trochę się ich zebrało. A potem zaczął przeklinać to, że jest głodny. Ze wszystkich rzeczy, na jakie mógł zrzucać w tamtej chwili gromy, postanowił wybrać właśnie to. Ignea prychnęła cicho, ale nie zaprotestowała. Głośniej wydzierać się chyba nie mógł.
— Gardło mnie już boli! — warknął głośni Ethereal. — Niech coś się wreszcie stanie!
Ignea zupełnie nie spodziewała się tego, ale Natura jednak postanowiła go posłuchać i w tej chwili ziemia się zatrzęsła, a oni oboje się przewrócili, zaskoczeni. Trawa wydawała się dziwnie ostra. Ignea zamrugała niemrawo, kiedy obraz przed oczami zaczął jej się rozmazywać, nagle zastępowany przez jakiś inny.
„Krew!”, zawołała wojownicza Natura, rozbijając na chwilę wszystkie myśli Ignei i przebijając się do jej głowy, niczym pocisk. Czerń ogarnęła jej wzrok, ale już chwilę później zniknęła. Jednak teraz Ignea zdecydowanie nie widziała tego samego, co wcześniej. Domyśliła się, że znów została wyrwana z ciała, tym razem wbrew swojej woli i przebywała gdzieś myślami.
Podniosła się w swojej psychicznej postaci, a proch oderwał się od jej ubrania i został poniesiony przez podejrzanie gorący wiatr. Ziemia była czerwona i piaszczysta, a Igneę przeszedł dreszcz, gdy zdała sobie sprawę, że znalazła się właśnie na jakiejś pustyni. Rozejrzała się, ale nie zobaczyła nigdzie w pobliżu Ethereala. Może jego nie ściągnięto tutaj tak jak jej. Wtedy też spojrzała w dół i krzyknęła.
Nie była sama. Tam, gdzie wcześniej widziała tylko czerwony piasek, teraz leżały ciała. Wszystkie martwe. Słońce — jedno, jedyne słońce — wisiało wysoko na niebie. To była Kłótliwa, a skoro Iskry nie było nigdzie widać, oznaczało to, że trwała wtedy Szalona Pora. Kolorowe kałuże odbijały chłodnawe promienie gwiazdy. Czerwień, błękit, zieleń, czerń, fiolet. To nie była woda, o nie, to zdecydowanie była krew. Najprawdziwsza krew, przelana przez tysiące istot, które leżały wokół, martwe. Ignea zaczęła się cofać w panice i potknęła się.
„Dlaczego?”, zapytała w myślach, nadal się cofając, ale gdziekolwiek by się nie odwróciła, wszędzie widziała to samo — rzeź, z której nikt nie uszedł z życiem. Pole po bitwie, w której nikt nie wygrał. „Dlaczego mi to pokazujesz?! To... to nie jest prawda. To się nie dzieje naprawdę!”.
„Krew”, rzekła znów Natura, teraz już nieco spokojniejszym głosem, w którym jednak wciąż pobrzmiewała złość i swego rodzaju ostrzeżenie. Nagle zmaterializowała się tuż oko Ignei, ale nie była tą samą istotą, którą dziewczyna pamiętała z poprzedniej wizji. Wcześniej widziała majestatyczną i dobrotliwą królową wszystkiego, ubraną w ziemię i kwiaty, przyjazną matkę.
Teraz zamiast niej stała kobieta obleczona w ból i śmierć, nieliczne kwiaty, które wciąż były na sukni, już dawno zwiędły. Jej odsłonięte  ręce znaczyły rany i ślady najróżniejszej krwi, jednak choć miała wiele kolorów, tu również było widać, że zdecydowanie jest to krew. W dłoni Natura trzymała miecz, długi i ostry, wyglądając, jakby został wyciągnięty żywcem ze starych czasów. Był jedyną żywą rzeczą w pobliżu. A Ignea uświadomiła sobie nagle, że to faktycznie były stare czasy. W jakiś dziwny pokrętny sposób została cofnięta do wspomnieć i to nie byle jakich wspomnień, ale tych, które nosiła sama Natura.
„Krew znaczyła to miejsce”, powiedziała ponuro Natura, spoglądając swymi lśniącymi oczami na usłane ciałami pole przed nimi. Ignea powstrzymała się od tego. Wolała patrzeć na Naturę, niżeli na chaos wokół. „To pustynia, która kiedyś, w nie tak dalekiej przyszłości, zmieni się w najdzikszą z dzikich puszczy, nazwaną przez was Złotą Puszczą. A to jest największa bitwa, której nikt nie pamięta, bo nikt też nie powinien jej pamiętać. Odeszła w zapomnienie”.
„Co... co to jest? Co to było? Czemu?”.
„Wy wszyscy przeszłość macie taką samą, nawet jeśli nie zdajecie sobie z tego sprawy, ale przyszłość się przed wami inna rozciąga”, rzekła tajemniczo Natura, ruszając do przodu i zgrabnie omijając ciała, jakby wcale ich tam nie było. Ignea wzdrygnęła się z obrzydzeniem, ale ruszyła za nią, powtarzając sobie cały czas, że to tylko wizja i to się dzieje tylko i wyłącznie w jej umyśle. Mimo to wszystko było tak bardzo realne i odczuwalne...
„Wszyscy wy jesteście podobni, choć wam się zdaje, że diametralnie się różnicie. Jest wiele gatunków kotów, małych i dużych, żyjących we wszystkich krańcach światów, ale wszystkie one są kotami. Jest wiele gatunków ptaków, latających i nie, ale wszystkie one to wciąż ptaki. Tak samo jest też z wami. Czy ludzie, diabliki, fiorzy czy mirianie, wszyscy wy jesteście tym samym. Lata was przetestowały i zmieniły, a choć tak teraz różni, wy wciąż jesteście podobni. Istoty myślące... rzekłabym raczej, że myślące inaczej. Et cadre yali... Cadryal”.
„Cadryal... ja nie rozumiem. Co to znaczy?”. Ignea była nieco zdezorientowana. Właściwie to bardzo zdezorientowania, nie rozumiała prawie wcale wypowiedzi Natury, jakby ta nagle zaczęła mówić zupełnie innym językiem. „Co za Cadryal?”.
„Cadryal to wy. Fiorzy. Ludzie. Mirianie. Aquali. Inni. Wy wszyscy, którzy wyglądacie tak podobnie do siebie. Wydaje wam się, że jesteście inni, że nie pasujecie do siebie nawzajem, że powinniście się oddzielać. Ale wy wszyscy jesteście podobni. Cadryal. Wszystko, co jest w przyrodzie, tworzy całość. Tworzycie całość”.
Ignea czuła, że kręci jej się w głowie i jeśli będzie zadawać dalsze pytania na ten temat, to jej mózg odmówi posłuszeństwa i eksploduje. Aż tak bardzo nie potrzebowała tego rozumieć. Dlatego więc postanowiła zmienić temat i zapytać o coś innego.
„A ta bitwa... czemu się wydarzyła?”.
„Dobre pytanie”. Natura przyspieszyła, w ogóle nie odpowiadając. Ignea miała już dość tego ganiania za nią, ale i tak poszła dalej. Chciała poznać odpowiedź, bo nawet jeśli czasem tego żałowała, ciekawość była częścią jej charakteru. Nie zadała ponownie pytania, ale Natura chyba wyczuła jej chęć, bo zaczęła znów mówić. „Sprawy Cadryal są mgliste i nie rozumiem ich zbyt bardzo. Nie umiem tego wyjaśnić, po prostu nie jestem w stanie”.
Nagle świat znów zawirował, a Ignea musiała zamrugać kilka razy, by przyzwyczaić swoje oczy do nowego obrazu. Już nie znajdowała się na polu bitwy, dzięki czemu odetchnęła z ulgą. Nie chciała widzieć takich rzeczy. Zamiast tego stała na jakimś podwyższeniu, a przed nią stały setki fiorów, wpatrując się w kogoś na scenie. Odwróciła się i zobaczyła kolejnego fiora, który wchodził na mównicę, z nieco niepewnym wyrazem twarzy, jednak popędzany przez wiwatujący tłum. Wydawał jej się znajomy. No i był biały od stóp do głów, co trudno było przeoczyć. Biała skóra, białe włosy, biała każda część ciała. Nosił kolorowe ubrania, jakby chciał to zamaskować, co jednak dawało zgoła odwrotny efekt. Tylko oczy miał w kolorze, tak jak u Thina, tylko że w przypadku tego fiora był to czysty błękit, dokładnie taki sam, jaki Ignea widziała, kiedy spoglądała na swoje odbicie.
Wzdrygnęła się. Zdążyła się już domyślić, kto to był. W sumie trudno jej było się o nim nie domyślić, w końcu czytała o nim w księgach rodzinnych. No i widywała jego portrety.
— Narodzie fiorów — krzyknął Aoenixery tak głośno, jak tylko potrafił, bo w tamtych czasach nie istniały jeszcze mikrofony czy głośniki. Nawet jego głos był jakoś tako znajomy. Tłum odpowiedział mu głośno i entuzjastycznie. — Zebraliśmy się tu dzisiaj, by uczcić pierwszy w historii Dzień Kwiatów! To tego dnia nasze miasto stanęło naprawdę i przez wieki będzie tak stać, a żadna siła go nie zniszczy!
Rozległ się jeszcze głośniejszy wiwat. Ignea jednak nie wpatrywała się w tłum, ale w Aoenixerego, który uśmiechał się promiennie. Minęło już tyle lat, przeszło już tyle pokoleń, a mimo to dostrzegała w nim swoje cechy. A może raczej jego cechy w sobie, w końcu to on był jej przodkiem. Lodowe oczy były zawsze znakiem rozpoznawczym Alieasterów, bo żaden inny przedmiot, istota czy żywioł nie był w stanie przyjąć koloru tak czystego błękitu. Tak w każdym razie zawsze się mówiło. Ale nie tylko to było podobne. Ostre rysy także miała w genach, jednak nos sam Aoenixery miał już mniejszy. Kiedy tak na niego spoglądała, to wydawało jej się, że bardziej przypomina wujka Koela, niżeli jej ojca. A najwyraźniej to jej ojciec odziedziczył zmiennokształtność... ale skąd mogła wiedzieć, że to on ją posiadał, przecież nigdy się nie zmienił. Ale to było raczej dziedziczne, musiało być, a Ethereal umiał... Tylko że przecież wujek Koel też mógł to umieć. To by też oznaczało, że wszystkie jego małe diabełki, cała gromada Eartlie'ich też mogłaby umieć się zamieniać, a to...
Nie pozwoliła sobie dokończyć tych szalonych rozmyślań. Przecież nie miała bladego pojęcia, jak działa dziedziczenie cech tak bardzo naładowanych magią, więc lepiej było nie tworzyć sobie żadnych scenariuszy, dopóki się nie dowie. Kilka głupich książek niczego nie zmieniało.
— Tego dnia wszyscy się jednoczymy! — ciągnął wciąż Aoenixery, uśmiechając się, a uśmiech miał nawet ładny, chociaż też trochę pokrętny. To była kolejna cecha, którą Ignea dostrzegała u samej siebie. — Oto Miasto Kwiatów, nasz wielki i wspaniały kwiat pustyni...
Pustyni?! Ignea nie słuchała go dalej, tylko rozejrzała się dookoła i zauważyła, że rzeczywiście byli na pustyni, której piasek był koloru zachodzącego słońca. Tak jak ta z poprzedniej wizji, może w sumie to była nawet ta sama... Za to domy... domy nie były wzniesione z drzew, tak jak w Mieście Kwiatów, które Ignea znała. Były splecione z roślin pustynnych.
Nie zdążyła zobaczyć czy usłyszeć więcej, bo obraz wokół niej znów zamigotał nieprzyjemnie i tym razem zobaczyła grupkę ludzi, wśród których kręciły się też rogate diabliki, ze złośliwymi minami przylepionymi do twarzy. Jak to w sumie pełnokrwiste diabliki. Ludzie byli w zbrojach i mieli ze sobą ciężką broń, głównie miecze i topory, choć Ignea zauważyła też trochę łuków, włóczni i innych dziwnych przedmiotów, których znaczenia nie rozumiała, ale które bronią niewątpliwie były.
— Chaos i zniszczenie — powiedział ktoś, tuż przy jej uchu, ale mimo to i tak nie była pewna, kto wypowiedział owe słowa. Rozejrzała się, ale nie widziała. Możliwe, że był to diablik, bo one uwielbiały takie teksty, ale pewności nie miała.
Mignięcie.
Tym razem była gdzieś wysoko w górach, a wiatr targał jej ubraniem i próbował ją zrzucić ze szczytu, ale to była tylko wizja, nie mógł więc tego zrobić. Choć lubiła się wspinać na wysokości i spoglądać z nich w dół, w dal, tym razem nie spodobało jej się to, że ziemia jest tak daleko. Być może z powodu poprzednio widzianych przez nią obrazów. Mogło to również mieć jakiś związek ze skrzydlatymi istotami — chyba byli to alei, jeśli Ignea dobrze pamiętała z lekcji historii — którzy stali nieopodal i wyglądali, jakby szykowali się do bitwy. Kolejni. Nie mieli co prawda na sobie żadnych zbroi, jakie założyliby normalni żołnierze, ale mieli broń. Wiedziała też, że ich skrzydła są grubsze i wytrzymalsze niż jakakolwiek zbroja, stworzona jakimikolwiek rękoma.
Mignięcie.
Mury wielkiej twierdzy, wzniesionej z czarnego kamienia, który zdawał się pochłaniać wszelkie światło z powietrza, a wokół tego wszystkiego wznosiła się mroczna i gęsta puszcza. Ani jednej spokojnej czy przyjaznej duszy w pobliżu. W dole wędrował niewielki oddział, niosąc ze sobą czerwoną flagę, ze złotym znakiem oka. Istoty, które ją niosły, były ogarnięte ciemnością, nie miały ani jednego jasnego koloru. Ani jednej jasnej twarzy.
Mignięcie.
Zielony pałac wznosił się nieopodal kamiennego placu, na którym zbierały się dziwne istoty, o skórze koloru morskiego. I miały płetwy. Zaś gdy się odzywały, z ich ust wydobywały się bąbelki. Podejrzanie wyglądające i poruszające się rozcięcia na szyjach, skrzela, powiedziały Ignei, że był to naród wód. Ona sama była pod wodą. Gdy tylko sobie to uświadomiła, zaczęła się dusić z powodu braku tlenu, którego nie miała jak nabrać.
Mignięcie.
Szczyt drewnianej wieżyczki strażniczej, z której rozpościerał się widok na niezbyt imponujące, niewielkie i z jakiegoś powodu też nieco urocze miasteczko. Po niebie, nisko nad dachami domów, latały dziwne maszyny, również stworzone z drewna. Jakieś dziecko biegało niedaleko, strzelając z rurki kulkami do zwierzaków. Gdy tylko któreś mniejsze zostało trafione, natychmiast umierało.
Mignięcie.
Tunele pod ziemią, bardzo głęboko pod nią. W pobliżu stał zielony wysoki stwór, bawiąc się zapaloną pochodnią i sztyletem. Raz po raz uderzał to jednym to drugim w skałę, aż w końcu pochodnia zgasła i na chwilę zapanowała ciemność. Wtedy cała jaskinia rozjaśniła się zielonkawym światłem, a Ignea znów poczuła, że się dusi. Do jej nosa dotarł smród dymu. Do jej uszu zaś — śmiech stwora.
Mignięcie.
Po ciemnościach kolejny obraz był aż zanadto jasny. Budynki wzniesione z białej cegły, która odbijała światło słoneczne, a nawet jakby je wzmacniała. Wielka świątynia pośrodku, w której zbierali się równie jaśni, jak miasto, mieszkańcy. Jeden z nich wyglądał na o wiele ważniejszego od wszystkich. Wybuchnął tak jasnym światłem, że oczy Ignei tego nie wytrzymały i same zaczęły płonąć.
Mignięcie.
Niewielka oaza gdzieś na pustyni. Wokół jeziorka rosły przedziwne, kolorowe roślinki, zdające się emanować światłem w rosnącej dookoła ciemności. Latało tu wiele świetlików, ale nie tylko one tam gościły. Ignea dostrzegła, że niektóre z tych maleńkich stworzeń miało wygląd podobny do fiorów — do Cadryal, poprawiła się szybko w myślach. Do Cadryal. Ich ciała były ozdobione fantazyjnymi, czarnymi wzorami. Na jej oczach jedno z tych stworzeń urosło do zwyczajnych rozmiarów i pokazało swoje ostre zęby, po czym jednym dotykiem pozbawiło życia ogromne, wiekowe drzewo.
Mignięcie.
Piasek posypał jej się w oczy, gdy znów trafiła gdzieś na środek pustyni. Ktoś zatrzymał się nieopodal niej, ktoś ubrany zdecydowanie zbyt grubo, jak na taki upał, jaki musiał panować na pustyni. Ignea zobaczyła, że ów ktoś trzymał żagiel, przyczepiony do deski pod jego stopami. Nieznajomy rozejrzał się, po czym wzruszył ramionami i wyprostował żagiel, a ten dzięki wiatrowi zabrał go dalej. Spod deski sypał się piasek.
Mignięcie.
Ignea uskoczyła gwałtownie przed mieczem jakiegoś fiora, a ten przeciął zamiast niej skrzydlatego aleia, który nie zdążył osłonić się skrzydłami. Jego potworny wrzask wypełnił uszy Ignei.
Mignięcie.
Leżała na ziemi, wyczerpana tymi wszystkimi wizjami i wpatrywała się w niebo. Nagle słońca niespodziewanie schowały się za chmurami, a ona, przeczuwając coś niebezpiecznego, podniosła się gwałtownie i rzuciła w bok. Piorun poraził diablika, który jeszcze chwilę wcześniej leżał obok niej. Niedaleko stała jakaś zielona istota i uśmiechała się.
Mignięcie.
Kula przemknęła dokładnie kilka milimetrów od jej nosa i trafiła nieszczęsnego morskiego aquali. Jego ostatnie tchnienie, tak bolesne i tęskne zmusiło zabójcę, by sam się zastrzelił, a zielona krew miriana popłynęła ulicą.
Mignięcie.
Wielka bitwa, krzyki i brzdęk stali dobiegający z każdej strony. Rozdzierający zarówno uszy, jak i serca każdego, kto miałby go posłuchać. Gdziekolwiek by nie spojrzeć, jakkolwiek się nie odwrócić, ktoś właśnie umierał. Ziemia była mokra i brudna od krwi tysięcy, a jeszcze miliony miały umrzeć. Tyle istot walczyło, właściwie nie mając do tego żadnego porządnego powodu. Ignei zrobiło się naprawdę niedobrze. Sztylet pomknął w jej stronę, był tuż przed jej twarzą.
I znów obraz mignął, ale tym razem w nic się nie ukształtował, co nie spodobało się Ignei. Takie widoki co prawda nie były tym, co chciała oglądać, ale teraz nie znajdowała się właściwie nigdzie. Jakby znalazła się w miejscu gdzieś poza czasem i rzeczywistością, gdzie wszystkie barwy rozmazywały się i skakały wokół niej, sprawiając, że traciła ochotę do istnienia.
„Ziemia. Spory”. Ignea rozejrzała się, ale choć Natura znów do niej mówiła, tym razem nie ukazała swej postaci. Może to i lepiej, bo dziewczyna czuła, że rzuciłaby się na nią z pazurami w zamian za te wszystkie obrazy. „Przelali krew w walce o coś, co nie należało do żadnego z nich. Zaczęli wojnę i wciągnęli w to wielu Cadryal. Podlali dawno zapomnianą Pustynię Zachodu własną krwią. Odważni i tchórzliwi, młodzi i starzy, oni wszyscy tamtego dnia polegli w tym miejscu, pozwalając, żeby grancie się zatarły.  Jednocześnie stali się dla siebie takimi samymi, zauważyli to. I zaczęli niszczyć samych siebie w imieniu tego, by zachować swą odrębność. To poświęcenie, ich krew i ciała, ich ideały wniknęły w ziemię. To na nich wyrosła puszcza, gęsta i zdradziecka, stanowiąca granicę między światami. W miejscu, gdzie znalazło się najwięcej magi płynącej od umarłych, miejscu najbardziej przesączonym ofiarą i bólem znalazłam się ja”.
„Serce Natury... to krąg z kamieni”, uświadomiła sobie Ignea. „Przejście”. Usłyszała niemrawe przytaknięcie w myślach.
„Ofiara. Poświęcenie. One mają taką moc. W ten sposób powstała bariera, a tylko ja, Natura, byłam w stanie ją utrzymać. Życzenia zmarłych błagały mnie o to, one zmusiły mnie do tego. Krew i życzenia, poświęcenie i walka o swoje, chęć trwania, chęć PRZETRWANIA. Krew znów rozlała się po tych ziemiach. Co krew stworzyła, krew może zniszczyć. Życzenia krwi. Chcesz zachować barierę, a ktoś inny nie chce. Nie powinno się rozlewać krwi w świętych miejscach, bo ktoś kiedyś już tam ją rozlał, czyniąc ją świętą”.
„Czy ty chcesz powiedzieć... że pierwsza przelana krew w danym miejscu czyni ziemię świętą, a druga to cofa? Naprawdę?”.
„Nie każda. Ale tak. Złota Puszcza to miejsce święte. Ale mniej niż wcześniej. Krople krwi płyną powoli strumieniami, płyną ciekawskimi drogami i rzekami...”.
I wtedy wizja gwałtownie się urwała, a Ignea leżała, wtulona twarzą w trawę i dyszała ciężko, jak po naprawdę długim biegu. Drżała też ze strachu. Tak dużo informacji, o wiele zbyt dużo. Zdawało jej się, że mózg jej się pali i rozpada przy tym na kawałki, a to zdecydowanie nie było dobre uczucie.
Ktoś złapał ją delikatnie za ramiona i pomógł wstać. Ethereal uśmiechnął się krzywo, podtrzymując ją. Sam nie wyglądał najlepiej, ale domyślała się też, że ona wygląda wiele gorzej. Przed oczami nadal miała twarz Aoenixerego, która zlewała się z twarzą brata. Przez chwilę nawet miała wrażenie, że to jedna i to sama osoba. Zamrugała i wrażenie zniknęło.
— Ty... ty też to widziałeś? — zapytała słabo, wytrzeszczając na niego oczy ze strachem. Nie mogła się powstrzymać.
Skrzywił się. Wyglądał naprawdę dziwnie, jakoś inaczej, jakby próbował się znów zmieniać, ale ona nie wiedziała, co właściwie było w nim innego. Nie potrafiła tego określić. Za to jego oczy... dostrzegała w nich wyraźnie ból i przerażenie, jednak jego twarz zupełnie tego nie wyrażała. Próbował to ukryć.
— Coś widzieć to widziałem — odpowiedział, nadal ją podtrzymując, prawie że obejmując, ale chyba nie mógł się do tego chwilowo zmusić. Gdyby ją puścił, z pewnością by upadła i nie chciałoby jej się już nigdy wstać. — Ale nie sądzę, żeby to było to samo, co widziałaś ty.
Przyjrzała mu się. Był spięty. Wyglądał, jakby spodziewał się, że skądś nagle wyskoczy jakiś przerażający stwór i ich zaatakuje. Właściwie to zachowywał się, jakby nawet tego chciał, jakby chciał, by to się stało tu i teraz, co zaniepokoiło Igneę. Zwykle nie palił się do walki, wolał jej unikać.
— Może lepiej wracajmy trochę szybciej — powiedziała, żeby przerwać niepokojącą ciszę, która zapadła. Ethereal zdawał się jej nie słyszeć, nadal czujny, więc powtórzyła. Zamrugał i w końcu odwrócił się w jej stronę.
— Masz rację. To nie jest dobre miejsce.
Nadal ją trzymał i nie zamierzał puścić. Ruszyli przed siebie, kuśtykając niezdarnie, oboje zamyśleni tak bardzo, że co chwila się potykali. Jednak Ignea miała wrażenie, że oboje myślą o czymś zupełnie innym.
Natura pokazała jej przerażające obrazy z przeszłości, więc co takiego mogła pokazać Etherealowi? Przez chwilę kusiło ją, żeby zapytać, ale powstrzymała się od tego. Zbyt bała się odpowiedzi i raz jeden pozwoliła, żeby pytanie opadło na dno jej umysłu, nigdy niewypowiedziane. Na zawsze bez jakiejkolwiek odpowiedzi.

Rozdział XI

Koniec jest blisko


— A więc zamierzasz zmarnować połowę, jeśli nie więcej energii zasilającej całe miasto, żeby postukać sobie w klawiaturę i poczytać jakieś bzdury, co ci wyskoczą na ekranie? Tylko po to przytachałeś tutaj ten cały sprzęt i tarasujesz nim teraz przejście?
Thin spojrzał na Ariva jak na idiotę, słysząc te oskarżające słowa. Strażnik nie był zbyt zadowolony całym tym rozwojem wydarzeń. Najpierw niemal wszyscy fiorzy w Mieście Kwiatów padli niczym martwi, a przytomne zostały w większości irytujące osoby. To jeszcze mógł jakoś przeboleć. Potem jednak Natura zaczęła bić na alarm i okazuje się, że w lesie grasowali nie tylko ludzie, ale też i smok, który na dodatek porwał mu przyjaciółkę i teraz oboje byli nie wiadomo gdzie. Na dodatek chwilę później zostali otoczeni przez ludzi, którzy bardziej wyglądali jak roboty i którzy prawie ich nie pozabijali. Teraz mieli na głowie jednego rannego Kayla, drugiego Kayla całkowicie zmasakrowanego psychicznie i jeszcze na dodatek człowieka, z którego dosłownie sypały się iskry. To już było zdecydowanie dużo jak na jego pokłady cierpliwości. A teraz jeszcze diablik wymyślił sobie, że pobawi się komputerem i do tego celu chciał pozbawić miasto energii. Bo uważał, że może coś zdziałać z pomocą kilku metalowych pudeł, które wyglądały, jakby przestały działać wieki temu.
— Tak, oczywiście. Jestem przecież na tyle głupi, żeby przytachać to wszystko tutaj tylko po to, bo mi się zachciało pobawić — odpowiedział drwiącym tonem Thin i postukał się w głowę, dając wyraźnie do zrozumienia, co myśli o Arivie. Ten nachmurzył się. — Wiesz, istnieje coś takiego jak internet. To taka bardzo, ale to bardzo rozległa sieć, niewidzialna i roznosząca się w powietrzu albo po kablach i w niej krążą sobie prawdopodobnie wszystkie informacje całego wszechświata. No a w każdym razie tych jego części, gdzie internet jest. No i w tym jakże magicznym miejscu...
— Wiem, co to jest internet! — warknął Ariv ze złością. Miał ochotę uderzyć diablika, ale ten tylko wyszczerzył do niego kły w uśmiechu. To było wystarczająco straszne, żeby powstrzymać się od agresji.
— No więc chcę spróbować się włamać do baz danych jakiegoś najbliższego ośrodka badawczego. Oni tak bardzo wierzą w nasze zacofanie, że nawet nie martwią się, że ktoś im się włamie. To bardzo źle z ich strony, ale tym łatwiej dla mnie. Tylko potrzebuję tych twoich notatek, co są zapisane kodem, żeby dokładniej wiedzieć, czego i gdzie powinienem szukać.
— To nie są moje notatki — burknął Ariv, ale wyjął z torby cały wielki stos papierów, które zabrał ze starej szopy. Podejrzewał, że zostawił je tam ten człowiek, ale jakoś nie chciał o tym teraz za bardzo myśleć. — Poza niby jak chcesz się tam włamać? Z tą kupą żelastwa, która pewnie nawet nie działa, bo wygląda jak kupa żelastwa właśnie? Ty w ogóle znasz się na czymś takim?
— Jakbym się nie znał, tobym się raczej do czegoś takiego nie zabierał. Nie jestem idiotą. Przemyśl coś i przepuść przez swój mózg, zanim to wypowiesz na głos. Poza tym znasz chyba to powiedzenie, że jak diabeł się zabierze do czegoś złego, to zawsze mu wyjdzie. No bo wiesz, diabeł i zło. To jest logiczne — prychnął diablik, wyrywając mu plik kartek i przeglądając je. Właściwie nie tyle czytał, ile przelatywał wzrokiem po znaczkach. Gwizdnął z podziwem. — Naprawdę fajny kod. Przepuścili to przez komputer, wystarczy zgadnąć kilka początkowych znaków i ta moja kupa złomu da radę przetłumaczyć całość. Dobrze, że trochę o tym czytałem i załatwiłem sobie odpowiednie środki... Musiałbym tylko przynieść sobie drukarkę, no i skaner... Ty naprawdę dałeś radę to przeczytać, tylko na to patrząc? Bo jakoś nie chce mi się wierzyć.
— Ojciec mnie trochę tego uczył — rzekł Ariv sucho, odwracając wzrok i wyraźnie dając swoją postawą do zrozumienia, że nie chce ciągnąć tego tematu, a jeśli Thin spróbuje go podjąć, to oberwie. Ariv nienawidził mówić o swojej przeszłości. Starał się ją nawet czasami wymazać ze swojej pamięci, co jednak możliwe jak na razie nie było. Nie w bezpieczny sposób.
Thin jednak wyraźnie nie zamierzał o tym rozmawiać, zajęty swoimi własnymi sprawami. Zaczął rozplątywać kable leżące wszędzie na podłodze i podłączać je do metalowych pudeł, które wcześniej przyniósł. Było tego tyle, że cudem było, iż diablik w ogóle się nie mylił i nic nie wybuchło. Ariv zrozumiał, że nie miał tam czego szukać, a jeśli zostałby dłużej, prawdopodobnie dostałby bólu głowy od naukowego gadania, którego i tak nie będzie w stanie w całości zrozumieć, ewakuował się więc szybko.
Zebrali się razem w szpitalu, który był niemal równie opustoszały co zawsze, tylko kilku nieprzytomnych giorów zajmowało przychodnię i jakiś jeden starszawy leżał w jednej z tysiąca sal. Pod nieobecną przytomność wszystkich lekarzy, medyków i uzdrowicieli, Vaila postanowiła uroczyście, że zajmie się wszystkim, bo przecież ona kształci się na uzdrowicielkę i to jej święty obowiązek. Od dawna już biegała z jednego końca budynku do drugiego, przenosząc różne rzeczy i krzycząc na każdego, kto ośmielił się wejść na drogę, nawet jeśli zrobił to nieświadomie. Tak, zdecydowanie nadawała się do tego zawodu, nawet minę miała jak pielęgniarki, kiedy czasem się do nich przychodzi z błahostką. Nawet założyła sobie kitel, w którym wyglądała dość komicznie, bo był na nią nieco zbyt mały. Ariv przycisnął się do ściany, kiedy przebiegła tuż obok niego, trzymając w swoich ramionach stos brudnych bandaży.
— Ej, ty, jak już nie masz co robić, to mi pomożesz — warknęła, nie oglądając się nawet za siebie. Otworzyła kopnięciem drzwi do sali i zgrabnie wsunęła się do środka, zanim skrzydło nie wróciło na swoje miejsce z głośnym trzaskiem. Ariv skrzywił się, ale że rzeczywiście nie miał pojęcia, czym mógłby się w tamtej chwili zająć, poszedł za dziewczyną.
Kiedy wszedł do środka, szybko musiał zatkać nos, tak bardzo śmierdziało tam krwią. Nieważne było, do kogo należała czy jaki miała kolor albo właściwości, krew zawsze cuchnęła identycznie.  W każdym razie dla Ariva, którego zawsze odrzucało, gdy tylko nos wyczuł choć malutką kropelkę. Rozejrzał się, ale nigdzie nie zobaczył nikogo rannego. Wszystkie łóżka w sali były puste i nienagannie zaścielone, jakby przeszedł tamtędy jakiś perfekcjonista. Vaila rzuciła bandaże na jedno z posłań i przywołała Ariva skinieniem palca. Wzrok miała taki, jakby zamierzała go zabić, co nie było możliwe, ale i tak trochę go to niepokoiło.
— Słuchaj mnie, mam już dość tego, że ciągle tylko plączesz się pod nogami — prychnęła. — A że zaczyna mi brakować leków, przejdziesz się teraz do szkoły Ranaga, do skrzydła lekarskiego i przyniesiesz mi trochę.
— Ale przecież tutaj jest pełno leków, to jest szpital! No i po co aż do Ranaga, to strasznie daleko, prawie że na drugim końcu miasta. Po drodze przecież jest kilka aptek, no i...
— Tak — przerwała mu niecierpliwie Vaila, nie chcąc słuchać jego narzekań. — Ale ani tutaj, ani też w żadnej z tych aptek nie znajdziesz leków dla diablików. Więc jeśli nie chcesz, żeby Thin cię potem zabił, bo jego młodszy brat kona, to leć migiem do szkoły i znajdź mi coś. Najlepiej leki znieczulające, ale przeciwbólowe też mogą być.
— Vaila... co ty właściwie chcesz zrobić?
— Nie twoja sprawa! A teraz wypad mi stąd, muszę przygotować czyste bandaże!
Ariv wyszedł szybko, marudząc pod nosem. Pomyśleć, że kiedyś ta dziewczyna mu się podobała, teraz irytowała go tylko strasznie. Złapał za jeden z wielu płaszczy wiszących na wieszaku w przychodni, nawet nie sprawdzając, czy ten należy do niego, czy też może do któregoś z nieprzytomnych pacjentów. Ważne było tylko to, że miał duże kieszenie, do których można było wepchnąć butelki z lekami. Ruszył korytarzem w stronę wyjścia, próbując sobie przypomnieć, gdzie też ono właściwie się znajduje, bo to miejsce było istnym labiryntem. Po co tworzyć tak wielki budynek, skoro przebywało tutaj tak mało osób? Ktoś tego chyba nie przemyślał.
Słońca chyliły się powoli ku zachodowi, a między domami tańczył sobie wesoło wiatr, jakby zupełnie nic nie obchodzili go fiorzy leżący na ulicach. Cóż, był wiatrem, to dla niego było typowe. Ariv zatrzymał się na chwilę na ten widok. Nie było tam zbyt wielu osób, większość zapewne siedziała w swoich domach albo też w pracy, kiedy nastąpiła ta dziwna fala, pozbawiając niemal wszystkich przytomności.
Kroczył wolno ulicą, słuchając nienaturalnej ciszy i czując, jak zaczyna ona go coraz bardziej drażnić. Dotąd niezbyt zdawał sobie sprawę, że zawsze otaczał go jakiś dźwięk i zorientował się w tym dopiero wtedy, gdy takowego zabrakło. Nie było słychać stukotu butów dzieciaków, które za każdym razem o tej właśnie porze zaczynały skakać po dachach, ani krzyków ich przerażonych rodziców, żeby już wracały do domów, bo jeszcze zrobią sobie krzywdę. Nie było tego ponuro wyglądającego handlarza, sprzedającego własnoręcznie strugane figurki, które wyglądały jak jakieś prawdziwe, małe istoty, zaklęte w chwili i zamarłe na zawsze. Brakowało rozchichotanych grupek fiorek, młodych i starych, które wychodziły na zakupy, wystrojone od stóp do głów i ich mężów, którzy wlekli się za nimi niczym cienie z niewesołymi minami. Ariv pamiętał ich szczególnie dobrze, bo kiedyś o mało jeden z nich go nie zabił, kiedy chłopak uśmiechnął się do jego żony zalotnie. To była cenna lekcja.
Mijając jedną z bram, spojrzał odruchowo w jej stronę. Kiedy tylko skończyło się to całe zamieszanie z podejrzanie wyglądającymi ludźmi, chciał pobiec w puszczę, znaleźć potwornego smoka i zabić go własnymi rękoma, nawet bez użycia żadnej broni. No i przy okazji uratować też Igneę, może wtedy przestałaby w końcu z niego drwić. Może też w końcu by mu wybaczyła, chociaż na to za bardzo nie liczył, bo ona zawsze była zbyt uparta. Vaila jednak miała wtedy inne plany i swoim najbardziej perswazyjnym głosem zmusiła Ariva do współpracy, co znaczyło tyle, że miał jej pomóc przenieść rannego Vola — tego człowieka! On był człowiekiem! — do szpitala. Ekari zgodził się przeszukać las za niego, ale wciąż ze swoich poszukiwań nie wrócił. Tylko bogowie mogli wiedzieć, co temu szalonemu magowi przyszło do głowy, ale nawet jeśli wiedzieli, to nie zamierzali się tą wiedzą z nikim podzielić. Kayl — ten większy, który był strażnikiem i jego przyjacielem; obaj zaczynali mu się już mylić w rozmowach. Co za głupie, popularne imię! — poszedł przeszukać miasto i upewnić się, czy ktoś jeszcze zachował jasność umysłu. Nie, żeby on sam był jakoś specjalnie zdrowy na psychice po tych wydarzeniach. Prawdopodobne jednak było, że niestety zebrali już wszystkich, którzy świadomości nie stracili, ale zawsze warto było to sprawdzić. Strażnika też wciąż nie było.
Ariv przyspieszył kroku i przeskoczył przez niski murek, okalający szkołę Ranaga. Takie murki otaczały właściwie wszystkie szkoły, ale postawiono je chyba tylko dla ozdoby, no raczej nikogo by nie zatrzymały, gdyby przyszło co do czego. To tylko takie granice, coś w stylu ostrzeżenia: „Jak tylko przejdziesz na drugą stronę, znajdziesz się już na ziemiach szkoły. Stąd nie ma ucieczki”.
Wpadł przez główne drzwi i rozejrzał się od razu za jakimś planem rozmieszczenia pomieszczeń. Szkoły miały to do siebie, że ich korytarze splatały się niczym labirynty i łatwo się było zgubić. Jak w sumie we wszystkich większych budynkach w mieście. To chyba było specjalnie tak, a nie inaczej skonstruowane, żeby przytłaczać każdego, kto wszedł do środka. Ariv ze zdziwieniem zauważył kilku uczniów w fartuchach leżących na korytarzu. Obok jednego leżała fiolka z rozlaną jakąś substancją, która syczała niepokojąco. To w dni wolne przyszli lekarze musieli chodzić do szkoły? Nie wiedział tego na pewno, ale po cichu zaczął się cieszyć, że sam nie wybrał sobie takiego zawodu. Nie, żeby kiedykolwiek coś takiego rozważał, jego ręce nie nadawały się do leczenia. Prędzej by nimi kogoś zabił, niżeli uratował. Ostrożnie wyminął nastolatków, starając się przy tym zignorować odór podejrzanego eliksiru i wszedł w jeden z korytarzy. Odetchnął z ulgą, gdy zauważył, że na każdych drzwiach wisi tabliczka z oznajmieniem, jaka za nimi znajduje się sala. Całe szczęście od razu trafił do skrzydła lekarskiego, gdyby wpadł do części prawników albo skrybów, głowa by mu się rozpadła od tych wszystkich nazw. Mijał drzwi za drzwiami. Laboratorium chemiczne, laboratorium biologiczne, laboratorium... ile oni potrzebowali tych laboratoriów, prowadzili tam jakieś testy atomowe?! Sala wykładnicza, sala sekcji... do tej nie chciał nawet zaglądać, nie spodobała mu się ta nazwa. W końcu znalazł „Pracownię leków” i choć ta nazwa brzmiała jakoś niezbyt dobrze, sięgnął do klamki i ją nacisnął.
Zamknięte.
Zacisnął zęby i spróbował jeszcze raz, licząc na jakiś cud. Najpierw pociągnął do siebie, ale nie dało to żadnego efektu, spróbował więc pchnąć dla odmiany, ale chociaż naparł na drzwi ramieniem, wkładając w to całą siłę, jaką w sobie miał, drewno nie zamierzało tak po prostu ustąpić i nadal trwało w tym samym miejscu, niewzruszone.
Wziął więc głęboki oddech i cofnął się. W normalnych okolicznościach nie posunąłby się do czegoś takiego, mogłaby na tym ucierpieć jego reputacja, ale te okoliczności normalnymi nie były. Rzucił się przed siebie i z rozpędu uderzył w drewno. Drzwi nie były jednak aż tak głupie, jak nastolatek próbujący je wyważyć. Krzyknął głośno i oparł się o ścianę, żeby się nie przewrócić, kiedy jego rękę ogarnęła fala bólu. Łzy napłynęły mu do oczu, ale nie pozwolił im posunąć się dalej.
— Myślę, że jednak lepszym sposobem byłoby po prostu użycie klucza.
Odwrócił się, a światło słońca bijące od okna oślepiło go i przez chwilę widział tylko czarną sylwetkę na tle jasności. Mężczyzna podszedł bliżej i dopiero wtedy Ariv go rozpoznał, chociaż przecież powinien umieć to zrobić po samym brzmieniu jego głosu.
— Panie Alieaster! — wydusił z siebie, wciąż się krzywiąc. — Co pan tutaj...? To znaczy.... Myśleliśmy, że wszyscy po prostu...
— Tak, również tak myślałem — powiedział poważnym tonem pan Alieaster, podchodząc do drzwi i wkładając klucz do zamka. Miał ich cały pęk, ale i tak znalazł odpowiedni za pierwszym razem i otworzył bez problemu. — Były w administracji. A co do tego, co tutaj robię, to przechodziłam akurat w pobliżu i cię usłyszałem. To był bardzo imponujący wrzask, trochę jak ryk ranionego jelenia, chociaż też nie do końca. Ale nie zdziwiłbym się, gdyby nagle inne przybiegły tutaj, chcąc przyjść ci z pomocą.
Ariv poczerwieniał na twarzy. Już zapomniał, jak bardzo bezpośredni potrafi być Alieaster. Wyrzucał z siebie wszystko, co przyszło mu na myśl i robił to z kamienną twarzą, nawet jeśli innymi targały emocje. Ale on był w końcu ojcem Ethereala i Ignei, więc tak jak oni, nie potrafił kłamać. To było coś w genach. Z tego też powodu był przecież królewskim doradcą — podczas kiedy wszyscy wokół się bali i wymigiwali od mówienia prawdy, zakrywając się ładnymi słówkami, Alieaster mówił wszystko bez ogródek, bo inaczej zwyczajnie nie umiał. Chociaż, gdyby nic go nie zmuszało, też zapewne by nie kłamał. Nie wyglądał na osobę, której kłamstwo jakkolwiek by się opłacało.
Fior wszedł do pracowni, a Ariv niepewnie wślizgnął się zaraz za nim. Czuł się dziwnie mały w obecności kogoś takiego. Pomieszczenie wyglądało jak zwyczajna sala lekcyjna, tyle że zamiast tablicy i biurka nauczyciela, całą ścianę zajmowały półki, a na nich stały najróżniejszych rozmiarów i kształtów szklane pojemniki, wypełnione dziwacznymi substancjami. Od tych, które wyglądały na śmiertelne groźnie, po te, które przypominały zwyczajne napoje. Niewiele z nich miało nalepki z nazwami.
Ariv przyjrzał się im z rosnącą powoli rozpaczą. Jak wśród tego wszystkiego miał niby znaleźć jakiś lek znieczulający, który nie zabiłby diabła, tylko mu pomógł?
— Czego właściwie szukasz? — zapytał Alieaster, wyraźnie widząc jego beznadziejną minę.
— Ja... e... — wymamrotał, nie wiedząc, co powiedzieć. Nie czuł się zbyt pewnie w towarzystwie pana Alieastera, zwłaszcza że całkiem niedawno pozwolił, żeby jego córkę porwał straszliwy smok. Do tego poważny i stanowczy fior zawsze go onieśmielał, jak też niemal każdą osobę. Trudno było czuć się normalnie w obecności kogoś tak poważnego, kto prawie zawsze zachowywał kamienną twarz, nawet w skrajnie tragicznych przypadkach. Ariv przełknął ślinę i spróbował od początku. — Vaila mnie tutaj przysłała, proszę pana. Po jakieś leki znieczulające.
— Co to za problem, przecież jest ich pełno w szpitalu. A wy tam jesteście, prawda?
— Dla diablika.
Wtedy Alieaster spojrzał prosto na niego, a Ariv wbrew sobie też podniósł na niego wzrok. Błękitne oczy były chłodniejsze niż stal, zimniejsze niż lód, bardziej stanowcze niż wszystko, co dotychczas widział. To było straszne. Zawsze czuł się nieswojo, kiedy Ignea albo Ethereal utkwili w nim to swoje słynne alieasterowe spojrzenie, ale to było naprawdę niewiele w porównaniu z tym. Ich rodzina tak bardzo nienawidziła magii, ale chyba sami nie zdawali sobie sprawy, ile mocy kryło się w samym ich wzroku. Ariv zamarł w miejscu i nie mógł się ruszyć, zwyczajnie go sparaliżowało.
— Mój brat wyjechał z miasta całkiem niedawno, wraz z całą swoją rodziną. Wiele wcześniej, zanim jeszcze wszyscy padli. A inne diabliki nie mają wstępu do Miasta Kwiatów niż właśnie te z jego rodziny. Więc jaki diablik został ranny i dlaczego?
Spoglądając w te oczy, jak w jakąś bezdenną otchłań, Ariv bał się odpowiedzieć. Ale jakaś nieznana siła, której nie był w stanie pokonać, zmusiła go do otworzenia ust i wydarcia z nich prawdy.
— Thin zawrócił, żeby pomóc nam z ludźmi. Jego brat Kayl ruszył za nim i prawdopodobnie stracił oko w walce.
Warknięcie, które wydobyło się z ust Alieastera, było nawet gorsze od ryku smoka. Odwrócił spojrzenie, a Ariv powstrzymał się od odetchnięcia z ulgą, kiedy znów mógł się poruszyć. Chwilę później złapał niewielką fiolkę z czarnym wywarem w środku, kiedy ta o mało co nie rozbiła się na jego twarzy. Uniósł brwi w niemym zdziwieniu, ale mimo to wsunął buteleczkę do kieszeni płaszcza. Już miał iść, ale głos Alieastera znów go zatrzymał i zamroził w miejscu.
— A gdzie ONI są?
Nie musiał nawet pytać, o kogo chodzi, bo doskonale zdawał sobie z tego sprawę. To było dość oczywiste w takiej sytuacji. Nie śmiał po raz kolejny spojrzeć fiorowi w twarz.
— Nie... nie wiem — powiedział cicho, a odpowiedziało mu kolejne wściekłe warknięcie. Czy ktoś, kto nie potrafi kłamać, jest w stanie rozpoznać kłamstwo? Kiedyś nawet zadał to pytanie, ale nie dostał wtedy odpowiedzi. Wszystko wskazywało jednak na to, że odpowiedź była twierdząca. Znowu musiał przełknąć ślinę i na nowo zacząć zdanie. — Chyba... na pewno są jeszcze w puszczy. Ale naprawdę nie wiem gdzie i czy w ogóle...
Rozległ się trzask, a kiedy Ariv się odwrócił, sala była już pusta, a do środka wpadał wesoło wiatr, przez otwarte na oścież okno. Nie było ani jednego śladu po Alieasterze, jakby nigdy go tam nie było. Ariv przetarł oczy, upewniając się, czy aby nie miał halucynacji i fior rzeczywiście wyskoczył przez okno. Nie pasowało to do wizji dorosłego, którego miał w głowie. Potem jednak uznał, że później sobie nad tym porozmyśla i wypadł na korytarz. Musiał przecież jak najszybciej dostarczyć lek Vaili, bo inaczej ta go zabije samymi słowami.

~~*~~


— Mam dość — jęknął Ethereal, przystając i niezdarnie siadając pod jednym z drzew. Otarł rękawem płaszcza pot z czoła. — Już od kilku godzin łazimy po tej dziczy i wciąż nic nie znaleźliśmy. Chcę do domu!
— Jeśli być chciał kogoś winić za taką sytuację, to możesz tylko siebie — prychnęła Ignea, sadowiąc się tuż obok niego. Nie była aż tak zmęczona, jak jej brat, ale i ona miała swoje granice wytrzymałości i niebezpiecznie się do nich zbliżała. — A czy ty nie mógłbyś się zamienić w jakiegoś jelenia, czy coś i pogadać z innymi zwierzętami, żeby ci podały drogę? Albo chociaż wywąchać nam tę drogę powrotną do Miasta Kwiatów. Wiesz, wtedy to by było coś, może nawet bym się tak nie nabijała z tego, jak bardzo idiotycznie wyglądasz w tym płaszczu.
— Przecież to nawet tak nie działa — odpowiedział jej z pewną niechęcią, przeciągając się i ziewając potężnie. — Poza tym jestem zbyt zmęczony na cokolwiek. I głodny. Ale ty przecież jesteś moją siostrą, masz geny podobne do moich. Ty się w coś zmień, jak tak bardzo chcesz i zobacz, jakie to jest fajne uczucie. A, jak już mówiłem, fajne nie jest, ale ty lubisz wyzwania, to się chyba nie zawiedziesz.
— Ja przecież nie umiem — warknęła Ignea ze złością. — Nigdy czegoś takiego nie robiłam. Nie wiem nawet, czy mam całą tą twoją wydumaną zmiennokształtność. Próbowałam, nie wyszło, więc może tego nie umiem. Poza tym też jestem wykończona!
— A już zaczynałem myśleć, że nic nie jest w stanie cię zatrzymać. Nawet jakieś bzdurne zmęczenie — powiedział z pokrętnym uśmieszkiem. Ignea spoglądała na niego przez chwilę mściwie, po czym uznała, że samo spojrzenie to za mało i uderzyła go pięścią w ramię. Dość mocno, żeby się skrzywił, ale niewystarczająco, żeby miał zamiar znów się odezwać.
Przez chwilę zapanowała całkowita i dość ponura cisza. Nie do zniesienia. Nawet jeśli jakieś zwierzę przebywało wtedy w pobliżu nich, to nie poruszało się. Nie było widać żadnych znaków, że cokolwiek w tych stronach puszczy jeszcze żyje. Wszystko trwało jak martwe. Ethereal westchnął.
— Słuchaj, to, co się stało...
— Nie gadajmy już o tym — przerwała mu, zanim zdążył rozwinąć swoją myśl. — Naprawdę. Nie rozmawiajmy. Nie o tym. Porozmawialiśmy i wystarczy, więcej nie chcę. Skupmy się na znalezieniu drogi. Znalezieniu czegoś najbardziej charakterystycznego w okolicy, żeby przynajmniej dowiedzieć się, gdzie jesteśmy. Może idziemy w złą stronę?
— Dobra, ale niby jak chcesz to sprawdzić? Co, wespniesz się na drzewo i sprawdzisz położenie słońc? I tak nic nie zobaczysz, a nawet jeśli jakoś pomoże nam to w określeniu kierunku, to i tak nie wiemy, czy nie miniemy Miasta Kwiatów i nie powędrujemy dalej, aż do dalszej Vitty. A może poczekasz na noc i zaczniesz się kierować gwiazdami? To też nam raczej nie pomoże. Zapytasz roślinek albo zwierzątek? Nikt nie odpowie, wszystko to zachowuje się, jakby było martwe. Nie mamy żadnego wyjścia. Żadnego!
— Zaczynasz się robić strasznie irytujący, kiedy nie masz bladego pojęcia, co trzeba zrobić — prychnęła Ignea z niechęcią. Westchnęła. — Ale szczerze mówiąc, to też nie wiem, co robić. Odpocznijmy chwilę, a może potem... jak nie znajdziemy drogi, no to możemy... możemy się przespać i ruszyć znów rano. Rozbijemy sobie gdzieś mały obóz albo zanocujemy na drzewach, chociaż to jest trochę niewygodne... Zgoda?
— Ruszajmy teraz — odezwał się Ethereal, podnosząc się szybko. — Wybacz siostra, to miejsce przyprawia mnie już o dreszcze. Wolałbym paść ze zmęczenia w domu i nie ruszać się przez tydzień, ba, nawet mógłbym nie ruszać się przez miesiąc, niż spędzić tutaj choćby jedną noc.
Ignea przewróciła oczami, ale nie skomentowała jego dziwnego zachowania. Ona nie miała aż takich uprzedzeń do puszczy, jednak nie dziwiła mu się. Po tym wszystkim też musiała przyznać, że nie chce przebywać wśród dziczy dłużej, niżeli byłoby to konieczne. Podniosła się z pewnym trudem, a potem znów uszczypnęła brata, kiedy jego uszy po raz kolejny zaczęły się zmieniać. Nie zwrócił na to najmniejszej uwagi, tylko rozejrzał się za czymś, co tylko on usłyszał. Wzrok miał przez chwilę nieobecny, jakby spoglądał swoimi oczami na zupełne inne miejsce, niżeli to, w którym się właśnie znajdował. Oczy jakby nieco też mu przygasły.
Wyprostował się gwałtownie i złapał ją za rękę, po czym ruszył przed siebie, ciągnąc ją za sobą. Zwykle to ona robiła takie rzeczy! Zdawało się, że w jednej chwili wróciły mu wszystkie siły, jakie stracił w trakcie wędrówki. Jego uścisk był wręcz żelazny. Ignea syknęła z bólu, ale nie zwrócił na nią uwagi, wciąż prąc przed siebie, przebijając się między gałęziami, które zahaczały o jego głowę i przyspieszając coraz bardziej kroku, jakby chciał zerwać się do biegu.
— Et, co się dzieje? Coś się stało?
— O tak, stało się. Bardzo dużo — odezwał się drżącym głosem, nie odwracając się do niej, tylko wciąż idąc. A właściwie już niemal biegnąc. Jego zachowanie było dziwne. — Stało się bardzo dużo i dlatego właśnie musimy jak najszybciej znaleźć się jak najdalej. Nie chcę tego widzieć, a już na pewno chcę to przeżyć.
— Ale CO się stało? — zapytała Ignea, kładąc nacisk na drugie słowo, ale nie wyglądało na to, żeby miała uzyskać w tej chwili odpowiedź. Podniosła więc swój głos, bo to zwykle skutkowało. — ET! Co. Się. Stało? Usłyszałeś co, tak? Mówię do ciebie! Ej! Zatrzy...
— Ciiiicho — uciszył ją sykiem, ale mimo to przystanął.
Rozejrzał się uważnie dookoła, a jego uszy zadrgały niespokojnie. Naprawdę musiał coś słyszeć. Ignea też zaczęła słuchać, ale usłyszała tylko coś bardzo cichego, co nie do końca umiała zinterpretować. Ethereal najwyraźniej nie miał takiego problemu i wiedział albo chociaż domyślał się, co to było, bo zaklął szpetnie pod nosem. Nigdy nie podejrzewała go o znanie takich słów.
— Schowaj się gdzieś. Szybko!
Nie czekał na odpowiedź. To, co się stało, stało się tak szybko, że Ignea nawet tego nie zauważyła. W jednej chwili stał przed nią brat, ze swoją poważną miną, wyprostowany jak struna, mrugnęła i w drugiej już go nie było. Zamiast niego był wielki czarny wilczur, drapiący potężnymi łapskami w trawę, jakby w ten sposób ostrzył pazury. Warknął na nią, jakby powtarzał swoje polecenie i dając jej tym też do zrozumienia, że teraz jest w pełni świadomy tego, co robi i co zamierza zrobić. Ignea niechętnie go posłuchała i schowała się w pobliskich krzakach, jednak była gotowa w każdej chwili wypaść ze swojej kryjówki i walczyć u boku brata, nawet jeśli nie nadawała się do tego.
Spomiędzy drzew wyłonił się jakiś kształt, niewątpliwie to, co wcześniej usłyszał jej brat. Wysoki i zdający się jeszcze ciemniejszy niż Ethereal w swojej wilczej formie. Ignea wstrzymała oddech i nie wiedziała, czy powinna się bać, czy też podziwiać stworzenie, które właśnie się pojawiła. Nigdy jeszcze w całym swoim życiu nie widziała czegoś takiego. Ogromne i łuskowate, o sześciu nogach i naprawdę długim ogonie, najeżonym kolcami, przypomniało nieco smoka bez skrzydeł. Z głowy wyrastało mu sześć rogów, przy czym dwa z nich były zakrzywione i przypominały nieco swym kształtem błyskawice. Cały skąpany był w barwach mroku, poza oczami, które były koloru najczystszej zieleni. Stwór otworzył swoją paszczę, ukazując dwa rzędy ostrych kłów i zasyczał głośno. W odpowiedzi rozległo się głuche warknięcie wilka.
Skąd coś takiego w ogóle wzięło się w Złotej Puszczy? To nie miało prawa tutaj istnieć! Coś tak wyglądającego mogło wywodzić się tylko z piekieł.
Stworzenie zamachało ogonem z zaciekawieniem i przyjrzał się wilkowi stojącemu naprzeciwko niego z zainteresowaniem, jakby ten był jakimś zbłąkanym, słodkim zwierzątkiem, a stwór nie był pewien, czy powinien go zjeść, czy jednak nie warto było się z czymś takim męczyć. Etherealowi zjeżyła się sierść na grzbiecie, gdy znów zawarczał, chcąc za wszelką cenę odpędzić stwora.
„Co to jest?”. Ignea zaczęła przeczesywać swoją pamięć, usiłując sprawdzić, czy nie ma tam jakiejś przydatnej informacji. Jakiejkolwiek. Czytała chyba coś na temat zwierząt, jakie mogą zamieszkiwać takie dzikie miejsca, ale nie była też pewna, czy to coś pochodziło z tej puszczy, czy jednak przypałętało się z zupełnie innego miejsca. Albo i innej rzeczywistości.
Wtedy stwór skoczył, zmieniając się w czarną smugę, a wilk jak najszybciej usunął mu się z drogi. Odepchnął się tylnymi łapami od podłoża i zwinnie wskoczył na jego grzbiet, wbijając weń pazury, chociaż musiało być trudno znaleźć szpary między tymi gładkimi łuskami. Stwór zasyczał, bardziej ze złości niżeli z bólu i zaczął wirować, wręcz tańczyć na swoich sześciu nogach, usiłując zrzucić z siebie intruza. Wymachiwał przy tym ogonem na wszystkie strony i obdzierał korę z drzew. Zwykle przy czymś takim zaczęłyby jęczeć, wręcz krzyczeć, ale one milczały, tak samo, jak cała reszta natury. Jakby były martwe.
Rozległ się skowyt, kiedy Ethereal w końcu poślizgnął się i upadł na trawę, robiąc kilkanaście fikołków. Szybko wyprostował się i odskoczył, o mały włos unikając kolców z ogona. Jego postać dziwnie zamigotała, jakby chciał zmienić się szybko w coś innego, ale wtedy stwór rzucił się na niego i musiał znów odskoczyć, żeby nie zostać zmiażdżonym i połamanym na kawałki.
Ignea postukała się w głowę ze złością. „Myśl! Stwór o wyglądzie podobnym do smoka, nie ma skrzydeł, za to ma sześć łap i zabójczy ogon z kolcami... końcówka ogona najeżona kolcami...  dwa rzędy ostrych jak brzytwa zębów, które dałyby radę rozedrzeć nawet smoczą łuskę... on nic nie słyszy, bo właściwie nie ma uszu, zamiast tego kieruje się innymi zmysłami. A boi się... czego ten cholerny stwór się bał? No dalej pusta głowo, myśl! Przypomnij sobie! Czytałaś o tym, na pewno o tym czytałaś! To była chyba książka fantastyczna, ale przecież czytałaś o tym!”. Ale pamięć nie zamierzała z nią tak łatwo współpracować i milczała.
Ethereal uznał, że ogromny wilczur to jednak zbyt mało jak na taką sytuację i przemienił się w coś, co wyglądało na połączenie jego wcześniejszego wilka i jakiegoś konia. Miał długie nogi i szyję, uszy i ogon niewątpliwie koński, jednak wciąż był pokryty sierścią, tułów mu jakoś niezbyt pasował, a paszcza w ogóle nie mogła należeć ani do jednego, ani do drugiego zwierzęcia. Ignea podejrzewała, że chciał zamienić się w zwykłego konia, może jakiegoś jelenia czy coś w tym guście, ale był zbyt rozproszony i nie bardzo mu to wyszło, w wyniku czego utknął między przemianami.
Stwór na chwilę się zatrzymał, zdumiony tą nagłą zmianą swojego przeciwnika, ale jego oszołomienie nie trwało zbyt długo. Szybko się otrząsnął i potrząsnął swym łbem. Prychnął, a z jego nozdrzy wydobyły się kłęby dymu... nie, nie dymu, dym nie miewał takiej barwy i nie zakrzywiał tak światła. To musiała być para woda. Ale co za zwierzę wydycha parę wodną w takiej postaci?
— Powietrze! — krzyknęła nagle Ignea, prostując się i zapominając o tym, że miała być cicho i siedzieć w kryjówce. Spojrzenia brata i niepokojącego stworzenia natychmiast powędrowały w jej stronę. — Et, on się boi wysokości! I wiatru! Po prostu załatw sobie skrzydła!
Tyle że stworzenie teraz dla odmiany zainteresowało się nią i zupełnie zignorowało jej brata. Ignea rozejrzała się i szybko zaczęła się wspinać na pobliskie drzewo. Nie czuła w nim życia, więc nie sprawiało jej to aż takiej przyjemności jak zawsze, nawet wręcz wprawiało ją w smutek. Każdy mięsień jej ciała protestował przy wysiłku, ale starała się zignorować ból. Zanim się zorientowała, była już tak wysoko, że stworzenie warczące na nią wyglądało na malutkie niczym myszka. Ledwie było je widać pomiędzy liśćmi. Brata za to nie widziała wcale, ale słyszała już o wiele lepiej, zwłaszcza kiedy warknął i zarżał jednocześnie, co zabrzmiało naprawdę, ale to NAPRAWDĘ dziwnie. Jednak znaczenie tego dźwięku było jasne — rzucał wyzwanie.
Stwór zniknął z jej pola widzenia, sycząc przy tym wściekle. Przyjął to wyzwanie. Ignea chciała zejść na dół i zobaczyć, jak idzie Etherealowi. Przecież to coś mogło go zabić! Nawet jeśli podała mu jakiś sposób na pozbycie się stwora, ten i tak było strasznie groźny. Ale też z drugiej strony, jeśli ona zejdzie niżej, stwór z pewnością rzuci się znów na nią. Była łatwiejszym do osiągnięcia celem.
Przesunęła się na gałęzi i rozgarnęła liście przed sobą, żeby zobaczyć, jak wysoko właściwie się znajduje. Jedne drzewa były wyższe, inne niższe, ale większość była po prostu średnia i rosła mniej więcej równo. Ona akurat musiała wybrać jedno z tych wyższych. Zawsze jakiś zmysł pchał ją właśnie na te najwyższe, choć nie wiedziała, jak to się działo.
Ethereal miał rację, nie widziała żadnego ze słońc, bo oba schowały się dawno za linią horyzontu, a w każdym razie za linią wysokich drzew, których nie brak było w Złotej Puszczy. Rozejrzała się, sama nie wiedząc, czego właściwie szuka. Gdzieś nagle pośród ciszy rozległ się perlisty śmiech Natury. Nie, to był tylko zwykły śpiew Tak'Trika. Zabrzmiał przez chwilę, żeby ucichnąć gwałtownie. A po chwili znów, trochę bardziej piskliwie i z nieco innego kierunku. Znowu przerwa i znowu śpiew, teraz już bardziej przypominający pisk.
Znała to. W Mieście Kwiatów zawsze było pełno Tak'Trików, siedzących w swych gniazdach pośród gałęzi domów. Fiorzy uwielbiali je i pozwalali im tam siedzieć, nie tylko dlatego, że ich śpiew brzmiał pięknie, a one same, choć niewielkie, urodą wręcz grzeszyły. Ale to nie był jedyny powód. Te ptaki były w stanie wykrywać większość zagrożeń szybciej niż ktokolwiek bądź cokolwiek innego. A taki ich śpiew oznaczał nic innego, jak właśnie zagrożenie i to wielkie, bo po chwili rozbrzmiało więcej pisków. Ignea rozejrzała się, ale niczego niebezpiecznego nie zauważyła, nawet gdy wytężyła swój wzrok do granic możliwości. Przyłożyła więc jedną dłoń do ust, zwijając ją w rurkę i powtórzyła ćwierkanie ptaków, tak jak kiedyś uczył ją ojciec. Te odpowiedziały, świszcząc jeszcze szybciej i głośniej niż wcześniej. A potem gwałtownie umilkły, wszystkie naraz.
Powietrze jakby zamarło na chwilę w bezruchu, a uszy Ignei wypełnił nieokreślony szum, który raczej nie dobiegał z otoczenia, ale z niej... Potężny podmuch wiatru poruszył drzewem, na którym siedziała, a ona z całej siły przytuliła się do gałęzi, byleby tylko nie spaść. Nie po raz kolejny tego samego dnia. Cały świat się zatrząsł, Tak'Triki zakrzyknęły z paniką i wzbiły się w niebo, wypełniając wszystko świstem swoich małych skrzydełek, który jednak chwilę później został zagłuszony przez potężny ryk.
Ignea podniosła swój wzrok i zobaczyła ogromnego gada, wzlatującego w niebo. Tak jakby jeden smok nie był wystarczającą atrakcją na jeden dzień, teraz pojawił się nagle drugi. Ten jednak był znacznie większy i o wiele bardziej błyszczący niż wcześniej jej brat. Jaśniał niczym lecące miniaturowe słońce. Dopiero po chwili Ignea zorientowała się, że to przez łuski, które były tak nieskazitelnie białe i czyste, że działały praktycznie jak lustra. Smok zrobił pętlę w powietrzu, lecąc z gracją, jakiej zupełnie brakowało wszystkim innym zwierzętom. Znów zaryczał, jakby kogoś wzywał, a potem przemknął nad koronami tak nisko, że gdyby tylko chciał, mógłby je bez problemu pościnać swoimi skrzydłami, jednak to nie było jego celem. Ostatni raz ryknął, po czym zniknął nagle w gęstwinie zieleni i żółci, co wyglądało, jakby rozpłynął się w powietrzu, bowiem ani jeden liść się nie poruszył.
Ignea przyjrzała się niespokojnie okolicy, ale ta była równie cicha i spokojna co wcześniej. Drzewa przestały się kołysać i znów stały ponuro, nieruchomo na swoich miejscach, jak umarłe. Tak jakby smok nigdy nie istniał, a przecież widziała go dosłownie przed chwilą i z pewnością nie mógł być tylko wytworem jej wyobraźni. Miała bardzo bogatą wyobraźnię, ale wciąż jeszcze potrafiła ją odróżnić od szarej rzeczywistości. Jak takie duże stworzenie zdołało się ukryć i nie zostawić śladów?
Wtedy usłyszała rozpaczliwie wycie dobiegające już z dołu i niedające się pomylić z żadnym innym. Jęknęła cicho i szybko zsunęła się z drzewa, choć dłonie rozbolały ją od tego strasznie i zapewne pokryły się krwią. Nie przejęła się tym, później będzie miała na to czas. Zatrzymała się na tyle wysoko, żeby nie dać się dosięgnąć żadnemu mniejszemu czy większemu stworowi, który mógłby czaić się w dole, ale też na tyle nisko, żeby mimo wszystko jako tako widzieć to, co działo się niżej.
Pod drzewem, skamląc cicho, leżał czarny wilczur i oddychał ciężko, a pomiędzy jego czarną sierścią błyszczały lekko strużki błękitu. Widzą to, Ignea zeskoczyła z drzewa i podbiegła do brata, zupełnie nie przejmując się niczym innym. W tamtej chwili nic innego jej nie obchodziło. Przyjrzała się szybko wilkowi. Miał paskudną ranę na boku, jednak niezbyt głęboką, dzięki niech będą za to bogom. W grzbiet miał powbijanych kilka ogromnych kolców, co o wiele bardziej zaniepokoiło Igneę. Nie znała się zbytnio na leczeniu, właściwie to przespała większość lekcji o pierwszej pomocy, więc nie była pewna, czy powinna je wyjąć natychmiast, czy jednak lepiej było tego nie robić tak od razu, bez żadnych fachowych środków.
Ethereal spojrzał na nią swoimi wielkimi oczami i prychnął dziwnie, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie bardzo mógł to zrobić.  Zamrugała i przechyliła głowę, nie rozumiejąc, a on znów wydał z siebie ten dziwny dźwięk, który jednak w połowie został zagłuszony przez głośne syknięcie.
Odwróciła się i uchyliła gwałtownie, kiedy kilkanaście kolców przemknęło nad jej głową. Spojrzała gniewnie najpierw na nie, gdzie wbił się w drzewo, a potem na tego samego strasznego stwora, który wystrzelił nimi w jej stronę, doskonale wiedząc, gdzie celuje. Zmagał się teraz z jakimś innym stworzeniem, które go zaatakowało, ale to nie przeszkodziło mu zatrzymać się na krótką chwilę i wbić w nią swój wygłodniały wzrok.
Niewiele myśląc, jak często zresztą, wyrwała kolec z drzewa, kalecząc sobie przy tym jeszcze bardziej dłonie o jego ostre krawędzie, po czym podrzuciła go w dłoni, sprawdzając ciężkość. Stwór warknął na nią, ale odsunął się szybko, umykając z drogi wściekle szarżującemu... chyba tygrysowi, ale Ignea nie była pewna. W głowie jej się nieco kręciło. W tej puszczy raczej nie spotykało się tygrysów.
A potem stwór nagle rzucił się w jej stronę, sycząc wściekle i zupełnie ignorując swojego kolejnego przeciwnika. Przyparta do muru, zrobiła jedyną rzecz, jaka przyszła jej do głowy — cisnęła trzymanym kolcem, wkładając w to całą siłę, jaką wciąż posiadała i jeszcze trochę tej, którą jakimś cudem w sobie nagle znalazła. Która czekała zakopana gdzieś głęboko, na moment, żeby pomóc.
Kolec ze świstem przeciął powietrze, lecąc naprawdę szybko, jakby został wystrzelony z łuku, a nie zwyczajnie rzucony. A może tak tylko wydawało się Ignei. A potem pocisk wbił się prosto w środek oka bestii, która cofnęła się i zawyła tak głośno, że aż ziemia zadrżała. Ignea też doskonale wiedziała, gdzie powinna celować. Stwór spojrzał na nią zdrowym okiem, a widać w nim było tylko czystą furię i chęć mordu na tej małej istotce, która ośmieliła się go zaatakować.
Od śmierci ocalił ją... tak, to jednak był tygrys, tak jak na początku jej się wydawało. Ogromny i biały, zdobiony w czarne pasy, rzucił się na potwora, gdy ten na niego nie patrzył i oba zwierzęta zmieniły się w kłębek kolorów, bieli i czerni. Zniknęły gdzieś między drzewami, warcząc na siebie i sycząc wściekle, jedno zacieklej od drugiego. Ignea stała przez chwilę w miejscu, wrośnięta w ziemię, zupełnie nie wiedząc, co ze sobą zrobić, gdy nagle zapadła zupełna cisza. Była przygotowana na powrót straszliwego stwora, ale sama wiedziała, że nie będzie w stanie dotrzymać mu pola w walce.
Jednak w zasięgu jej wzroku pojawił się znów olbrzymi tygrys, krocząc z gracją drapieżnika, cały umazany krwią, która chyba jednak w większości nie należała do niego. Zatrzymał się przed Igneą, spoglądając na nią z powagą wiekowego stworzenia, które już niejedno w życiu widziało i przeżyło. A potem zgiął łapy i pochylił głowę, co niewątpliwie było ukłonem. Wyrazem szacunku wśród fiorów. Ignea zamrugała, zdziwiona, a potem powtórzyła ten gest.
Z głębin puszczy dobiegło przejmujące wycie. Tygrys spojrzał w tamtą stronę i powtórzył dźwięk niczym echo. Jeszcze raz spojrzał na Igneę, na leżącego za nią i wciąż skamlącego Ethereala w postaci wilka, po czym po prostu się odwrócił i zniknął niczym biała smuga. Rozpłynął się w ciemności i tyle go widzieli.
Ignea odwróciła się i znów klęknęła przy bracie, który niezdarnie próbował stanąć na nogi. A raczej na łapy, bo wciąż jeszcze się nie zmienił. Nie była pewna, czy nie chciał tego, czy po prostu nie umiał zrobić w takim stanie.
— Tutaj jesteście! Dzięki niech będą wszystkim bogom, za to, że jeszcze żyjecie!
— Tato?! — Ignea po raz kolejny się odwróciła i ze zdumieniem zauważyła, że to rzeczywiście jej ojciec stoi w pobliżu, wpatrując się w nich jak w duchy, ale też z pewną ulgą. Nie był jednak do końca tym samym fiorem, co zawsze... — Dlaczego... dlaczego ty masz wilcze uszy?
Kiedy tylko wypowiedziała te słowa, uszy od razu zamieniły się na zwykłe, szpiczaste, długie i przekrzywione, jakie posiadali wszyscy normalni fiorzy. Może trochę zbyt duże, ale normalne. Ojciec podszedł do niej i także klęknął przy wilku, łapiąc go za łapę. Jego spojrzenie i mina wyraźnie mówiły, że doskonale zdaje sobie sprawę, kogo ma przed sobą i że niezbyt mu się to podoba.
— Zmień się z powrotem — powiedział ostro. Ethereal jęknął w proteście, na co ojciec tylko mocniej zacisnął palce na jego łapie. — Zmień się, jeśli nie chcesz umrzeć. Zrób to. Już!
Może zadziałało głośne i gwałtownie polecenie, może ostrzeżenie przed śmiercią, a może ból, jaki wywołał uścisk, ale postać wilka zamigotała. Ignea nigdy nie była pewna, jak właściwie następowała zmiana, choć widziała to już kolejny raz. Po prostu w jednej chwili spoglądała na wielkiego wilczura, a w drugiej nagle w tym samym miejscu pojawiał się brat. Tak stało się i tym razem. Przynajmniej teraz miał na sobie ubranie, choć płaszcz był poszarpany o wiele bardziej niż zwykle.
— Żyjesz? — Ojciec pomachał mu ręką przed twarzą, a Ethereal zamrugał, patrząc na niego niezbyt przytomnie. Nie wyglądał zbyt dobrze, ale martwy też zdecydowanie nie był. — Świetnie. Dojdziesz do siebie, o ile więcej nie będziesz próbował dać się zabić. No dobra, a teraz wstawaj. Nic ci nie będzie — dodał, kiedy Ethereal zaczął protestować. — Naprawdę wiem, co robię. Po prostu mi zaufaj. I wstawaj, bo niestety nie mamy zbyt wiele czasu.
Ojciec złapał go za jedną rękę, Ignea za drugą i wspólnymi siłami pomogli Etherealowi stanąć na jego własne nogi. Na szczęście teraz miał już dwie, a nie cztery. Chłopak zachwiał się niebezpiecznie, a Ignea z trudem przytrzymała brata, który zdawał się wiele cięższy, niż zazwyczaj. A może to ona miała po prostu mniej siły. O wiele mniej, bo od dawna nie odpoczęła. Jęknęła.
— Za ciężki jesteś.
— Wybacz siostruś — powiedział słabo Ethereal, uśmiechając się do niej złośliwie. Dla odmiany to ona teraz na niego warknęła.
— Powtórzysz to jeszcze raz, a sam będziesz się wlókł z powrotem do miasta.
— Proszę, nie kłóćcie się chociaż przez chwilę — przerwał im ojciec, rozglądając się dookoła i nasłuchując uważnie. Minę miał niezbyt przyjazną. — Nie wiem, co tutaj się stało i nie jestem pewny, czy aby na pewno chcę w ogóle to wiedzieć. Cokolwiek by to jednak nie było, to z pewnością nie jest najlepsze miejsce na rozmowę o tym. Powinniśmy wracać i to jeszcze zanim zapadnie zmrok Wtedy zjawi się więcej... e... nieważne. Musimy wracać.
— Nie chcę zabrzmieć jak pesymistka, ale to jest raczej niemożliwe — prychnęła Ignea. — Nie, jeśli przez całą drogę mam taszczyć tego spaślaka, który śmie się nazywać moim bratem.
— Mogłabyś choć raz odpuścić sobie te złośliwości — mruknął Ethereal w odpowiedzi, na co Ignea pokazała mu język. A potem jęknęła.
— Nie, na serio. Ja też jestem zbyt zmęczona na jakiekolwiek chodzenie, nawet bez takiego ciężaru.
— Właściwie to myślałem o nieco innym sposobie powrotu — powiedział cicho ojciec, a rodzeństwo wymieniło między sobą zdumione spojrzenia, które potem wbili w niego. Gdy to zauważył, uśmiechnął się nieznacznie. Trochę niebezpiecznie. — Chyba nie sądziliście, że wasze umiejętności wzięły się ot tak, z powietrza, prawda?

~~*~~


— Masz fajne uszy. Takie... ekstra — powiedział siedzący naprzeciw niego diabełek, a Vol odruchowo podniósł rękę, żeby owe uszy sprawdzić, jakby w ciągu kilku chwil mogły się nagle zmienić. Były okrągłe jak zawsze, ale patrząc na uszy Kayla, chłopak mógł zrozumieć, czym ten diablik się tak dziwi. Jego były jeszcze dziwniejsze niżeli fiorskie, bo nie dość, że szpiczaste, to zamiast jednego końca posiadały dwa. Podwójnie szpiczaste uszy...
— Twoje też są dziwa... znaczy się, ciekawe. To chciałem powiedzieć. Ciekawe.
— Nigdy nie widziałem człowieka — rzekł Kayl, jakby w ogóle nie usłyszał jego słów. Zamrugał i zmrużył ciemne oko. Na drugim miał opaskę niczym pirat. Chociaż materiał zasłaniał niemal w całości całą ranę, Volowi robiło się niedobrze za każdym razem, gdy skierował na niego wzrok. — Wiesz, wcale nie wyglądasz tak dziwnie, jak mówią opowieści.
— To... to wy macie w ogóle jakieś opowieści o ludziach? — zdziwił się Vol, a Kayl uśmiechnął się w odpowiedzi, ukazując swoje ostre kły. Vol wzdrygnął się, widząc to. Nawet jeśli ten uśmieszek miał wyglądać przyjaźnie, to takim nie był.
— Pewnie! I to dużo, bardzo dużo! Ale one są z czasów, kiedy jeszcze nie było tego całego ważnego Paktu — powiedział wesoło Kayl, drapiąc się w rękę w miejscu, gdzie miał założony bandaż. Jeden z naprawdę wielu. Największy miał owinięty wokół głowy, ale raczej nie przeszkadzał mu za bardzo. — Są strasznie stare. I straaasznie straszne! Chcesz posłuchać? Mogę opowiedzieć!
Na całe szczęście od tego uratowała go Vaila, która wybrała właśnie tę chwilę, żeby wejść do sali! Dzięki niech będą bogom! Ostatnio trochę zbyt często im dziękował, biorąc pod uwagę, że był ateistą. Powinien się w końcu na coś nawrócić. Powstrzymał się od westchnienia ulgi, na widok dziewczyny. Nie potrafił ukryć przed samym sobą faktu, że diablik, choć mały i raczej niegroźny, przerażał go. Wyglądał tym groźniej, że wciąż był umazany częściowo krwią, głównie swoją, a ponad połowę jego ciała pokrywały bandaże. No i miał tę swoją opaskę na oku.
— Kayl! — powiedziała ostro uzdrowicielka, zwracając na niego swój wściekły wzrok, jakiego uzdrowicielki posiadać nie powinny. — Miałeś nie ruszać się ze swojego łóżka! Powiedz ty mi, rozumiesz w ogóle słowo „nie”? No już, wracaj mi tam natychmiast i nie waż się ruszyć nawet o krok, bo cię do niego przywiążę!
— Widziałaś, jakie on ma uszy? — zapytał diablik, całkowicie ignorując jej słowa i wskazując palcem na Vola, który nie wiedział, co powinien ze sobą zrobić w trakcie tej rozmowy. — Są okrągłe. Okrągłe! To jest takie fajne! Też chcę mieć okrągłe uszy!
— Ty to możesz niedługo nie mieć uszu, jak będziesz się wszędzie pałętał i nie wrócisz do łóżka. No już, wypad mi stąd.
— Nie możesz mi obciąć uszu — zaprotestował wojowniczo, przyjmując buntowniczą pozę. — Uczysz się na uzdrowiciela. To jest wbrew jakiejś tam waszej przysiędze czy jakoś tak. Miałem o tym lekcje w szkole!
— Ja nie mogę — zgodziła się dziewczyna, kiwając przy tym głową. — Ale twój brat już tak i z pewnością to zrobi, jeśli zaraz się nie położysz i nie przestaniesz wygłupiać. Mogę go zaraz zawołać, jeśli tak bardzo potrzebujesz czyjejś uwagi, nicponiu. Liczę do trzech...
— Nie! — krzyknął, zanim jeszcze zaczęła liczyć, po czym szybko się poprawił: — To znaczy... dobrze, już idę. Tylko nie... nie wołaj go. On przecież ma tam te swoje ważne sprawy... przy komputerach... po co mu przeszkadzać...?
— Też tak myślę — powiedziała z pogodnym uśmiechem Vaila, śledząc wzrokiem Kalya, który podniósł się szybko i w podskokach wrócił do swojego łóżka. Znaczy, całkiem dosłownie podskakiwał wesoło, zamiast normalnie iść. Wpadł pod kołdrę i przykrył się nią tak, że w ogóle nie było go widać, może poza ogonem, który ułożył się na podłodze niczym groźny wąż.
Vaila spojrzała na Vola, który siedział wciąż na swoim łóżku, a ten nagle zapragnął zapaść się pod ziemię, albo znaleźć się wszędzie indziej, byle nie w tamtym właśnie miejscu. Ocknął się zaledwie chwilę wcześniej, odkrywając ze zdumieniem, że jakiś dzieciak przygląda mu się z zaciekawieniem. A potem o mało nie wyskoczył z własnej skóry, kiedy ów dzieciak okazał się jednym z diablików. Jednak to spostrzeżenie miało i swoje dobre strony, bo pod wpływem głębokiego szoku Vol przypomniał sobie wszystko, co się stało, zanim stracił przytomność. Albo raczej, zanim sam się jej przypadkiem nie pozbawił. Zdał sobie też sprawę, że już nie jest niewidzialny i każdy może go zobaczyć, co oznaczało tyle, iż już prawdopodobnie wszyscy wiedzieli, że był człowiekiem. I intruzem. Nie czuł się z tym zbyt dobrze, właściwie to czuł się tragicznie.
Ona chyba też nie była pewna, co powinna zrobić, bo tylko stała tylko w milczeniu, nie odzywając się ani słowem. Ruszyła się z miejsca dopiero po chwili, żeby otworzyć okno. Przyjemny zimny podmuch wpadł do sali. Ukryty pod kołdrą Kayl syknął z irytacją, ale moment później jego syk zmienił się w chrapanie. A chrapał dość głośno i nawet zabawnie. Vol szybko zasłonił sobie usta ręką, żeby nie obudzić diablika swoim śmiechem. Poza tym jego śmiech zabrzmiałby chyba jeszcze bardziej głupio.
— Jak się czujesz? — zapytała Vaila, a Vol siedział przez chwilę, zanim zdał sobie sprawę, że to pytanie zostało skierowane w jego stronę. Zamrugał i opuścił rękę.
— Ee... dobrze... znaczy się, chyba dobrze. Sam nie jestem pewien.
— Nie musisz się bać, nie zjem cię — rzuciła z lekkim rozbawieniem Vaila, widząc jego minę, która chyba nie była zbyt ufna. — Ja nie mam kłów. No i zabrania mi tego kodeks uzdrowiciela. Zabijania albo chociaż ranienia kogokolwiek.
— Kiedy ja wcale...
— Nie strzelasz już iskrami? — przerwała mu, przechylając głowę i wpatrując się w niego dziwnie. Vol otworzył usta, ale sam właściwie nie wiedział, co na to odpowiedzieć, tak więc jego moc postanowiła to zrobić za niego i między palcami przeskoczyła mu wiązka prądu.
— Hm, przepraszam — mruknął Vol, chowając szybko rękę za plecy, kiedy kolejna iskierka postanowiła sobie potańczyć na paznokciu, jakby koniecznie zamierzała zwrócić na siebie uwagę. Niespodziewanie Vaila zaśmiała się. — Co w tym takiego śmiesznego?
— Nie, nic takiego, tylko że... — Nie mogła przestać głupkowato chichotać, co upewniło Vola w przekonaniu, że to musiało być jednak COŚ. — Pewnie nie powinnam się z tego śmiać... ale kiedy cię tutaj przenosiliśmy, też to robiłeś. Znaczy się, strzelałeś prądem na prawo i lewo. No i kiedy... ha ha ha... kiedy cię już przenieśliśmy, to... cóż, Ariv nigdy wcześniej nie wyglądał tak wspaniale ze swoimi idealnie ułożonymi włosami od linijki, jak wtedy. Powinieneś dostać jakiś medal, za doprowadzenie go do takiego stanu!
I roześmiała się głośno, zginając w pół i łapiąc za brzuch. Volowi również drgnął kącik ust, kiedy próbował sobie coś takiego wyobrazić, ale dobry nastrój szybko go opuścił. Ariv... to był ten strażnik, który go znalazł w szopie. O tak, pamiętał go, może nawet trochę zbyt dobrze. Nie wyglądał na osobę, którą chciałoby się mieć za wroga. Właściwie to chyba żaden fior nie wyglądał na taką osobę, bo mieli w sobie jakąś wyższość, ale ten akurat w szczególności.
Vol pociągnął za kołnierz swojej zniszczonej koszuli. Pomimo otwartego okna, nagle zrobiło mu się strasznie gorąco, chociaż nie miało to raczej zbyt wiele wspólnego z temperaturą panującą w pomieszczeniu.
— O nie, nie przejmuj się tym — rzuciła szybko Vaila, widząc, jak jego nastrój gwałtownie się pogorszył. — Ariv dostał... hm, nazwijmy to zakazem zbliżania się, z braku lepszego słowa. Mianowicie to biega teraz wszędzie i szuka mi składników do lekarstw, bo są mi bardzo potrzebne! Ekhem, nie żebym kiedykolwiek zamierzała kogoś wykorzystywać do własnych celów... no dobrze, w każdym razie cieszę się, że czujesz się lepiej. Jakbyś... jakbyś czegoś potrzebował, to daj znać. Wybacz, ale nie wiem dokładnie, czego potrzebują ludzie, żeby przeżyć.
— Tego chyba nikt nie wie — mruknął pod nosem Vol. — Nagroda Nobla dla tego, kto się dowie.
— Jaka nagroda? — zapytała z ciekawością Vaila, pierwszy raz słysząc o czymś takim. Vol zawahał się.
— Nobla. Nobel to był... to był taki gość, co żył jeszcze w czasach, kiedy ludzie zamieszkiwali Ziemię. W sensie, że planetę Ziemię, swoją rodzinną, nie jakieś inne... zresztą, po co to tłumaczę? I ten właśnie gość ufundował tę nagrodę... dla najwybitniejszych osób w różnych dziedzinach. Za zasługi.
— Aha, no tak. No to... no to jakby coś, zawsze możesz po...
Krzyk, który się rozległ, był tak głośny i piskliwy, że nawet Vol usłyszał go niezwykle wyraźnie, choć miał uszy zwykłego człowieka, a sam dźwięk dobiegał raczej z dość daleka. Vaila skrzywiła się. Kayl wyskoczył spod swojej kołdry i podbiegł do okna, otwierając je na całą szerokość i wychylając się przez nie, tak, że wystarczyłoby wtedy tylko delikatne pchnięcie, a wypadłby na zewnątrz, prosto w kwiaty pod ścianami szpitala. Nawet jeśli Volowi taka złośliwa myśl przyszła do głowy, nie chciał ryzykować potem spotkania z wściekłym diablikiem.
— To ten, co ma moje imię — powiedział Kayl, nie odwracając się i wpatrując w dal. Wydawał się niezadowolony, że ktokolwiek może nosić takie samo imię co on. Pomimo zdawanej relacji, jego głos prawie wcale nie miał emocji. Może poza znudzeniem. — Biegnie tutaj i piszczy gorzej niż nadepnięta mysz. Evv kiedyś nadepnęła na mysz, to brzmiało lepiej. Wymachuje rękami, jakby się coś paliło. Ale się nie pali. W sensie ten Kayl cały. O, patrzcie, a za nim biegnie ten laluś w identycznym głupim mundurze, z włosami jakby je tygodniami układał. Też krzyczy, ale przynajmniej nie tak strasznie. Ma ładniejszy głos. Wyje... „Ratujcie mnie”. A nie, to chyba jest „ratujcie SIĘ”. No, w każdym razie to coś w ten deseń.
— Przesuń się — syknęła Vaila, odpychając go od okna i łapiąc się framugi, po czym wychyliła się i krzyknęła: — Hej, hej! Co się stało?!
— SMOK! — wrzasnął Ariv. Vol skrzywił się, zarówno z powodu krzyku, jak i przez wykrzyczane słowo. Skoro jemu to rozsadzało uszy, nie chciał wiedzieć, co działo się ze stojącymi przy oknie Kaylem i Vailą. — OGROMNY SMOK LECI DO MIASTA! JUŻ PO NAS! RATUJCIE SIĘ! RATUJ SIĘ KTO MOŻE! KONIEC JEST BLISKO! ZAGŁADA JEST BLISKO! KAŻDY MARTWI SIĘ O SIEBIE!
— Czy oni sobie z nas żartują? — zapytał z lekką drwiną Kayl, opierając się o ścianę. — Żaden smok nie może wlecieć do Miasta Kwiatów, przecież to oczywiste. Sieć zabezpieczeń. Kiepski ten kawał, ale czego się spodziewać po dwóch półgłówkach półkrwi...
— Nie sądzę, żeby żartowali — powiedziała cicho Vaila, wciąż wpatrując się w dwójkę chłopaków. — Nie z takich rzeczy, nawet oni nie są tacy... Ale żeby smok... Smoki nie zapuszczają się w te okolice. Fiorzy specjalnie z tego powodu założyli miasto właśnie tutaj. A tamten poprzedni poleciał w zupełnie inną stronę. Jeśli więc byłoby ich więcej, to raczej trzymałyby się razem, bo smoki są...
— UCIEKAĆ! WSZYSCY KRYĆ SIĘ! NASZA ZAGŁADA JEST BLISKO!
— Może jednak powinniśmy zacząć uciekać — zaproponował nieśmiało Vol, w kocu się podnosząc i też podszedł do okna. Znajdowali się na parterze, bo ten budynek w sumie nie miał pięter, więc łatwo by było po prostu wyskoczyć w kwiatki i pobiec w stronę muru, żeby schować się wśród drzew. Chociaż może wśród drzew również nie byłoby zbyt bezpiecznie. Chłopak nie zrobił tego, tylko spojrzał w dal, żeby przyjrzeć się jasnej plamce na niebie, która zbliżała się podejrzanie szybko. — To jest ten smok? Albo jest bardzo mały, albo jest bardzo, ale to bardzo daleko...
— Akurat smoki mają to do siebie, że latają strasznie szybko — przerwała mu Vaila i rozejrzała się, jakby czegoś szukała. Zmrużyła oczy, po czym zaklęła pod nosem. — I gdzie się podziewa ten głupi mag, kiedy go nagle potrzeba? Na Czwartego, dlaczego zawsze musi znikać w takich chwilach?! Przecież nie możemy uciec tak od razu i ich wszystkich tutaj zostawić. Czekaj no... ja nie widzę tutaj żadnego smoka.
— No a ta błyszcząca plamka? — zapytał Vol, wskazując na rzeczoną plamkę, ale ona pokręciła głową.
— To nie jest smok, to tylko...
Zamilkła nagle, kiedy olbrzymi cień przysłonił i tak już zachodzące słońca, a ich wszystkich ogarnęła nagle ciemność. Olbrzymia bestia wylądowała nagle na placu, jakby się wyłoniła z powietrza, trzepocząc przy tym skrzydłami i wywołując taki wiatr, że Vol musiał się przytrzymać okna, żeby nie oderwać się od podłogi i nie zostać ciśniętym na ścianę. Na szczęście wiatr szybko ustał.
Kayl — ten większy, który był strażnikiem i nie był diablikiem — zatrzymał się gwałtownie, tak samo, jak towarzyszący mu Ariv. Stali zaledwie kilka kroków od smoka, pogrążeni w cieniu jego majestatu. Spojrzeli po sobie i wyjęli broń. Za to ten mniejszy Kayl przepchnął się między Vailą i Volem, którzy stali jak wbici w ziemię, i wyskoczył przez okno, żeby też podbiec do stworzenia, przyjrzeć mu się uważnie. Vaila jednak szybko złapała go za kaptur jego bluzy i zatrzymała.
Smok nie wyglądał na takiego, który chciałby zaatakować. Raczej na znudzonego. Potarł kilka razy łapami o kamienie placu, a potem ziewnął potężnie. Wszystkie lustrzane łuski na jego ciele błysnęły, sprawiając wrażenie, jakby składał się z samego światła. Potem obniżył łeb i prychnął, a z jego olbrzymich nozdrzy wydobyły się kłęby pary, spowijając dwóch strażników, którzy już szykowali się do samobójczego ataku. Krzyknęli, chociaż raczej te opary większej krzywdy im zrobić nie mogły.
— Proszę o spokój! Nie atakować! Przybywamy... Nie, źle zacząłem. Wracamy tutaj w pokoju!
Na głowie smoka pojawił się człowiek — nie, nie człowiek. Fior! — ubrany w zniszczony szary płaszcz, który wyglądał na nim idiotycznie, trochę jak worek na kartofle. Uśmiechnął się, a Vol zobaczył blask jego zębów nawet z daleka. Vaila wciągnęła naprawdę głośno powietrze i chyba całkiem nieświadomie zwolniła uścisk, a Kayl natychmiast zerwał się do biegu, wykorzystując sytuację.
Chłopak ześlizgnął się sprawnie z głowy smoka i wylądował spokojnie na ziemi, jakby zeskoczył z wysokości metra, a nie dwudziestu. Ogarnął wzrokiem otoczenie, pozdrowił dziwnym gestem dwóch zdumionych strażników, a potem uchylił się przez rozradowanym małym Kaylem, który pędził w jego stronę tak szybko, że zapewne by go przewrócił. Diablik z trudem wyhamował, ale nie wyglądał na urażonego takim zachowaniem.
Vol spojrzał na Vailę, która wciąż wyglądała, jakby ją trafił piorun i nie myśląc wiele, sam również wygramolił się przez okno, chociaż zrobił to zdecydowanie mniej zgrabnie niżeli Kayl. O mało co nie potknął się o framugę i wywalił twarzą w ziemię, ale udało mu się w ostatniej chwili złapać równowagę.
— Ktoś tu sobie znalazł nowych przyjaciół, co?
Podskoczył i odwrócił się gwałtownie, żeby spojrzeć na stojącą u jego boku Igneę. Pojawiła się tam nagle, jakby wyrosła spod ziemi albo racze zmaterializowała się z powietrza. Jeden smok ją porwał, drugi nagle jakimś cudem sprowadził... Wyglądała nieco strasznie, umazana błękitną krwią, w poszarpanym ubraniu i ze złośliwym uśmiechem na twarzy, którego mógłby pozazdrościć jej cały oddział demonów.
— Co... Jak... Jak ty właściwie się tutaj...?
— Prawdziwy iluzjonista nigdy nie zdradza swoich tajemnic — powiedziała, naśladując jego lekko piskliwy głos, a on spochmurniał nieco. Rzeczywiście dokładnie to samo jej kiedyś powiedział, gdy oznajmił, że ludzie potrafią udawać, że czynią magię, a tak naprawdę to po prostu oszukują. Podejrzanie ją to wtedy zaciekawiło. Widząc jego minę po tych słowach, parsknęła śmiechem. — Zeskoczyłam sobie na dach, zanim wylądowaliśmy i ześlizgnęłam się po nim przed chwilą.
— No tak, to przecież jest całkiem normalne — powiedział z lekką ironią, a ona zaśmiała się jeszcze głośniej.
— Dla mnie jest normalne! Skakałam z okna Pogodnej Wieży, pamiętasz?
Rozbłysło jasne światło, zwracając uwagę wszystkich znów na smoka, bo to jego właśnie ono ogarnęło. Jednak kiedy zaczęło już blednąć, a poświata zmalała, smoka nie było. Zamiast niego na środku placu stał mężczyzna w uroczystym stroju, wyprostowany dumnie i wyglądający jakby znajomo. Chwilę temu zdecydowanie go tam nie było. Zapadła cisza, która jednak była tak głośna, że zdawała się wypalać Volowi jego biedne uszy, które przeżyły już wystarczająco męki tego jednego dnia.
— Wszyscy do środka — rzucił ze złością dorosły fior, ruszając się z miejsca i dumnym krokiem kierując w stronę wejścia do szpitala. Było w nim coś wyniosłego i bardzo poważnego. Musiał mieć naprawdę wiele lat. — Albo nadchodząca noc stanie się ostatnią w waszym marnym życiu.
Mocno bijący od tych słów optymizm od razu zmusił wszystkich bez wyjątku do wykonania tego polecenia. Chociaż cała reszta poza fiorem wolała jednak wejść do środka przez okno, które było zdecydowanie bliżej niżeli drzwi. Chwilę później porozsiadali się na łóżkach, fotelach i podłodze w największej pustej sali, jaką udało im się znaleźć, czyli gabinecie, gdzie lekarze, medycy i uzdrowiciele spędzali sobie wolny czas. Biorąc pod uwagę, ile tam było rzeczy, można by pomyśleć, że mieli aż za dużo wolnego. Zestaw do golfa, jacuzzi, lodówka wypełniona od góry do dołu przekąskami, które miały w sobie tak wiele niezdrowych składników...
— Panie Alieaster. — Jako pierwszy odważył się odezwać Ariv, a spojrzenie ponurego fiora od razu spoczęło na nim, przez co zająknął się i skulił w sobie. — Prze... przepraszam, że się odzywam, ale zawsze myślałem, że... że nie lubi pan magii. I nie tyka się jej. Więc jak...?
— Nie mamy czasu na twoje pytania, Theryfer.
Ariv skrzywił się, a wszyscy spojrzeli na niego z pewnym zdumieniem, nawet Vol. Był absolutnie pewien, że słyszał już wcześniej to nazwisko, choć nie pamiętał dokładnie gdzie. Z całą pewnością to było jeszcze przed „wycieczką” do Vitty...
— Nazywam się Signe — powiedział sztywno Ariv. W każdej chwili gotowy do ataku.
— Skoro tak właśnie uważasz — zbyt go Alieaster, wyraźnie niezbyt zainteresowany tym, jakie nazwisko chłopak uważał za swoje. To uraziło Ariva, który zrobił naburmuszoną minę, ale nie odezwał się więcej. — Dobrze, a teraz słuchać mnie uważnie i nie przerywać jakimiś głupimi pytaniami, bo brakuje nam na to czasu. Mamy sytuację kryzysową i wcale nie chodzi mi tylko o to, że większość fiorów leży na ulicach jak martwa. Martwi nie są, a ich śmierci można bardzo łatwo zaradzić. Ale o tym później. Jest poważniejszy problem, a dokładniej taki, że jakiś skończony idiota stworzył wyrwę w naszej warstwie świata, naszym wymiarze i teraz przez tę wyrwę sączy się tu inny. A jeśli jakoś tego nie opanujemy, przyjdą tutaj kolejni ludzie i zrobią to za nas, a dobrych zamiarów z pewnością nie będą mieli. Ktoś, kto otwiera wymiary, nigdy nie ma dobrych zamiarów. Z pomocą tak wielkiej mocy będą mogli bez problemu opanować sobie cały nasz świat.
— Niby jak mieliby zawładnąć taką mocą? — odezwała się Ignea sceptycznie. Zajęła cały fotel i przewiesiła się przez podłokietniki tak, że teraz spoglądała na wszystkich do góry nogami. — Jeśli nam samym by się to nie udało, a to raczej niemożliwe, to jakim cudem im by miało się powieźć?
— Od tego właśnie mają maszyny — odezwał się siedzący na uboczu Thin. Wpatrywał się cały czas w ekran jakiegoś niewielkiego urządzenia, które nawet przypominałoby zwykłą, starą komórkę, gdyby nie poprzyczepiane go niego diody i anteny, które co jakiś czas wydawały z siebie podejrzane dźwięki. — W wyznaczaniu sobie dróg na skróty nie mają sobie równych, tyle trzeba im przyznać. Wezmą sobie maszynę, zbiorą nią całą moc i gotowe, sami nie będą musieli się męczyć przy tym wcale.
— No tak, ty przecież jesteś specjalistą w dziedzinie maszyn — syknęła w jego stronę Ignea.
— Pewnie, że jestem — przytaknął jej diablik, jakby w ogóle nie usłyszał sarkazmu. — Chcesz zobaczyć te przyprawiające o mdłości słodkie wiadomości, jakie wymieniają między sobą pracownik biura transportu i recepcjonistka laboratorium chemicznego? Okropieństwo. Kto w ogóle zatrudnia recepcjonistkę w laboratorium chemicznym? Przecież to bez sensu.
— Włamałeś się?! — zdziwił się Ariv, zrywają się z miejsca i podchodząc do Thina, żeby zajrzeć mu ponad ramieniem w ekran. Wytrzeszczył oczy. — No nie wierzę! Przecież to wszystko jest strzeżone przez jakieś tysiące komputerów, systemy antywłamaniowe i tylko bogowie wiedza, jakie jeszcze inne bzdety, a ty się tak po prostu WŁAMAŁEŚ?!
— Ja też mam komputery — oznajmił wesoło Thin, uśmiechając się, co natychmiast odpędziło fiora od niego. — Sęk w tym, że ja posłużyłem się jeszcze bardziej nowoczesną technologią, o ile mogę tak to w ogóle nazwać. W każdym razie wrzuciłem w swoje maszyny trochę magii i prawdziwego oddania. Działają o wiele lepiej niż te całe tysiące ludzkich, a ja mam ich mniej.
— Jaki to właściwie ma związek z naszą sprawą? — zapytał chłodno Alieaster, na co Thin wzruszył ramionami.
— Myślę, że raczej spory, o ile tylko mi się uda. Jeśli włamię się do baz danych w miejscu, gdzie trzymali dokładniejsze plany tego przedsięwzięcia, którego zamierzali dokonać w Złotej Puszczy, to zapewne znajdę projekt maszyny, którą sobie załatwili do przechwytywania energii magicznej. Albo nawet może miejsce, gdzie ją ukryli, bo przecież mogli ją ze sobą przynieść, skoro wiedzieli, na co się porywają. Wtedy my ją wykorzystamy i przy okazji będziemy wiedzieli, gdzie jeszcze zamierzali zrobić takie wyrwy.
— Gdzie JESZCZE?!
— Tego moglibyśmy się chyba dowiedzieć z dokumentów Vola. Musieli tam przecież coś na ten temat napisać — zauważyła Ignea i teraz to na niej skupiła się uwaga. Uniosła brwi, co nawet śmiesznie wyglądało do góry nogami. — Co się tak gapicie? Nie widzieliście mnie wcześniej zbyt dokładnie czy jak?
— Ty znasz dobrze tego człowieka?
Ton Ariva wyraźnie mówił, co o tym myśli, kiedy wskazał na Vola. Chłopak jednak ani drgnął, zmrużył tylko nieco oczy. Był przyzwyczajony do obelg pod swoim adresem, co wcale nie znaczyło, że zamierzał je znosić przez całą wieczność. Nauczył się już jednak, że chłodne spojrzenie i brak odpowiedzi dają wiele lepszy efekt, niż samo wykłócanie się. Strażnik jednak wcale na niego nie spojrzał, wbijając spojrzenie w Igneę.
— No jasne, bo przecież to jest przestępstwo — odwarknęła, podnosząc się i siadając już normalnie. W każdym razie na tyle normalnie, na ile umiała usiąść. Wyglądała jak jakaś królowa na o wiele zbyt dużym tronie. — Tak, znam go, a jak ci to tak bardzo przeszkadza, to idź i się wypchaj. Kiedy wy byliście zajęci niesłuchaniem Natury i wesołym nic nierobieniem, on pomagał mi odkryć, co ci ludzie robią w naszej świętej puszczy.
— On sam przecież jest człowiekiem!
— Też do cholery jesteś w połowie człowiekiem, więc może przestałbyś się czepiać!
— I dlatego właśnie wiem, jacy są!
Oboje zerwali się ze swoich miejsc i stanęli twarzą w twarz pośrodku pokoju, co mogłoby wyglądać nawet dość zabawnie, jako że Ignea była o wiele niższa od Ariva, ledwo co sięgała mu podbródka. Ale wyglądała wiele groźniej od niego, wciąż cała w brudzie, choć spróbowała się już trochę ogarnąć. Właściwie, nawet gdyby wyglądała zwyczajnie, wciąż wydawałaby się groźniejsza od Ariva, choć Vol nie umiał powiedzieć, dlaczego właściwie. Może dlatego, że strażnik wyglądał jak jakiś manekin sklepowy, idealnie uczesany, idealnie ubrany, wszystko jak pod linijkę.
— Wystarczy! — Alieaster również wstał i stanął między ich dwójką, co jednak nie przeszkodziło im ciskać błyskawicami z oczu. I to Vol uważał się za gościa od strzelania iskrami! — Nie będziecie mi się tu teraz bić, są znacznie poważniejsze sprawy do omówienia. Siadać!
Wciąż spoglądali na siebie ze złością, ale wycofali się powoli i wrócili na swoje poprzednie miejsca.
— Co do tych dokumentów — ciszę postanowił przerwać Thin, zupełnie nie umiejąc się wczuć w powagę sytuacji — to wrzuciłem to do komputera i niedługo będę miał całość idealnie przetłumaczoną. Mniej więcej. Nie, żeby to, co już przeczytałem, mnie zachwycało. Większość to takie typowe nudne ogólniki, ilu ludzi mają ze sobą zabrać, jaki sprzęt, co służy do czego, jak rozstawiać obozy, żeby nie było ich widać. Ekhem... mają też dane o was, znaczy się o fiorach. Trochę zbyt dokładne, jak na mój gust. Wiedza podstawowa ludzi nie sięga chyba aż tak daleko, nie ta na wasz temat.
— A co tam właściwie jest? — zainteresował się Vol.
— Opisy o zdolnościach, umiejętnościach, potem ogólnym wyglądzie, zachowaniu, wierzeniach...
— No to chyba macie tutaj szpiega — rzekł, zanim diablik skończył czytać z ekranu. — Zajmowałem się tym, no to wiem. Tak zapisuje się fakty albo spostrzeżenia, jako punkty albo listy. Spekulacje czy przypuszczenia są ze sobą zazwyczaj strasznie przemieszane, bo biegną tak jak tok myśli. Chyba że pisała to jakaś bardzo sumienna osoba, ale nie sądzę. Takie się nie nadają na szpiegów.
— No dobra, szpiedzy szpiegami, ale co z tą wyrwą? — odezwał się ponury chłopak, siedzący dotąd z boku, na podłodze niedaleko fotela Ignei. Z tego, czego nasłuchał się Vol, wynikało, że nazywał się Ethereal. Było to trochę dziwne imię, ale sam nie miał lepszego, więc nie zamierzał komentować. — Przecież chyba o tym powinniśmy rozmawiać i zająć się w pierwszej kolejności.
— A co z tymi wszystkimi biednymi fiorami? — zapytała Vaila, tuląc się do jego ramienia. Kilka minut wcześniej uderzyła go w twarz i wciąż miał na niej ślad. — Przecież oni też są bardzo ważni. Nie możemy ich tak zostawić!
— Typowe myślenie uzdrowicieli — prychnął jej chłopak, za co zarobił łokciem w bok. — Ała! Przecież cię nie krytykuję. Stwierdzam tylko fakt!
— Thin i Ignea, wy zajmiecie się tymi całymi maszynami. W końcu jako tako się na tym znacie — zakomenderował Alieaster. — Ty... jesteś Vol, prawda? Pomożesz im w tym. Ariv, pójdziesz po składniki, trochę więcej ich będziemy potrzebować. Nie patrz tak na mnie, przecież wiem, że masz lichą pamięć. Wypiszę ci je wszystkie na jakiejś kartce. Kayl może ci pomóc... nie ty Kaylais, ty zostajesz tutaj i się kurujesz! Nie mam prawa wyjść poza ten budynek, dopóki znów nie zobaczę u ciebie obu sprawnych oczu! Chodziło mi o tego większego Kayla. Kaylen Iventis, jeśli dobrze pamiętam. Vaila zostaje tutaj. Jesteś uzdrowicielką, więc wiesz, jak ważyć te całe wywary lecznicze, eliksiry czy jak to się nazywa. Ja znam tylko sam przepis. Jak się uda, to może obudzimy chociaż kilka osób.
— Tato, znowu o mnie zapomniałeś — odezwał się Ethereal z kwaśną miną, podnosząc rękę, jakby zgłaszał się na lekcji do odpowiedzi. Jednak uśmiech, jakim ojciec obdarował swojego syna, mówił coś zgoła przeciwnego.
— Ty pobiegniesz do wioski Viride, tej niedaleko granicy i sprowadzisz stamtąd uzdrowicieli. Najlepszych, jakich znajdziesz, tam ci żaden nie powinien odmówić. Oni mają to w swoim kodeksie, nie mogą odmawiać, jak ich ktoś poprosi o pomoc. Tylko oni będą w stanie postawić na nogi z powrotem całe nasze miasto. Oczekuję cię tu najpóźniej jutro rano.
— Że co?! Przecież to szmat drogi! — zaprotestował chłopak, wyswobadzając się z objęć dziewczyny i podnosząc na równe nogi. — Przecież samo dotarcie do Viride zajmie mi pewnie całą noc jak nie więcej! A co tu dopiero mówić o powrocie! Niby jak mam to zrobić w tak krótkim czasie?! To jest niemo... — Ojciec spojrzał na niego dobitnie, a Ethereal zamarł w pół zdania, jakby doznał nagle olśnienia. — Ach, no tak... fakt... zapomniałem o tym zupełnie. Jasne. Oczywiście, że pobiegnę.
— A co z Ekarim? — wtrąciła się Ignea. — Nadal się chyba włóczy po Złotej Puszczy. Nikt go nie widział.
— To niech się włóczy — rzekł Alieaster z niechęcią. — Akurat on jest ostatnią osobą, o którą trzeba by się martwić... w każdym razie, dopóki go nie zobaczę. Będzie się musiał sam swoją głupią magią zbierać z podłogi i ze ścian, jeśli jeszcze raz przyjdzie mu do głowy nauczanie mojej rodziny jakichś magicznych sztuczek i zawracanie mi tym głowy. Litości, te jego rozmowy do tej pory przyprawiają mnie o migrenę. A teraz wszyscy won mi do swoich zadań! — Zmienił temat tak gwałtownie, że wszyscy podskoczyli. — Dzień nam się kończy, a nie mamy tyle czasu, żeby tutaj siedzieć i podziwiać się nawzajem! No już, wynocha!
— Rozumiem, że nikt mi nie wyjaśni, co się dzisiaj właściwie stało? — zapytał z rezygnacją Ariv. Odpowiedział mu tylko zestaw wściekłych i zmęczonych spojrzeń.

Rozdział XII

Świat Lustro


Mijał pędem drzewa, starając się nie zderzyć z żadnym z nich, co w ciemności było niezwykle trudne, zwłaszcza że każde zdawało się wyrastać nagle przed nim jak spod ziemi. Jego wyczulone zmysły pozwalały mu jednak w odpowiedniej chwili zrobić unik i nie roztrzaskać się na jakimś pniu. Mógł szybko skierować się z powrotem na dobrą drogę, gdyby przypadkiem z niej zboczył. Łapy uderzały cicho o ziemię usłaną jesiennymi liśćmi. Nawet jego uszy ledwo wyłapywany ten dźwięk, a słuch miał teraz nadzwyczajny. Nigdzie w pobliżu nie wyczuwał ani jednej żywej duszy, co niepokoiło go, ale starał się ten fakt ignorować.
Przed świtem. Tyle dokładnie miał czasu i ani jednej minuty więcej. Musiał więc jak najszybciej dotrzeć do wioski Viride i jeszcze szybciej sprowadzić kogoś stamtąd do Miasta Kwiatów. To nie było łatwe zadanie, dla nikogo nie mogło być łatwe. A już zwłaszcza nie dla niego, nie po niepokojących przeżyciach z poprzednimi zmianami. Jednak w skórze wilka czuł się jakoś lepiej.
„Ale bez smoków”, powiedział mu ojciec, zanim Ethereal wyruszył w drogę. Był wtedy niezwykle poważny. „Tego dnia pojawiły się już dwa i było to zdecydowanie o dwa za dużo jak na Złotą Puszczę. Lepiej zdaj się na wilka. Albo na tygrysa. Może jelenia czy jakiegoś konia. Ale na nic wielce wyjątkowego, co nie mogłoby żyć w tych stronach”.
Nawet gdyby nie dostał takiego ostrzeżenia, nie zamierzał znów nakładać smoczej skóry. Wystarczyło jedno takie doświadczenie i już wiedział, że nigdy więcej z własnej woli tego nie zrobi. Chyba że nieświadomie, ale nawet wtedy spróbuje to powstrzymać. Może się uda. Jednak tym razem postanowił zostać przy wilku, bo zamiana w wilka szła mu najłatwiej z nich wszystkich.
„Nie pędź czasem na łeb, na szyję, bo wtedy z całą pewnością nigdzie nie zdążysz. Biegnij, ale niezbyt szybko. Dotrzesz do wioski później, ale przynajmniej dotrzesz, a nie padniesz ze zmęczenia gdzieś w połowie drogi”.
Nie zamierzał się wysilać, żeby biec jak najszybciej. I tak był już zmęczony, jeszcze zanim wydostał się z miasta. Jeszcze w ogóle, zanim się do miasta dostał. Owszem, miał chwilę odpoczynku, ale to było zdecydowanie zbyt mało. Wypił jeden z tych okropnych napojów, które niby miały dodawać sił. I co prawda dodały, ale zmęczenia jednak nie zlikwidowały. Niby te dwie rzeczy powinny się wzajemnie wykluczać, ale tak wcale nie było.
„Viride to wioska pełna uzdrowicieli, od lat mają tam te same stare i dziwne rytuały oraz zasady. Nie odmówią ci pomocy, ale nie wpuszczą cię do środka, za mur, którym się otoczyli. Nikt poza nimi nie może przekroczyć tej granicy i nie powinieneś nawet próbować. Musisz pokazać im się jako fior i, brońcie wszyscy bogowie, nie zmieniaj się przy nich! Sami stosują magię, ale nie ufają nikomu, kto jej używa do celów innych, niż lecznicze. Dla nich coś takiego jest zbrodnią samą w sobie. A zmiana kształtu to dla nich marnowanie cennej energii, którą mógłbyś wykorzystać w bardziej świętych celach. Tak w każdym razie każdy z nich powiedział”.
Cała wioska pełna irytujących istot z jeszcze bardziej irytującymi zasadami. To było dokładnie to, czego Etherealowi brakowało. Prychnął pod nosem z niechęcią, płosząc jakiegoś ptaka, siedzącego na pobliskim drzewie. Był jedną z najmniej nadających się osób do wysłania na taką dyplomatyczną misję, gorzej już chyba tylko mogłaby sobie poradzić Ignea. Jednak wiedział doskonale, że tylko on był w stanie dotrzeć tam najszybciej ze wszystkich, a to się liczyło najbardziej w sytuacji, w której się znaleźli.
„To bardzo blisko ziem ludzi, więc postaraj się mimo wszystko nie zbaczać z dobrej drogi. Ludzie przy granicy niezbyt dobrze reagują na dziwne stwory, wyłaniające się nagle z puszczy, jakby zmaterializowały się z cieni. Nagadano im wystarczająco wiele strasznych opowieści o Złotej Puszczy, strzegą bardzo uważnie jej granic. Nie chcą przecież umrzeć, więc atakują”.
Tego nie trzeba było mu powtarzać. Niezbyt lubił ludzi, a po ostatnich wydarzeniach jeszcze mniej. Niemal rywalizowali o miejsce na szczycie jego czarnej listy z magią oraz magami, ale jednak trochę brakowało. Bardzo mało. Jakiś cichy głosik w głowie, tak bardzo przypominający głos Vaili chciał mu przypomnieć, że Pakt łamią tylko ci najgorsi z najgorszych i że nie wszyscy ludzie są aż tacy okropni, źli i bez sumienia, ale Ethereal zignorował ów głos. Nie potrzebował teraz takich tłumaczeń. Złość na ludzi dodawała mu sił, a to było najważniejsze. Mniej więcej.
Zaczął zwalniać, czując znów ogarniające go zmęczenie. Dysząc ciężko, wyprostował się i po chwili znów szedł na swoich własnych dwóch nogach, a szpiczaste uszy obracały się we wszystkie strony, usiłując usłyszeć choćby najmniejszy szelest, mówiący mu, że nie jest sam i ktoś mu się przygląda. Jednak nieważne jak je ustawił, wokół wciąż panowała nienaturalna cisza.
Sięgnął do kieszeni swojego munduru i wyjął niewielką buteleczkę, wypełnioną czarnym i niezbyt przyjaźnie wyglądającym płynem. Skrzywił się, odkorkował ją i wypił wszystko jednym haustem, czując, jak eliksir pali mu gardło. Miał najgorszy ze wszystkich możliwych smaków, a nawet nie dało się ocenić, jak smakował. Przez chwilę przyglądał się pustemu naczyniu, po czym schował je z powrotem, gdzie zadzwoniło cicho o dwa inne.
Dobrze, że zdążył się jeszcze przebrać, zanim wyruszył i nie musiał już paradować w starym płaszczu swojej siostry. Podejrzewał, że Ignea go zabije, albo przynajmniej poważnie stłucze, gdy zobaczy stan jej ulubionego ubrania, a potem zmusi go, żeby naprawił ten beznadziejny płaszcz, choć przecież o wiele łatwiej byłoby kupić podobny w pierwszym lepszym sklepie albo chociaż opłacić jakiegoś krawca, żeby uszył jej kolejny. Ale ona była uparta i to by z nią nie przeszło.
„Jeśli się skupisz wystarczająco mocno, to ubrania zmienią się razem z całą resztą ciebie, po prostu się wtopią w twoją postać i nie będziesz musiał po każdej przemianie szukać całkiem nowego stroju, bo poprzedni poszedł w strzępy”.
To Ethereal również zdążył sam odkryć, bez żadnej pomocy. W końcu tylko raz udało mu się zniszczyć swoje ciuchy, a zmieniał się trochę więcej. Swoją drogą było to nawet trochę zastanawiające — co się właściwie działo z tymi ubraniami po przemianie? Jakby miał koszulę, to gdy on sam zamienia się w wilka, to sama koszula staje się częścią sierści, skóry czy to się dzieje jakoś zupełnie inaczej? Pokręcił głową w roztargnieniu. Nie powinien myśleć w takiej chwili o czymś takim. Później znajdzie sobie czas na takie pytania i pozadaje je ojcu. Zada mu naprawdę wiele pytań, na które zażąda potem odpowiedzi. Już zaczął układać sobie ich listę.
Przyspieszył, gdy na powrót ogarnęła go energia i znów pędził przed siebie na czterech łapach, a rzeczywistość wydawała się przez chwilę ostrzejsza. Czy świat powinien być aż tak normalny, kiedy zmienia się postać? Przez te kilka dni, w ciągu których zdążył zostać uczniem Ekariego, po czym nagle wypadł z tej posady, nasłuchał się, jakie to jest straszne, gdy magowie zmieniają postać. Że zaczynają czuć się inaczej, powoli ich myślenie zamienia się w myślenie zwierząt, w które się zamienili, zachowują się jak one i zapominają, kim sami byli. Mogą na wieczność utknąć w takiej formie i nigdy nie wrócić. Dlatego też przemiany były takie niebezpieczne i nie powinno się z nimi eksperymentować. Tylko najbardziej doświadczeni mogli się tak zmieniać. Owszem, Ethereal co prawda czuł się nieco bardziej jak wilk, ale wciąż był w stanie myśleć całkowicie normalnie, jak ta osoba, którą był zawsze. Jak fior. Nie miał wcale ochoty dołączyć do jakiegoś stada, wyć do księżyców czy polować razem z innymi wilkami na króliki, czy tam jelenie...
Im dalej biegł, tym kolory były mniej wyraziste i coraz bardziej szarzały. Przez chwilę martwił się, że to jego wzrok siada, ale z jego oczami było wszystko w jak najlepszym porządku. Nie, to dosłownie puszcza szarzała, co go zaniepokoiło, ale za to dobrym sygnałem był fakt, że przyroda zaczęła się w końcu jakkolwiek odzywać. Drzewa szumiały cicho, niezbyt spokojnie, ale szumiały, a nocne zwierzęta przemykały niemal bezszelestnie pomiędzy cieniami. Żadne nie zwróciło najmniejszej uwagi na wielkiego, czarnego wilczura, biegnącego samotnie przed siebie, jakby dla nich taki widok był codziennością. Albo raczej jakby były już przyzwyczajone do różnych dziwactw i kolejne nie robiło na nich wrażenia.
Zatrzymał się na chwilę i spojrzał w niebo. Większość liści tutaj już pospadała z drzew i między gałęziami bardzo wyraźnie zdołał dostrzec wspinające się powoli po nieboskłonie księżyce, otoczone miliardami miliardów gwiazd. Nie były jeszcze zbyt wysoko, właściwie Błysk ledwo co się pokazał, Ethereal miał więc jeszcze trochę czasu. Prychnął, a jego oddech zmienił się w parę. Ruszył dalej.
Czas zdawał się płynąć niesamowicie szybko, zupełnie inaczej niż zawsze, w zwyczajne dni. Ethereal wyminął stado dzikich koni, które zarżały ze strachu na jego widok i uciekły, spłoszone widokiem drapieżnika. Jakiś ptak przeleciał ze świergotem przed jego nosem, zasłaniając na chwilę świat poza swoimi skrzydłami. Czemu te zwierzęta nie mogły po prostu pójść spać? Przecież one wcale nie należały do stworzeń nocnych, powinny siedzieć w swoich kryjówkach i odpoczywać, a nie się wszędzie plątać.
Wyhamował gwałtownie, gdy na jego drodze nagle pojawiło się powalone drzewo. Nie, nie tylko to jedno, było ich więcej, a przecież ostatnio nie było żadnych wichur, sezon na nie jeszcze się nie zaczął. Ethereal warknął i wskoczył na pień jednego z drzew. Nie było w nim już życia, ani jednej kropelki. Nie tak, jak w tych cichych teraz drzewach z okolic Miasta Kwiatów. To było całkowicie i nieodwracalnie martwe.
Powąchał powietrze i nastawił swoje wilcze uszy. Coś mu w tym wszystkim bardzo nie pasowało. Dalej puszcza była o wiele rzadsza, a nie powinna taka być, to nie były jej młode części. Nie aż tak stare, jak te wokół Miasta Kwiatów, ale stare z całą pewnością. Przeskoczył na kolejny pień i powędrował do miejsca, w którym to drzewo musiało kiedyś rosnąć. Zdecydowanie nie upadło samo, bo korzenie wciąż były na swoim miejscu — we wnętrzu ziemi. Ktoś wyciął to drzewo.
Niewielki biały ptaszek usiadł tuż przed Etherealem, gdy ten obwąchiwał pieniek, próbując wyczuć zapach, który mógłby rozpoznać z pomocą wilczych zmysłów. Tak'Trik zatykał wesoło, jak zegarek i zatrzepotał swoimi niewielkimi, uroczymi skrzydełkami. Wilk prychnął na niego, a ptak powtórzył swoje tykanie, wcale niezrażony. A potem odleciał szybko, przestraszony czymś innymi niż ten drapieżnik.
Ethereal nie zamierzał uciekać, pobiegł więc w stronę przeciwną do tej, w którą odleciał Tak'Trik.  Całkiem niedaleko od tego miejsca znajdowała się wioska Viride. Jeśli w okolicy działo się coś dziwnego, to i tak prędzej czy później przyjdzie mu się z tym w jakiś sposób zmierzyć. A wolał sam się wywiedzieć, co się działo, niż wierzyć w jakieś urywane opowieści panicznie wystraszonych osób, którym by pewnie umknęły najważniejsze szczegóły.
Bezszelestnie przemknął między powalonymi drzewami, wciąż nastawiając uszu i węsząc w powietrzu. Uderzył go w tym jakiś dziwny znajomy zapach, nawet bardzo znajomy... Syknął, co zabrzmiało niezbyt dobrze w wilczej postaci, a potem cicho pobiegł za ową wonią, by poszukać jej źródła. Nie mogło znajdować się daleko, skoro poczuł to aż tak wyraźnie.
Dom z drewna, kiedy wokół prawie brakuje drzew. Zwierzęta wyraźnie starały się trzymać jak najdalej od okręgu, wyciętego gdzieś na obrzeżach puszczy. Ethereal wyjrzał ostrożnie spomiędzy cieni i zobaczył trzech ludzi, stojących przed wejściem. Śmiali się głośno, rozmawiając o czymś w swoim języku. Gdyby mógł, pewnie udałoby mu się rozszyfrować słowa, bo sam uczył się tego języka, ale w tamtej chwili one go nie obchodziły. Smród, który bił od tych osób, był nie do zniesienia. Odór zabójców niewinnych stworzeń.
„Powinienem iść do wioski Viride i znaleźć pomoc”, przypomniał sobie Ethereal, bijąc się nagle z własnymi myślami. Miał ochotę wyskoczyć ze swojej kryjówki i zagryźć te osoby. Albo przynajmniej porządnie zranić. „Miałem iść do wioski, a nie przejmować się ludźmi, którzy się tutaj panoszą. Przecież mogę wrócić, jak tylko uporamy się z tą całą wyrwą, czy cokolwiek to właściwie jest. Tak, to właśnie powinienem zrobić. To właśnie MIAŁEM zrobić. Biec do wioski, po uzdrowicieli”.
Ale mimo to nie ruszył się ze swojego miejsca. Ten zapach go bardziej niż drażnił był... zdawał się naprawdę być wszędzie dookoła. Okropność.
— Wilk! — krzyknął nagle jeden z ludzi, odwracając się w jego stronę i wskazując tam palcem. No i tyle, jeśli chodzi o zachowanie dyskrecji. Ethereal stał tam przez chwilę, wciąż się w nich wpatrując, a potem szybko umknął w las, kiedy tylko zauważył, że byli uzbrojeni.
Wtedy rozległ się huk, a on szybko zmienił kierunek biegu. Gdyby robił to w postaci fiora, zapewne już dawno by się potknął przy czymś takim, ale wilcze łapy był zdecydowanie zwinniejsze niż jego nogi. Ludzie nie zamierzali mu zbyt łatwo odpuścić. Najwyraźniej uznali, że nie będą mieli problemu z zapolowaniem sobie na wilka. Czarnego wilka. W środku nocy. I na dodatek w głębi puszczy. Czy to było logiczne? Nie za bardzo.
Ethereal przeskoczył nad przewróconym drzewem i ruszył w stronę wioski, skąd wyczuł delikatną woń ziół, niosącą się przez powietrze. To nie było bardzo daleko. Robiąc slalom między drzewami, usłyszał za sobą dyszenie ludzi, którzy szybko odpuścili sobie pościg, wreszcie zrozumiawszy, że nie dogonią wilka. Zwolnił nieco, ale wciąż biegł przed siebie.
„Zmień się, kiedy już będziesz bardzo blisko, ale jeszcze zanim zobaczysz mury wioski. Jeśli którykolwiek z uzdrowicieli zobaczy, jak się zmieniasz, nie zaufają ci. Będą zarówno zdegustowani, jak i wystraszeni”.
Tak więc powoli zrzucił skórę wilka. Odetchnął z ulgą, mogąc znów być sobą i rozprostował ręce. Bycie kimś innym bywało nieco niekomfortowe, kiedy się już wróciło. Przeczesał palcami włosy i sprawdził uszy, jednak nic nie wskazywało na to, że zostały mu jakiekolwiek wilcze cechy na dłużej, niż tego potrzebował. Uśmiechnął się sam do siebie, a w ciemności zahukała jakaś sowa.
Wioskę dało się wyczuć o wiele wcześniej niż zauważyć, nawet nie mając na podorędziu wilczych zmysłów. Ethereal nie mógł się zdecydować czy woń tysiąca najróżniejszych ziół, kwiatów i ogólnie roślin jest ładna, czy też raczej nie, ale z całą pewnością była ostra i straszliwie drażniła jego nos, aż zachciało mu się kichać. Udało mu się to powstrzymać.
Gdyby nie spodziewał się znaleźć niewielkiego miasteczka, zapewne nigdy by go nawet nie zauważył, tylko przeszedł w pobliżu, nie zwracając na nie najmniejszej uwagi, bo stopiłoby się dla niego z lasem.
„Mur” to było nie dość dokładne określenie tego, co strzegło Viride. Była to raczej ściana pełna najróżniejszych łodyg i korzeni, splatających się ze sobą, na pierwszy rzut oka bez żadnego ładu i składu, jednak gdyby przyjrzeć się bliżej i dokładniej, dało się dostrzec skomplikowane wzory, w które układały się te wszystkie rośliny. Ethereal rozejrzał się dookoła, ale nie zauważył nikogo, kto mógłby pilnować miasta. Zmarszczył brwi. Był absolutnie pewien, że ktoś powinien tam być. Nastawił uszu i ruszył wzdłuż tego niepokojącego „muru”, zachowując nieustanną czujność, ale wciąż nie dostrzegał żywego ducha. Nie było też żadnego przejścia przez barierę.
— Halo! — zawołał, uznając, że w obecnej chwili i tak nie zostało mu nic innego do zrobienia. Może poza podpaleniem „muru”, ale to postanowił zostawić sobie na koniec. I tak nie miał ze sobą zapałek. Zaczął przeczesywać wzrokiem otoczenie, starając się zauważyć choćby najlżejszy ruch i zareagować w razie zagrożenia. — Jest tu kto?! Ktokolwiek?! Uzdrowiciele, halo! Jesteście?!
— Kim jesteś? — odpowiedział mu jakiś podejrzany głos z puszczy. Ethereal odwrócił się szybko, ale nie zauważył nikogo. Zmrużył oczy, ale postanowił zagrać w tę grę.
— Kimś, kto przebiegł cały kawał drogi, bo potrzebuje pomocy — odpowiedział nieco wymijająco, błądząc wzrokiem po ciemności, jakby był w stanie wśród niej coś zobaczyć. Wilki miały zdecydowanie lepszy wzrok niż fiorzy, ale przecież nie mógł się nagle zmienić znów w wilka. — A kim ty jesteś? I dlaczego właściwie się chowasz?
— Nie chcę, żeby mnie widziano — uraczył go najbardziej oczywistą odpowiedzią nieznajomy. Ethereal prychnął.
— A więc wolisz, żeby cię tylko słyszano? To niezbyt miłe rozmawiać z kimś i się ukrywać, nie uważasz? Dziwnie się czuję, mówiąc do kogoś i nie widząc jego twarzy przed swoją.
— Będziesz musiał się z tym pogodzić.
Ethereal skoczył gwałtownie, wpadając na niewielką postać, którą wcześniej wziął za jedno z młodych drzew, które rosły wokół. Kryjówka mogłaby być nawet dobra, gdyby nieznajomy się w ogóle nie odezwał. Przetoczyli się po ziemi. Ethereal zatrzymał się i przygwoździł do podłoża chłopaka, który nawet nie próbował się wyrwać, wpatrywał się tylko w jego twarz ze strachem.
— Cześć! — Ethereal uśmiechnął się złośliwie. — A właściwie to powinienem chyba powiedzieć „Dobry wieczór”. A może „dobranoc”... nieważne. W każdym razie nie, nigdy nie zamierzałem się godzić z faktem, że mógłbym do kogoś mówić i go nie widzieć. To się kłóci z moim zasadami, dlatego nigdy nie wziąłem od kuzyna telefonu. Nawet jeśli mój rozmówca miałby wyglądać dziwnie. Co jest nie tak z twoją twarzą?
— Zostaw mnie — syknął chłopak, ale w jego głosie więcej było strachu niż złości. Wyrwał dłoń i zamachnął się pięścią na twarz Ethereala, ale ten bez problemu złapał go za nadgarstek i powstrzymał. — Czego ode mnie chcesz? Nie mam pieniędzy, jestem biedny! Nic też nie wiem! Ja nie...
— Jesteś jednym z tych uzdrowicieli z wioski — zauważył Ethereal sucho, stukając w odznakę na piersi chłopaka. Na ramionach miał też zielony płaszcz. Nieznajomy pokiwał ze strachem głową. — Świetnie! No to jesteś mi potrzebny. Dlaczego tutaj jest taka cisza i nikt nie pilnuje w ogóle tego głupiego muru, którego murem nazwać nie można, a ty siedzisz przyczajony, jakby stało się coś złego?
— Wioska padła — odpowiedział chłopak, wytrzeszczając niepokojąco oczy, jakby chciał coś przekazać, ale nie mógł tego zrobić słowami. — W-wszyscy pouciekali. No, prawie wszyscy. Kilku z nas zostało... tyle pracy, tyle leków na marne...
— A czemu wioska padła? — zapytał ze śmiertelnym spokojem Ethereal, co tylko bardziej wystarczyło chłopaka, jednak zaczął on przemawiać składniej.
— Przyszli tutaj. Tak zupełnie nagle. Niespodziewanie, bez żadnego ostrzeżenia. Zanim jeszcze nastała noc. Chcieli czegoś, czego my nie mielimy. Nie wiedzieliśmy nawet czego, nie powiedzieli nam. Musieliśmy uciekać. Żeby żyć. Żeby PRZEŻYĆ.
— To ja chyba nawet wiem, co się stało  — prychnął Ethereal i podniósł się, otrzepując ubranie. — Zupełnie nie rozumiem, co on się akurat teraz tak rozpanoszyli wszędzie. Oj, już daj spokój! — rzucił lekceważąco, gdy nieznajomy zaczął się czołgać. — Jak chcesz uciekać, to przynajmniej wstań, inaczej daleko nie zajdziesz, zanim cię znowu nie złapię. Weź, trochę wyluzuj, jakbym chciał cię zabić, to już dawno bym to zrobił. Nie jestem idiotą.
Podał mu rękę. Chłopak zawahał się, ale przyjął ją i wstał, choć z trudem. Wcale nie był tak niski, jak wcześniej wydawało się Etherealowi, byli właściwie niemal tego samego wzrostu. Przyjrzał się mu uważniej. Ubrany w ten typowy, ciemnozielony płaszcz, jaki nosili uzdrowiciele, niemal wtapiał się w tło puszczy. No tak, ale przecież w końcu o to właśnie chodziło mirianom, kiedy tworzyli wioskę Viride, choć założenia co do jej mieszkańców ich umiejętności z całą pewnością mieli zupełnie inne.
Chłopak był wysoki i chudy jak większość fiorów. Jasne oczy i szpiczaste uszy od razu Etherealowi powiedziały, że to właśnie jest fior, chociaż jedno z uszu było ucięte i dość krzywo zaszyte. Twarz nieznajomego poznaczona była bliznami, których zapewne nie dało się nijak uleczyć, skoro w wiosce pełnej najwybitniejszych uzdrowicieli na całej planecie wciąż je nosił. Pod nimi ledwo właściwie było widać, jaką minę akurat przybiera, bo jakkolwiek nie wykrzywiłby swej twarzy, cały czas wyglądał na wściekłego.
— Co się tak gapisz? — zapytał chłopak, odwracając się, jakby chciał się ukryć, tylko nie bardzo wiedział gdzie.
— Jestem irytująco ciekawski — odpowiedział lekceważąco Ethereal, wzruszając ramionami.  Nie za bardzo mógł kłamać, więc postanowił wysypać się z całą prawdą. — I potwornie szczery też bywam. Często. Za często. Właściwie to nawet nie umiem kłamać. To wygląda, jakby ktoś cię chciał pociąć nożem na kawałki, ale nie wnikam. Chce zachować tę odrobinkę taktu, której jeszcze udało mi się nie wyrzucić za siebie i zdeptać. Tak w ogóle to chyba się nie przedstawiłem, prawda? Ethereal jestem. Ethereal Alieaster. Przybywam tutaj z Miasta Kwiatów w poszukiwaniu pomocy, jak już wspominałem.
— Finen — rzucił chłopak, a Ethereal dopiero po chwili zorientował się, że było to imię, a nie żadne starodawne przekleństwo, jak mu się z początku wydawało. Brzmiało podobnie. Uśmiechnął się, najuprzejmiej jak umiał, ale miłe uśmiechy nie były jego specjalnością. — Przestań się tak szczerzyć! To mnie boli! Dobra, „panie atak”, jaki jest problem?
— Jakbym to dokładnie wiedział, to chybabym sam go rozwiązał. Prawie wszyscy padli pod wpływem jakiegoś głupiego zaklęcia czy coś w tym stylu i teraz potrzeba nam kogoś, kto wiedziałby, co się stało i byłby w stanie to odkręcić. Więc zostałem tutaj przysłany przez ojc... królewskiego doradcę we własnej osobie, żeby wezwać jakichś dobrych uzdrowicieli, którzy by sobie poradzili. Jesteś dobry?
— Czy... czy jeśli za chwilę będę musiał nas obu składać, to też o to zapytasz? — odpowiedział pytaniem Finen, tak cicho i piskliwie, że zabrzmiał prawie jak nietoperz. Jego oczy znów były wielkie ze strachu. Następne zdanie dało się wyczytać tylko z ruchu warg. — Nie odwracaj się.
— A ty rozmawiaj ze mną dalej, jakbyś nic nie zauważył — powiedział szeptem Ethereal, żeby po chwili odezwać się głośniej i swobodniej: — Więc co, pewnie jednak nie jesteś zbyt dobry? Szkoda, potrzebni i mi są najlepsi z najlepszych. Ale w sumie też się nadasz, jeśli żadnego innego uzdrowiciela w okolicy nie ma. Ja w każdym razie żadnego nie widziałem. Widziałem za to ludzi. To co, może sobie z nimi zatańczymy?
Odwrócił się gwałtownie i uderzył w broń stojącego za nim człowieka, wyrzucając ją w powietrze i wytrącając mu ją z rąk. Wylądowała kilka metrów dalej, w niezbyt przyjaznych krzakach. Człowiek cofnął się szybko, najwyraźniej głęboko zszokowany faktem, że ktokolwiek zdołał się dowiedzieć jakoś o jego obecności. I że ktokolwiek rusza się tak szybko, ale to zawsze był dla ludzi częściowy szok.
— Dlatego właśnie nie lubię ludzi — prychnął Ethereal, pocierając dłoń, bo uderzenie jednak trochę go zabolało. Niezbyt, ale jednak. — Nie wyjdzie taki, nie przywita się, żadnego „dzień dobry” ani nawet najnormalniejszego „cześć”, tylko od razu wyciąga te swoje mechaniczne dziwactwa i mierzy nimi w ciebie, jakbyś był jakiś śmiertelnie chory i trzeba cię było z tego powodu zabić. Wy, ludzie, możecie sobie mieć nad nami przewagę, jeśli chodzi o technologię i te wasze wielkie, betonowe miasta cudów, ale nie gdy mowa o walce wręcz. Stawaj.
— Chcesz... chcesz się ze mną bić? — Kobieta stojąca przed nim zdawała się poważnie zszokowana jego postawą. Ethereal nigdy wcześniej nie spotkał żadnej ludzkiej kobiety, ale słyszał już, że wśród ludzi panują trochę inne zwyczaje pod ich względem. Przekrzywił głowę, wpatrując się w nią.
— Tak, wydaje mi się, że właśnie dokładnie to zaproponowałem. Mam zaciśnięte pięści, uniesione i wyciągnięte przed siebie, tak, jakbym chciał się bić, widzisz? To zwykle oznacza właśnie to, że ktoś chce się bić, ale na wszelki wypadek wolałem uprzedzić. U ludzi oznacza to coś innego?
— Chcesz się bić z kobietą — odezwał się niezbyt pewnie stojący za jego plecami Finen. Chłopak odchrząknął. — Wśród ludzi mężczyźni raczej nie biją się z kobietami, u nich to jest... ekhem, nieetyczne? Nieeleganckie? Nie... to nie te słowa... nie... niepoprawne. Tak, to chyba właśnie to słowo.
— Ona celowała we mnie tą swoją bronią! — powiedział z niedowierzaniem Ethereal. — A kiedy to ja chcę ją uderzyć w odpowiedzi, to zostanę osobą niepoprawną? Dziwne te ludzkie zwyczaje, doprawdy. Nielogiczne.
Kobieta też najwyraźniej tak uważała, bo zamachnęła się na niego pięścią, zbierając w sobie odwagę. Ethereal uchylił się bez problemu, zastanawiając się, czy ludzie zawsze byli tacy wolni, czy to tylko on się dobrze wyćwiczył na zajęciach. Podejrzewał, że oba stwierdzenia są poprawne. A potem po prostu uderzył nieznajomą w twarz, pozbawiając ją przytomności. Padła jak długa.
— No, gotowe! Raczej jej tu nic nie zje, szybko dojdzie do siebie. To jak — odwrócił się do Finena, który wpatrywał się w niego z otwartymi ustami. No tak, był uzdrowicielem. Nie pochwalał przemocy — idziesz ze mną? Mam trochę mało czasu na tę całą wycieczkę, każda minuta goni, a ojciec mnie zabije, jak się spóźnię. Nie dosłownie, ale to jego spojrzenie... A... nie masz tu jakichś kolegów czy coś w tym guście? Mówiłeś chyba o tym. Poza tym tych ludzi w pobliżu jest trochę więcej, ale chyba to akurat wiesz, bo to pewnie oni zmusili was do wycofania się.
— Zawsze tyle gadasz?
— Niee, tylko, jak się denerwuję. A teraz się denerwuję. Bo miałem się spieszyć. A tylko stoję i gadam z tobą. Co równa się stracie cennego czasu, a każda minuta się liczy, każda, bo w każdej mogą zginąć fiorzy. Odpowiedź brzmi „tak” czy „nie”?
Finen spojrzał na niego i zmierzył go zadziwiająco trzeźwym spojrzeniem, jakże różnym od tego bezradnego i przerażonego, które miał na twarzy zaledwie chwilę wcześniej. Ethereal od razu zrozumiał, że dał się wywieść w pole i uwierzył w maskę przestraszonego dzieciaka, która była tylko i wyłącznie grą, ale nie zamierzał dać tego po sobie poznać. Uśmiech, którym obdarzył go uzdrowiciel, wyglądał jak kolejna blizna na jego twarzy. Trochę to było straszne.
— Chodź za mną.

~~*~~


Urządzenie Thina trzeszczało okropnie głośno i wydawało bardzo niepokojące dźwięki, które wydawały się jeszcze głośniejsze przez to, że wokół panowała ponura cisza, ogarniająca puszczę. Diablik nie przejmował się tym w ogóle, zbyt zajęty informacjami, które zbierał i które rozumiał chyba tylko on jeden. Ignea skrzywiła się, jej uszy miały dość, zwłaszcza kiedy ta mała puszka wydała z siebie naprawdę potworny pisk, który rozniósł się echem po okolicy.
— Mógłbyś to ściszyć? — syknęła, wyrywając mu pudełko i zaczęła nim potrząsać, jakby to miało jakoś pomóc. — Gdzie jest wyłącznik dźwięku w tym cudacznym czymś? Jeśli ktokolwiek się ostał w tej okolicy, to zaraz do nas przyleci i to będzie wyłącznie twoja wina, jak zginiecie!
— „Zginiecie”? — zdziwił się Thin, z trudem odbierając jej swoją własność. Postukał palcem w ekran, żeby upewnić się, czy to wciąż prawidłowo działa. — Czyżbyś była aż tak tchórzliwa i zamierzała uciec, w razie, gdyby coś nas tutaj zaatakowało?
— Nie. Zabiję wtedy i to „coś”, i was.
— Hej, a mnie czemu właściwie? — odezwał się z wyrzutem Vol, pierwszy raz, od kiedy wyruszyli. Jego oddech tworzył w powietrzu chmurkę pary. Obejmował się ramionami i dygotał cały z zimna, mimo że wziął najgrubszy, najcieplejszy płaszcz, jaki udało mu się znaleźć. — Przecież ja wcale nie hałasuję.
— Wiesz, szczękanie twoich zębów jeszcze da się jakoś znieść, ale te iskry co ci skaczą cały czas po głowie już nie! Myślisz, że czegoś takiego nie słychać?
— Tak całkiem szczerze mówiąc, to właśnie tak myślę — przyznał chłopak, odruchowo przeczesując palcami swoje blond włosy i poczuł mrowienie w dłoni. Rzeczywiście musiał się nieźle naelektryzować w czasie marszu. Nie podobało mu się to, czemu magia musiała się obudzić akurat w takim momencie? — Ja tego wcale nie słyszę, a jestem najbliżej, jakby nie patrzeć. Thin najwyraźniej też tego nie słyszy. Więc dlaczego TY to słyszysz?
— No boo fiorzy mają bardzo dooobry słuch — odpowiedziała, przeciągając dziwnie niektóre samogłoski i podchodząc do jednego z drzew. Przyłożyła do niego dłoń i zaraz cofnęła ją z sykiem. — Ałć, to boli. Nie rozumiem, jak Et mógł to znosić. Błeh.
— Nie zmieniaj nagle tematu — prychnął Thin, odwracając się w jej stronę. Dziewczyna ruszyła z miejsca, więc diablik musiał teraz iść tyłem. — To w sumie było całkiem niezłe pytanie. Owszem, to jest fakt, że fiorzy mają bardzo dobry słuch, ale raczej nie na tyle, żeby wyłapać każdy syk każdej maleńkiej iskry. Diabliki mają o wiele lepszy słuch, ale nawet w tym nie dorównują mirianom. Nie próbuj się wykręcać. JA mam geny obu i tego nie słyszałem, więc dlaczego ty tak?
— Rany, no ja tego nie wiem, jasne?! — warknęła Ignea, unosząc ręce i podnosząc wzrok na niebo, jakby chciała błagać o coś bogów. — Skąd właściwie miałabym wiedzieć? Takie mam już geny i tyle!
— Wujek zmienił się w smoka, a Et w wielkiego wilczura. Ty zamierzasz się zmienić teraz w nietoperza?
Ignea uderzyła go z całej siły w ramię, a on pisnął głośno i bardzo piskliwie, zupełnie jak jakiś nietoperz. Vol parsknął cicho, a jako że obaj jego towarzysze mieli wspaniały słuch, spojrzeli na niego przelotnie, po czym udali, że niczego szczególnego nie usłyszeli. Zapadła ponura cisza, której nic nie przetrwało, nawet liście nie trzeszczały im pod butami. Całkowita cisza.
— No więc... jesteście zmiennokształtnymi? — przerwał ją w końcu Vol, nie mogąc już wytrzymać. Chociaż próbował zadać to pytanie, okazując tylko ciekawość, nie był w stanie ukryć nuty strachu. Na szczęście i teraz udawali, że tego nie usłyszeli.
— Ja nie jestem — odezwał się Thin, próbując udawać oburzenie, ale był zbyt zafascynowany czymś, co zobaczył na ekranie swojego urządzenia, by mu to dobrze wyszło. — W każdym razie podejrzewam, że nie. Nigdy się szczególnie nie zmieniłem. Gdybym mógł coś takiego zrobić, pewnie schowałbym wtedy swoje kły.
— A nie ogon? — wypalił Vol bez zastanowienia, zanim zdążył ugryźć się w język, ale nic nie wskazywało na to, że jakoś obraził diablika.
— Nie! Nigdy! No co ty?! Przecież ja kocham swój ogon! Daje mi niezłą przewagę nad takimi istotami jak wy. Ludzie, fiorzy, mirianie czy kto tam jeszcze jest...
— Tak jakby ktoś miał się zbliżyć z własnej woli do takiego dziwoląga, jak ty — rzekła złośliwie Ignea, trącając jeden z rogów kuzyna, wyłaniających się spod bujnej czupryny, chociaż musiała wspiąć się przy tym na palce. Nie zwrócił na to uwagi, zbyt zajęty zbieraniem odczytów.
Skręcił nagle, znikając za jednym z drzew, a Ignea i Vol przystanęli. Spojrzeli na siebie, zdezorientowani, bo to wyglądało tak, jakby Thin nagle rozpłynął się w powietrzu, co stać się przecież nie mogło. Nawet irytujące pikanie jego urządzenia ucichło gwałtownie. Diablik mógł używać małych sztuczek magicznych, ale nie aż takich. Oboje stali przez chwilę jak posągi, a potem Ignea zrobiła krok do przodu. Jeden. I drugi. Zaśmiała się cicho i nagle zniknęła w tym samym miejscu, zaraz za drzewem, niezbyt wielkim, za którym na pewno nie zmieściłyby się dwie osoby.
Vol po chwili bezruchu nie wytrzymał i poszedł w ślad za resztą. A kiedy zobaczył jak, tuż obok drzewa, obraz puszczy nieznacznie drga, niczym płachta na wietrze, sam też roześmiał się bezgłośnie. Wyciągnął przed siebie dłoń i uniósł kawałek materiału maskującego, którym okryty był ogromny namiot. Wszedł do środka i ogarnął otoczenie wzrokiem, ale nic nie wskazywało na to, żeby ktokolwiek się tam jeszcze ukrywał. Wszyscy opuścili to miejsce.
— Tajna baza — skwitował Thin, wychodząc zza wielkiej maszyny, stojącej dokładnie w centrum namiotu. — Ciekawe, ile takich tutaj postawili. Dlaczego patrole ich nie zauważyły? I nie, nie dlatego, że były okryte jakimś materiałem kamuflującym — rzucił szybko w stronę Ignei, która już otwierała usta, żeby wygłosić złośliwą uwagę. Jak zawsze. — Przecież musieli to wszystko najpierw rozstawić, a to wymaga zachodu. Jesteśmy przecież niedaleko Miasta Kwiatów.
— Mało kto przychodzi do puszczy — zauważyła Ignea, podnosząc radio z jednego ze stolików i przyglądając się mu ze wszystkich stron, jakby pierwszy raz w życiu zobaczyła coś takiego. Możliwe, że zobaczyła, bo to było bardzo stare radio i nawet Vol mało kiedy takie widywał. — Szczerze to tylko raz, kiedy tu byłam, natknęłam się na patrol... właściwie nawet nie wiem, czy to do końca jakiś patrol, bo to był tylko Ariv w tym idiotycznym mundurze, a on wtedy podejrzanie często za mną łaził...
— Wszystkie dziewczyny w mieście się za nim oglądają, tylko nie ty, więc jego wydumane ego wzięło górę i postanowił cię „zdobyć”, jak to się mówi...
— Nie wszystkie, pewnie nawet mniej niż połowa, diable. Poza tym wiesz takie rzeczy z własnego doświadczenia, jak mniemam? Próbujesz „zdobyć” każdą, która się do ciebie zbliży?
— Ej, nie zaczynajcie kłótni — wtrącił się Vol, widząc, że Thin zrobił się dziwnie zielony na twarzy i już zamierzał odpowiedzieć, bynajmniej nie miło. — Zajmijmy się ważniejszymi rzeczami. Jak przeniesiemy to coś? Jest ogromne i pewnie strasznie ciężkie.
— Czemu mielibyśmy to przenosić? — zdziwił się Thin, stukając palcami w ogromną maszynę. Wzrok miał taki, jakby zamierzał rozebrać ją na części i sprawdzić jak działa. — To coś akurat nie jest nam potrzebne, to nakłada ten kamuflaż na materiał, żeby działał podobnie do jakiejś peleryny niewidki. Czy raczej jak materiał kameleona, to bardziej pasująca nazwa. Ja bym to coś rozwalił. Mam już tego plany... Potrzeba nam tylko tego, co żołnierze nazwali Energiozbiorem. Idiotyczna nazwa, naprawdę, ja bym to nazwał...
— Nie chcemy wiedzieć, jakbyś to nazwał — przerwała mu Ignea, odkładając radio i podnosząc z podłogi spłaszczoną nieco kulę, ozdobioną migającymi mniejszymi kulkami. — Myślisz, że to ten cały energio-zbioro-coś-tam? Wygląda jak coś takiego.
— To jest lampa.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem, jakby chciała się upewnić, że kuzyn sobie z niej nie kpi, ale diablik miał całkowicie poważną minę. Odłożyła więc kulę z powrotem na podłogę, a ta od razu zajaśniała wesołą zielenią, podkreślając, że owszem, jest lampą. Ignea spojrzała na nią ze złością i wykopała pod stół, gdzie rozbłysła jeszcze jaśniej.
— Wiemy w ogóle, jak wygląda to coś... czegokolwiek szukamy? O tej głupiej nazwie? — zapytał Vol, podnosząc skrzynkę z narzędziami i zaglądając do niej z ciekawością. Thin natychmiast mu ją zabrał i schował do kieszeni płaszcza, chociaż najdziwniejsze w tym było to, że się tam w ogóle zmieściła. Diablik mrugnął do niego łobuzersko.
— Nie wiemy — odpowiedział, biorąc do ręki okulary ze stołu i podrzucił kilka razy, po czym wetknął je sobie na nos. — Były tylko ogólne zarysy, oni sami nie wiedzieli do końca, jak powinni dokładnie to zmontować. Nie patrz się tak na mnie, to baza ludzi, ale w Złotej Puszczy. Kiedy wnieśli to przez granicę, przestało należeć do nich i zaczęło do wszystkich, którzy mają tu wstęp. Zgodnie z ustalonymi prawami Paktu. Więc wcale tego nie kradnę, po prostu korzystam z pozostawionych nam wszystkim dóbr. Znaczy nam dóbr. Ty nie możesz nic zabrać, jesteś poza prawem.
— To prawo wcale tak nie działa i ty dobrze o tym wiesz — prychnęła Ignea, wyłaniając się zza ogromnej maszyny, owinięta kablem, który wychodził z plecaka na jej plecach. Skąd go właściwie wzięła? — Jesteś diablikiem. To jest własność Króla fiorów i jego armii. No i też Króla mirianów... nie, zaraz, oni nie mieli Króla, nazywali go chyba jakoś inaczej, tak trochę zabawnie... Prezentem?
— Prezydentem. A od kiedy to fiorzy mają Króla? Zawsze byłem przekonany, że rządzi wami jakaś Wielka Rada czy coś w tym stylu, wiesz, jak w tych wszystkich wielkich legendach o superbohaterach...
— Thin, Miastem Statków rządzi jakaś Rada Starszych, czy co wy tam macie, podobno w Mieście Słońca władają kapłani, gdzieś tam w Mieście Piasku fiorzy sami sobie są panami. A w Mieście Kwiatów jest Król ORAZ Rada. Nasza polityka jest skomplikowana, tego nie da się wyjaśnić w jeden dzień. Nie wszystkiego, a na wszystkim to nawet ja się nie znam, bo to nie moja działka. Ale w skrócie można założyć, że to Król wszystko kontroluje, no bo w końcu to jest Król. Więc przestań sobie już zawracać tę swoją diabelską główkę sprawami polityki i zmywamy się stąd.
— Po co zabierasz odkurzacz? — zapytał Vol, wciskając się między nich, nie mogąc wytrzymać, że wciąż zostaje właściwie wyłączone z rozmowy i zignorowany, czego nie lubił. — Zamierzasz łapać nim duchy? No wiesz, jak Pogromcy Duchów?
— To jest właśnie to dziwactwo, którego szukaliśmy — odpowiedziała Ignea, gapiąc się na niego ze zdziwieniem i może też lekkim rozczarowaniem. — Pogromcy duchów, serio? Duchów się nie gromi, nie da się. Jak nawiedzają świat, to znaczy, że ktoś nie umiał ich pochować czy tam puścić wolno. Wtedy raczej lepiej zająć się tym kimś, a nie samym duchem. Chociaż coś takiego pewnie mogłoby sprowadzić więcej duchów, ale to już ich problem.
— To nie może być to — wykrzyknął Thin, stukając palcem w plecak. On chyba wszystko sprawdzał zawsze w ten właśnie sposób. — Wygląda tak... zwyczajnie. Co tym zrobisz, odkurzysz po zniszczeniu świata? Musiałaś się pomylić.
— To jest podpisane, idioto. To z całą pewnością jest właśnie to coś do zbierania energii. Spójrz sobie tutaj. — Pokazała jedną z niewielkich nalepek przyczepionych do trzymanej przez nią rury i zaczęła czytać z niej do góry nogami: — „Energiozbiór do energii silnie magicznej. Worki prać ręcznie w zimnej wodzie. Nie dawać dzieciom”.
— Więc mi to oddaj.
— Spadaj, zobaczyłam to pierwsza, więc jest teraz moje i ja to targam. No a poza tym wiesz — dodała, a na jej twarzy wykwitnął złośliwy grymas — korzystam z pozostawionych nam dóbr, zgodnie z prawami Paktu. Kto pierwszy ten lepszy, rogatku. Większego poroża nie mieli już w sklepie, co?
— Powiedziała dziewczyna z szopą żywych włosów na swojej ogromnej głowie. Już chyba nawet ta prastara mityczna Meduza z ludzkich mitów miała lepszy fryz niż ty.
— No pewnie, że miała lepszy. Jak możesz to w ogóle porównywać?! Ona była fajna, mogła zamieniać wszystkich samym wzrokiem w kamień. Nie jesteś jak kamień. Ty to jesteś trochę jak żywa lodowa rzeźba. Byłbyś lepszy, gdybyś był kamieniem.
— Żywym?
— Nie, po prostu kamieniem.
— Nie chcę się czepiać, a właściwie to chcę, bo tak jakby mamy coraz mniej czasu — odezwał się Vol, stukając się w nadgarstek, a po chwili przypomniał sobie, że przecież od dawna nie nosi tam zegarka. Szybko wcisnął dłonie do kieszeni płaszcza, ale nie wyglądało na to, żeby ktoś zwrócił szczególną uwagę, jakie akurat chłopak czyni gesty. — Ta cała wyrwa... nie, żebym się jakoś na nich znał, ale chyba się otwiera coraz bardziej, tak? I ma powoli wciągnąć cały świat? Tyle zrozumiałem.
— Cóż, to zależy od tego, jak zdefiniujesz słowo „powoli”, ale ogólnie rzecz biorąc, to tak to wygląda — odpowiedział mu Thin i podniósł jakiś śrubokręt z podłogi. — Świetnie, teraz jestem gotowy do walk z potworami. Możemy już iść. Wiecie, dokąd powinniśmy iść, prawda? Bo ja nie wiem, dokąd iść. To idziemy?
Ignea przewróciła oczami i wyszła z namiotu, nie czekając na żadnego z nich. Widocznie miała już dość słowa „idziemy”, które diablik w kółko powtarzał. Vol i Thin musieli niemal biec, żeby jej nie zgubić, a i tak pozostali w tyle, dopóki się nie zatrzymała. Szybko chodzić to ona potrafiła, nie można było temu zaprzeczyć.
W zapadających ciemnościach dziwna polana wyglądała jeszcze gorzej, niż gdy byli tam ostatnim razem, jeszcze w czasie tej nieszczęsnej walki, najpierw ze smokiem, a później ze Zdegradowanymi. Trawa syczała podejrzanie, trochę jak węże, tak jakby setki ich kryły się wśród więdnących źdźbeł i czekały na ofiary. Gotowe wyskoczyć w każdej chwili i zaatakować. Na wysokich krzewach, które wcześniej musiały być murem nie do przebicia, wciąż tliły się płomyki ognia i chyba tylko cudem było, że w puszczy jeszcze nie rozpętał się pożar. Jakaś magiczna siła posprzątała ciała zmarłych, a Vol nie bardzo chciał rozmyślać nad tym, co mogło to być, skoro wszystko wokół zamarło.
Na wolnej przestrzeni, w samym jej środku stał kamienny krąg, którego wcześniej Vol jakimś podejrzanym trafem nie zauważył. Wielkie kamienie różnych kształtów ustawione były w okrąg wokół ogromnego drzewa, którego liście jaśniały czerwienią nawet w mroku, jakby wytwarzały własne światło, co nie mogło być możliwe. A może jednak... To miejsce emanowało jakąś niewidzialną siłą, która jednocześnie sprawiała, że chciało się podejść bliżej i poobserwować cuda natury, a z drugiej strony miało się też ochotę cofnąć i uciec od tej przytłaczającej zewsząd potęgi.
— Nic niezwykłego nie widzę — powiedziała Ignea, rozglądając się dookoła. Na niej miejsce nie robiło żadnego wrażenia, musiała je znać już wcześniej. — Więc gdzie niby jest ta straszliwa wyrwa w rzeczywistości, to całe Przejście, które trzeba powstrzymać, załatać czy tam wessać jego energię...?
Jakby w odpowiedzi na jej lekceważące słowa, nagle nad ich głowami rozległ się grzmot i na chwilę wszystko rozbłysło w świetle błyskawicy, by na powrót zapaść w ciemność. Cała trójka odskoczyła gwałtownie w tył, gdy obraz nagle zafalował przed nimi, niczym zasłona. Trochę jak płachta ukrywająca namiot, jednak w inny sposób. Raczej jakby ktoś wrzucił kamień do wody.
— Ach, to pewnie jest to — pisnęła Ignea cicho, wciąż się cofając i kuląc ramiona.
— Mamy się pozbyć tego czegoś sami?! — zapytał z niedowierzaniem Vol, dla odmiany ostrożnie podchodząc bliżej. — Nie chcę zabrzmieć zbyt pesymistycznie, ale to wygląda... bardziej niż niebezpiecznie. Myślicie, że ten odkurzacz to wciągnie?
— Trzeba spróbować, nie? — rzucił wesoło Thin, który jako jedyny w ich grupie się wciąż uśmiechał. Niezdarnie zabrał urządzenie Ignei, która nawet nie zaprotestowała. — Patrzcie, to będzie proste. Wystarczy podejść bliżej, włączyć...
Jednak w chwili, kiedy zrobił krok w stronę dziwnego zjawiska, znikąd zerwał się straszliwy wiatr, potężny i niezwykle głośny, zagłuszający dosłownie wszystko, co nie było częścią jego przeraźliwego świstu. Vol wiedział, że Thin krzyknął tylko dlatego, że widział jego twarz. Sam chyba też krzyczał, bo gardło go rozbolało, jednak w jego uszach trwał tylko nieustanny, przedwieczny szum. Jesienne liście poderwały się z ziemi, resztki zerwały się z gałęzi i zaczęły tańczyć w powietrzu, atakując swoimi zbyt ostrymi końcami trójkę intruzów. Vol cofnął się i rozejrzał dookoła, ale jedyne co widział to multum mieszających się ze sobą kolorów przedwietrznej pory. Obrócił się, szukając czegoś, czegokolwiek, co mogłoby mu chociaż trochę pomóc. Wyczuł pod stopą kamień, ale zanim go ominął, potknął się i już miał upaść, kiedy wszystko nagle się zatrzymało.
Całkiem dosłownie zatrzymało się. Liście przestały wirowa i zamarły w powietrzu, nie upadły na ziemię, po prostu przerwały nagle swój lot i zastygły. Trawa zamarzła niczym łod, a twarz Vola zatrzymała się kilka centymetrów od ziemi. Chłopak zamrugał i odetchnął głęboko, a wtedy dziwny czar przestał działać, a on upadł, tak jak powinien był to zrobić chwilę wcześniej. Źdźbła były podejrzanie zbyt mocno kujące. Podniósł się niezdarnie. Liście wciąż go otaczały niczym miniaturowe tornado. Trącił jeden z nich, a ten zawirował niemrawo, żeby po chwili wrócić dokładnie na to samo miejsce i zamrzeć w tej samej pozycji, jak zamrożony w czasie.
Vol stał przez około pół minuty, po czym rozgarnął dziwną zasłonę, żeby wyjść z powrotem na łąkę. Coś było bardzo nie tak, ale nie był w stanie powiedzieć, co właściwie. Nie licząc faktu, że tylko on jeden ze wszystkiego wokół jakkolwiek się poruszał. Spojrzał najpierw w jedną stronę, potem w drugą. Zanim jednak zdążył coś wywnioskować z otoczenia, jego uwagę rozproszyło nagłe pojawienie się Thina. Diablik kręcił się niczym pijany. Vol podbiegł do niego i złapał za ramiona, po czym schylił się szybko, żeby nie oberwać atakującym go ogonem. Thin zamrugał i zrobił zdziwioną minę, jakby dopiero zdał sobie sprawę, na kogo właściwie patrzy.
— O rany... przepraszam. Prawie uciąłem ci głowę.
— Już się tym tak nie chwal — prychnął Vol, puszczając go, a iskierki po raz kolejny już przeskoczyły mu między palcami. Wpatrzył się w nie wściekle, po czym schował dłoń do kieszeni. Diablik za to skrzywił się, jakby poczuł tę energię i może tak też było.
— Powinieneś iść z tym do jakiegoś uzdrowiciela albo nawet maga — powiedział Thin, odsuwając się i wycierając ręce w białe ubranie, jakby można było się ubrudzić paroma małymi wyładowaniami elektrycznymi. — Jeszcze trochę i serio zaczniesz wzywać nieświadomie burze. Chyba że już to zrobiłeś, jakże efektownie i nagle.
— To nie byłem ja! — zdenerwował się Vol, tupiąc nogą. — Tych iskierek faktycznie mogę nie czuć, bo są małe, ale myślisz, że z błyskawicami też tak mam? To zupełnie inna bajka. Kiedyś przypadkiem rozwaliłem połowę jakiegoś miasta, bo dotknąłem kabli pod napięciem. Od tamtej pory czuję bardzo mocno prąd i się z nim pilnuję. Właściwie to przez jakieś dziesięć lat w ogóle nie używałem tych całych mocy, dopiero teraz mi jakoś tako wróciły. No, mniej więcej nad nimi panuję... ale... Nie, tamta burza nie była moim dziełem. To nawet w ogóle nie była burza.
— Jak to nie? — Nagle zza jednego z kamieni wyłoniła się Ignea, wyglądająca jeszcze dziwniej niż zwykle, co w jej przypadku było niezłym wyczynem, bo już na co dzień starała się wyglądać dziwnie. Spomiędzy jej włosów wystawały gałązki drzew, co wyglądało, jakby dorobiła się jakichś rogów. Czarny pas, którym przewiązywała się wcześniej w biodrach, teraz związany był na jej szyi i to tak, że wyglądał, jak krawat, nawet chyba supeł się zgadzał, chociaż Vol nie mógł być pewny. Sam nie umiał wiązać krawatów. Bluzkę dziewczyna miała założoną tył na przód, a nogawki jej spodni były podwinięte i odsłaniały długie skarpety w paski. Obie zupełnie inne.
Thin również musiał zauważyć jej ubiór — w sumie ciężko byłoby go nie zauważyć — bo szybko zakrył usta dłonią, starając się stłumić śmiech.
— Wiesz, jak na lubiącego zimno fiora, to zdecydowanie ubierasz na siebie zbyt dużo warstw ubrań — powiedział rozbawionym tonem. Ignea rzuciła mu wściekłe spojrzenie i zdjęła sobie z ramion miniaturowych rozmiarów płaszczyk, którego Vol nie zauważył. Wcześniej z całą pewnością ów płaszcz był większy, o wiele większy od samej Ignei...
— Nie przebierałam się, półgłówku. Poza tym ty masz na sobie bluzę do kostek, jak jakąś sukienkę normalnie, więc się mnie nie czepiaj — warknęła, krzyżując ręce. Słysząc to, Thin szybko spojrzał w dół, zdumiony, ale Ignea nie czekała, aż się sobie dokładnie przyjrzy. — Nie mamy teraz na to czasu, modnisiu! Nie wiem, czy zauważyłeś, ale pewnie tak. Z naszym otoczeniem jest coś bardzo nie tak!
— No, wszystko się zatrzymało — odezwał się Vol niezbyt mądrym tonem. — Zamarło. Czas... się zaciął?
— Niee, na pewno nie, zacięcia czasu byśmy w ogóle nie zauważyli — mruknął Thin, oglądając otoczenie, jakby był w stanie dojrzeć coś, czego nie widział zbyt dokładnie, nie wiedząc przy tym nawet, na co właściwie patrzy. — Wszyscy żyjący znajdują się wewnątrz strumienia czasu, więc gdyby jego nacięcie nagle gdzieś nastąpiło, to my byśmy się zacięli razem z nim. I byśmy przez to tego nie zauważyli, jak już wspomniałem. Chociaż to w sumie może być zastanawiająco ciekawe. Możliwe przecież jest, że takie zacięcia następują często, ale my o nich nie wiemy. Może tniemy się razem z czasem jeszcze gorzej niż Wi-Fi. A może...
— Nikogo nie obchodzą twoje pseudonaukowe teorie — przerwała mu oschle Ignea. Vol otworzył usta, żeby zaprzeczyć jej słowom, bo przemyślenia diablika wydały mu się niezwykle ciekawe, ale dziewczyna zgromiła go spojrzeniem, od którego zamilkł, zanim jeszcze cokolwiek powiedział. — Czyli pewnie tego nie zauważyliście, więc zechcę was powiadomić, ale wszystko tutaj jest... inne! Poodwracane! Wykręcone! Jak w jakimś krzywym zwierciadle!
Oboje więc sprawdzili dokładniej swoje otoczenie i otworzyli nieco szerzej oczy, gdy zdali sobie sprawę, że w tej kwestii dziewczyna rzeczywiście miała rację. Pnie drzew skręcały się nienaturalnie, jakby była to guma, a nie solidne i twarde drewno. Źdźbła trawy stały w równych rzędach, a ich końce były zaostrzone, niczym stado śmiercionośnych igieł. Same kamienie z kręgu, wcześniej zwyczajnie zaokrąglone, teraz były pofalowane. Jak jakiś obraz w zmąconej tafli wodnej. Vol przełknął ślinę, gdy zorientował się, co musiało się stać chwilę wcześniej.
— Wpadliśmy przez to, prawda? — zapytał drżącym głosem. — Przez tę dziwną szczelinę. To dlatego wtedy ta burza...
— Wynośmy się stąd jak najszybciej — zaproponował Thin, a nikt nie zamierzał się z nim kłócić.
Ruszyli w stronę, gdzie powinno być Przejście, jednocześnie rozglądając się ze sporym zaniepokojeniem. Cała ich trójka instynktownie wyczuwała, że coś czaiło się w tym ponurym miejscu i bynajmniej nie było to coś, co chcieliby kiedykolwiek spotkać na swojej drodze. Wszystkie, dosłownie wszystkie ich zmysły krzyczały, wręcz się wydzierały, żeby rzucić się do ucieczki, żeby jak najszybciej zniknąć z tamtego miejsca, a żadne z nich nie było na tyle głupie, żeby zignorować tak oczywiste znaki.
Jednak wtedy też pojawił się kolejny problem. Thin krzyknął i odskoczył od ściany wirującej podejrzanie rzeczywistości, a z jego dłoni unosił się dym. Dotąd biała skóra zrobiła się teraz nieco zbyt ciemna.
— Nie da rady — powiedział łamiącym się głosem, zatrzymując Vola i Igneę, gdy ci zbliżyli się do Przejścia. — Ani kroku dalej. Tędy się nie przedostaniemy. Spali nas na popiół, zanim wrócimy z powrotem do Złotej Puszczy. Trzeba... trzeba znaleźć jakąś inną drogę.
— Niby jaką?! — wykrzyknęła z paniką Ignea, łapiąc się za głowę, strosząc i tak już nastroszone włosy. — To jest jedno jedyne Przejście! Jedyna nasza droga! Innych nikt nie otworzył, a nawet jeśli... nawet jeśli to nie mamy bladego pojęcia gdzie! I że prowadzą akurat tutaj!
— Nie panikuj — odezwał się Thin, ale jego ogon poruszył się nerwowo, jakby zdawał sobie sprawę, że te dwa zwykłe słowa nijak nie pomogą. A jeśli tak myślał, to miał absolutną rację, bo Ignea poczerwieniała.
— NIE panikuj? NIE PANKUJ?! JA nie panikuję! JA jestem WŚCIEKŁA! Wolę zmienić się w popiół niż tutaj zostać. Wymiar Mroku, Wymiar Zła, śmierć wszystkiemu i wszystkim... Zejdź mi z drogi, Eartlie!
Ale diablik nie zamierzał tego uczynić. Stali przez chwilę, mierząc się nieprzychylnymi spojrzeniami — Thin wysoki, z poważną miną i stoickim spokojem, a Ignea niewielka, ze złością wypisaną na twarzy. A potem skoczyła na kuzyna tak szybko, że Vol aż się odsunął. Chyba nigdy nie przyzwyczai się do tej niepokojącej szybkości fiorów. Oboje potoczyli się po ostrej trawie, warcząc na siebie i krzycząc, przepychając się i drapiąc. Nawet gdyby był w stanie coś zrobić, Vol i tak by stał w miejscu, zbyt oszołomiony, by choćby się ruszyć, a co dopiero spróbować ich rozdzielić. Wolał nie ryzykować swojego życia. Słyszał hałas, jaki wywoływała bójka, ale nic poza nim. Zmarszczył brwi. Powinien jeszcze coś poza tym słyszeć, był tego pewien. Czego nie słyszał?
Cisza, która nagle znów zapadła, sprowadziła go na ziemię. A raczej na to coś podobnego do ziemi.  Thin ostrożnie podniósł nieprzytomną Igneę, jakby była zrobiona ze szkła i spojrzał wyzywająco na Vola, zapewne oczekując na jakąś reprymendę. Ale wciąż panowała ponura cisza.
— Tak będzie łatwiej — powiedział diablik, spoglądając na kuzynkę. — Inaczej rzucałaby się w każde niebezpieczeństwo, na jakie się natkniemy.
— Czyli że zamierzamy natykać się na niebezpieczeństwa — odważył się odezwać Vol, a jego głos zabrzmiał jakoś dziwnie w jego ustach. Skrzywił się. Naprawdę coś mu nie pasowało z dźwiękami.
— Nigdy nie wiadomo, na co się natrafi — rzekł przemądrzałym tonem Thin, wzruszając przy tym ramionami. Dał znak ogonem, żeby Vol szedł za nim, a sam wkroczył między cienie, rzucane przez powykrzywiane drzewa. Nie pasowały trochę do roślin, które było widać. Nie mając większego wyboru, a nie chcąc zostać samemu w tym ponurym, Vol pospieszył za diablikiem.
Im dalej szli, tym dziwniejszy zdawał się robić świat wokół nich i to nie w dobrym tego słowa znaczeniu. Rośliny o zdeformowanych łodygach połyskiwały ponurą szarością i rzucały o wiele więcej cienia, niż powinny. Trawa zaczęła ustępować miejsca czemuś, co wyglądało jak wybielona woda, po której jednak byli w stanie iść. Podobnie jak tafla lodu, ale też nie do końca, bo powierzchnia poruszała się nieznacznie. Pomimo tego, że zachowywała się jak ciecz i wyglądała jak ciecz, była twarda i zwarta. Vol spojrzał w dół, a gdy ujrzał swoje odbicie, musiał szybko ugryźć się w język, żeby nie krzyknąć.
Nie chodziło wcale o mizerne ubranie, które wyglądało zupełnie inaczej, niż przed wpadnięciem przez Przejście do jakiejś innej rzeczywistości. Nie chodziło nawet o to, że połowa jego włosów była częściowo spalona i dymiła, a między resztą wciąż przeskakiwały iskry. Zamiast twarzy, swojej przeciętnej i niezbyt pięknej twarzy widział w jej miejscu czarną jak noc czaszkę, z pustymi oczodołami, wyszczerzoną w upiornym uśmiechu, jak to wszystkie czaszki. Ziejąca pustką. Szybko podniósł wzrok i uniósł dłonie do twarzy, upewniając się, że wciąż ją ma. Prawie popłakał się z ulgi, gdy dotknął nie kości, a skóry.
— To jest tylko iluzja — powiedział Thin takim tonem, jakby przede wszystkim chciał nim przekonać samego siebie. Nie poprawiło to ani trochę nastroju Vola, ale postanowił nie wnikać w akurat ten temat.
— Dokąd właściwie idziemy?
— Za tym dźwiękiem, może nas gdzieś doprowadzi.
Vol zatrzymał się, słysząc te słowa. Thin też przystanął i odwrócił się do niego, unosząc przy tym brwi, jakby pytał „No co znowu ci nie pasuje?”. Vol przełknął ślinę.
— Jakim dźwiękiem? — zapytał niemal szeptem. — Tu panuje zupełna cisza. Absolutna. Nie słuchać przecież niczego.
— Szepty. Słychać czyjeś szepty. Są coraz bliżej i bliżej.
— Kto by pomyślał? — odezwał się trzeci głos, syczący, od którego Volowi włosy stanęły dęba jeszcze bardziej niż zwykle. Odwrócił się gwałtownie w stronę źródła owego głosu, ale widział tylko ciemność.
Thin cofnął się niezdarnie, prawie upuszczając przy tym Igneę, która poruszyła się, ale wciąż pozostawała nieprzytomna. Albo zasnęła. Vol nie był pewien, czym to właściwie się różniło, nigdy nie miał okazji nikogo o coś takiego zapytać, a i pytanie pewnie brzmiałoby głupio.
— Kto to powiedział? — zapytał, rozglądając się nerwowo. Cichy śmiech potoczył się echem, ale nie było w nim nic wesołego. Raczej coś starego i złośliwego.
Zimno przeszyło jego ramię i odruchowo odsunął się szybko, żeby zobaczyć, jak wyglądający podejrzanie cień ześlizguje się z niego na ziemię, a potem wspina się na pień jednego z poskręcanych. Ten cień się ruszał! I zdecydowanie nie był to cień ani jego, ani Thina, ani też żadnego zwierzęcia czy rośliny. Vol rozejrzał się. Całe to podłoże przypominające wodę, na którym stali, było pełne ciemności, chociaż wcześniej mieniło się dziwną bielą. Pod ich stopami kłębiły się cienie, które nie miały absolutnie żadnych właścicieli. Cienie, które żyły!
Jakby w odpowiedzi na jego myśli, jeden z cieni oderwał się od gruntu i stanął tuż przed nim — humanoidalny, czarny, dwuwymiarowy kształt w przestrzeni. Jakby był narysowany na kartce papieru. Vol zamrugał. Gdyby spojrzeć na cień bokiem, całkowicie zniknąłby z pola widzenia.
A wtedy cień zaczął się zmieniać. Wydłużył się nieco, przyjmując dokładnie taką samą wysokość jak Vol, a przygaszone kolory zatańczyły na jego ciemnej powierzchni. Chłopak cofnął się przerażony, kiedy cień zaczął przybierać jego wygląd. Blond włosy, w większej części spalone, idiotyczny wyraz twarzy, mizerne ubrania, krzywa postawa... Vol nie zdawał sobie sprawy, że wygląda aż tak zwyczajnie i nienormalnie zarazem. Dziwnie i przerażająco było patrzeć na samego siebie, zwłaszcza że zdawał sobie sprawę, że to wcale nie był on, nawet jeśli tak to wyglądało.
— To jest nasze królestwo — przemówił cień beznamiętnie, a Vol wzdrygnął się, zastanawiając czy jego głos naprawdę brzmi tak dziwnie, czy jednak był to zwyczajnie głos cienia. — Wkroczyliście tu bezprawnie i teraz poniesiecie karę.
— Najmocniej przepraszamy — powiedział Thin, starając się zrobić przyjazną minę, ale grymas odrazy czy też przerażenia nadal gościł na jego twarzy. — Nie chcieliśmy zakłócać... ekhem... spokoju waszego królestwa. Trafiliśmy tutaj całkiem przypadkiem, właściwie to już sobie stąd idziemy, potrzebujemy tylko znaleźć wyjście.
— Wyjście — powtórzyła istota głosem diablika. Jej oczy, o ile w ogóle były to prawdziwe oczy, a nie jakaś iluzja, zalśniły dziwnie. — Wyjście. Do świata istot takich jak wy.
— Dokładnie — rzekł Thin z ulgą, jakby wcale nie wyczuwał złych zamiarów, zbierających się w umysłach owych dziwnych cieni. Jednak dla Vola były one tak wyraźne, że niemal je widział i nie potrzebował do tego żadnych nadzwyczajnych mocy. — Nie wiecie, gdzie tutaj jest może Przejście? To nasze nie chciało nas przepuścić, no i teraz...
— Och nie, zapomniałem! — odezwał się nagle Vol dramatycznym tonem, a wzrok wszystkich skoncentrował się na nim. To był zły pomysł, ale że innego nie miał, mógł tylko dalej brnąć w to, co zaczął. — Mam dzisiaj umówioną... wizytę u lekarza! Bardzo ważną! Nie mogę się na nią spóźnić! Powinniśmy już iść. — Mówiąc to, rzucił znaczące spojrzenie Thinowi, a ten chyba zrozumiał. — No to cześć... to znaczy, do zobaczenia! Może... może jeszcze kiedyś tu wrócimy, o ile oczywiście będziemy mile widziani.
Zaczął się powoli wycofywać, ale wtedy poczuł chłód na plecach, gdy kolejna istota zaczęła się po nim wspinać. Najwyraźniej już odkryła jego zamiary. Przestał więc dbać o pozory. Spojrzał na diablika u swego boku i obaj rzucili się do ucieczki, nie przejmując się specjalnie tym, dokąd powinni biegnąć. Byle tylko jak najdalej od cieni, które syczały groźnie za ich plecami i ruszył w pogoń, chociaż ich sposobu poruszania się biegiem nie można było nazwać. Trudno to było nazwać nawet samym ruchem.
— Dokąd właściwie biegniemy?! — krzyknął Thin, wymijając drzewa z widocznym trudem. Wciąż trzymał Igneę, więc było mu o wiele gorzej manewrować niż Volowi.
— Gdziekolwiek! Ratuj życie, a nie gadaj!
— Tutaj nie ma gdzie ratować życia! One są wszędzie!
Zatrzymał się gwałtownie, kiedy jeden z cieni wyrósł z ziemi i zagrodził mu drogę. Vol wyminął drzewo i podbiegł do diablika, choć sam nie wiedział, co dokładnie chce zrobić. Iskry strzeliły mu z palców, równie mocne co ogarniające ich właściciela emocje, a cień zasyczał i cofnął się. Tyle wystarczyło. Vol złapał Thina za ramię i pociągnął za sobą. Chłopak ledwo za nim nadążał, potykając się o własne nogi.
— To cienie — powiedział, dysząc ciężko po biegu. — Boją się światła. Tutaj w ogóle go nie ma, zauważyłeś? Są jasne kolory, cienie, ale nie samo światło. Jesteś od prądu, rozpal coś!
Vol nie wiedział, co w tym miejscu miałby właściwie rozpalić, ale widocznie jego magia postanowiła sama się tym zająć. Skóra go zaswędziała, jak za każdym razem, gdy zbierało się na burzę. Chwilę później grzmot rozniósł się po całej puszczy, a błyskawica przecięła niebo i uderzyła w jedno z pobliskich drzew, które od razu zajęło się ogniem. Musiało być bardzo łatwopalne, o wiele bardziej niż zwyczajne drewno. Vol i Thin odskoczyli przestraszeni i zdumieni nagłym, małym wybuchem, zaczęli potykać się sami o siebie i upadli na plecy.
Ignea przeturlała się po ziemi i jęknęła. Ból i fakt, że ktoś ją upuścił, najwyraźniej ją obudził, co w sumie było nawet logiczne. Gdyby to Vola ktoś rzucił na twardy jak kamień grunt, też zapewne nie mógłby dalej spać. Dziewczyna podniosła się niezdarnie, odgarniając włosy z twarzy i spojrzała najpierw na nich, a potem na płonące drzewo. Po czym znów skupiła się na nich.
— Coście narobili? — zapytała niebezpiecznie cichym głosem. Przed chwilą była nieprzytomna, bo oberwała w głowę, ale nie musiała uciekać przed straszliwymi cieniami, więc gdyby w tej chwili się na nich rzuciła, a widać było, że miała ochotę to zrobić, z pewnością by z nią nie wygrali. Nawet we dwóch.
— Podpaliłem drzewo — przyznał się Vol, jakby zrobił najnormalniejszą rzecz pod słońcem. Bo właściwie, z odpowiedniego punktu widzenia, to zrobił. Często zdarzało mu się wzywać błyskawice, nawet o tym nie wiedząc. W każdym razie wcześniej...
Ignea spojrzała na niego ze złością.
— TO akurat widzę — warknęła. — Nie jestem ślepa, jak najwyraźniej uważasz! Ale po kiego grzyba podpaliłeś drzewo? Co, chcesz teraz nagle wysyłać znaki dymne? — zakpiła.
— Daj sobie spokój z sarkazmem — prawie krzyknął Thin, podnosząc się. — Wiesz, że tutaj żyją cienie? Z naciskiem na słowo ŻYJĄ! I jeden z nich zamienił się w niego! — powiedział ze strachem, wskazując na Vola, który uniósł brwi. Po czym diablik chyba zrozumiał, co sam powiedział i wytrzeszczył oczy. — A jeśli to jest jeden z nich? Skąd mamy wiedzieć?!
— Nie sądzę, żeby cienie potrafiły wzywać błyskawice — powiedział Vol, patrząc na niego z politowaniem. — Ale spoko, w porządku, możesz mnie związać liną, której ze sobą nie zabrałeś i zostawić tutaj, a sam pójdziesz do Przejścia, które cię spali tak, jak ja to drzewo.
— I znalazł się kolejny mistrz sarkazmu — mruknął z niesmakiem Thin, po czym spojrzał na ogromne ognisko, które Vol urządził w jednej chwili. — Nie widzę nigdzie cieni, więc to chyba działa.
— A ja widzę cienie — prychnęła Ignea. — Wielkie, czarne, paskudne cienie, które wywołał wasz pożar. Są dosłownie wszędzie tam, gdzie światło nie pada.
— Och, jesteś taka miła — warknął Thin. — Mówię o zupełnie innych cieniach. Tych żywych. One muszą bać się światła. Więc jeśli poczekamy w świetle, to raczej do nas nie podejdą.
— Tylko co potem? — zapytał Vol, rozglądając się dookoła.
Nikt mu nie odpowiedział. Żadne z nich nie miało żadnego pomysłu.

~~*~~


Ethereal spodziewał się natrafić na jakąś dużą albo też przynajmniej jakąś średnią grupę, dwudziestu czy trzydziestu uzdrowicieli w swoich idiotycznych, zielonych szatach, którzy ukryli się gdzieś w jakiejś lepiance czy porządnym schronie i którzy byliby gotowi pójść z nim do Miasta Kwiatów, żeby ocucić tych wszystkich biednych padniętych fiorów. Tymczasem Finen wyprowadził go do niewielkiego, podniszczonego obozu wewnątrz jeszcze bardziej zniszczonego drzewa, w którym siedziała trójka młodych chłopaków, grających gałązkami w bierki.
Przejście do środka było nawet całkiem sprytnie ukryte wśród drzew i gdyby Finen mu go nie pokazał, Ethereal sam nigdy by go nie znalazł. Jak wytłumaczył uzdrowiciel — a raczej uczeń, sądząc po jego srebrnej odznace na płaszczu — było takich kilkanaście, ukrytych w całej Złotej Puszczy, na wypadek, gdyby jakiś uzdrowiciel musiał wędrować bardzo długo i nie miałby dobrego miejsca na nocleg, albo też w razie ataku. Który właściwie nastąpił. Raczej nie tego najpierw się wszyscy spodziewali.
— Kto to? — zapytał jeden z chłopaków, kiedy tylko Ethereal wszedł do środka, garbiąc się, bo był zdecydowanie zbyt wysoki, jak na tak małe pomieszczenie. Nigdy nie rozumiał, jak ktoś może robić sufity aż tak nisko. Towarzyszący mu Finen zdawał się tym jednak nie przejmować, choć też chodził zgięty w pół i co jakiś czas uderzał głową w światełka zawieszone pod sufitem.
— Gość — odpowiedział krótko, podchodząc do stolika i kucając. Zrobił groźną minę, chociaż w jego wykonaniu chyba każda mina była groźna. — Gdzie jest Uie? Mieliście się nim opiekować, a nie sobie grać w patyki.
— Mówiłeś, że długo nie pociągnie — rzekł najmniejszy z chłopców, ostrożnie próbując wyjąć jedną z gałązek ze stosu. Nawet nie odwrócił się w stronę Finena. — No i tak się stało. Nie z naszej winy, oczywiście! Zmarł niedługo po południu. Pochowaliśmy go w pobliżu Wierzby. No wiesz, TEJ specjalnej Wierzby. A potem wróciliśmy, bo nie pozwoliłeś nam stąd wychodzić. Ale musieliśmy wyjść, żeby go pochować, bo tak przecież mówi Kodeks. A Kodeks jest ponad twoimi nakazami... proszę pana.
— Nie mów do mnie „proszę pana” — warknął Finen, przykładając palce do skroni, jakby zaczynała go już od tego wszystkiego boleć głowa. — Nie jestem aż tak stary czy doświadczony, żeby się tak do mnie zwracać. Ale dobra, pomińmy to. Jeszcze żyjecie. Gdzie Rever?
— Pewnie w lodówce. Jak zawsze.
Było to dziwnie stwierdzenie, ale Finen tylko westchnął i zniknął za kolorowym parawanem z tyłu pomieszczenia. Ethereal został sam z trójką dzieciaków, które natychmiast przestały udawać, jak bardzo zależy im na prowadzonej grze i spojrzały na niego z ciekawością. Uśmiechnął się, co zwykle skutecznie odstraszało wszystkie wścibskie osoby, ale trójka chłopców nie przejęła się tym. Cóż, dzieci zwykle były mniej ostrożne od starszych.
— Wyglądasz jak żołnierz — powiedział ten mały, przyglądając się podejrzanie nożowi, który Ethereal miał przypięty do pasa. Wziął go ze sobą tak na wszelki wypadek i w tamtej chwili musiał się powstrzymać, żeby do niego nie sięgnąć. — Nie lubię żołnierzy.
— Nie jestem żołnierzem — prychnął Ethereal. Chciał się wyprostować, ale szybko przypomniał sobie, że sufit jest zbyt nisko i powstrzymał się od tego. — Byłem kiedyś w szkole wojskowej, ale nie jestem żołnierzem. A wy jesteście tutaj sami? Gdzie są dorośli?
— Uie był ciężko ranny i nie przeżył. Jak zaatakowali, to chciał z nimi rozmawiać i nie wyszło mu to za dobrze. A Trayton i Groe poszli szukać pomocy i ją nieść. Czy jakoś tak powiedzieli. Niedługo powinni wrócić.
— I ZOSTAWILI was tutaj? — zapytał z oburzeniem Ethereal, patrząc na nich. Wszyscy trzej zgodnie pokiwali głowami, jakby to była zupełnie zwykła rzecz.
— Wrócą — odpowiedział z całym przekonaniem chłopak, który z nieznanych powodów miał na głowie kocie uszy. Wyglądały na prawdziwe, ale niewiadome było, czy to jego uszy, czy tylko jakieś sztuczne, które nosił, bo tak mu się akurat spodobało. — Wrócą z pomocą i odbudujemy wioskę Viride. Wiesz, rozwalili połowę domów, żeby wziąć ze sobą jakąś małą buteleczkę. To bardzo nieładnie z ich strony.
— Buteleczkę? — powtórzył Ethereal ze zdziwieniem i otrzymał w zamian kolejne energiczne skinienia. Podrapał się po głowie w zamyśleniu. — Ale po co potrzebna ludziom jakoś buteleczka? Co właściwie w niej było?
Ich miny całkiem wyraźnie mówiły, że sami nie mają o tym bladego pojęcia. Niski otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale wtedy też wrócił Finen, na którego widok cała trójka natychmiast znów zajęła się grą. Spojrzał na nich krzywo.
— Dobra, marudy, coście znów zrobili? — zapytał z tłumioną złością. Nagle wszyscy oni zaczęli wyglądać trochę zbyt niewinnie.
— Absolutnie nie zrobiliśmy nic złego — odezwał się ten z kocimi uszami. — Jak już mówiłem, zajmowaliśmy się Uiem. Przez cały czas. Było z nim bardzo źle. Teraz nie żyje, nie jest z nim aż tak źle.
Ethereal uniósł brwi, słysząc takie stwierdzenie. Brzmiało ono naprawdę dziwnie w ustach kogoś tak młodego, w ogóle w ustach kogokolwiek... ale czego mógł się spodziewać? To był dokładnie ten dziwny sposób myślenia, jaki przyswajali sobie wszyscy uzdrowiciele, nawet jeśli byli tylko nisko postawionymi uczniami. Wiedział to głównie dzięki Vaili, bo też miała dokładnie takie poglądy. Pacjent jest martwy — to przecież prawie tak, jakby był zdrowy! Nie trzeba go leczyć! Przewrócił oczami, przypominając sobie tamten wykład, jaki wtedy dostał od dziewczyny. Uzdrowiciele! Nikt nie mógł ogarnąć ich toku rozumowania.
— To wszystko wina Weia! — wyrwał się ten, który dotąd siedział całkowicie cicho. Dwaj pozostali zgromili go spojrzeniami, ale to nie powstrzymało jego słów. — Powiedział nam, że byłoby miło, jakbyśmy zrobili wielką niespodziankę, bo przecież w końcu dzisiaj pan Rever ma urodziny. No i posprzątaliśmy wszystko, zrobiliśmy wielki tort, dekoracje...
— Czy do was naprawdę nic nie dociera? — zapytał Finen, łapiąc się za głowę i przeczesując palcami włosy, w taki sposób, jakby zamierzał je sobie powyrywać. W sumie, gdyby to zrobił, fryzura w końcu mogłaby mu pasować do pełnej blizn twarzy. — NIE robi się przyjęć niespodzianek! Nie, bez uprzedniego tego omówienia z dorosłymi! A już na pewno nie dla mojego brata! W ogóle nie powinniście robić żadnych imprez, tak jakby całkiem niedawno zaczęła się wojna. W takim czasie nie robi się imprez!
— Wyluzuj trochę — powiedział ten o kocich uszach, a Ethereal domyślił się, że to właśnie jest wspomniany wcześniej Wei. — Chcieliśmy przecież dobrze. Skąd mieliśmy wiedzieć, że to mu się nie spodoba?
— Idioci — mruknął pod nosem Finen, po czym odwrócił się do Ethereala. Uśmiechał się krzywo. — Przepraszam, ale to może chwilę potrwać. Dzięki tym tutaj. Jeśli chcesz, możesz poczekać na zewnątrz. Postaram się być najszybciej, jak się da, skoro to taka ważna sprawa, ale nic nie obiecuję, bo ze środkami trochę ciężko.
— Zostawisz ich tutaj? — zapytał Ethereal, a Finen skinął głową.
— Poradzą sobie. Zresztą niedługo wróci reszta. Ał, ale dobór słów.
Ethereal zrozumiał, że to już najwyższa pora wyjść. Pewnie i tak by się stamtąd wydostał, nawet gdyby Finen go tak grzecznie nie wyprosił, choćby po to, żeby w końcu móc się wyprostować. Szyja go bolała od tego zginania się, kręgosłup w sumie wcale nie miał się wiele lepiej. Wyszedł na chłodne powietrze nocy i odetchnął głęboko. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo czuć było ziołami w tym schronieniu, dopóki nie znalazł się z powrotem na zewnątrz. Jego nos czuł się o wiele szczęśliwszy niż jeszcze chwilę wcześniej. Ethereal oparł się o pień jednego z drzew i czekał, a puszcza trwała w tej swojej niesamowitej ciszy.

Rozdział XIII

Otwarcie bram


Ethereal wspiął się na drzewo i przystanął na jednej z niższych gałęzi, by rozejrzeć się wokół. Był absolutnie pewien, że to właśnie tą drogą tutaj przyszedł, jednak nie widział żadnego ze znaków, które zostawił sobie wcześniej — tak na wszelki wypadek, gdyby jednak się zgubił. Zmrużył oczy, wytężył wzrok do granic możliwości i przyjrzał się wszystkiemu w pobliżu jeszcze raz. Może mimo wszystko się pomylił. W końcu udało mu się dostrzec niewielką szklaną kulę, porzuconą w trawie, chociaż był pewien, że zostawił ją gdzie indziej. Gdzieś wyżej. Zeskoczył na ziemię i podniósł znalezisko.
— Co to? — zapytał Finen, poprawiając torbę na ramieniu i podchodząc bliżej. Ethereal zdusił w sobie nagłą chęć odsunięcia się od chłopaka, kiedy tylko poczuł ostrą woń ziół i tych wszystkich cudacznych eliksirów, które uzdrowiciele zabrali ze sobą. — Wygląda trochę jak małe akwarium dla rybek, ale tych naprawdę tycich rybek.
— To dla świetlików — wyjaśnił Ethereal, uważnie wpatrując się w ścianki trzymanego naczynia, ale w ciemnościach niewiele mógł zobaczyć, a żadnego światła przy sobie nie miał. Słońca niedługo powinny zacząć wschodzić, ale nie miał czasu, żeby na nie czekać. — Zostawiłem je jako znaki, żeby móc w razie czego znaleźć drogę powrotną. Ale to nie ma sensu, świetliki są bardzo lojalne. Nie uciekają z kul, bo doskonale wiedzą, że i tak je później wypuścimy. Ba, nawet często w nich zostają z własnej woli, bo lubią spać na szklanych dnach, no i też często liczą na jakieś przysmaki. Coś musiało je naprawdę mocno wystraszyć, skoro odleciały.
— Trzymacie świetliki w kulach? — zapytał niemal oburzonym tonem Rever, trzymający się z tyłu i jak dotąd siedzący cicho. Ethereal powstrzymał się od westchnienia i spojrzał na niego.
Chłopak wyglądał niemal identycznie jak jego starszy brat, a jedyną różnicą między nimi był wzrost. No i brak blizn na twarzy Revera, a gdyby się przyjrzeć bliżej, dałoby się też zauważyć, że mają różne kolory oczu. Jednak jeśli chodziło o ich charaktery, Etherealowi wystarczyła dosłownie chwila spędzona z nimi, żeby zrozumieć, że byli kompletnie inni. Finen wciąż o coś pytał, o każdą rzeczy, której nie rozumiał, a zrozumieć chciał. Widać też było po nim, że był bardzo ufny, może nawet zbyt bardzo. A może po prostu umiał wyczuć, kto ma dobre intencje wobec niego, a kto nie. Nie wydawał się głupią osobą — ponurą i dziwnie odległą w stosunku do świata, już tak — ale pozory zawsze mogły mylić.
Jego młodszy brat był cichy, odzywał się tylko wtedy, kiedy było to konieczne, a i wtedy najczęściej mówił szeptem. Rozglądał się uważnie dookoła, pewnie też analizował w myślach każdy swój krok, ale nie odzywał się na ten temat. W jego spojrzeniu, ilekroć tylko zaszczycił nim Ethereala, czaiło się wyzwanie. Jakby tylko czekał na jakiś podejrzany czy błędny ruch, który mógłby skrytykować.
— Nie, nie trzymamy ich w kulach — opowiedział Ethereal najspokojniej, jak umiał, chowając szklaną kulkę do kieszeni munduru, gdzie zadzwoniła o puste butelki po eliksirze. Kolejna rzecz raczej by się już tam nie zmieściła. — Żyją sobie spokojnie nad wodami Jeziora Przezroczystego, niedaleko naszego miasta. Kiedy my potrzebujemy ich pomocy, użyczają nam jej. Kiedy one potrzebują pomocy, my im pomagamy. Pomoc za pomoc.
Młody uczeń nie wyglądał na usatysfakcjonowanego tym wyjaśnieniem, ale żadnego innego nie dostał i musiał się z takim stanem rzeczy pogodzić. Ruszyli znowu przed siebie. Ethereal spojrzał z niepokojem w stronę nieba, którego kolory prześwitywały między gałęziami drzew. Powinien się pospieszyć, został jeszcze kawałek drogi, a powoli nastawał ranek. Jednak zarówno on, jak i dwójka towarzyszących mu uzdrowicieli nie mieli zbytnio sił, by iść szybciej. Zastanawiał się nawet nad zmianą kształtu, ale dość szybko odrzucił ten pomysł. Na to też był zbyt wykończony, a wędrówka w ciele jakiegokolwiek zwierzęcia i tak by była równie męcząca, co normalna. Właściwie tylko resztki napoju pobudzającego, wciąż krążące niemrawo po jego organizmie sprawiały, że chłopak nie padł na ziemię i nie zasnął.
— Tutaj panuje taka... cisza — zauważył Finen z niepokojem, a Ethereal szybko zrozumiał, że nie chodziło mu o taką, jaka trwała dotychczas wokół nich. Przekroczyli właśnie linię, tę specjalną niewidzialną linię, za którą wszystko zamierało.
Zatrzymali się na chwilę, a Ethereal nastawił uszy, próbując wychwycić jakikolwiek dźwięk. Jednak wszystko wciąż milczało, równie uparcie, jak gdy wyruszał dopiero do wioski uzdrowicieli. Dreszcz przebiegł mu po plecach i nagle naszło go uczucie, że ktoś — albo może COŚ — obserwuje go spomiędzy cieni. Nie chcąc ryzykować ataku, gdyby owo coś jednak nie okazało się tylko chorym wytworem jego wyobraźni, szybko ruszył w stronę, która wydawała mu się właściwa. Zatrzymywanie się na dłużej nie było bezpieczne. Jego towarzysze musieli doznać podobnego uczucia, bo poszli za nim, nie zadając ani jednego pytania.
Po drodze Ethereal znajdował kolejne szklane kulki, które sam tam porozmieszczał, tylko że w żadnej z nich nie było ani jednego świetlika. To nie wróżyło zbyt dobrze, chociaż bynajmniej nie dlatego, że obawiał się zgubienia ścieżki. Widział ją nawet całkiem dobrze i bez tych wszystkich kulek. Ale cokolwiek wystraszyło te wszystkie świetliki... to nie były strachliwe stworzenia, bo doskonale zdawały sobie sprawę, że mało kto zwróci uwagę na tak malutkie owady, jak one, a nawet jeśli, to z pewnością prędzej zacznie je podziwiać niż próbować się pozbyć. Nawet gdyby bały się potwornie jakiegoś stworzenia, wystarczyło, że przygasłyby nieco, a byłyby nie do znalezienia. Zwłaszcza nocą.
Jego stopa trafiła na coś twardego, cofnął więc ją i pochylił się, by to podnieść. Ostatnia kula. Jej wnętrze lśniło słabiutko, a gdy Ethereal przyjrzał się jej uważnie, zobaczył, że na samym dnie leży osamotnione malutkie stworzonko, piszcząc słabiutko, tak że prawie nie było tego słychać. Raz zaczynało się świecić, raz gasło i tak w kółko. Niektóre świetliki nauczyły się różnych sygnałów, dzięki czemu łatwiej było się z nimi porozumiewać. Ten wyraźnie chciał coś przekazać i to było coś ważnego. Jeden wyraz, wciąż powtarzany w kółko.
— Cienie — powiedział na głos Ethereal.
Świetlik przestał migać swoim światełkiem, co znaczyło tyle, że albo się zmęczył, albo też Ethereal dobrze odgadł słowo. Chciał zapytać, o co chodzi, ale wątpił, by owad umiał mu odpowiedzieć. Owszem, one przekazywały fiorom informacje i rozumiały ich język, a w każdym razie częściowo jego podstawy, ale normalnej rozmowy na przyzwoitym poziomie ze świetlikiem nie dało się przeprowadzić.
— Jakie cienie? — zapytał Finen, a jego brat wykorzystał okazję i wyrwał Etherealowi z rąk szklaną kulkę, żeby z troską obejrzeć siedzące wewnątrz stworzonko. Chłopak się tym nie przejął, sam i tak nie byłby w stanie pomóc owadowi, więc niech zajmie się tym uzdrowiciel.
— Nie mam pojęcia — odpowiedział Ethereal. — Ale nie wygląda mi to zbyt dobrze. Jeśli nie chcecie się narażać, poczekajcie tu, a ja pójdę sprawdzić, czy w mieście się coś nie...
— O nie, nie pozbędziesz się nas teraz — rzucił Finen i wskazał na niebo, które powoli traciło swe ciemne barwy. — Kłótliwa wschodzi, a ty mówiłeś, że fiorom potrzebna jest pilna pomoc... Straciliśmy już wystarczająco dużo czasu, idąc tutaj, więc nie marnujmy go więcej. Chodźmy.
I ruszył, nie oglądając się za siebie. Ethereal przewrócił oczami i złapał go za kołnierz koszuli, zatrzymując, po czym obrócił w innym kierunku, dając mu wyraźnie do zrozumienia, że zamierzał iść w złą stronę. Uzdrowiciel nijak tego nie skomentował, poprawił tylko poły swojego zielonego płaszcza i pomaszerował przed siebie.
Dawno nie oglądał murów Miasta Kwiatów, a w każdym razie nie przyglądał się im dokładniej. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że nie są tak potężne i grube, jak mu się kiedyś zdawało. W paru miejscach widać było, że upływ czasu zrobił swoje. Kamienie były pokruszone, powykrzywiane, niektóre nawet wypadły i leżały teraz na ziemi, tworząc małe górki. To była już tylko marna ozdoba, która została, bo nikomu nie chciało się jej poprawić albo rozebrać i postawić od nowa.
Za to główna brama była szeroko otwarta. W każdym razie jedno jej skrzydło, które pozostawało na swoim miejscu, ponieważ drugie leżało na ziemi, wyrwane z zawiasów i rozwalone na mniejsze kawałki. Cała krew odpłynęła z twarzy Etherealowi, który teraz dosłownie był cały biały. Nie czekając na nikogo, zerwał się z miejsca i wpadł do miasta niczym burza.
Ulice były całkowicie puste. Wcześniej leżało tam pełno fiorów, wszyscy uśpieni, nie do wybudzenia, a teraz wszędzie panowała pustka. Rozejrzał się, ale nic nie wskazywało na to, by się ocknęli i wrócili do normalnych, codziennych zajęć. Wpadł do pierwszego domu, żeby stwierdzić, że nikogo tam nie ma. Nie było też ani jednej żywej duszy w drugim, w trzecim oraz w każdym kolejnym. Każdy po kolei był pusty.
Popędził więc w stronę szpitala, w którym wcześniej się wszyscy przytomni zebrali. Jeśli fiorzy mieliby gdzieś być, to raczej właśnie tam. Budynek nie był tak wielki, by pomieścić mieszkańców z całego miasta, ale... ale może został ktoś, ktokolwiek, kto mógłby mu powiedzieć, co się właściwie stało w czasie jego nieobecności. Bo na pewno coś się stało.
Drzwi szpitala również otwarte były szeroko. W korytarzu  unosiła się jakaś słodka woń, jednak nie była zbyt przyjemna. Ethereal poszedł za nią, chociaż kierował się bardziej chmurą różowego dymu, a nie samym zapachem. Zamrugał kilkakrotnie, gdy pył z chmury wpadł mu do oczu. W końcu udało mu się dostać do pracowni lekarstw, a w każdym razie wydawało mu się, że tak właśnie głosiła tabliczka zawieszona na drzwiach. Przez te opary trudno było stwierdzić coś z całą pewnością, równie dobrze to mogła być jakakolwiek inna pracownia. Pierwsze co zrobił, to podbiegł do okna i przez chwilę mocował się z klamką, żeby w końcu otworzyć je najszerzej, jak tylko się dało i wpuścić do środka choć trochę świeżego powietrza.
— Jest nieprzytomny — powiedział Finen, a Ethereal podskoczył i odwrócił się gwałtownie. Nie zdawał sobie sprawy, że uzdrowiciel podszedł za nim i jest w pomieszczeniu, dopóki ten się nie odezwał. — Prawdopodobnie od wdychania tych oparów. To nie jest zbyt zdrowe. Powinniśmy go stąd jak najszybciej wyciągnąć.
Ethereal domyślił się, kogo znaleźli, jeszcze zanim zobaczył twarz. Ojciec w końcu sam zgłosił się na ochotnika do warzenia jakiegoś eliksiru, o którym tylko on wiedział, więc logiczne było, że tę parującą substancję, która zatruwała słodkim zapachem korytarze szpitala, stworzył właśnie on. Czymkolwiek napój miał być, chyba akurat nie tym, czym się stał. Ethereal pomógł wyciągnąć uzdrowicielom ojca na korytarz, ale kiedy tylko w końcu wyszli z pracowni, ten ocknął się i w jednej chwili powalił całą ich trójkę. Ethereal nawet nie zarejestrował, co dokładnie się stało, bo zdarzyło się po prostu zbyt szybko. W jednej chwili stał, a w drugiej już leżał na ziemi, wpatrując się w sufit i czując pulsujący ból gdzieś w okolicy lewego oka. Nogi też nie miały się najlepiej, ale po całej tej wędrówce i tak ledwo je czuł.
— No dzięki — mruknął pod nosem, podnosząc się na łokciach. Przyjął podaną mu przez ojca rękę i wstał, otrzepując ubranie z kurzu. Różowego kurzu?
— Wybaczcie mi, myślałem, że... że to ktoś inny — rzekł Aveth Alieaster, pomagając wstać dwójce uzdrowicieli, którzy chyba oberwali o wiele mocniej od Ethereala. Albo zwyczajnie nie byli przyzwyczajeni do otrzymywania nagłych ciosów. Po latach walk z własną siostrą, udawanych i nie, Ethereal zdążył już przywyknąć do tego, że często wracał z poobijaną twarzą. Ignea też. Wyglądali wtedy zawsze jak żywe trupy i chichotali między sobą głupkowato, przepychając się.
— Co się stało? — zapytał, kiedy tylko przestał w końcu rozmyślać o przeszłości. To były fajne czasy. — Gdzie są wszyscy? I dlaczego po całym szpitalu roznosi się smród tej różowej trucizny?
— To nie trucizna — odpowiedział mu natychmiast Finen, zanim Aveth zdążył choćby otworzyć usta. Uzdrowiciel przybrał profesorską postawę. — Środek uspokajający, tylko trochę zbyt stężony. Robiony jako podstawa, a nie rzeczywisty eliksir. Próbował pan zrobić miksturę na pobudzenie, prawda?
Ethereal nie miał najmniejszego pojęcia, jak uzdrowiciel doszedł do tego wniosku, ale słabo znał się na tym całym ważeniu mikstur. Jego ojciec najwyraźniej jednak wiedział, jak to się stało i skinął głową.
— Zamierzałem, ale Vaila nie wróciła z resztą potrzebnych składników — rzekł, rozglądając się dookoła, jakby oczekiwał zobaczyć dziewczynę, ale w pobliżu z pewnością jej nie było. Nikogo oprócz nich nie było. — Czekałem na nią przez kwadrans, a potem chciałem iść jej poszukać, ale to coś mnie z zaskoczenia zaatakowało i straciłem przytomność. A potem przyszliście wy.
— Nie no, naprawdę? — jęknął Ethereal. — Nic więcej? Żadnych podejrzeń ani przypuszczeń? W ogóle, jakim cudem dałeś się komukolwiek podejść, przecież... ty to ty! Znaczy się... no wiesz, o co mi chodzi!
— Owszem, jestem nad wyraz inteligentną osobą i już za pierwszym razem zrozumiałem, o co ci chodzi, nawet jeśli sam nie byłeś tego świadom — odpowiedział z powagą ojciec, a Finen parsknął i zasłonił dłonią usta, żeby nie wybuchnąć śmiechem. — Mam pewne podejrzenia co do tego, kto mógł to zrobić, ale... cóż, myślałem, że one już dawno wyginęły.
— Jakie znowu one? — zaczął się niecierpliwić Ethereal. Miał już po dziurki w nosie całej sytuacji, a zachowanie ojca wcale nie pomagało.
— Cienie.
Zapadła cisza. Dokładnie to samo przekazał im świetlik: cienie. I tylko tyle. Tak jakby kawałek ciemnego kształtu był w stanie kogokolwiek skrzywdzić. Jakby żył i umiał coś robić, a przecież było to niemożliwe. Ale po powadze w głosie ojca, po tej strasznej ciszy przed burzą, Ethereal wiedział, że to musiało być coś poważniejszego, niż się wydawało.
— Cienie to tylko kształty — odezwał się Rever, a wszyscy na niego  spojrzeli, jakby dopiero teraz zdali sobie sprawę, że wciąż jest wśród nich. Siedział tak cicho i wtapiał się dziwnie w tło, że strasznie łatwo było o nim zapomnieć. — Kształty na płaszczyźnie. Dwuwymiarowe ciemne kształty, stworzone w obliczu światła, a dokładnie przez jego brak w danym miejscu, gdy jest wszędzie indziej wokół. Niby w jaki sposób taki zwyczajny kształt miałby cokolwiek zrobić? One nie mają żadnych myśli, umysłów, świadomości...
— Zdziwiłbyś się, ile są w stanie wyrządzić szkód te zwyczajne „kształty”, jak je nazywasz. Rozumowanie dobre, lecz jednak nie całkiem. Chociaż fakt, że cienie są w stanie zrobić cokolwiek tutaj, oznacza tyle, że coś poszło bardzo źle. Dobra synu, zbieraj się. Uzdrowiciele też mogą z nami iść, jeśli chcą, chociaż takiej wycieczki raczej bym nie polecał.
— Iść dokąd? — zapytał Ethereal ze złością, ale nie otrzymał odpowiedzi.
Tak jak się domyślał, ojciec umyślnie niczego nie wyjaśnił, a teraz jeszcze udawał, że nie usłyszał pytania. Bywał naprawdę irytujący. Zanim Ethereal zdążył je ponownie zadać albo chociaż zapytać o coś innego, Aveth zniknął już w jednej z sal, od których w szpitalu się roiło. Chłopak zacisnął pięści ze złości i syknął, kiedy przebił sobie skórę pazurami. Ta cała jego moc zaczynała się robić denerwująca, nawet jeszcze bardziej niż ojciec. Ethereal skupił się i pozbył szponów najszybciej, jak umiał, co jednak wcale nie usunęło ran. To raczej nie byłoby już takie proste, bo mocy samoleczenia nie posiadał. Schował ręce do kieszeni, żeby ukryć stróżki krwi, cieknące mu po dłoniach.
— Nie mamy całego dnia — dobiegł go krzyk ojca z sali, więc ruszył w tamtym kierunku, mrucząc wściekle pod nosem.
— Właściwie to mamy cały dzień — odpowiedział, nawet nie zastanawiając się, co właściwie mówi. Słowa same pchały mu się na język. Wszedł do pokoju i rozejrzał się, żeby stwierdzić, że poza łóżkami i stertą koców nie ma tam nic ciekawego. — Jest dopiero ranek, a może nawet nie, bo Iskra jeszcze nie wzeszła. Ba, Ocean ma jeszcze jakąś godzinę albo półtorej, żeby zniknąć z nieba.
— Nie łap mnie za słowa! Kto cię w ogóle tego nauczył?
— Ignea.
Ojciec przewrócił oczami i mruknął pod nosem coś i tym, że w sumie sam mógł się tego domyślić. Przyjrzał się górze materiału i wziął jeden z koców, żeby po chwili zacząć go drzeć na strzępy, jakby to był zwykły papier. Ethereal podniósł jakiś, żeby sprawdzić jego grubość i nie mógł się nadziwić. Jakim cudem jego ojciec zdołał to rozerwać? I po co? Zapytał o to na głos, ale odpowiedzi nie otrzymał. Jak to często bywało.
Gdy już skończył rozdzierać koc, zebrał wszystkie strzępki z podłogi i wcisnął je do tobołka, który zrobił sobie z prześcieradła. Ethereal warknął, domagając się wyjaśnień, ale ojciec zachowywał się, jakby jego syna tam w ogóle z nim nie było. Wziął zaimprowizowany worek i wyszedł na korytarz, gdzie wciąż stała dwójka braci uzdrowicieli, nie wiedząc, co ze sobą począć.
— Będę potrzebował wody — oświadczył Aveth, omiatając wzrokiem korytarz. — Wystarczy butelka. No i trochę tego śmierdzącego czegoś, co udało mi się jakimś cudem uwarzyć. Też butelka, nie za wielka. Ach, no tak, jeszcze nóż. Obyłoby się bez niego, ale wolę nie ryzykować. Zawsze lepiej mieć przy takich rzeczach pewność.
Zrozumieli to, jak polecenie, bo dokładnie tak zabrzmiało i szybko zabrali się do szukania i zbierania owych rzeczy. Tylko Ethereal stał wciąż w miejscu, na samym środku korytarza i piorunował ojca wzrokiem.
— Po co to wszystko? — zapytał ze złością, której nie był w stanie zbyt długo w sobie trzymać. — Czemu chociaż raz nie możesz normalnie powiedzieć, co się dzieje i co zamierzasz zrobić? Dlaczego cały czas przemilczasz wszystko, co jest ważne?!
Zdawał sobie sprawę, że ostatnie pytanie wcale nie miało związku z dziwną sytuacją.
— Ponieważ tak jest łatwiej dla wszystkich — odpowiedział mu sucho ojciec. — Ja nie muszę tłumaczyć wszystkiego, bo to wszystko jest długie i zawiłe, poza tym też bardzo niezrozumiałe. Zajęłoby naprawdę dużo, DUŻO czasu. A wy za to nie musicie się martwić tym wszystkim, co wiem i przejmować nie wiadomo jak mocno. Zwłaszcza teraz nie mamy czasu, żeby zajmować się odpowiedziami na tak skomplikowane pytania.
— To zadam nieskomplikowane. Jakie CIENIE?
— Istoty z innego wymiaru — odrzekł Aveth, machając wolną ręką, jakby to było nic takiego. Etherealowi przeszedł dreszcz po plecach. To nie było do końca tak, że się tego nie spodziewał, odkąd ojciec powiedział o Przejściach, a potem o wyrwie między światami... Ale żeby tak szybko? — W każdym razie nie do końca, ale można to tak ująć. Mają swój świat, swój własny wymiar tuż obok naszego, dlatego właśnie je widzimy. — Zastukał butem w podłogę, jakby chciał tym gestem zwrócić uwagę na ciemny kształt kładący się za nim i powtarzający wszystkie jego gesty. — Tutaj nie są w stanie nic zrobić, nie mają na nas żadnego większego wpływu. Ale ta wyrwa stworzona w lesie musiała prowadzić właśnie do ich wymiaru. Przejście zostało otworzone, ściana rozbita i... cóż, cienie nie są takimi miłymi i potulnymi istotkami, jakbym chciał. Musiały wciągnąć wszystkich do swojego wymiaru, skoro nikogo poza nami nie ma w mieście.
— Więc dlaczego to CIEBIE nie wciągnęły? — zapytał z powątpiewaniem i też pewną złością Ethereal. Ojciec uśmiechnął się, czego chłopak nie widział od bardzo dawna. Wrednie.
Ale nie odpowiedział, bo we właśnie tamtej chwili wrócili uzdrowiciele, z dwiema pełnymi butelkami i garścią noży, najróżniejszych wielkości i kształtów. Był wśród nich nawet bogato zdobiony sztylet, nie wiadomo skąd wzięty.
— Świetnie. Rzekłbym, że wręcz doskonale. — Aveth klasnął w dłonie z zadowoleniem i wziął największy nóż, jaki zobaczył. Przyglądał mu się chwilę, po czym szybkim ruchem, którego nie zdołali nawet zarejestrować wzrokiem, naciął sobie rękę, a błękitna krew zaczęła skapywać na podłogę.
— Co ty właściwie robisz?! — warknął Ethereal. — Wiesz, jeśli tak bardzo chcesz...
Urwał, bo nagle wokół nich zapadła ciemność. Z całą pewnością nie była to normalna ciemność, to było tak, jakby cały świat zupełnie pociemniał i stracił część swoich kolorów, głównie tych jasnych i wesołych. Wyjątkiem byli oni sami, którzy wciąż wyglądali dokładnie tak samo jasno i ponuro. Aveth wytarł nóż o swoją koszulę, barwiąc jej kawałek na błękit swojej krwi, po czym, jak gdyby nigdy nic, wcisnął go za pas.
Ethereal cofnął się o krok od ojca i rozejrzał dookoła. Wciąż znajdowali się w korytarzu szpitala jak wcześniej, a w każdym razie można by tak pomyśleć w pierwszej chwili. Napisy na tabliczkach zmieniły się, litery stały się pozawijanymi znakami z ostrymi zakończeniami. Język, który nigdy nie widział światła dnia.
— Gdzie jesteśmy? — zapytał ze strachem.
— Zostaliśmy wciągnięci do Wymiaru Mroku — oznajmił ojciec, tonem jakby wybrali się na piknik do lasu. Otarł rękę rękawem, a rana nagle znikła i można by pomyśleć, że nigdy nie istniała. — Po to potrzebna mi była krew. Takie założenie było logiczne. Skoro twoja krew otworzyła Przejście, na moją cienie zareagują dokładnie tak samo. Bo już znają jej część.
— Słucham?!
— Nie ma czasu na dokładnie wyjaśnienia — zbył go ojciec, mrużąc oczy i przyglądając się bardzo dokładnie otoczeniu. — Dwie sprawy. Skoro cienie się rozprzestrzeniły po naszym wymiarze, Ignei nie udało się zamknąć Przejścia. Pewnie też przypadkiem przez nie wpadli, skoro cienie tak szybko znalazły drogę ucieczki. Rozdzielamy się. Ty idziesz jej poszukać, a ja z tymi dwoma — wskazał głową na uzdrowicieli, którzy stali z boku i nie wiedzieli, co ze sobą zrobić — przejdę się po tej ciemnej wersji Miasta Kwiatów i zbierzemy fiorów, których tu wciągnięto. Aha, jak już ich znajdziesz, możesz użyć krwi, żeby wrócić, tak jak się tutaj dostaliśmy. Wystarczy, że w myślach wyrazisz wolę powrotu. Twoja siostra też może to zrobić. Zalety otworzenia Przejścia. Poradzę sobie, więc nie czekajcie na mnie, po prostu znajdźcie się i uciekajcie z tego wymiaru.
— Niby jak mam ich znaleźć? — Głos Ethereala przepełniony był paniką, ale nic nie mógł na to poradzić. Miał sam ruszyć przez ten ponury wymiar, żeby poszukać trzech osób, w ogromnym, naprawdę ogromnym świecie. Bez żadnej pomocy, kiedy wokół kryły się jakieś cienie, o których nie miał bladego pojęcia, które przecież mogły być śmiertelnie niebezpieczne, a on był na skraju sił...
— Szukaj światła — odpowiedział tylko ojciec. Zarzucił sobie zaimprowizowany worek na ramię, dał znak ręką i ruszył korytarzem, a dwójka uzdrowicieli szybko poszła za nim. Ich zielone płaszcze były bardzo jaskrawe w panującej dookoła szarości i ciemności.
Nie mając zbyt dużego wyboru, Ethereal również ruszył do wyjścia. Drzwi wyglądały jakoś inaczej niż kiedy ostatnio je widział, ale prawdziwego szoku doznał, dopiero gdy je otworzył. Stanął jak wryty i mógł tylko patrzeć, jak potwornie wygląda miasto w obecnym stanie. Nie chodziło tylko o fakt, że tam, gdzie dotąd widywało się feerię barw, teraz gościła szarość, brąz i czerń. Niebo miało kolor atramentu, ale nie widać było na nim ani jednej chmurki czy gwiazdy, nawet skrawka światła. Za to domy... te wszystkie wspaniałe drzewa, które gościły fiorów, wyglądały teraz bardziej, jak wyjęte z koszmarów. Powykręcane pnie, połamane gałęzie, niektóre były pościnane i leżały na drodze. Mogłyby odstraszać wszelkie żywe istoty, gdyby jakiekolwiek mieszkały w tym wymiarze, ale Ethereal nie sądził, by tak było.
Brama. Nie zamierzał stać tak przez całą wieczność, patrzyć się i czekać, aż coś go dopadnie. Czuł się przez cały czas obserwowany. Ruszył się z miejsca i poszedł znajomą boczną uliczką, która też wyglądała nieco inaczej, niż powinna. Nie wiedział, jak ojciec chce znaleźć tych wszystkich uśpionych fiorów. Nie wyglądało na to, by ktokolwiek poza nimi zawitał do tego miejsca i pozostał żywy. Wszystko wokół było ciche i martwe od dawien dawna.
Zarejestrował ruch kątem oka i szybko odwrócił się, gotów bronić swojego życia za wszelką cenę. Cień przemknął szybko po ścianie i umknął w dal, nie atakując. Może nie było tak źle, jak Ethereal podejrzewał, może cienie po prostu sobie tutaj mieszkały i nie chciały robić zamieszania. Może przypadkowo wciągnęły fiorów do tego wymiaru...
Bardzo szybko został zmuszony do zrewidowania swoich poglądów. W jednej chwili stał w miejscu, obserwując otoczenie, a w następnej lodowata dłoń złapała go za nogę i przewróciła na ziemię. Grzmotnął w nią całkiem mocno i był absolutnie pewien, że na głowie zostanie mu guz, o ile tylko to. Zamierzał wstać, ale cień leżący pod nim tego nie chciał. Zamiast tego wyrwał do przodu, ciągnąc Ethereala ze sobą. Ten zacisnął zęby z bólu, kiedy szorował plecami po ostrych kamieniach. Był absolutnie pewien, że normalnie w Mieście Kwiatów nie ma aż tak ostrych kamieni!
Chciał się wyrwać, ale cień trzymał go nadspodziewanie mocno jak na zwyczajny kształt, który nie powinien mieć w ogóle świadomości. W dodatku jego dotyk zdawał się odbierać powoli siły. Kiedy Ethereal zdał sobie z tego sprawę, jego instynkt wziął górę i nim się zorientował, pokrywała go gruba warstwa futra. Po raz kolejny wilk. Nie zamierzał jednak na to narzekać, skoro to miało go uratować.
Widząc, co się stało, cień się cofnął, jakby przestraszony. A potem do wrażliwych uszu Ethereala dobiegł cichy, bardzo cichy dźwięk, a cień zaczął się zmieniać. A raczej jego kształt się zmienił, bo wciąż był tylko ciemną plamą. Oderwał się całkowicie od ziemi, stając się dziwnym, dwuwymiarowym obrazem w rzeczywistości, podtrzymywanym jakby przez powietrze. Wilk stworzony z cienia zawarczał na niego, pokazując szare zęby, a w miejscu, gdzie powinny być oczy, pojawiły się dwie jarzące się ostrą czerwienią plamki. Jakby stwór zamierzał rzucić mu wyzwanie i walczyć o swoje.
Ethereal nie miał na to czasu. Warknął na cień najgroźniej, jak umiał, po czym ruszył z miejsca, wymijając przeciwnika i pędząc w stronę bramy. Do puszczy, ponieważ tam z pewnością była Ignea. I Thin. Oraz ten dziwny człowiek, którego imienia Ethereal już zapomniał. To w puszczy mieli zamknąć Przejście i tam właśnie ich musiało wciągnąć. Jakaś logika w tym była, a w każdym razie być powinna. Innego pomysłu nie miał.
Wyrwa w murze, tyle pozostało z ogromnej bramy, prowadzącej do miasta. Ethereal przeskoczył nad kawałkami żelastwa i wpadł między drzewa. Natychmiast wyczuł coś dziwnego w powietrzu, więc poszedł za tym uczuciem. Nie był w stanie stwierdzić czy to zapach, czy jakiś dźwięk, czy po prostu przeczucie, ale ruszył. Drzewa chyliły się w jego kierunku, jakby chciały go porwać z ziemi i rozerwać na strzępy. Widział migające cienie, humanoidalne kształty, podczas gdy nigdzie w pobliżu nie było żadnego ich właściciela. Jednak nie zwracały na niego uwagi.
Zatrzymał się przed jednym z drzew, które wydawało się ciemniejsze od innych i które wydzielało bardzo nieprzyjemny dla jego wilczego nosa zapach. Położył po sobie uszy i podkulił ogon. Nowo nabyte zmysły mówiły mu, że powinien uciekać, że to drzewo stanowi jakieś zagrożenie. Ale jego wciąż fiorska świadomość mówiła coś zupełnie przeciwnego.
Dym. Skoro te istoty nie lubiły światła, były cieniami, to nie mogło być tu ognia, a bez niego też i dymu. Ogień to światło i na dodatek dokładnie to światło, którego szukał. Skąd go wzięli – tego nie wiedział, ale też nie była mu teraz potrzebna ta wiedza.
Uniósł głowę ku górze i zawył jak prawdziwy wilk, wyjący w stronę księżyca. Teoretycznego księżyca, bo żadnego nie widział. Może jeśli usłyszą, zechcą to sprawdzić, choć powątpiewał w taką możliwość. A potem wytężył węch do granic możliwości i zaczął szukać znajomego zapachu, który doprowadziłby go do tych, których szukał.
Błyskawica przecięła niebo, a Ethereal odskoczył gwałtownie od drzewa, odruchowo na powrót stając się sobą i potykając się o własne nogi. Nie było żadnych chmur, ale mimo to błyskawica i tak się skądś pojawiła. Rozejrzał się po niebie, nieco zdezorientowany. Tuż obok niego przemknęły dwa spanikowane cienie, uciekając przed światłem. Ethereal spojrzał za nimi, po czym pobiegł w przeciwną stronę. Płonące drzewo bardzo ułatwiło mu znalezienie drogi.
— Kto to przyszedł? — Ktoś krzyknął mu do ucha, a Ethereal odskoczył i prawie uderzył Thina, ale ten zwinnie uniknął ciosu. — Ej, chciałbym zachować twarz. Takie cudo nie trafia się często, czyż nie? Tylko spójrz na to, a potem na siebie. Moja jest ładniejsza. Przyłóż sam sobie, a nie mnie.
Kiedy taka osoba, jak Thin, zaczynała nawijać o własnym wyglądzie, nie wróżyło to niczego dobrego. Zresztą jego szalona mina mówiła już sama za siebie.
— Et! — Ignea wyjrzała zza pożeranego przez płomienie drzewa, a razem z nią ten dziwny człowiek. — Co ty tutaj robisz? Miałeś przecież biec do Viride i załatwić pomoc!
— Już... już stamtąd wróciłem — odpowiedział z pewnym zdziwieniem. — Przecież... to było wieczorem. Już nastał ranek. No, w każdym razie w naszym wymiarze — dodał, rozglądając się dookoła. — Ale rozumiem, dlaczego możecie tego nie wiedzieć. W każdym razie wciągnęło tu wszystkich fiorów, więc przyszedłem tu z tatą i tymi dwoma uzdrowicielami, żeby was powyciągać.
Na krótką chwilę zapadła całkowita cisza. Jakaś gałązka trzasnęła między drzewami i wszyscy gwałtownie zwrócili wzrok w tamtą stronę, ale nie zauważyli ani jednej żywej duszy. Co wcale nie oznaczało, że nic tam nie ma... Ethereal skrzywił się, kiedy dopadło go dziwne wrażenie bycia obserwowanym. To było jedno z najgorszych uczuć, jakie mogło go dopaść w takiej chwili.
— Chcieliśmy przejść z powrotem, jak tylko nas wciągnęło — powiedział chłopak, którego imienia Ethereal nie pamiętał — ale wtedy podpaliło Thina i woleliśmy dalej nie ryzykować...
— JA chciałam ryzykować — zaprotestowała Ignea z miną wykrzywioną złością, która sugerowała, że ten, kto ją powstrzymał od owego ryzyka, mocno oberwie. Thin skrzywił się, również to widząc. — No dobrze, ale skoro już tu jesteś, to pewnie też wiesz, jak stąd wyjść. Prawda, że wiesz? Idźmy po tatę i zabierajmy się stąd jak najszybciej.
— O nie, zabieramy się stąd już teraz, zaraz — stwierdził Ethereal, rozglądając się niespokojnie — Tutaj jest zbyt niebezpiecznie, żeby zostawać dłużej niż potrzebne.
— Wiesz, nie zauważyliśmy — stwierdził z drwiną Thin, opierając się od jedno z drzew. Jego ogon drgał niespokojnie, jakby dostał tiku nerwowego. — Cienie nas zaatakowały.— Pokazał rozdarcie na ramieniu swojego płaszcza, a Ethereal uniósł brwi. — I to nie raz. Vol podpalił drzewo błyskawicą i światło je odstraszyło, ale potem znowu wróciły, jakby zebrały się na odwagę. Ukradły i rozerwały na strzępy Energiozbiór! Wiesz, to urządzenie ludzi, które miało zamknąć Przejście i zebrać z niego energię. W ogóle wiecie, jak zamknąć to całe Przejście? Bo maszyna poszła się bujać i już nam nie pomoże. Nie, żeby w ogóle pokazała jakoś swoje działanie.
— Wyglądali jak my — powiedział przedstawiony wcześniej Vol, patrząc na fiora oczami wielkimi ze strachu. Vol. To było dziwne imię jak na człowieka. — To cienie. Cienie wszystkich. Mogą przybrać każdy kształt świata.
— Oczyyywiście poza kształtem twojej wrednej siostry — mruknął Thin i od razu skulił się pod spojrzeniem Ignei. Odsunął się na bezpieczną według niego odległość i dopiero potem kontynuował: — Sęk w tym, że nam cienie pokazywały się jako my. Ale jak stawały przed nią, to się tak wahały i wracały do bycia rozmazanymi plamami.
— Dobra, mniejsza z tym — przerwał ten wykład Ethereal. — Później będziemy mogli się zastanawiać, o co w tym wszystkim chodzi. Teraz musimy się stąd wydostać. Okej, chodźcie tu do mnie, bo nie jestem pewien, jak to dokładnie działa.
Pospiesznie zbliżyli się do niego, także zerkając we wszystkie strony, jakby spodziewali się ataku. Ethereal wyciągnął nóż, gotów powtórzyć kroki swojego ojca i przenieść wszystkich z powrotem do ich własnej rzeczywistości, kiedy nawiedziło go dziwne uczucie... a krzyk Vola i nagły grzmot błyskawicy, uratowały go od utracenia głowy. Fior schylił się, a czarne jak noc pazury przemknęły nad jego głową, ucinając część i tak krótkich włosów.
Zamachnął się trzymanym nożem, ale cień tylko na chwilę się rozproszył i zrósł na nowo, nic sobie nie robiąc z ostrego metalu, jakby to było powietrze.
— Zapisać sobie — mruknął stojący za jego plecami Thin, a jego głos dziwnie się rozlał i zaczął stawać się bezbarwny. Jak wszystkie inne wokół. — Ani ciosy, ani broń nie działają na cienie. Bo to są cienie!
— Ogień! Daj więcej ognia!
— Myślisz, że nad tym panuję?! Robię to odruchowo, a nie chcę nas wszystkich spalić tylko dlatego, że potrzebujemy światła!
— Uważaj, za tobą!
— Daj mi ten durny nóż, potrzebny mi!
Wszystkie głosy pomieszały się ze sobą, a Ethereal przestał rozumieć, gdzie jest góra, a gdzie dół. Jego świat zawęził się do czarnej plamy i stojącej przed nim postaci – dokładnie tej samej, którą widywał tak często na cudzych obrazach, tych samych, które to niby miały go przedstawiać. Nie ten wizerunek co w lustrze, tamto pokazywało coś innego. Patrzył na samego siebie, spoglądał w cień, który przybrał jego postać.
Cofnął się, a cień podszedł bliżej. Na jego twarzy widniał okropny uśmiech, dodając mu grozy. Ethereal był pewien, że sam nigdy się tak nie uśmiechał i nie zamierzał nawet próbować tego robić. Przybrał pozę bojową, a cień wyprostował się i rozłożył ręce na boki, jakby dawał pełne przyzwolenie na pobicie go. Ethereal wiedział jednak, że nic to nie da. Jak bardzo nie okładałby cienia pięściami, ten i tak by nic nie poczuł.
— No dalej — powiedział cień jego głosem, a chłopak skrzywił się. On tak brzmiał? Naprawdę? — Boisz się sam siebie? Bo ja JESTEM tobą.
— Nie, nie jesteś — odpowiedział Ethereal, znów się cofając. Cień tym razem tego nie zauważył. — Możesz przybrać moją postać, ale nigdy nie będziesz mną. Do tego potrzeba czegoś więcej.
— Ale ty przecież też możesz przybrać dowolną postać — zauważył cień, przekrzywiając głowę i zbliżył się. Był zdecydowanie zbyt blisko. — Dokładnie tak jak ja. Czym to się różni? Dusza wilka zamknięta w skórze fiora. Jestem tobą i znam ciebie, bo jestem twoim cieniem. — Jego oczy błysnęły czerwienią, a Ethereal zorientował się, że był to dokładnie ten sam cień, który chciał sprowokować go do walki. — Cienie wiedzą więcej od was, dlatego się nas od was oddziela tą ścianą między wymiarami. Boicie się tego, co kryje Mrok. Znam twoją przeszłość. Taki przestraszony mały chłopiec, bojący się każdego cienia, jakby doskonale przeczuwał, co się w nich kryje. Tak bardzo bojący się świata. Wszyscy cię tak bardzo ignorowali, a potem nauczyłeś się to przekuwać na swoją korzyść. Och, i twoja kochana siostra, taka zupełna przeciwność ciebie, a jednocześnie taka podobna. Przekonała cię do całego świata. A potem cię wywalili z tej twojej szkoły wojskowej i bałeś się powiedzieć o tym komukolwiek. Wciąż nikt tego nie wie, prawda? Powiedziałeś im, że zrezygnowałeś, że musisz się jeszcze poduczyć. Myślisz, że naprawdę przyjmą cię do wyższej szkoły, skoro wtedy tak bardzo zawaliłeś?
— Zamknij się!
— Wciąż się tak bardzo boisz — ciągnął cień, z wyraźną satysfakcją. — Ale uparłeś się zgrywać bohatera. Chciałbyś wiedzieć, co będzie dalej? Jaka przyszłość cię czeka? Och, bo niewątpliwie jakaś cię czeka. Będzie straszna. I nijak jej nie unikniesz. Czy będziesz uparcie parł naprzód, czy będziesz próbował wszystko powstrzymać i tak skończysz tak samo. Właściwie aktem łaski byłoby zabicie cię tu i teraz, ale ci, którzy widzą przyszłość, nie powinni jej zmieniać. Ale przepowiedzieć ją mogą. Więc jak, chcesz poznać swoją przyszłość?
— Nie, nie chcę — warknął ze złością Ethereal, odwracając się i chcąc odejść, ale cień szybko przeskoczył i znów stanął przed nim. — Czemu się wszyscy po prostu ode mnie nie odczepicie?! Nie prosiłem się o uwagę całego cholernego świata!
— Znaczy, że już wiesz — powiedział z zaciekawieniem cień, a w jego oczach błysnęło zaskoczenie. Ale tylko na chwilę pozwolił je sobie okazać, zaraz potem skrył je za maską bez żadnego wyrazu. Ethereal wzdrygnął się, kiedy uświadomił sobie, że w poważnych sytuacjach zawsze robi to samo. Ignea wypominała mu to tyle razy, a on nigdy nie nauczył się porządniej panować nad emocjami. Widocznie cień miał ten sam problem. — Żaden jasnowidz raczej ci tego nie przekazał. W waszym świecie mało kto ma prawdziwy wgląd w przyszłe czasy, większość po prostu łże. Czyżby twój „dziadek” ci powiedział?
— Co...? Skąd ty wiesz takie rzeczy?! — zapytał Ethereal, mając ochotę rwać sobie włosy z głowy. — Nikt... Nikt poza nami o tym nie wie! Absolutnie nikt!
— Tylko że ja jestem cieniem — odpowiedział, jakby to wszystko wyjaśniało. — Swoją drogą podkreśliłem tego dziadka tak ostro, bo on nawet nie jest twoim dziadkiem. Nie biologicznym. Ktoś, kto widzi przyszłość, razem z kimś, kto dostrzega przeszłość, nie mogłoby spłodzić zmiennokształtnego. Razem stworzyliby potężną istotę, jakieś wielkiego władcę samego czasu albo coś w tym guście! A nie zmiennokształtnego! Jasne, jasne, magia nie zawsze jest dziedziczna, ale im potężniejsza, tym bardziej dziedziczna. Rany no, chyba każdy to wie! To o-czy-wi-ste!
— Po co mi to wszystko mówisz?! Czego ty chcesz?!
— Chciałem tylko zwyczajnie porozmawiać. Mogę też wam pomóc się szybko wydostać, tylko potem lepiej nie wstawaj zbyt szybko.
Ethereal nie zdążył zapytać, o co właściwie chodziło cieniowi, bo wtedy ten nagle zniknął. Chłopak cofnął się szybko, potykając się przy tym o jakiś kamień i upadł na ziemię, a świat zakręcił się... i wrócił do zwykłych kolorów. Ethereal zamrugał, próbując odzyskać ostrość widzenia. Po całej tej szarości światło wydawało się wyjątkowo rażące i dziwnie nie na miejscu. Zmrużył oczy, gdy błękit i zieleń zaatakowały go ze wszystkich stron. A potem jęknął, gdy zdał sobie sprawę, że nie czuje prawej ręki.
— Nie ruszaj się — syknął mu ktoś do ucha, a Ethereal potrzebował chwili, żeby ustalić, że to jego siostra. Klęczała przy nim i mamrotała do siebie coś pod nosem. — Czujesz coś? — zapytała. Chciał odpowiedzieć, ale nie mógł otworzyć ust, więc tylko pokręcił słabo głową. Przysiągłby, że poczuł, jak Ignea zaciska usta. — Wiesz... masz całe rozorane przedramię. Jakby cię ktoś pociął nożem... albo może pazurami. Ale... ale prawie wcale nie krwawisz.
Zignorował więc jej protesty i uniósł się niezdarnie na jednej ręce, żeby samemu to zobaczyć. Natychmiast przeszył go straszliwy ból i upadł z powrotem. Przynajmniej tutejsza trawa nie była tak ostra, jak w Wymiarze Mroku. Wręcz przeciwnie, zdawała się równie miękka co poduszka. A może tylko tak mu się wydawało.
— Powiedziałam, żebyś się nie ruszał — warknęła Ignea, przytrzymując go, ale on i tak nie miał już siły, żeby ponownie się podnieść. — Posłuchaj mnie kiedyś chociaż raz. Nie widziałeś może gdzieś swojej dziewczyny? Ej, zna się może któryś z was na takich ranach? Chwila...
Podniosła się i cofnęła szybko, a w każdym razie tak przypuszczał Ethereal, bo wciąż wpatrywał się w niebo, nie mając nawet siły ruszyć oczami, a co dopiero głową. Właściwie nie miał już siły na nic. Mógłby zasnąć w tamtym momencie i przeleżeć tam z cały tydzień, w ogóle nie wstając. Ignea znowu coś powiedziała, ale usłyszał tylko jakieś stłumione dźwięki. Zamrugał, kiedy ciemne plamki zatańczyły mu przed oczami.
„Nie, nie odpływaj, nie teraz!”. Choć jego myśli wciąż były żywe i żwawe, ciało nie miało zbyt wiele siły. Zamknął oczy i skupił się. „Nawet nie próbuj. Nie próbuj. Po prostu nie. Podnieś się i nawet nie waż się upaść”.
„Tylko lepiej nie wstawaj zbyt szybko”.
Otworzył oczy, a ostrość świata powróciła i uderzyła go ze zdwojoną siłą. Ostrożnie się podniósł i tym razem nikt nie protestował. Wszyscy stali za to od niego w pewnej odległości, tylko Ignea siedziała na trawie tuż obok, tak, że prawie na nią wpadł. Nie zauważył jej. Już normalnie była niska, a co dopiero powiedzieć, kiedy siedziała. Łatwo było się o nią potknąć.
Zorientował się, że wszyscy na niego patrzą, jakby stał się duchem i starał się zignorować ten fakt, co jednak nie było łatwe. Strzepnął niewidzialny pyłek z munduru, chociaż nie miało to najmniejszego sensu, bo był on i tak już strasznie zniszczony, zarówno dzięki pędzeniu przez puszczę, jak i wycieczce do nieznanego innego wymiaru.
Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że nie ma absolutnie żadnej rany na ręce, choć Ignea przecież o takiej wspominała. Błękitna krew spływała mu po skórze, ale nie było nawet najmniejszego skaleczenia, z którego mogłaby się wydostać. Opuścił szybko rękę i starł zaskoczenie ze swojej twarzy, zanim ktokolwiek mógłby je zauważyć. A potem ominął ich wszystkich i ruszył z powrotem w stronę miasta.

~~*~~


W Mieście Kwiatów panowało już spore zamieszanie, co znaczyło, że udało się obudzić fiorów i sprowadzić ich z powrotem. To była chyba jedyna dobra wiadomość, a tych złych było znacznie więcej i były o wiele bardziej przytłaczające. Ethereal też chyba tak pomyślał, bo przyspieszył i zniknął wśród fiorów, prawdopodobnie chcąc znaleźć ojca. Nawet się na nich nie obejrzał. Ignea przewróciła oczami.
— Co się dzieje? — zapytał Thin pierwszą napotkaną osobę. Starsza kobieta zmierzyła go spojrzeniem i oddaliła się, nie odpowiadając na jego pytanie. Thin skrzywił się, ale nie dał bardziej po sobie poznać, że takie zachowanie go uraziło. Ruszył dopytać się kogoś innego o obecną sytuację, kogoś, kto by go nie zignorował.
— Pewnie, rozejdźcie się wszyscy, to przecież jest taki doskonały pomysł — zadrwiła Ignea, unosząc ręce w stronę nieba, po czym spojrzała ze złością na Vola, który kulił się u jej boku. — Ty też zamierzasz sobie iść i się zgubić?
Ale Vol tylko stał tam i zachowywał się tak, jakby chciał uciec najszybciej, jak się tylko da. Dopiero po chwili do Ignei dotarło, jak musiał się czuć. Przecież fiorzy z pewnością nie zareagowaliby radośnie na widok człowieka. Większość z nich już wyrobiła sobie na temat nich bardzo nieprzychylną opinię, opartą na wszystkich tych przestępcach, łowcach i naukowcach, którzy zapuszczali się do Złotej Puszczy. Vol właściwie też złamał prawo, a nawet jeśli w innym celu – kogo to właściwie obchodziło? Dla nich wciąż był przestępcą i doskonale musiał zdawać sobie z tego sprawę.
Zanim Ignea zdążyła cokolwiek powiedzieć, chociaż jakoś go pocieszyć czy coś w tym guście, ktoś wykrzyknął jej imię i wypadł spomiędzy tłumu. Szybko odsunęła się z drogi, a Ariv zamachał rękoma, próbując utrzymać równowagę, kiedy natrafił na pustkę.
— Ty żyjesz! — zawołał radośnie, jakby to była najwspanialsza wieść na świecie, a potem jego uśmiech zbladł, kiedy jego spojrzenie wylądowało na Volu. — A ten, co tu jeszcze robi? Nie wystarczy ci, że jesteś wolny, jeszcze musisz się tutaj szwendać i to manifestować?
— On nam pomógł — warknęła na niego Ignea. — Podczas kiedy ty nie robiłeś nic. Więc może byś przestał się czepiać. Zawsze tylko narzekasz i nic więcej. A tak poza tym, to ty się bardziej manifestujesz niż on. Wrzeszczysz, jakbyś się palił czy coś. W tym momencie mógłbyś się palić.
— Więc zamierzasz go bronić?
— A nawet jeśli tak to co? Pobijesz mnie? Chciałabym zobaczyć, jak próbujesz, z tym swoim wątłym ciałkiem. No dajesz, wal.
Ariv wyglądał, jakby naprawdę zamierzał się na nią rzucić. Ignea obdarzyła go drwiącym spojrzeniem, doskonale wiedząc, że i tak tego nie zrobi. Nie bez powodu kiedyś nie chcieli go przyjąć do wojska, a jak wylądował w straży, dali go tylko na nocnego strażnika bramy. Umiał szybko biegać i posługiwać się bronią, ale z walką wręcz sobie nie radził. Wystarczyłby jeden celnie wymierzony cios w brzuch albo twarz, których nigdy nie osłaniał i już wszystko by się skończyło. Poza tym bał się też o swój wygląd. Czasem zbyt przesadnie.
Nie zdążyli pociągnąć swojej sprzeczki dalej. Vol jęknął i szybko schował się za nimi, a Ignea i Ariv odwrócili się, żeby zobaczyć, co było tego powodem, kończąc swoją walkę na spojrzenia. Fiorzy zaczęli się rozchodzić, mamrocząc o czymś z najwyższą niechęcią, ale Ignei nie udało się usłyszeć, co właściwie im nie pasuje. To mogło być wszystko. Ethereal wyłonił się z tłumu, ciągnąc za sobą Thina i krzywiąc się. Diablik też nie wyglądał najlepiej. Wyrwał dłoń z uścisku kuzyna i potarł nadgarstek.
— Mamy problem — powiedział Ethereal, puszczając z niechęcią Thina, który rozglądał się niespokojnie dookoła. — I to poważny. Musimy iść do budynku Rady.
— Przecież MY nie mamy tam wstępu — prychnął Ariv, krzyżując ręce. — Nie, odkąd jakieś dziesięć lat temu Ignea wspięła się na jedną z wież i z niej skoczyła.
— Dziewięć — poprawiła go Ignea i zaśmiała się. — Ha, pamiętam, jak obaj okpiliście strażników, żeby nie przegrać zakładu! Zarobiliście po piątaku i wykładzie od ojca! To było całkiem niezłe.
— Też dostałaś wykład — przypomniał jej Thin ze złośliwym uśmieszkiem, a Ethereal wodził między nimi wzrokiem, podczas gdy jego brwi wędrowały coraz wyżej ze zdziwienia. Wcześniej nie słyszał o tym zajściu.
— Owszem, ale ja go nie słuchałam — odparła z drwiącym uśmieszkiem Ignea. — Słyszałam wystarczająco wiele wykładów w życiu, żeby wiedzieć, do czego się sprowadzają. „Nie rób więcej takich rzeczy, to niebezpieczne. Nie szlajaj się tak wszędzie. I kategorycznie nie zadawaj się z obcymi!”. No i oczywiście zawsze jest jakaś kara do tego. Której i tak nikt się nie trzyma. Poza wami, tchórze.
— Dlaczego ja nic o tym nie wiem? — zapytał Ethereal, gromiąc siostrę wzrokiem, ale ta nie przejęła się tym.
— Bo nie pytałeś. Nie widziałam potem Ariva przez te całe dziewięć lat. Tata kazał mu się trzymać z daleka, bo niby miał na mnie taki zły wpływ, a ten kretyn przyjął to zbyt dosłownie i się przeprowadził na drugi koniec miasta. W ogóle mnie unikał, nawet kiedy tata w końcu pojął, że to ja miałam bardziej zgubny wpływ na niego, niż on na mnie.
— Nie unikałem cię — zaprotestował Ariv. — Miałem wiele innych spraw na głowie, a potem zacząłem się starać o jakąś porządną pracę, żeby całe życie nie żyć na utrzymaniu ciotki i tak jakoś samo wyszło.
— Jeśli już skończyliście dyskusję, to powinniśmy iść — powiedział lodowatym tonem Ethereal, a Ignea wiedziała, dlaczego tak się zachowywał. Robił tak zawsze, gdy dowiadywał się o czymś ważnym, co przed nim zatajono, a on nie chciał okazać, jak bardzo go to zabolało. Ignei na chwilę zrobiło się go przykro, ale tylko na moment, bo zaraz dodał: — Nie sądzę, żeby tym razem odmówili wam wstępu. Radzę się przygotować na poważniejsze kłopoty niż z powodu skoku z wieży. I okpiwania strażników.
Ariv jakby nie usłyszał ostrzegawczej nuty w jego głosie, bo wyszczerzył się głupkowato.
— Teraz sam jestem strażnikiem. To nie byłoby w porządku. Znaczy się, kpić z samego siebie. Nie na miejscu.
Ulice znów były niepokojąco puste, jakby w całym mieście zapanowała zaraza, ale tym razem Ignea widziała twarze ciekawskich fiorów w oknach domów, którzy przyglądali się ich grupce, zmierzającej w stronę ogromnego budynku Rady, stojącego w samym sercu. Vol ukrył się między nimi, tak, że póki nie ponosił głowy, nikt raczej nie powinien rozpoznać w nim człowieka. Chociaż pewnie większą uwagę każdy najpierw zwróciłby na skaczące wokół niego iskry. Ignea zastanawiała się, czy aby na pewno powinien iść z nimi, ale brat dał jej wyraźnie do zrozumienia, że mieli pójść tam wszyscy. Cała ich „wesoła” gromadka. Poza tym nie zaprotestował jeszcze.
Budynek Rady nie był najpiękniejszą budowlą w mieście, ale zdecydowanie najbardziej majestatyczną. Z lekcji historii Ignea wiedziała, że była to kiedyś samotna twierdza, postawiona wiele lat temu, żeby strzec granic Vitty. Była to też jedyna, która przetrwała. Odnowiono ją i wokół niej stworzono Miasto Kwiatów, a dawna budowla stała się czymś na kształt zamku, żeby później przeistoczyć się w budynek Rady, gdy Król oddał jej znaczną część swojej władzy. Ponoć zrobił to, by uczcić stare tradycje. Ponieważ kiedyś Wielka Rada rządziła fiorami i sprawdzało się to dobrze, to pomyślał, że teraz też można by wrócić do dawnych zwyczajów. Powoli, ale jednak.
Cztery potężne wieże wzbijały się ku niebu, przecinając chmury swymi stożkowatymi dachami. Kiedyś wszystkie były Pogodnymi Wieżami i na każdej z nich stacjonował Władca Pogody – po jednym na każdy potężny żywioł, podobno wspólnie byli w stanie przetrwać wszystko. Jednak zniesiono ten pomysł, gdy zabrakło magów wystarczająco potężnych, by zajmowali się pogodą i od tamtej pory był tylko jeden, mieszkający poza miastem. Dlaczego nie zajmował żadnej z wież budynku Rady – to pozostawało tajemnicą. Może po prostu nie lubił przebywać w mieście, co w sumie było zrozumiałe, patrząc na jego charakter.
Reszta budowli nie była zbyt wyszukana – po prostu losowe kształty, bo ważniejsze były wewnętrzne pomieszczenia i zastosowanie obronne niż estetyka. Im wyżej sięgało się wzrokiem, tym okna stawały się większe, a Ignea wiedziała, że szyby były tak grube i wzmocnione magią, że niemal nic by ich nie rozbiło. Z kamieniem, z którego wzniesiono twierdzę, było tak samo. Powiązano je ze sobą magią starą i dawno zapomnianą, tak że nic nie było w stanie zniszczyć budynku, nawet czas, co było niewiarygodnym wyczynem, którego do tej pory nikt nie był w stanie powtórzyć.
Przed wielkimi wrotami stało kilkunastu strażników, znacznie więcej niż normalnie. Obserwowali ich grupę bardzo uważnie, starając się wychwycić każdy szczegół, ale wystarczyło jedno spojrzenie Ethereala, by wpuścili ich do środka bez żadnych pytań. Ignea zastanawiała się, dlaczego właściwie boją się jej brata. Czy chodziło o ten chłód, który nagle go ogarnął, czy też działo się to dlatego, że straszliwie przypominał tatę, zwłaszcza w tej chwili?
Korytarze wyglądały, jakby ktoś próbował nadać im choć trochę smaku, ale w połowie drogi się poddał. Na ścianach wisiały portrety wszystkich poprzednich Królów, aż od czasów Aonixerego i jego własnej Rady, jednak reszty jej członków nie było. Ignea nawet nie pamiętała ich imion. Zatrzymała się na chwilę przy portrecie pierwszego Króla – choć pamiętała, że nie chciał, żeby go tak nazywano – i przyjrzała uważniej. Ktoś mógłby pomyśleć, że portret jest utrzymany w kolorach szarości, bo malarzowi się tak zamarzyło, ale oczy... oczy były błękitne. Lodowe.
Ta biel... to ją musiał odziedziczyć Thin. To nie był albinizm, nie można było tego tak nazwać, bo to było zupełnie co innego. Im nie brakowało żadnego barwnika czy pigmentu, czy co tam powinno być, po prostu ich kolorem była taka biel. Blada skóra, białe włosy, krystalicznie białe, nienaturalne zęby. Takie cechy genetyczne. Ignea odziedziczyła tylko tę bladość skóry i właściwie się z tego cieszyła. Wyglądała i tak już dziwnie, a co dopiero, gdyby miała całkowicie białe włosy.
Ethereal mruknął coś i Ignea szybko ruszyła dalej, dołączając do grupy, która była już na drugim końcu korytarza. Panująca tam cisza była nie do zniesienia. Mijali kolejnych ponurych strażników, którzy wyglądali bardziej jak posągi, niż żywe istoty, a posępne portrety śledziły każdy ich krok. Ignea nie zdawała sobie sprawy, ilu tych Królów właściwie było. Jak wielu. Fiorzy sami sobie wybierali władców. I to dosłownie. Dlatego też w jednym okresie mogło nie być żadnego, żeby w innym było ich nawet z dziesięciu. Albo więcej, ale tak się chyba nigdy nie zdarzyło. Pośród wielu portretów mężczyzn i kobiet w koronach, wisiały też podobizny kapłanów oraz radnych. Czasem też pojawiali się zwykli fiorzy, wyróżniający się tylko dzięki tej swojej normalności.
— Dużo ich, nawet jak na tyle lat — zauważył Vol cicho, podążając za jej spojrzeniem. — Chyba nawet więcej niż u ludzi. A my żyjemy krócej.
— Ale też politykę macie inną — powiedział z lekka drwiną Ariv, przysłuchujący się uważnie ich rozmowie, a Ignea spiorunowała kolegę wzrokiem. Ten tylko wzruszył ramionami. — No co? Ludzka logika jest pokręcona. Oni tam nawet nie wybierają przez większość jak ci opóźnieni mirianie. Mają tam linie królewskiej krwi czy coś i potomkowie dawnych królów zostają królami. Ale zawsze faceci. Królowe są tylko po to, żeby rodzić kolejnych przyszłych królów.
— Widać, że dawno nie byłeś na naszych ziemiach — odpowiedział wyjątkowo chłodno Vol, a Ariv uniósł brwi w zdumieniu. Raczej nie spodziewał się tak ostrej odpowiedzi. — Po kilku latach wojny to wygrani objęli tron. Teraz mamy pięciu Władców. Nie królów, tylko właśnie Władców. Większość z nich to naukowcy, ale mało kto wie dokładnie, kim są, bo się cały czas ukrywają. Ale mają tylu popleczników, że... cóż, władzę cały czas mają.
— To trochę głupie, że tak pozwalacie rządzić komuś, kogo nie znacie — zauważył Ariv. — U nas jak nie podoba ci się Król, to możesz sobie iść i się wypisać spod jego władzy. Tak po prostu. Tylko że wtedy musisz sobie też iść z miasta, bo większość fiorów postanowiła, że w tym akurat mieście rządzi ktoś tam. U nas dosłownie sam możesz sobie wybrać Króla. Jeśli ten ktoś chce być Królem i zdobędzie poparcie jeszcze czterdziestu innych osób, to ma to stanowisko i może tymi osobami dowodzić, rządzić, jak to tam nazwać. Ale wystarczy, że trzy osoby go potem odrzucą i spadaj panie ze stołka. Albo pani. Panie też mogą być Królami, nie to, co u was.
— I wy uważacie nasz sposób za durny? — zapytał z drwiną Vol — Jak u was może rządzić każdy, nawet największy przygłup, jeśli tylko ma odpowiednie poparcie?
— Przecież u ludzi też tak jest. Jedyna różnica jest taka, że my możemy wybierać spośród wszystkich. A wy tylko spośród tych przygłupów, którzy się pozgłaszają. Albo sobie zawalczą o władzę i nikt nie będzie miał nic do gadania.
Ignea nie musiała przerywać ich politycznej pogadanki – ba, nawet nie chciała tego robić. Faceci, którzy rozmawiali o polityce, a nie o jakimś sporcie albo piciu, albo o łączeniu jednego z drugim. Albo o kobietach, Ariv był mistrzem w pogadankach o kobietach, więc skoro teraz rozmawiał o czymś innym... To był chyba cud! Jednak w tej chwili zatrzymali się przed jakimiś drzwiami, które właściwie nie różniły się od całej reszty. Ethereal dał im znak ręką, żeby poczekali na korytarzu, a sam, z mocno ponurą miną, zniknął w środku.
Ale Ignea nie zamierzała cierpliwie czekać, zwłaszcza że zwyczajnie nie umiała tego robić. Szybko wślizgnęła się do środka i, zanim jej brat zamknął drzwi, przemknęła pod jego ręką, po czym szybko zastawiła mu drogę. Spiorunował ją wzrokiem.
— Chcę wiedzieć, co tu się właściwie dzieje — warknęła ze złością, zatrzaskując za sobą wrota. — I mam gdzieś jak bardzo ci się to nie podoba. Gadaj.
— Mamy poważniejsze problemy na głowie, niż twoje zachcianki — odpowiedział ostro Ethereal, wymijając ją i ruszając kolejnym korytarzem, który rozciągał się przed nimi. Ten budynek był istnym labiryntem. Fiorzy chyba nie umieli budować normalnych budynków tak, żeby nie były labiryntami. Ignea pospieszyła za bratem, a stukot jej butów poniósł się echem.
— I nie pytałabym, gdybym wiedziała, jakie to problemy — zauważyła Ignea, pokazując zęby w lekko drwiącym uśmieszku, który jednak szybko zniknął. — Gadaj. Co takiego się stało... z wyjątkiem tego wszystkiego.
— A może to właśnie chodzi tylko o to „wszystko”? Nie pomyślałaś o tym? W końcu to nie byle co, fiorzy jak bez życia leżący na ulicach, najeżdżający nas ludzie, umilknięcie...
— Wiem, co się stało, idioto. Brałam w tym udział, jakbyś nie zauważył. Ale gdyby było tylko to, to przecież zebrałaby się cała ta głupia Rada i by o tym dyskutowali mocno. Sami. Bo to przecież już przeszłość. Zawsze tak było. Sprawy poważne, ale przeszłe, omawia się we własnym gronie. No co się tak na mnie gapisz? — zapytała, kiedy dostrzegła skonsternowaną minę Ethereala. Ten potrząsnął głową.
— Jak na osobę, która niezbyt przejmuje się polityką, wiesz zdumiewająco dużo na ten temat.
— Po pierwsze: tata nawija czasem o pracy, kiedy już wróci do domu. Posłuchałbyś go kiedyś. W sensie ja też go nie słucham, ale czasem tam coś do mnie dotrze. A po drugie to nie zmieniaj tematu. Gadaj, co się dzieje. Ty coś wiesz i ja to widzę bardzo wyraźnie. Nie wymiguj się.
— Nea...
— Żadnego Nea! Gadaj, bo zacznę używać twojego drugiego imienia. A wiem, jak tego nie lubisz. Kochany, słodziutki, mały Aerel...
— Ciiiicho — warknął Ethereal, rozglądając się z niepokojem dookoła, po czym spiorunował siostrę wzrokiem. Uśmiechnęła się złośliwie w odpowiedzi. Złapał ją za ramię i wciągnął do najbliższego pomieszczenia, którym okazała się jakaś pusta sala do zgromadzeń. Albo posiłków.
— Dobra, to co się dzieje? — zapytała, kładąc ręce na biodrach i patrząc wyzywająco na brata. Westchnął.
— Pewnie słyszałaś... a raczej nie słyszałaś. Wciąż jest taka... irytująca cisza, gdzieś na granicy słuchu, która doprowadza do szału — powiedział, machając rękoma i obrazując, to co mówił, jak robił zawsze, gdy nie potrafił czegoś dokładniej opisać. Ignea przytaknęła, bo miała dokładnie takie samo wrażenie, choć zdała sobie z niego sprawę, dopiero gdy o nim wspomniał. — No więc to dlatego, że wciąż nie ma znaku od Natury. Milczy. A jest jeszcze to całe Przejście... tata je zamknął, a w każdym razie ma nadzieję, że mu się udało. Nie wie tego na pewno, bo sam też musiał uciekać.
— Przed czym? — przerwała mu ze zdziwieniem Ignea, choć zdawała sobie sprawę, że gdyby nie zadała pytania, brat i tak by o tym opowiedział. Skrzywił się i otworzył usta, żeby wyjaśnić.
— I tutaj docieramy do meritum — rzekł ktoś, a rodzeństwo podskoczyło gwałtownie i odwróciło się w stronę intruza, który zakłócił ich rozmowę. Kobieta uśmiechnęła się, widząc ich zaskoczenie. — Ale o tym za chwilę. Przepraszam, że przeszkadzam wam w ważnej rozmowie, ale Rada już się zebrała i oczekują. Czekają na was.
— Wciąż nie wiem po co — powiedziała ze złością Ignea, piorunując tę uśmiechniętą panią wzrokiem. A ona dalej się uśmiechała, więc dziewczyna tupnęła nogą, jak rozpieszczone dziecko. — Jestem uparta. Nie ruszę się stąd, dopóki nie dowiem się, co się dzieje i po co to całe głupie zebranie.
— Nie jest głupie — powiedzieli jednocześnie Ethereal i kobieta, po czym spojrzeli na siebie. Chłopak odchrząknął i dalej ciągnął już sam. — Widziałaś cienie w tamtym wymiarze. No więc sęk w tym, że one... e... mogły się przedostać. Znaczy tutaj. Jesteśmy... znaczy ta cała twoja gromadka... tylko my je widzieliśmy jako cienie.
— A da się je widzieć inaczej? — zapytała Ignea, chociaż domyślała się już odpowiedzi. Dreszcz jej przebiegł po plecach. Przecież widziała, jak te stwory przybierały cudze twarze, jak się zmieniały...
— Wmieszały się między fiorów — powiedział Ethereal, widząc zrozumienie na twarzy siostry. — Właśnie w ten sam sposób. Tyle że wyszły z dwóch wymiarów i stały się... No, pełnowymiarowe. Jak my. I teraz prawie nie da się ich rozróżnić.
— Prawie?
Żeby to zobrazować, Ethereal odpiął jakąś niepotrzebną spinkę od munduru — Ignea zastanawiała się czasem, po co właściwie go nosi: czy to kwestia przyzwyczajenia, czy chciał po prostu zaimponować innym — i skaleczył się nią w palec. Błękitna kropelka pojawiła się na skórze, a on ją szybko starł i schował dłoń do kieszeni.
— Cienie nie mają krwi wewnątrz siebie. Tylko dym. Ale nie możemy kaleczyć wszystkich w mieście, żeby się dowiedzieć, czy są cieniami. Byłoby mnóstwo roboty i łatwo byłoby się pogubić. A właśnie, bym zapomniał. — Podał jej spinkę, a ona uniosła brwi w zdziwieniu. — Wiem, że ty to ty, bo żaden cień nie byłby taki irytujący, ale pewności nigdy nie za wiele, nie uważasz?
— Nie, nie uważam — powiedziała z powagą Ignea, starając się naśladować wyniosły ton brata, a ten się nieco nachmurzył. Każdy tak robił, kiedy próbowała go naśladować. Wzięła od Ethereala spinkę i także ukuła się w palec, żeby mógł zobaczyć, że jednak ma w sobie krew. A potem pokazała mu język i odwróciła się w stronę kobiety. — Pani też chce sprawdzić, jak strasznie boli dźgnięcie się spinką z munduru mojego brata w palec? W sumie to nie boli, ale strasznie swędzi.
— Chyba podziękuję — odpowiedziała wciąż z uśmiechem, jednak cofając się o krok. Ignea zmrużyła oczy, a Ethereal wyprostował się nagle.
— Nalegam. — Dziewczyna podeszła do urzędniczki, prawie siłą wciskając jej w palce ozdobę. Kobieta spojrzała najpierw na nią, potem na jej brata, aż w końcu westchnęła i ukuła się.
Ignea szybko od niej odskoczyła, kiedy rozległo się syknięcie i z ranki wydobył się dym. A potem Ethereal złapał ją za rękę i gwałtownie rzucili się do ucieczki, nie dbając o to, w którą właściwie biegną stronę.

Rozdział XIV

Cienie ich wszystkich


Ethereal o mało co nie wypadł przez okno, uciekając w panice. Trudno było logicznie myśleć, kiedy walczyło się o życie. W ostatniej chwili skręcił i wyhamował, wpadając na ścianę tak mocno, że aż coś przeskoczyło mu w ramieniu. Nie poczuł zbyt wielkiego bólu, ale nie był na tyle głupi, żeby sądzić, że to dobra wiadomość. Ignea zatrzymała się tuż obok niego, opierając dłonie na kolanach i dysząc ciężko.
— Bieganie. To. Zło — wysapała, chwiejąc się na nogach. Rozejrzała się dookoła, choć jej wzrok był niezbyt obecny. Ethereal podejrzewał, że nie zobaczyła zbyt wiele. — Chyba. Ją. Zgubiliśmy. Prawda? Powiedz. Że tak. Błagam.
Raczej kobieta-cień w ogóle za nimi nie biegła i nie sądził, by ją zgubili, nawet jeśli miał na to nadzieję. Już bardziej prawdopodobne było, że znalazła sobie lepszy cel do ataku. Albo była jeszcze zbyt zmęczona i zdezorientowana, żeby zrobić cokolwiek większego. Nie do końca rozumiał istnienie cieni. Pamiętał, że kiedyś czytał coś o takich istotach, ale to było bardzo dawno i nie uznał tego za  ważne. Uderzył się w głowę. Dlaczego informacje o jakichś krwiopijcach, syrenach i innych dziwach uznawał za ważne, a to nie? Wiedział tylko tyle, ile na szybko udało mu się wyciągnąć z ojca, zanim ten poszedł na swoje spotkanie. A potem przyszedł ten głupi posłaniec i powiedział, że oni też mają się stawić w budynku Rady, a minę miał taką, jakby zaczynała się rozprawa sądowa, na której grupa nastolatków miałaby być głównymi oskarżonymi.
Głośny pisk wyrwał go z zamyślenia. Wyprostował się jak struna i rozejrzał niespokojnie dookoła. Cofnął się o krok i spojrzał w okno, na które niemalże wcześniej wpadł. Przycisnął nos do zimnej jak lód szyby, jakby to miało ułatwić mu to widzenie. Niebo zasnute było ciemnymi chmurami, grożącymi burzą. O tej porze roku taka pogoda się nie zdarzała. Pierwsza jesień na Ieei zawsze była słoneczna, w każdym razie w ich kraju, dopiero potem zaczynała się Wietrzna Pora i pojawiały się wszystkie wichury i zamiecie, umiejące niszczyć wszystko, co stawało im na drodze.
— Coś. Się stało? — zapytała Ignea, podchodząc do niego. Zepchnęła go z drogi, czyniąc to podejrzanie lekko i sama wyjrzała na zewnątrz. Skrzywiła się. — Rany. Znowu coś namieszał? Ten idiota, znaczy się głupi mistrz pogody. Władca od siedmiu boleści.
— Nie sądzę, że to on — powiedział ponuro Ethereal, odpychając się wolną ręką od ściany. Sprawdził drugą i spróbował poruszyć palcami, ale nie wyszło. Zranić się dwa razy tego samego dnia, to był wyczyn. Cóż, przynajmniej mógł zginać rękę w łokciu i w nadgarstku. — To raczej dzieje się przez cienie. Wpływają na równowagę światów i zwołują chmury, bo nie mogą żyć w słońcu. A my mamy aż dwa.
— Fiorzy wychodzą na ulice — zauważyła zamiast tego Ignea. Ethereal przeniósł wzrok niżej i rzeczywiście zobaczył tłumy chudych istot, cisnących się między domami i spoglądających w niebo, a nawet pokazujących je sobie palcami, jakby ktoś miał nie wiedzieć, w którą stronę patrzeć.
— Mamy kłopoty — zauważył, głównie po to, żeby coś powiedzieć. Sam już zaczął się gubić w sytuacji, wszystko działo się po prostu zbyt szybko. Zawsze jak coś się działo, to wiele rzeczy musiało się skumulować, nigdy nie mogły następować po sobie, bo los był aż tak złośliwy.
— Oj, prawda, mamy wielkie kłopoty — odezwał się ktoś bardzo znajomym głosem za jego plecami, a Ethereal cały zesztywniał. Nie śmiał się odwrócić i zobaczyć, kto stoi w korytarzu, ale domyślał się, kto to może być. Nie podobało mu się to. Ignea prychnęła.
— Dlaczego odpowiadasz sam sobie? — zapytała, potwierdzając jego najgorsze domysły. Przełknął ślinę.
— To nie byłem ja — powiedział znacznie ciszej, niż zamierzał. Zimny śmiech rozszedł się echem po całym korytarzu, a dwójka rodzeństwa odwróciła się gwałtownie.
Ethereal znów doznał tego dziwnego uczucia — zdawał sobie sprawę, że patrzy na siebie i jego mózg potwierdzał ten fakt, jednak jakoś nie bardzo chciał przyjąć to do świadomości i cały czas próbował negować zaistniałą sytuację, podmieniając widzianą twarz na jakieś inne, co jednak kiepsko mu wychodziło. To przyprawiało o naprawdę poważny zawrót głowy.
Jego cień, wyglądający zupełnie jak on, uśmiechnął się drwiąco, jakby doskonale zdawał sobie sprawę z bałaganu, jaki wprowadził w głowie osoby, w którą się wcielił. Podszedł bliżej z gracją, jakiej pozazdrościłyby mu nawet mityczne elfy, ale kiedy Ignea syknęła, zatrzymał się.
— Dziwnie jest być znów tak całkowicie materialnym — powiedział, kilka razy wzruszając przy tym ramionami, jakby chciał sprawdzić dokładne ich działanie. Potem uniósł dłoń do oczu, poruszając przy tym palcami. — Ciało jest takie ciężkie. I takie kruche zarazem. Nie wiem, jak wy w ogóle możecie tak żyć.
— Normalnie, jak widać — warknęła Ignea, wkładając w swoją wypowiedź tyle jadu, że nawet Ethereal się skrzywił, a co dopiero jego sobowtór. — Ale skoro ty nie możesz, to wróć sobie do swojego czarno-białego świata i wynoś się z postaci mojego brata.
— Och, ale ja przybyłem tu, żeby wam pomóc — oznajmił radośnie cień, klaszcząc w dłonie jak małe dziecko. Spojrzał na nie. — Ten dźwięk jest nawet fajny — oznajmił, znów składając oklaski, lecz tym razem był bardziej opanowany. — Właściwie to każdy dźwięk jest fajny. To ciekawe jak te zabawne uszy są atakowane przez wszystko, co otacza i potem to tak rezonuje w... wy to chyba nazywacie mózgiem. Wszystko wydaje dźwięki! Nawet ja wydaję dźwięki! Tak dawno nie wydawałem dźwięków! I ten głos! Mógłbym śpiewać w jakimś teatrze czy muzeum, czy jak to się właściwie nazywało...
— Opera — odruchowo poprawił go Ethereal, po czym pokręcił głową z oburzeniem. — Przestań! To mój wygląd, mój głos, nawet słownictwo moje... prawie. Ale i tak! Nie możesz być mną!
— On jest nim i to wystarczająco dużo jego jak na jeden wszechświat — dodała Ignea, jakby chciała przekonać tym argumentem cień. Brat spiorunował ją wzrokiem, ale ona tylko skrzyżowała ręce, wyraźnie mając gdzieś, jak jej słowa zostaną odebrane.
— Ja nie jestem z tego wszechświata — zauważył spokojnie sobowtór, wkładając ręce do kieszeni marynarki. O ile to w ogóle była marynarka. Mógł przybierać dowolny kształt, więc również materiał był częścią cienia. Jego ciała, czy cokolwiek to było... Ethereal wyrzucił te myśli z głowy, wolał nie wiedzieć, jak to dokładnie działało. — Ale nie mamy czasu na gadanie akurat o mnie, choć może rzeczywiście jestem wspaniały. Chodzi o to, że wrota zostały częściowo zatrzaśnięte, a my nie jesteśmy w stanie wrócić, nawet gdybyśmy chcieli. A większość z nas nie chce. W każdym razie chodzi mi o cienie. Wasz wymiar ma więcej kolorów, odczuć, więcej do zaoferowania.
— Taak, widziałam ten wasz świat — odezwała się Ignea, krzywiąc się przy tym. — Zero światła i wszystko takie ponure, nie mówiąc już o tym uczuciu ciągłego bycia obserwowanym. A mimo to było tam tak cicho, pusto... tak samotnie.
— Cienie to jedne z najsamotniejszych istot wszystkich wszechświatów — przytaknął jej ponuro i na chwilę w jego słowach pojawił się smutek, jednak niemal natychmiast zniknął. — Dlatego, gdy ktoś otwiera jakiekolwiek Przejścia, natychmiast do niego lgną. Lgniemy. Jeśli nie chcecie, żeby ten świat wyglądał tak jak nasz, musimy powstrzymać cienie i odesłać je z powrotem do Wymiaru Mroku.
— A dlaczego chcesz nam pomóc? — zapytał Ethereal, patrząc na cień spode łba. Nie ufał mu, głównie dlatego, że to coś przybrało jego wygląd. — Przecież dla ciebie też byłoby fantastycznie, gdybyś mógł sobie zagarnąć ten świat i zostać w nim, czyż nie?
— Nie mógłbym w nim zostać, bo jestem twoim cholernym cieniem. Jak ty zginiesz, to ja też, a nie uśmiecha mi się wylądowanie w nicości, w której kończą tacy jak ja.
— Przecież Et ma swój cień — zauważyła Ignea, wskazując na podłogę, gdzie położył się ciemny kształt, choć teraz już prawie niewidoczny, z powodu braku słońc. Ale nadal tam był.
— Nie o taki cień mi chodzi! Takim też bywam, ale to nie to. Jestem jego... nie wiem jak to nazwać, w waszym języku nie istnieje takie słowo. Skończoną wersją. Tym, kim będzie na sam swój koniec. Sobowtórem z przyszłości. Naprawdę nie wiem, jak to nazwać. Jego śladem w egzystencji czy coś takiego. A żebym był nim dalej, teraz, w tej właśnie chwili, muszę wam pomóc. Jak was przekonać? Patrzcie, teraz na przykład z tego korytarza wypadnie wściekła kobieta.
Machnął ręką i rzeczywiście, jak na zawołanie, w przejściu pojawiła się dokładnie ta sama kobieta, którą spotkali wcześniej, a jej mina nie wróżyła nic dobrego. Za nią ciągnęła się chmura ciemności, z pewnością nietypowa rzecz dla fiora, ale możliwe, że normalna dla cienia. Cienie... oprócz tej chmury, kobieta wcale go nie rzucała, chociaż powinna. Została jeszcze odrobina światła, wpadająca przez okna, która już powoli zanikała.
— Nędzni śmiertelnicy — powiedziała wyjątkowo złowrogim i wysokim głosem. Właściwie równie dobrze mógł ktoś przejechać paznokciem po szkle, Ethereal z trudem zrozumiał jej słowa. — Wasze dni są policzone! Mrok spłynie na wasze nędzne miasto, potem na planetę i na cały ten marny świat! Zginiecie wszyscy, co do jednego, płacząc własną krwią, pogrążeni w odorze ciał braci, słuchając żałobnego śpiewu sióstr, a wasi nędzni bogowie będą zawodzić wniebogłosy, aż oni w końcu też zostaną rozdarci na strzępy i rozrzuceni po tym, co kiedyś nazywali światłem waszego wszechświata! Gwiazdy wybuchną, planety przyobleką się w ciemność, a życie zaginie na zawsze, pogrążone w prochach waśni i wojen, które ze sobą będziecie toczyć, aż po kres najmarniejszych dni!
— Może to psychopatka, ale ta mowa jest niezła — zauważyła Ignea, opierając się o ścianę, jakby właśnie nie usłyszała obietnicy własnej śmierci. Jak ona to robiła, że nawet w takiej sytuacji nie okazywała prawdziwych emocji, tylko wciąż potrafiła grać? — Masz jakiegoś nauczyciela od przemów czy, no wiesz, improwizowałaś?
— Wydrę z ciebie duszę i rzucę do najciemniejszych z ciemnych otchłani, gdzie czas nawet nie zaczął nigdy istnieć! — wrzasnęła w odpowiedzi szaleńczym głosem kobieta i rzuciła się w stronę dziewczyny z wyciągniętymi pazurami, z których parowało cieniem. Dosłownie, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało.
Ethereal już miał się na nią rzucić, zamierzając chronić siostrę za cenę własnego życia, ale zarówno Ignea, jak i kobieta-cień były szybsze od niego. Ta pierwsza gwałtownie usunęła się z drogi, a pazury drugiej wbiły się głęboko w ściany, krusząc tysiącletni kamień, który przetrwał dosłownie wszystko. Równie szybko zniknęły, a sama kobieta obróciła się w pył, zostawiając za sobą potężną plamę na ścianach i podłodze. Plamę, która zaczynała się ruszać!
Ignea odskoczyła gwałtownie, potykając się o własne nogi i wymachując rękami jak wiatrakami, żeby zachować równowagę przy tym dziwacznym manewrze. Nie udało jej się to jednak i upadła na podłogę. Ethereal doskoczył do niej i próbował pomóc jej wstać, kiedy z cienia wyłoniła się pazurzasta dłoń, sunąca po gładkiej powierzchni w ich stronę, wyciągająca zakrzywione szpony, które musiały być naprawdę ostre, które darły rzeczywistość na kawałki, które hipnotyzowały swoim istnieniem i zmuszały do poddania się. Walka była bezcelowa, wszystko i tak pogrąży się w przedwiecznym chaosie, pierwotnym, w tworzywie każdej rzeczy i istoty, każdego bytu, jaki istniał. Po co walczyć, kiedy można się po prostu położyć, zapomnieć o wszystkim, co dręczące i męczące, kiedy można się pogrążyć w pustce...
Jego cień zastąpił drogę, a ciemna plama cofnęła się, przestraszona. Ethereal nagle odzyskał pełnię własnych myśli i pomógł Ignei wstać, zastawiając się, jak mógł być na tyle głupi, żeby chcieć się zwyczajnie poddać. To musiała być jakaś hipnoza czy coś w tym rodzaju, tyle że naprawdę mocna. Nigdy jeszcze nie doświadczył czegoś takiego.
— Nie masz tutaj czego szukać — powiedział wyniosłym tonem sobowtór, a drugi cień zwinął się i zmienił znów w tę samą kobietę, którą był wcześniej, siedzącą na podłodze i dyszącą z trudem. Wzrok jednak miała lodowaty. — Dobrze wiesz, że mnie nie pokonasz. Nie tutaj i na pewno nie teraz. Wracaj do swoich braci i sióstr. Powiedz im, że jeśli chcą się mierzyć z tym miastem, będą musieli mierzyć się też ze mną.
— Jesteś skończony — warknęła kobieta, podnosząc się niezdarnie, wyraźnie nieprzyzwyczajona do ciała. — Stajesz po stronie tych nędznych istot, głupich śmiertelników, a nie nas. Zdrajca własnej rasy! Ostatni z powiązanych linami głupców!
— Więc czemu się mnie tak bardzo boicie? — zapytał cichym, bardzo mrocznym głosem, a mrok zaczął z niego wyciekać, jednak zupełnie inaczej, niż to było w przypadku kobiety. Ciemność rozpostarła się po podłodze i ścianach, po suficie i po całym otoczeniu, rozłożyła niczym kwiat i zatańczyła wzorami, piękna i zarazem śmiertelnie niebezpieczna. A w samym środku, niewzruszony, stał sobowtór Ethereala, z ponurą miną.
Każda rozsądna osoba uciekłaby, gdzie pieprz rośnie i najwyraźniej cień wcielony w kobietę też kierował się takim rozsądkiem. Zerwał się na równe nogi i odbiegł korytarzem, niezdarnie stawiając stopy i obijając się o ściany. Kiedy już zniknął całkowicie z zasięgu wzroku, wszelkie wzory wyblakły i rozmyły się w rzeczywistości, jakby nigdy ich nie było.
— Co to było? — zapytał Ethereal, rozglądając się dookoła z przestrachem, obawiając się, że cień w każdej chwili wróci i się na nich rzuci, ale nic na to nie wskazywało.
— To był blef — przyznał się sobowtór, wzruszając ramionami. — Czyli coś, czego ty zapewne nigdy nie będziesz mógł użyć. — Odwrócił się do nich, a Ethereal był pewien, że przez jedną chwilę w jego oczach pojawił się strach, szybko zastąpiony wyuczoną obojętnością. — Ale one wrócą. I jak następnym razem na nie spojrzysz, zabiją cię, a ty nawet nie zaprotestujesz.
— Ostatni z powiązanych linami głupców — powtórzyła Ignea, patrząc krzywo na cień, a ten uśmiechnął się słabo.
— Reszta „moich”, jak wy to mówicie, pozostała w swoim rodzinnym wymiarze — odpowiedział chłodno. — Ja jeden mogłem tutaj przyjść, nie niszcząc przyszłości. Po co ja wam zresztą to mówię?! Musimy powstrzymać cienie, a wy mi w tym pomożecie, bo też chcecie żyć! To idziemy poszukać waszego nieszczęsnego ojca!
Zanim którekolwiek z nich zdążyło wyrazić swoje zdziwienie, cień zwyczajnie złapał ich za ręce i pociągnął za sobą. Pędził tak szybko, że Ethereal ledwo za nim nadążał, ale nie miał innego wyboru, jak tylko biec. Ignea też nie wyglądała na zadowoloną. Uścisk był zbyt żelazny i zimny, by móc się z niego wyswobodzić.
— To chyba nie tutaj! — krzyknęła Ignea, która z jeszcze większym trudem dotrzymywała cieniowi kroku i wyglądała, jakby z każdym kolejnym ledwo utrzymywała się na nogach.
Zatrzymali się gwałtownie w korytarzu niemal identycznym, jak ten, w którym wcześniej byli. Jakby nie ruszali się w ogóle z miejsca, chociaż przecież to zrobili.
— Wiem doskonale, gdzie powinniśmy akurat być — rzucił z drwiną cień, po czym szybko schował się za nich i skulił, jakby nie chciał, żeby ktokolwiek go zauważył. Ignea uniosła brwi i spojrzała na niego. — No co? Nie jestem cudotwórcą i chcę nadal żyć. A oni są zwyczajnie straaszni.
„Oni” pojawili się zaraz po tym, jak to powiedział, zupełnie jak to było z kobietą-cieniem. Zaczynało się to robić naprawdę irytujące. Była to cała wspaniała Rada, licząca sześć osób, wraz ze swoim Królem na czele. Właściwie, gdyby nie korona, Ethereal nawet nie wiedziałby, że to Król. Wyglądał zupełnie inaczej, niż gdy widział go ostatnim razem, a było to kilka lat wstecz. Jednak nie na niego chłopak zwrócił uwagę.
— Tutaj jesteście! — zawołał tata, przeciskając się między swoimi współpracownikami i podchodząc do nich. Przyjrzał się uważnie najpierw Etherealowi, potem Ignei, jakby szukał jakichkolwiek śladów, ale poza podartymi ubraniami jednego i ciężkim oddechem drugiej, nie było czego szukać. Potem skierował wzrok na ukrywającym się za ich plecami cieniu i zmrużył oczy. — A to kto jest?
— Przypadkowy strażnik — odpowiedział mu cień piskliwym głosem, wyraźnie bardzo starając się tym razem, by nie brzmieć jak osoba, w której postaci był. Odchrząknął. — Znalazłem ich wałęsających się po korytarzach... Jakiś cień ich zaatakował. To było... straszne. Tak, bardzo. Ale mu uciekliśmy.
— Czemu więc się chowasz, strażniku? — zapytał przesadnie spokojnym tonem ojciec, a Ethereal już wiedział, że nie zwiastuje to nic dobrego. Spokój przed burzą to mało powiedziane, bo tata rzadko kiedy okazywał aż taki spokój.
— Mam... naprawdę straszliwie pokaleczoną twarz — wymyślił szybko cień, ale kłamanie nie szło mu zbyt dobrze. Nie w tym przypadku, co mogło wydać się dziwne. Poradził sobie z inną istotą ze swojego gatunku, ale bał się byle fiora? — Wolę się nie pokazywać. To potwornie wygląda.
Ethereal i Ignea pokiwali energicznie głowami, chcąc potwierdzić jego słowa. Mowa mową, ale takimi gestami zawsze można kogoś okłamać, nawet jeśli na głos nie dało się tego zrobić.
— Naprawdę nie chciałbyś zobaczyć jego twarzy — powiedział Ethereal poważnym tonem, krzywiąc się przy tym nieznacznie. Miał jakąś nikłą nadzieję, że może to zmyli ojca.
Ten zmrużył podejrzliwie oczy, patrząc na syna, ale w końcu dał za wygraną i westchnął z rezygnacją. Cień wyprostował się i stanął obok Ethereala w zupełnie innym ubraniu, z czapką nasuniętą na czoło, tak że zasłaniała mu niemal całkowicie twarz. Chłopak zastanawiał się, jak to możliwe, że ta istota mogła sobie tak po prostu zmienić ubranie, ale wyglądu już nie. Bo widział wyraźnie, że cień wciąż wyglądał tak jak on – przebrał się tylko, czy cokolwiek te dziwy robią, żeby zmienić strój.
— Cienie się rozproszyły po całym mieście — odezwał się jeden z Radnych, który chyba nazywał się Quaer, ale Ethereal nie dałby za to głowy. — Wpadły do naszej sali narad, ale coś je wystraszyło i uciekły. Rozpierzchły się we wszystkie strony, teraz mogą być wszędzie! Trzeba je przegonić z miasta!
— Nie! — zaprotestowali jednocześnie Ethereal i jego cień. Spojrzeli po sobie niespokojnie, a cień cofnął się. — Nie możemy ich wygonić z miasta, bo rozlezą się po całym kraju — kontynuował Ethereal. — Powinniśmy... no nie wiem... zamknąć je w mieście i wygonić z powrotem do ich świata. Wymiaru. Jak to się tam nazywało. Nieważne.
— Tylko niby jak? — zapytał ze złością Quaer, rozglądając się po towarzyszach, jakby liczył na to, że jednak poprą jego pomysł. A może on jednak nazywał się Quiel. — Przecież raczej nie da się zatrzymać cieni. To kształty!
— Przez właśnie takie myślenie wszyscy możemy zginąć — powiedział cień z lekką drwiną, a kiedy spojrzenia skupiły się na nim, zaśmiał się nerwowo, naciągając czapkę z daszkiem jeszcze bardziej na twarz, prawie zaczepiając ją o nos. — To żywe istoty, tak samo, jak wy, mające swoje zalety i słabości. Mogą przybierać kształt niemal każdego z was, ale łatwo je rozpoznać. Boją się światła, wszystkiego, co z nim związane i ono nigdy nie odbija się w ich oczach. Dlatego właśnie część z nich uleciała do atmosfery tej planety i przywołuje chmury. Muszą ukryć wasze słońca, by móc szaleć po świecie.
Aveth przytaknął, jakby wszystko to doskonale wiedział już wcześniej, ale był rad, że ktoś inny to przedstawił. A potem gwałtownym ruchem, tak szybkim, że oko ledwie było w stanie to uchwycić, strącił czapkę z głowy cienia, a ta upadła na podłogę. W każdym razie powinna była upaść, bo w chwili zderzenia po prostu zniknęła. Cień zakrył się rękoma, ale było już za późno — wszyscy doskonale zobaczyli, że wygląda dokładnie tak samo, jak Ethereal i reszty sami z pewnością się domyślili.
— Zanim cokolwiek pan zrobi — powiedział szybko, cofając się w panice, przed wściekłą miną Avetha — ja chcę tylko pomóc. Naprawdę! Świat się kończy... nie chcemy tutaj teraz bójek, prawda? Prawda?
— Co by nie było, pomógł nam — prychnęła Ignea z niechęcią. — Nastraszył cienie czy coś takiego. No i chyba serio chce nam pomóc, skoro tyle o tym mówi.
— Chce pomóc, zamieniając się w mojego syna, tak? — zapytał ojciec, z trudem hamując wściekłość, która jednak wyraźnie brzmiała w jego głosie.
— Ej, to nie był mój wybór — oburzył się cień. — Poza tym ja też mam imię, tak? I jestem tutaj, więc nie rozmawiajcie tak, jakby mnie tu nie było!
— Właściwie to nie przedstawiałeś się — zauważył Ethereal.
— Wy też nie!
— Ale ty znasz nasze imiona, bo jesteś cieniem i masz pamięć mojego głupiego brata — odezwała się Ignea. — A my nie mamy świadomości cieni i nie poznajemy imion z otoczenia, ot tak sobie, pstrykając palcami.
— To nawet tak nie działa!
— Po prostu się przedstaw, a nie narzekaj! Chyba że mamy zgadywać, ale myślałam, że jesteśmy w środku początku końca świata. Środek początku końca świata, fajnie to brzmi, jak jakiś tytuł piosenki albo przynajmniej wiersza. Muszę kiedyś coś takiego napisać. To jakbym miała zgadywać twoje imię, to strzelałabym w jakiegoś Cienistego. Mrocznego. Ponurego. Pana i Władcę Mroku! Zgadłam?
— Nie! Nie jestem żaden Ponury!
— To może Skamielina? Ethereal ma takie przezwisko, a ty się zachowujesz dokładnie jak on.
— To nie jest czas na żarty! — powiedzieli dokładnie w tym samym czasie, gromiąc Igneę wzrokiem, a ta uśmiechnęła się złośliwie, jakby wszystkie jej domysły okazały się prawdą. Obaj odetchnęli, próbując się uspokoić, a potem spojrzeli po sobie złowrogo.
— Wystarczy — wtrącił się ojciec. — Skoro chcesz nam pomóc, ty...
— Shade — powiedział cień. W sumie to imię było nawet logiczne.
— Shade — powtórzył Aveth, unosząc nieznacznie brwi, ale nie skomentował tego. — No więc skoro chcesz nam pomóc i znasz się na cieniach, bo w końcu jesteś jednym z nich, to w takim razie powiedz, co powinniśmy zrobić, żeby je odesłać.
— Ktoś musi znaleźć waszego Władcę Pogody — powiedział Shade. — Nie, żeby rozgonił chmury, bo wtedy cienie pouciekają i się pochowają. Musi zebrać je w jakimś jednym miejscu na niebie. I nie pozwolić im przesunąć się poza granice miasta.
— Mur ze światła na linii muru miasta? — zapytał Ethereal, podłapując pomysł, a cień mu przytaknął. — Błyskotliwe. Wtedy nie będą mogły przejść. A jeśli jakieś zostały w puszczy?
— Lgną do żywych istot, a puszcza zachowuje się, jakby była całkowicie martwa — wyjaśnił Shade. — Nie zostały w nim. Jest tam coś takiego, co odpycha. Muszą być w mieście, tutaj miały najbliżej. I najłatwiej mogły się dostać.
— To pewnie dlatego Natura się nie odzywa — mruknęła Ignea. — Wszystko ucichło, żeby bronić się przed cieniami. W chwili kiedy otworzyło się Przejście. Bogowie! Fiorzy też wtedy padali, mieli być jak martwi, żeby cienie ich nie zabrały!
— Przecież i tak ich wtedy zabrały — zauważył Ethereal.
— Bo w mieście byli tacy, którzy zachowali świadomość, a fiorzy to nadal fiorzy i wyglądają na bardzo żywych, nawet kiedy mają udawać martwych — rzekł ponuro Shade. — Dobrze, ale kiedy już będzie ten cały mur światła, cienie poczują się zdezorientowane i trzeba będzie otworzyć Przejście.
— Ponowne otwarcie Przejścia może doprowadzić do wybuchu całego naszego układu planetarnego! — odezwał się oburzony Aveth. — Już za pierwszym razem to mogło się stać! W tak niewielkim odstępie czasu to niemal pewne!
— Gdybym chciał rozwalić wam układ planetarny, już bym się włamał do jakiejś ludzkiej siedziby i zdetonował ich bomby. To byłoby łatwiejsze.
— Nie ufam ci.
— Nie proszę o to. Chcę tylko w spokoju załatwić swoje sprawy i wrócić do domu.
— A czy Przejście nie znajduje się w jakimś jednym, stałym miejscu? — zgłosił znów obiekcje Ethereal. — Było w tym całym dziwnym kręgu z kamieni w puszczy. A chcemy zatrzymać cienie w mieście.
— Tu jest pełno cieni. Wszystko jest tak niestabilne, że mógłbym nawet tutaj otworzyć Przejście — rzekł Shade, wzruszając ramionami. — Zbierzcie ich wszystkich w jednym miejscu, a ich zabiorę i nigdy więcej nas nie zobaczycie. To jak?
Wyciągnął dłoń w stronę Avetha, co było ryzykownym posunięciem i zajrzał fiorowi w oczy. Ten odwzajemnił spojrzenie i gdyby wzrokiem można było zabijać, cień już dawno padłby trupem.
— Nie ufam cieniom.
— Światłu też nie ufasz — powiedział ponuro Shade, a Ethereal mógłby przysiąc, że w oczach ojca pojawiło się zdziwienie i coś na kształt strachu. — W końcu uciekłeś od niego. Od nich wszystkich. Bohater i tchórz. Przegrany i zwycięzca. Kiedyś komuś będziesz musiał to powiedzieć. Nie ufasz mnie, ale sobie nie ufasz jeszcze bardziej.
Teraz już wszyscy wpatrywali się w Avetha, zastanawiając się, co cień miał na myśli. Ethereal też nie miał pojęcia. Zaczął nad tym rozmyślać. Ojciec właściwie nigdy nie mówił wiele o swojej przeszłości, ale wcześniej podejrzewali z Igneą, że to dlatego, że po prostu była zwyczajna i nudna, normalne życie, a w każdym razie na tyle normalne, jakie może być wśród szeptów Natury i fiorów. Zawsze jednak mogło być zupełnie na odwrót.
— Mogę poszukać Ekariego — zaproponował Ethereal, byle tylko przerwać tę potworną ciszę. — Chwilowo i tak nie mam nic do roboty, a przecież ktoś musi... kiedy wy tak... rozmawiacie...
— Pomogę ci — dodała szybko Ignea i oboje ulotnili się w błyskawicznym tempie z korytarza, czując na swoich plecach spojrzenia Radnych.
Ethereal nie przypominał sobie, żeby wchodzili po jakichś schodach, ale w trakcie szaleńczej ucieczki ten fakt musiał mu umknąć, bo okazało się, że znajdują się na dziesiątym piętrze. Jakim cudem zapomniał wspinaczkę po dziesięciu kondygnacjach schodów — nie miał bladego pojęcia. Niemniej schodzenie było wiele łatwiejsze niż wchodzenie i szybko znów znaleźli się na parterze. Chciał już iść do wyjścia, ale siostra skierowała go w inną stronę.
— Nie przyszliśmy sami — oświeciła go. — Mam nadzieję, że cienie ich nie pozabijały. Albo, że nie pozabijali się nawzajem.
— Cienie raczej by się nie zbliżyły do tego twojego człowieka — zauważył Ethereal z chytrym uśmieszkiem. — Strzelał cały czas iskrami, a one boją się światła. Poza tym Shade wszystkie te cienie wystraszył, pamiętasz?
— To nie jest mój człowiek — warknęła, jakby usłyszała tylko to jedno zdanie. — Poza tym ten Shade to twój cień, a ty jesteś dziwny. Więc co dopiero on. Kto wie, co może zrobić? Przecież on może kłamać, a ty nie. Czy to nie jest podejrzane?
No tak, to było podejrzane, ale właściwie nie mieli innego wyjścia, niż zaufać cieniowi. Sami z pewnością nie poradziliby sobie z całą ich zgrają. A nawet jeśli ten miałby ich zdradzić, to przecież bez niego i tak by już nie żyli. Po co niby miałby ich ratować, gdyby był po przeciwnej stronie?
— Jesteście! — Thin wyskoczył zza rogu tak nagle i niespodziewanie, że Ethereal odruchowo zamachnął się na niego. Kuzyn chyba się tego spodziewał, bo uchylił się, po czym zrobił nieszczęśliwą minę. — Dlaczego wszyscy chcą mnie bić? Przecież nie każę wam podpisywać krwią cyrografów ani nic takiego, a i tak wszyscy na mnie z pięściami wyskakują. Zwłaszcza ty!
— Bo jesteś strasznie irytujący — powiedziała Ignea, wytrzeszczając szaleńczo oczy w stronę Thina, a ten cofnął się szybko, widząc taki wyraz twarzy. — Dobra, gdzie reszta? Miałeś ze sobą jeszcze dwóch idio... kolegów.
— Ariv jest idiotą — zgodził się z nią Thin, znikając za rogiem, ale wciąż nawijał. Ethereal i Ignea ruszyli za nim. — Zaatakował go jeden z cieni, a on zaczął uciekać. No to pognaliśmy za nim. Cień nic mu nie zrobił. Ten kretyn sam sobie nabił guza, bo wpadł na ścianę. No i od tamtego czasu próbujemy go ocucić.
Wkroczyli w kolejny korytarz, na którego końcu klęczał Vol nad dziwacznie wykrzywionym ciałem Ariva. Ethereal podszedł bliżej. Gdyby nie to, że fior wciąż oddychał, można było pomyśleć, że jest martwy.
— Próbowaliście go kopnąć? — zapytała Ignea, jakby to była całkiem normalna rzecz, a spojrzenia trzech chłopaków powędrowały w jej stronę. Na każdej z twarzy malowało się zdziwienie. Wzruszyła ramionami. — No co? Znam go od dawna! Jego może obudzić tylko coś bardzo mocnego. Jak kopnięcie. Upadek. Albo zapach jego własnych butów. Błeh, to było tak dawno, a ja wciąż pamiętam ten smród. Tego nie polecam, bo nie da się potem zapomnieć.
Wciąż się w nią wpatrywali, nie podejmując się żadnego ze sposobów, które podała. Tupnęła nogą ze złością, po czym westchnęła.
— Dobra, dobra, można jeszcze inaczej. Ale to jest najnudniejszy sposób! — powiedziała z niechęcią, po czym zwinęła dłonie i przyłożyła do ust, jakby była dzieckiem i udawała, że ma megafon. Piskliwym głosem zawołała: — Ariventisie, wstawaj już, wstawaj, ranek już, a ty ciągle śpisz! Zwlecz się z tego łóżka, bo nie dostaniesz śniadania! Ariv, wstawaj!
— Źle to mówisz — odezwał się Ariv i teraz wzrok wszystkich spoczął na nim. Chłopak uniósł się na ramionach i potrząsnął głową. — Za mało piskliwie.
— Wstałeś — prychnęła Ignea i trąciła go butem. — Rusz się idioto, musimy iść.
— Gdzie niby? — zdziwił się Thin.
— Potrzebujemy teraz Władcy Pogody — powiedział ponuro Ethereal. — A on gdzieś przepadł. Dlatego też musimy go znaleźć. I to możliwie jak najszybciej.

~~*~~


— Biorąc pod uwagę wszystkie czynniki, tę całą wielką burzę, która najwyraźniej się do nas zbliża, coraz większe zachmurzenie, brak widoczności któregokolwiek ze słońc i jeśli chociaż część tego, co czytałem, jest prawdą, nasze szanse przeżycia wahają się między pięćdziesięcioma a dwudziestoma pięcioma procentami. Jeśli dodać do tego fakt, że nikt tutaj najwyraźniej nie ma pojęcia, co robi, a głównego maga w mieście nie ma, wszystko spada tak do piętnastu procent. Mniej więcej. Ale to wciąż nie wyjaśnia, czemu uciekamy. Nie mieliśmy czasem pomagać?
— Tutaj nie ma już rannych — prychnął Finen, poprawiając swoją torbę na ramieniu i skręcając w kolejny korytarz. Rever złapał go za ramię i poprowadził w przeciwną stronę, po raz kolejny mu udowadniając, jak beznadziejną pamięć ma starszy brat. — A jeśli chcemy dalej pomagać innym rannym, musimy żyć. Poza tym powinniśmy jak najszybciej wrócić, na wypadek, gdyby jednak dzieciaki zostały zbyt długo same. Przecież reszta mogła wcale nie wrócić.
— Już byśmy o tym wiedzieli. Jak chcesz uciec, to po prostu powiedz, a nie wymyślaj wymówki. Przecież cię za to nie zabiję.
Finen przewrócił oczami. Obaj rozejrzeli się uważnie dookoła, sprawdzając, czy nikogo nie ma w pobliżu, po czym wyszli ze szpitala tylnymi drzwiami. W ogóle nie zauważyłby tych drzwi, gdyby nie młodszy brat, który miał w zwyczaju przyglądać się wszystkiemu w pobliżu i to wszystko zapamiętywać. Jego spostrzegawczość była czasem przerażająca.
Uliczka, na którą wyszli, była pusta i pogrążona w podejrzanej ciemności. Wszystko skryte było w ciemności. Nie spodobało się to Finenowi. Wyjął z torby latarkę, oświetlając nią ścieżkę, a cienie rozwiały się. Nie poruszyły się, po prostu nie było żadnego w okręgu światła, co go uspokoiło. Sam nigdy by nie uwierzył, że cienie w ogóle mogą być myślącymi istotami, ale wyprawa do tego całego innego wymiaru i opowieści brata zrobiły swoje oraz otworzyły szerzej jego umysł, żeby mógł bać się jeszcze większej ilości dziwnych i strasznych rzeczy, jakie skrywał ten chory świat. Cudownie.
— Co ci powiedział ten cały Alieaster? — zapytał Rever, wyciągając dłoń w stronę cienia, machając nią, jakby chciał koniecznie ją stracić. Finen pociągnął go za kołnierz, wciągając na powrót w obszar nikłego światła. — Wiesz, wtedy, że miałeś taką ponurą minę, jakbyś się zestarzał o jakieś sto lat. No, że taką, znaczy się. — Z tymi słowami wykrzywił się dziwacznie, przymykając jedno oko, a drugie otwierając szeroko. Rzeczywiście wyglądał przy tym jak rozeźlony starzec.
— Przestań już, bo jeszcze zostanie ci tak na zawsze — prychnął Finen i odwrócił się gwałtownie, ale nikt ich nie śledził. A w każdym razie nikt głupi. Chłopak pozostawał cały czas czujny.
— Mówiłeś to już sześćdziesiąt trzy razy — pouczył go Rever, napuszonym tonem, jakiego zawsze używał przy reprymendach, jakby chciał w ten sposób sparodiować jakiegoś dorosłego. Zwykle było to zabawne. Jednak w tamtej chwili nie rozbawiło to Finena.
— Nie możesz się śmiać ze wszystkiego — warknął na brata, co wyjątkowo rzadko robił, ale czasem po prostu musiał. — Życie to nie jeden wielki kabaret, a swoimi żartami możesz narazić i siebie, i innych.
— Umrzeć możemy w każdej chwili, więc warto cieszyć się wszystkim dookoła.
Finen powstrzymał się od wzdrygnięcia się. Ilekroć Rever postanowił uraczyć go taką filozoficzną wypowiedzią, tylekroć wracały do Finena wspomnienia dawnych czasów, które bardzo chciał zapomnieć. Wiedział, że młodszy brat nie robił tego specjalnie, nawet pewnie nie zdawał sobie sprawy, że w takich chwilach bardzo przypomina ojca. Tego dawnego ojca, zanim wszystko się zepsuło, jeśli w ogóle można było to tak nazwać.
Coś drgnęło na granicy jego wzroku, zwracając na siebie uwagę, a chłopak gwałtownie się odwrócił. Spomiędzy budynków wypadła spanikowana mała mysz i przemknęła im przez drogę. Rever schylił się i przyjrzał jej z ciekawością, kiedy gryzoń przystanął i znieruchomiał na drodze, jakby zamierzał udawać martwego. Albo zamienionego w skałę.
— Urocza.
— Zostaw go, nie potrzebujemy szczura!
— Przecież to mysz, a nie szczur — prychnął Rever, powoli sięgając dłonią w stronę zwierzątka, a to się ożywiło i zebrało na odwagę, żeby obwąchać jego palec. Finen warknął ze złością i tupnął nogą, a myszka zapiszczała z przerażenia i uciekła. Młodszy brat spojrzał na niego ponuro. — Nie umiesz się bawić. Co ci zrobiła ta mysz? Przecież by cię nie zeżarła.
Finen podszedł do bramy. Szarpnął za metalowe pręty, ale była zamknięta, wyjął więc spinkę z włosów, którą nosił specjalnie na takie okazje i zaczął nią grzebać w zamku.
— Każdy, kogo spotkasz, nawet taka myszka, może być cieniem — powiedział, nie zaprzestając pracy. Czasem było to bardzo uciążliwe, chociaż wydawało się łatwe na pierwszy rzut oka. — Sam to powiedziałeś. Jednym chapnięciem odgryzłaby ci rękę albo i gorzej, połknęła w całości.
— Zdecydowanie przesadzasz. Po cieniach widać, że są, no, INNE. Wyglądałby jak ty, ale zachowywałby się zupełnie inaczej. Nie wiem, czy sztywniej, bo sztywniej się nie da. Pewnie by się więcej śmiał czy coś.
— Ha ha, ale jesteś zabawny — rzucił sarkastycznie Finen, po czym uśmiechnął się, kiedy zamek kliknął, oznajmiając, że został otwarty — Tak! Udało się — oznajmił, otwierając bramę i zamarł, kiedy zobaczył, że Rever stoi już po drugiej stronie i rozgląda się ciekawie po lesie. — Co ty... jak ty to...?
— Górą. Kawałek dalej była dziura — odparł, jakby to było całkowicie oczywiste. — Nie sądzę, żeby tutaj było bezpieczniej. Wiesz, w mieście nasze szanse przeżycia były małe, ale tutaj są jeszcze mniejsze. Ciemna puszcza, zero światła, pełno cieni, znaczy takich zwykłych cieni, ale tych drugich...
— Mamy światło — rzekł oschle Finen, wskazując na swoją latarkę.
— Mówię o naturalnym świetle — prychnął Rever, machając na niego ręką, żeby się uciszył. Finen zrobił nadąsaną minę. — W miejscu, gdzie, cóż, jest on ucięty, szanse przeżycia wahają się tak od pięciu, może siedmiu procent do zera. Może jeden z nas zdołałby dotrzeć z powrotem do wioski, ale z pewnością nie w całości. No i podkreślam: może. Poza tym cienie boją się światła, ale też dzięki niemu się tworzą, tak więc im więcej światła, tym więcej cieni. A problem w tym, że kiedy nastaje ciemność, one się z nią stapiają. Niby dobrze, bo wtedy nie mogą się zmieniać, ale i tak są wszędzie wokół ciebie i wystarczy najmniejszy promyk, płomyk, ociupina światła i wciągną cię, staniesz się ich częścią. W każdym razie tak było napisane w tej książce, ale też nie wszystkiemu można wierzyć. Bo wiesz, według niej cienie też mogą przenosić się przez inne cienie i tak sobie skakać po całym świecie, ale to wydaje się strasznie naciągane, bo przecież gdyby tak umiały, to nie wędrowałyby po domach i ziemi, tylko by sobie skakały. No, chyba że nie mogły tego robić w swoim wymiarze, ale w sumie ich to chyba tylko jeden wielki cień, odbijający się częściowo na naszym i to dlatego mamy w naszym świecie cienie. Ale skoro tak, to chyba musi też istnieć jakiś przeciwstawny wymiar, w którym jest tylko światło, bo gdyby tak nie było, powstałby chaos, a wtedy też...
Finen przestał go słuchać. Bywał już przy tylu naukowych monologach, które wygłaszał jego brat, iż doskonale zdawał sobie sprawę, że większości i tak nie zrozumie. Poza tym wolał nasłuchiwać otoczenia. Usłyszał znów pisk myszy i spojrzał w tamtym kierunku, gdzie w cieniu bramy kulił się gryzoń. Był pewien, że to dokładnie ten sam, który wcześniej pojawił im się na drodze. To nie było normalne zachowanie, zwierzęta tak nie postępowały. Ten stworek powinien już dawno uciec gdzieś daleko.
— Wtedy też ten świat byłby taki czysty, pozbawiony światła i cienia. Chociaż coś takiego chyba jest możliwe. Ba, nawet powinno być, choć to dziwna teoria — paplał dalej Rever, nie przejmując się faktem, że starszy brat go w ogóle nie słucha. Sam był sobie najlepszym słuchaczem. — Brak światła i cienia. Taka, że prawie pustka, chociaż nie dosłownie. Dwuwymiarowy świat, a w każdym razie wyglądający na dwuwymiarowy. Jak czasem w kreskówkach. Ale gdyby nie światło, to taki ogień też chyba nie mógłby istnieć, a razem z nim ciepło. Ale wtedy pewnie organizmy by go nie potrzebowały, wykształciłyby potrzeby na coś innego, żeby mogły żyć. W sumie my nie potrzebujemy aż tak ciepła do życia, nie tak jak ludzie. Ale to też kwestia sporna, bo nawet nas zbyt duża ilość zimna by zabiła. Ale gorąca już nie. Dziwne to, nie sądzisz?
Odwrócił się do Finena i zauważył, że ten przypatruje się ukrywającej się myszy, której świecące oczka śledziły uważnie ich kroki. Prychnął.
— Ja tu wygłaszam mowę, a ty się bijesz na spojrzenia z myszą — powiedział i podszedł do zwierzęcia, a te bez wahania wskoczyło na jego dłoń, gdy tylko mu ją podetknął. — Zobacz, nie jest groźna. Nie zjadła mi ręki. Nie rzuciła się na mnie z pazurami. To tylko zwykły, udomowiony i trochę wystraszony gryzoń. A ty dramatyzujesz. To tylko urocza, mała myszka, mam rację? — zapytał, przyciskając ją do policzka, a ona pisnęła cicho, uradowana.
— Jestem tylko ostrożny! — warknął Finen ze złością. — Nie powinniśmy byli tu w ogóle przychodzić. Albo powinienem przyjść sam, ty byś został w kryjówce i nic by się nie stało.
— Tik tak, płynie czas, do przodu gna, wstecz się nie cofa, nie ugnie się przed nikim, a nikt się przed nim nie schowa — powiedział lekko rozmarzonym tonem Rever, kładąc myszkę na ramieniu, po czym potrząsnął głową, jakby chciał od siebie odgonić natrętnego owada. Albo jakieś wspomnienie.
— Tak jakby można było iść wstecz na przód — prychnął Finen. — Ta rymowanka jest dziwna. Po coś w ogóle to układał?
— To nie moje! To z dzieł Ahreya Contasterisa, który poruszył w nich kwestię czasu. To był w miarę szanowany naukowiec, ale miał lekkiego bzika, który później przerodził się w szaleństwo. Zniknął gdzieś i nikt go nigdy więcej nie widział. Ale książki miał dobre, tak bardzo, że nawet... słyszałeś to?
Odwrócili się gwałtownie w tym samym kierunku, a dziwne zgrzytanie rozległo się znowu, tym razem bliżej, raniąc im uszy. Jakby ktoś przesuwał ostrzem po kamieniu. Jeden z cieni na murze poruszył się. A potem kolejny. Bracia cofnęli się gwałtownie, kiedy istota wyskoczyła z płaskiej powierzchni i stanęła przed nimi. W miejscu, gdzie powinna mieć twarz, wirował mrok, co chwilę odwzorowując wygląd jakiejś innej osoby, jakby cień nie mógł się zdecydować, pod kogo chciałby się podszyć.
Finen odruchowo zasłonił brata i zmierzył wzrokiem stwora, a ten odwzajemnił się tym samym. Jego postać drgnęła, jakby zamierzał przemienić się w chłopaka, który stał przed nim, całkiem bezbronny, ale powstrzymał się od tego. Zawahał się. Cienie raczej nie powinny się wahać.
Uzdrowiciel wykorzystał właśnie ten jeden ułamek sekundy, sięgając do swojej torby i wyciągając z niej garść ziół. Nie byłby dobrym uzdrowicielem, gdyby nie nosił ich wszystkich przy sobie, ale te akurat były szczególne. I bardzo rzadkie, a on nie lubił ich wykorzystywać bez powodu, jednak ratowanie własnego życia wydawało się właściwą sytuacją do ich użycia.
Skierował niewielką cząstkę swojej magii w stronę niewinnie wyglądających listków, nieukształtowaną w żaden sposób wiązkę czystej energii, po czym wyrzucił zioła w powietrze, by te spadły na cień. Rozjarzyły się jasnym światłem, nabierając ciepła, choć wcale nie płonęły. Finen złapał Revera za rękę i popędził w stronę miasta, nawet nie spoglądając na istotę, która wrzeszczała rozpaczliwie i wariacko z bólu, gdy kolejne liście upadały na jego ciemną skórę. O ile to w ogóle była skóra.
Finen czuł tylko lekkie wyrzuty sumienia, które jednak bardzo szybko minęły. Zatrzasnął za sobą bramę, nie przejmując się zamykaniem jej na klucz i jak najszybciej obaj wrócili do szpitala, w którym wcześniej tkwili.
— To był jednak bardzo zły pomysł — wysapał, zatrzymując się przed jedną z sal. Rever rzucił mu spojrzenie w stylu „A nie mówiłem?”, ale brat całkowicie go zignorował.
Towarzysząca im myszka pisnęła cicho, próbując wcisnąć się za kołnierz koszuli Revera, a ten się zaśmiał i włożył ją do jednej z kieszeni, gdzie zamilkła i chyba zasnęła. Albo też trzęsła się ze strachu, czekając na to, co będzie dalej. Trudno było stwierdzić, to był tylko gryzoń.
— Ktoś tu jest — oznajmił nagle Rever, obracając się. Finen nie miał pojęcia, skąd jego brat tego wiedział, ale nauczył się już, że jeśli miewa on jakieś przeczucia, to zwykle okazują się słuszne. Ba, zwykle. Zawsze takie były.
Finen wyłączył latarkę i wcisnął ją z powrotem do torby. Wiszące pod sufitem lamy dawały wystarczająco dużo światła, choć było ono w pewien sposób upiorne. Zazwyczaj żółta poświata zdawała się teraz jarzyć czerwienią, choć Finen zdawał sobie sprawę, że to po prostu jego oczy są dziwne i widzą to, co chcą wiedzieć.
Nie zauważył nikogo, ale jak już zdążył się nauczyć, na wzroku mało kiedy można było całkowicie polegać. Przyłożył dłoń do ściany i przesłał w kamień swoje zmysły, łącząc się z nim, wędrując dalej i dalej, szukając najdelikatniejszych wstrząsów, które powiedziałyby mu, że ktoś jest w pobliżu. Ktoś żywy. Nie był pewien, czy w taki sposób mógłby namierzyć cienie.
Już miał się poddać, kiedy WYCZUŁ kroki. Niezmiernie ostrożne kroki, ledwo naruszające spokój kamienia, po którym ów ktoś stąpał. Ale skała była niewzruszona i wyczuwała dosłownie każde dotknięcie, nieważne czy był to krok słonia, czy też lekki dotyk skrzydeł motyla. Kroki były bardzo lekkie i kojarzyły się raczej z tym drugim i to aż zbyt mocno. Słyszał coś takiego kilka razy i wiedział, z kim mają do czynienia. Dlaczego mieli takiego pecha i nie mogli trafić choć raz na jakąś zwykłą osobę, tylko zawsze wpadali na magów?
Rever odczytał wyraz twarzy brata i bezgłośnie cofnął się w jego stronę. W przeciwieństwie do Finena nie miał magicznej mocy, którą mógłby skutecznie walczyć i samemu się przy tym nie zabić, ale znowu Finen nie miał jej jakoś zbyt dużo. Umiał tylko tyle, ile sam zdążył się nauczyć. Wśród uzdrowicieli gardzono tymi, którzy uczą się magii w innym celu niż pomaganie rannym i chorym, więc chłopak starał się raczej ukrywać fakt, że nie zamierzał aż tak ograniczać swoich zdolności i w związku z tym nie prosił nikogo w wiosce o naukę.
Ziemia pod jego stopami zadrżała nieznacznie, a Rever spojrzał na niego z naganą. On też to poczuł, chociaż nie powinien. Każdy mag posługujący się żywiołem ziemi mógł sięgnąć ku niej i wywołać jej drgania, do tego nie potrzeba było wcale wielkiej mocy, więc początkujący magowie tego rodzaju magii zazwyczaj korzystali właśnie z tej sztuczki. Lepszych umiejętności wymagało za to określenie siły wstrząsów. O dziwo, żeby wywołać mniejsze trzęsienie ziemi, potrzeba było większego opanowania, niż żeby stworzyć całkiem wielkie. Finen sam się o tym przekonał, kiedy o mało kiedyś nie zrzucił sobie przypadkiem budynku na głowę.
To było tylko ostrzeżenie. Znów wczuł się w kamień tworzący szpital i wyczuł, że będący w pobliżu mag zatrzymał się. A więc on też poczuł ten wstrząs i teraz chyba zastanawiał się, co powinien zrobić. Musiał sobie doskonale zdawać sprawę, że magia ziemi może zdławić jego magię powietrza. Finen wiedział też, że może być na odwrót — wszystko zależało od mocy i przebiegłości przeciwnika.
A ten chyba nie był zbyt potężny, bo rzucił się do ucieczki, a jego kroki stały się niespodziewanie ociężałe. Finen by go puścił i pozwolił mu zwiać, gdyby nie mina Revera, który wyglądał, jakby właśnie doznał olśnienia.
— Zatrzymaj go!
Finen skrzywił się, ale posłuchał go i siłą woli zamknął okno, przez które właśnie miał wyskoczyć mag. Cofnął się gwałtownie, więc Finen z łatwością mógł stwierdzić, że intruz jest zaskoczony i zdezorientowany. Mag skierował się w stronę drzwi, prosto na korytarz. Finen pobiegł w kierunku, z którego dobiegały kroki, a Rever ruszył za nim.
Niezupełnie to oczekiwał zobaczyć. Pozamykał wszystkie drzwi, choć zrobił to z pewną trudnością. Nauczył się współpracować z kamieniem, natomiast wszelkie drzwi były zrobione z martwego drewna — niewątpliwie pochodziło z drzew powalonych przez wichury i burze, w końcu to był szpital fiorów, a oni nigdy drzew nie ścinali. Rośliny również były częścią magii ziemi — jego magii — ale były trudniejsze do współpracy niż kamień, bo były żywymi istotami. Nawet kiedy były martwe, trudno było się z nimi komunikować.
Na korytarzu stał zdezorientowany starzec w ubraniu tak zniszczonym, że trudno było określić, jaki kolor wcześniej nosiło albo chociaż czym właściwie było. Jednak na głowie, ledwie zakrywając dziwnie rudawe włosy, zachował się podniszczony kapelusz z bardzo szerokim rondem. Nakrycie rzucało bardzo podejrzane cienie.
— Wydaje mi się, że to jest ten cały ich Władca Pogody — powiedział Rever, tak jakby ktoś jeszcze mógł nosić tak idiotyczny i jednocześnie oczywisty strój.
Słysząc swój tytuł, mężczyzna obrócił się w ich stronę i zmierzył ich szalonym wzrokiem, a potem odezwał się równie wariackim głosem:
— Na cóż komu magia, kiedy świat ogarnia nicość! Nic nie ma i wszystko jest jednocześnie! Tyle myśli, tyle bólu, tyle radości i smutku! Tyle ciemności! One są wszędzie, o każdej porze, zawsze cię śledzą, zawsze to samo, za każdym razem coraz więcej i więcej, aż wszystko się kończy! Kończy się i kończy, ale końca nie widać!
— Chyba ześwirował — wygłosił kolejną oczywista uwagę Rever, a potem przyjrzał się uważniej magowi i cofnął gwałtownie. — Nie, to nie to! To... cień, ale jednocześnie nie... chyba jakiś w niego wniknął.
— Nigdy nie zrozumiem, jak niby poznajesz takie rzeczy. Przecież nigdy nie widziałeś nikogo, w kogo wniknąłby cień! Ba, nie widziałeś nawet cienia, kiedy zmienia się w kogoś. A i tak zachowujesz się tak, jakbyś widział.
— Dużo czytałem — odpowiedział zwyczajnie, wzruszając ramionami. — No i nauczyłem się patrzeć. W każdym razie... masz jeszcze te zioła? Te, które wtedy rzuciłeś? W ogóle nigdy nie mówiłeś, że umiesz coś takiego.
— Normalnie zmarnuję dzisiaj całe swoje zapasy — prychnął z niezadowoleniem Finen, wyjmując z torby kolejną garść ziół. Tym razem nie udało mu się od razu przywołać tylko tych, których potrzebował, więc szybko je przesortował i niepotrzebne listki wrzucił z powrotem do środka.
— Co to? — zapytał natychmiast Rever, ciekawy każdej rzeczy, której nie znał. To była irytująca cecha, ale Finen nauczył się na to nie narzekać.
— Śmierć! — rzucił przerażonym tonem Władca Pogody, ale wciąż stał w miejscu, wpatrując się w nich jak w duchy. Nawet jeśli spróbowałby ucieczki, chyba zdawał sobie sprawę, że Finen pozamykał wszystkie wyjścia swoją mocą. A może nie był chwilowo zdolny do żadnego logicznego myślenia. — Stuka już do bram, jest tuż tuż. Koniec końców, wszystko to pogrąży mrok. A ziemia spłynie krwią, błękitną niczym niegdyś niebo! Czerwoną jak zachody słońca! Serca tak pełne ognia, staną się lodowe niczym kamienie! Mrok ogarnia wszystko, ogrania każdego...
— To liście z Drzewa Księżycowego — wyjaśnił bratu Finen, nie zwracając uwagi na wariacką mowę maga. — Bardzo rzadko spotykanego drzewa. A liście są doskonałym lekarstwem, odpowiednio użyte, wskrzeszą nawet umarłego, pod warunkiem, że umarł niedawno. Ale są w stanie to zrobić i zaleczyć wszystkie rany. Tak się dzieje tylko wtedy, gdy przelejesz do nich magię. Wtedy się rozświetlają.
Wypowiedziawszy te słowa, znów przelał odrobinę mocy w rośliny i podszedł do maga, który wzdrygnął się i rzucił do ucieczki. Jednak nie odbiegł daleko, bo Rever widocznie spodziewał się tego i po chwili przygwoździł starca do ziemi. Chłopak krzywił się, kiedy mag zaczął się wyrywać, a powietrze nagle ożyło wokół nich. Zanim zdążył rozpętać się huragan, Finen obsypał Władcę Pogody liśćmi.
Zadziałało — lepiej lub gorzej, trudno było to stwierdzić. Rever wstał, kiedy mężczyzna wydał z siebie dziwny urywany dźwięk, jakby się dusił i usiłował złapać oddech. Zaczął się ciskać i szarpać, walcząc zaciekle z przeciwnikiem, którego tylko on był w stanie zauważyć.
Rever odwrócił wzrok, widząc kogoś w takim stanie, ale Finen przyglądał się. Przyglądał się, jak nagle wszelkie cienie znikają z twarzy maga, jak zamyka oczy i otwiera je, a w nich pojawiają się powoli błyski światła, których wcześniej — jak uświadomił sobie dopiero wtedy Finen — nie było. Plama cienia rozlała się po podłodze, sycząc niczym stado węży, a potem po prostu wyparowała, zmieniając się w dym, który opadł z powrotem na podłogę, już jako popiół. Garść prochu, tylko tyle pozostało po cieniu. I po ziołach Finena. Spoglądał przez chwilę tęsknie na kupkę pyłu, po czym przeniósł wzrok na Władcę Pogody, który zaczął niezdarnie podnosić się z ziemi.
— Dziękuję wam bardzo — wydusił głosem, który wcale do niego nie pasował. Głos był taki młody i chrapliwy, za to mężczyzna wyglądał, jakby zbliżał się do siedemdziesiątki, nawet ze swoimi wesołymi włosami.
Finen, przez większość życia żyjący wśród ludzi, uporządkował sobie kolejną informację. No tak, fiorzy żyli przecież dłużej i wyglądali młodo przez bardzo długi czas. Byli inni niż ludzie, musiał sobie to w końcu wbić do głowy. Sam w końcu po części był jednym z nich. Wzdrygnął się lekko.
— Szukali pana — odezwał się uprzejmym tonem Rever, a Władca Pogody zamrugał ze zdziwieniem — W związku z cieniami. Chyba powinien iść pan pomóc.
— W murach miasta? — zdziwił się mężczyzna, wytrzeszczając na nich oczy, a obaj bracia zgodnie skinęli głowami. Wtedy wdzięczność na jego twarzy przeszła w strach. Odwrócił się i pobiegł do wyjścia, nawet się nie żegnając się, po czym zorientował się, że wszystkie drzwi nadal są zamknięte na cztery spusty i zerknął najpierw na jednego, a potem na drugiego.
Finen przewrócił oczami i machnął ręką. Właściwie nie był to potrzebny gest, ale kiedyś nauczył się to robić i już nie mógł przestać. Poza tym pokazał magowi, że ten mógł już spokojnie wyjść. Władca Pogody spojrzał na niego podejrzliwie i sięgnął do klamki. Drzwi otworzyły się bez problemu. Finen wzdrygnął się nieznacznie. Mało kiedy korzystał ze swojej mocy, ale kiedy to robił, ziemia pod jego stopami zawsze się odzywała, chcąc kataklizmu, a on musiał powstrzymywać swoją magię, by nie spowodować trzęsienia ziemi i nie zabić się przez to, gdyby wyczerpał całą swoją energię.
Mag wybiegł na zewnątrz, ale Finen miał dziwne wrażenie, że został właśnie oceniony. Bardzo nie lubił tego uczucia, dopadało go zawsze, kiedy ktoś był świadkiem użycia jego magii.
— Zwijajmy się stąd — rzucił do brata, który wpatrywał się w drzwi, przez które wyszedł Władca Pogody. — Im mniej mamy do czynienia z tymi wydarzeniami, tym lepiej.
— Fajna pierwsza wizyta w stolicy — powiedział Rever, odwracając się do niego. — Nie sądzę, żeby udało nam się wyjść z miasta, chyba że cała twoja torba jest wypełniona tymi liśćmi. A nie jest. Musimy więc przeczekać.
Finen niechętnie musiał przyznać młodszemu bratu rację. Rozejrzał się dookoła, upewniając się, że tym razem są sami i dla pewności sprawdził to też magią, która zaczynała powoli wrzeć, chcąc wyrwać się na wolność i połączyć ze swoim żywiołem. Nie chciał się z nią męczyć, więc postanowił ją jakoś wykorzystać.
— Skoro mamy czas i nikt już na nas nie czyha — odezwał się Rever, a myszka wytknęła łepek z kieszeni jego koszuli — to chyba mogę cię zacząć zanudzać „nudnymi faktami”, jak ty to mówisz.
— Tak jakbyś nie robił tego cały czas — rzucił posępnie Finen. Nie znalazł nikogo w obrębach murów szpitala, ale moc wciąż się wyrywała, więc sięgnął nią dalej, w stronę zabudowań i zaczął sprawdzać wszystko, co napotkał, kawałek po kawałku.
— Cieni nie da się tak po prostu zabić żadnym światłem — powiedział cicho Rever, a Finenowi zajęła chwila, by zrozumieć, co powiedział brat. Kamienie w pobliżu drgnęły nieznacznie, ale nie aż tak mocno, by ktokolwiek prócz niego się zorientował. — Można je rozproszyć i wtedy wracają do siebie, do swojego świata. Ale skoro to Przejście jest otwarte, nie mogą zostać tam długo i znowu wrócą. Wściekłe.
— Skąd ty tyle wiesz? — zapytał Finen. Robił to już wiele razy, raz za razem to samo pytanie, ale jego brat unikał odpowiedzi. — I nie mów, że z książek. Jest tysiące książek o takich zjawiskach i z całą pewnością w żadnej nie zapisano całej prawdy.
— Więc może lepiej zacznij zadawać inne pytania — odpowiedział mu chłodno Rever, a brat wzdrygnął się, słysząc ten ton. — Nigdy ci nie przyszło do głowy zapytać, JAKIE książki czytałem.
Finen już chciał coś odpowiedzieć, choć sam nie miał pojęcia, co dokładnie, ale wtedy świat rozdarł krzyk, od którego ziemia zadrżała. Nie. Nie zrobiła tego sama z siebie. Finen zdusił w sobie złość, że znów nie potrafił się kontrolować, po czym rzucił się w stronę wyjścia, kiedy kolejny wrzask poniósł się przez powietrze.

~~*~~


Ignea wpatrywała się z grozą w mieszkańców miasta stłoczonych na największym z placów. Nie wszyscy się mieścili, część stała w uliczkach. Wszyscy mieli wypisane niezrozumienie i strach na twarzach. Ona sama siedziała na jednym z dachów, wśród gałęzi czyjegoś domu, u jednego boku mając brata, a u drugiego — jego cień. Wcześniej łatwo było ich odróżnić, ale im dłużej Shade przebywał w tym świecie, tym bardziej zaczynał upodabniać się do Ethereala. To naprawdę nie był dobry znak.
Cień przebiegał wzrokiem po stłoczonych w dole fiorach, a na jego twarzy gościł wyraz niezadowolenia. Chyba nie był w stanie odróżnić mieszkańców od swojego gatunku. Chociaż gdy Ignea użyła tego stwierdzenia, skrzywił się jeszcze bardziej.
— Oni nie są tacy jak ja — powiedział z niechęcią. — Tak samo, jak wy i ludzie to dwie różne rasy. Ja jestem cieniem kładącym się na historii, a oni to zwykłe cienie, które muszą za wami chodzić krok w krok.
— Wysoko się cenisz — zauważył Ethereal, unosząc brwi i patrząc na swojego sobowtóra. Ten prychnął.
— Ty też zaczniesz i to z całą słusznością tego czynu.
— Może byśmy po prostu na nich poświecili — odezwała się Ignea, której nie obchodziły stosunki brata z jego cieniem, a zamiast tego rozmyślała jakby znaleźć innych, którzy podszywają się pod mieszkańców. — Cienie boją się światła. Zdradziłyby się, gdyby zaczęły się chować. A my byśmy je wyłapali i odesłali do tego waszego wymiaru.
— Nie zadziała — odpowiedział od razu Shade, a w błękitnych oczach błysnęła na chwilę demoniczna czerwień. On też nie przepadał za światłem. — Owszem, światło jest szkodliwe i boimy się go, ale ta burza... wywołały ją cienie, a może nawet ktoś więcej. Dodaje im sił. Dodaje mnie sił, czuję to. Gdyby padł na mnie teraz snop światła, nie poczułbym tego. Nawet bym nie drgnął.
— Moglibyśmy sprawdzić im krew — zaczęła więc Ignea od innej strony, nie zamierzając się poddać. — Jak wtedy, kiedy Ethereal ukuł się spinką w palec. Wy nie macie przecież krwi, tylko dym.
— To jest zły pomysł. Przebijając skórę cienia, uwolnisz jego moc. Pierwszy z nich rzuci się na ciebie i zabije, zanim zdążysz odkryć innych. Albo raczej zmusi cię, żebyś stała i patrzyła na niego w przerażeniu, sądząc, że ucieczka jest niemożliwa. Zahipnotyzuje cię, jak wtedy twojego brata. A drugi raz nikt w mój blef nie uwierzy.
— Dlaczego możesz kłamać? — wyrwało się Ignei, zanim ugryzła się w język. Ale skoro już zadała to pytanie, brnęła dalej: — Mówisz, że jesteś cieniem Ethereala, zachowujesz się jak on i rozumujesz jak on. Teoretycznie. Ale możesz kłamać.
— Nauczyłem się — odpowiedział po prostu, jakby to była całkiem normalna rzecz. — Ciebie też ktoś spróbuje tego nauczyć. Ale nigdy tego nie użyjesz, bo zbyt cenisz sobie prawdę, żeby kłamać. Jesteś wredna, ale nie można powiedzieć, że jesteś oszustką.
Ignea przytaknęła, zadowolona z jego słów. Sama zdawała sobie sprawę z własnego charakteru, ale cieszyła się, kiedy ktoś potwierdzał jej zdanie. Spojrzała jeszcze raz w dół i znów powróciła do problemu cieni. Przygryzła wargę.
— Może Vol wywołałby błyskawice, one boją się błyskawic — powiedziała, teraz kierując wzrok na niebo, gdzie kłębiły się burzowe chmury. To też była burza, ale nie było widać żadnych piorunów. Shade warknął.
— Ze wszystkich pomysłów ten jest zdecydowanie najgorszy — oświadczył. — Mieszanie zwykłej burzy z burzą cieni skończy się źle. W najlepszym razie wybuch zniszczy całą Złotą Puszczę, z nami wszystkimi. Nie licząc cieni, nie jesteśmy całkowicie materialni, żeby coś takiego mogło nam zagrażać.
— A co by się stało w najgorszym wypadku? — odważyła się zadać pytanie Ignea. Shade spojrzał na nią ze śmiertelną powagą. Mało kiedy widywała taki wyraz na twarzy swojego brata.
— Cały kontynent zginie pod wodą, a wy razem z nim. Po nim inne. A potem ta planeta zwiędnie, wyparuje i nie pozostanie ani jeden ślad, że kiedykolwiek istniała.
— Czyli to zły pomysł — stwierdziła, kiwając głową i starając się nie pokazać, jak ją to wystraszyło. Po chwili prychnęła z niechęcią. — To jak ich odróżnić od fiorów? A potem przegnać?
Shade chyba sam nie wiedział, jak to zrobić, ale postanowił udawać, że tak nie jest. Jego mina powiedziała jej, że cień myśli nad tym intensywnie. Kiedy zaś odwróciła wzrok, zauważyła, że Ethereal wyglądał dokładnie tak samo. Przeszedł ją dreszcz. Gdyby nie wiedziała, który jest który, z całą pewnością by ich pomyliła.
— A może po prostu otworzymy Przejście — odezwał się cicho jej brat, wpatrując się dziwnie migoczącymi oczami w niespokojny tłum. — Żeby potem rozpędzić cienistą burzę na cztery strony. Same by uciekły. Miałyby do wyboru rozświetlone miasto albo swój mroczny świat.
— Trzeba by tylko wymyślić, jak rozpędzić burzę — pochwycił pomysł Shade, przeciągając się i ziewając. — Rany, powinieneś więcej spać. Jestem zmęczony, jakbym nie spał już z tydzień. Tak, przejąłem twoje zmęczenie. Dlatego jeszcze nie padłeś, ale chyba zaraz ja to zrobię.
— Możesz przejąć cudze zmęczenie? — zdziwiła się Ignea, a cień uśmiechnął się przebiegle.
— Tylko jego. Twojego już nie mogę, bo cię nie odzwierciedlam na tyle, by móc się zlać z twoją istotą. Jakkolwiek to brzmi. Ale jeśli wyjaśnić to prościej, to jestem nim. Mogę sobie wziąć jego odczucia, wspomnienia i myśli. A on może moje.
— To brzmi bardzo okropnie — powiedział z niepokojem Ethereal, krzywiąc się, ale cień tylko się do niego uśmiechnął.
— Nie przejmuj się, jestem tobą. Nie zamierzam cię zabijać, bo wtedy sam bym zginął. A ginięcie nie leży w interesie żadnego z nas. Dobra — powiedział, prostując się. — Powinniśmy znaleźć Ekariego i wtajemniczyć go w nasz plan. Tylko on będzie w stanie rozpędzić burzę tak, żeby rozproszone chmury zanikły całkowicie i na zawsze.
— A jak otworzyć Przejście? — odezwała się Ignea, machając w powietrzu nogami.
— To łatwe. Wcześniej otworzyliście je razem i teraz musicie zrobić to samo. Wystarczy po kropli krwi i wola zaistnienia Przejścia. Wcześniej tę wolę zastąpiły Kamienie Serca Puszczy, to one ją wyraziły, bo do tego zostały kiedyś stworzone. Teraz wy musicie to zrobić. Tyle wystarczy. Tylko pilnujcie, żeby nikt nie wpadł w portal, jak już go otworzycie, bo nie będzie mógł wrócić po zamknięciu.
— Jeszcze coś, panie wszechwiedzący? — warknęła z drwiną Ignea, a cień wybuchnął głośnym śmiechem, zwracając na siebie uwagę połowy fiorów w dole. Nie przejął się tym jednak.
— Zachowaj to miano dla kogoś innego — powiedział, wciąż chichocząc. — Przyda ci się w przyszłości. Pewnie będziesz się dobrze wtedy bawić.
— Gadasz jak ci wróżbici, którzy naciągają każdego, kto do nich przyjdzie — zauważyła dziewczyna, doprowadzając go tylko do większego rozbawienia. Ethereal uniósł brwi, patrząc na sobowtóra.
— Nie mogę powiedzieć wszystkiego wprost. Zniszczyłbym wtedy przyszłość, a tego zrobić nie mogę, jeśli wszyscy mamy żyć. Zaburzenia czasowe trudno jest odwrócić. Poza tym, gdybym ci zdradził przyszłość, ona by się zmieniła i żadne z moich słów nie byłoby już prawdziwe. Ale mgliste wskazówki mogę dawać.
— Hej, ale jak spotkasz wszechwiedzącego, to i tak mógłby ci o wszystkim powiedzieć — zauważył Ethereal ze śmiechem.
— Ja pójdę po maga — oznajmił Shade, podnosząc się na równe nogi. Stał na samej krawędzi dachu i mógłby spaść, ale chyba się tym nie przejmował. — Wy czekajcie tutaj i jak chmury zaczną się rozwiewać, otwórzcie Przejście. Albo na mój znak, zależy, co nastąpi pierwsze.
— Jaki znak? — zapytała Ignea z ciekawością.
— Wierz mi, będziesz wiedziała, że to mój znak — prychnął cień, po czym skoczył. Tak po prostu skoczył. Nikt nie zauważył jego wyczynu albo może przyzwyczaili się do tego, że Alieasterowie są dziwni i zwyczajnie wzięli cień za Ethereala, którego postać przyjął.
Ignea przeciągnęła się i również wstała, ale nie zamierzała skakać. Fiorzy w dole wciąż nie wiedzieli co robić. Król ich tutaj wezwał, po tym, jak znalazł się Ekari, a cień opracował jakiś swój plan, którego nie zdradził w całości. Wciąż właściwie go nie znali. Wiedzieli tylko tyle, że cień ma jakiś swój plan działania „na wszelki wypadek”.
Potworny wrzask wypełnił uszy Ignei, a ta skuliła się i o mało nie spadła z drzewa, kiedy to zatrzęsło się. Nie tylko ono. Fiorzy w dole zataczali się, kiedy ziemia pod ich nogami drżała. Trwało to tylko chwilę, ale wszyscy wyraźnie to odczuli. A potem kolejny krzyk i kolejny. Przecinały powietrze i niczym ostrza trafiały do uszu Ignei, która złapała się za głowę, byle tego nie słyszeć. To brzmiało niczym alarm pradawnego stworzenia.
W odpowiedzi w całym mieście nagle rozbrzmiał nerwowy i przerażony śpiew. Tak'Triki powyciągały głowy ze swych gniazd i wzniosły pieśń zniszczenia ku niebu. To nie była melodia, którą odgrywały w razie kataklizmu. To brzmiało, jakby rozrywały własne dusze na strzępy i zamierzały zrobić to z każdym, kto wsłucha się w ich śpiew, by nikt nie musiał uczestniczyć w tym, co się zbliżało.
— Zostawią za sobą ruiny — przypomniały się Ignei słowa dziadka i przeszedł ją dreszcz. — Przecież nie cienie, cieniom nie zależy na niszczeniu miasta, chcą tylko zniszczyć życie, ale nie miasto. Fiorzy też go nie zniszczą, to niemożliwe. Kochają je zbyt bardzo, że nigdy by tego nie zrobili. Ba, to nawet nie miałoby sensu. Więc kto zostawi za sobą ruiny? Kto?!
Odwróciła się do brata, ale on był zbyt oszołomiony, żeby cokolwiek odpowiedzieć. Widziała w jego oczach, że również pamiętał owo prorocze zdanie dziadka i że wcześniej nie brał go na poważnie. Z dala niósł się ryk, a ptaki śpiewały coraz bardziej uniesiono i złowieszczo. Ethereal zdawał się bledszy niż zwykle, a jego oczy przygasły, jakby nie wpatrywał się już w swoją siostrę, tylko patrzył na coś wiele gorszego. Ruiny. Chaos. Śmierć.
Ryk poniósł się jeszcze raz, a potem wszystko gwałtownie ucichło, jakby ktoś wyłączył światu dźwięk. Załopotały skrzydła i na dachu obok nich pojawił się ojciec, skrzywiony ze złości albo ze strachu — trudno było to odróżnić. Możliwe, że były to oba te uczucia, połączone w jedno.
— Nie jest dobrze — powiedział ochrypłym głosem, który bardzo dobitnie oznajmił Ignei, że to właśnie ojciec wydawał ten straszliwy wrzask, alarmujący i wzywający do ucieczki, którego nikt nie posłuchał. — Coś się zbliża, coś strasznego, czuję to we krwi. Trzeba uciekać. I to już!
— Co...? A miasto?! — zaprotestował z oburzeniem Ethereal, a słowa zabrzmiały tak ostro, że ojciec się skrzywił. — Przecież ewakuacja będzie trwała wieczność! Może to nie jest jakieś wielkie miasto, ale zobacz ile fiorów tu mieszka! CO się zbliża?
— Ludzie — odpowiedziała mu Ignea, wpatrując się w dal, gdzie mur oddzielał Złotą Puszczę od Miasta Kwiatów. — Przecież to oni otworzyli Przejście. Thin mówił, że zamierzali otworzyć więcej. Do innych wymiarów, może gorszych. To oni tutaj zmierzają, prawda? I coś ze sobą mają.
— Tak'Triki nie zareagowałyby na ludzi — prychnął Ethereal, krzyżując ręce i wpatrując się to w ojca, to w siostrę. — Nie wykrywają takich zagrożeń jak wrogie armie. Ba, w ogóle nie zareagowały na cienie krążące po mieście, kiedy się już przebudziły.
— To ja ostrzegałem przed ludźmi — powiedział ojciec, przekrzywiając głowę i wpatrując się w córkę, jakby pierwszy raz ją zobaczył. Ignea odpowiedziała mu wściekłym spojrzeniem, pełnym ognia. — Nie wiem, co wychwyciły Tak'Triki. Być może zbliża się trzęsienie ziemi, ale chyba wykryłyby je jeszcze przed tymi słabymi wstrząsami ostrzegającymi. Choć niedawno jeszcze spały, tak jak wszyscy inni, więc mogło to uśpić ich czujność.
— Czemu wszystko musi się zwalić nam na głowy teraz?! — zezłościła się Ignea, tupiąc ze złością nogą i spoglądając w niebo, jakby zamierzała obwiniać za to bogów. — Czemu katastrofy zawsze muszą się skumulować? Chociaż raz mogłoby być inaczej!
— Nie warcz na bogów, tylko na ludzi — odezwał się Ethereal. — To oni nam to wszystko zgotowali, pamiętasz? Wiesz, ilu ich jest? — zwrócił się znów do ojca, ale ten pokręcił głową.
— Wyczułem tylko ludzi, nic więcej. Jeśli...
Na placu w dole wybuchło zamieszanie. Shade nagle pojawił się tuż obok Ethereala, a na dach zaczęli się powoli wspinać gapie. Nie, to nie byli gapie, tylko ich towarzysze, o ile można było ich tak nazwać. Thin dotarł pierwszy, zaraz po nim z trudem wpełzł Vol, a potem pojawił się Ariv, z taką miną, jakby zamierzał kogoś zamordować. Chwilę później dołączyło jeszcze dwóch podobnych do siebie chłopaków, którzy musieli być uzdrowicielami, przyprowadzonymi przez Ethereala, na co wyraźnie wskazywały ich zielone płaszcze. Pojawił się też Ekari. Na dachu zaczynało się robić już bardzo ciasno, kiedy ni stąd, ni zowąd postanowił tam też pojawić się sam Król. Jego Rada musiała zostać w dole, bo żeby zmieścić się wśród gałęzi domu, musieliby kogoś zrzucić na dół.
— Oficjalne zebranie czas zacząć — zadrwiła Ignea, ale rzeczywiście wyglądało na to, że jakieś zebranie tam się odbędzie. Na dachu cudzego domu. Dziewczyna spojrzała pod stopy i nagle zorientowała się, że był to dom Ariva. Dziwny zbieg okoliczności.
— Chciałbym dowiedzieć się, co się dzieje — powiedział z całą swoją mocą Król, wyraźnie mocno zdezorientowany. No tak, nie było czasu mu wszystkiego wyjaśnić, a jedyna osoba, która mogła to zrobić, nie lubiła niczego wyjaśniać.
— Najkrótsza wersja jest taka, że zostaliście zaatakowani — oznajmił Shade, a Ethereal wzdrygnął się, słysząc zupełny brak szacunku. Ba, chyba w jego głosie gościła też nuta pogardy. — Przez ludzi, którzy zwrócili przeciw całemu temu światu cienie z innego wymiaru. A teraz chyba idzie na was jakaś armia.
— Ciągną ze sobą jakieś żelastwo — powiedział jeden z uzdrowicieli, ten wyższy, którego twarz pełna była blizn. — Wielką maszynę. Ich samych jest jakaś setka, może trochę więcej. — Zorientował się, że wszyscy na niego spoglądają i zrobił obrażoną minę. — No co? Chcieliście informacji, tak?
— To najmniej dla nas odpowiedni moment na atak — warknął Thin, sprawdzając coś w swoim małym urządzeniu, które nazywał komórką. Ignea orientowała się w technologii, ale nie aż tak, żeby zrozumieć działanie tego czegoś. — Zaplanowali to. Co prawda wybicie ich oddziału raczej nie było w planach, ale cała reszta już tak. Musieli wiedzieć o tym, że któreś z Przejść w Złotej Puszczy prowadzi do Wymiaru Mroku.
— Reszta Przejść nie jest tak groźna — odezwał się Shade, przekrzywiając głowę i wpatrując się w dal, jakby był w stanie słyszeć głosy, których inni nie są w stanie wychwycić. — Prowadzą raczej do mało znaczących wymiarów, podobnych do tego, a w każdym razie w sensie psychicznym. Ich mieszkańcy raczej nie zorientują się, że w ogóle otworzyliście tutaj Przejście. A tutaj ludziom portale są potrzebne, tylko żeby wyssać z nich moc i zwrócić ją przeciw wam.
— Szukanie Przejścia zajęło im sporo czasu — mruknął Thin, klikając z uporem w ekran urządzenia. — Nie wysyłali między sobą żadnych wiadomości, więc raczej nie znaleźli innych. Chyba że nie powiadomili o tym siebie nawzajem, ale wtedy nie mieliby wystarczająco dużo mocy... chyba że pobrali ją z innego źródła.
— Od pewnego czasu magia jest zakazana — postanowił odezwać się Vol, zwracając na siebie uwagę. Był człowiekiem, jeśli ktoś miał wiedzieć coś o ich planach i rozumowaniu, to chyba tylko on. — Tylko osoby, które złożyły przysięgę koronie, mają prawo z niej korzystać, w innym wypadku trafia się do więzienia, a moc jest jakoś tłumiona. Może... może mogliby jakoś ją zebrać...
— Jak to zakazana? — zdziwił się Król, porzucając całkowicie swój oficjalny ton. Sam był w pewnym stopniu magiem i interesował się dziejami ludzi, ale przyniesione wieści musiały mocno nim wstrząsnąć. — Eriandel nigdy by na coś takiego nie pozwolił.
— Król Eriandel nie żyje od kilku miesięcy — powiedział nieco zmieszany Vol, przestępując z nogi na nogę. — Myślałem... myślałem, że te wieści już dotarły. Właściwie nie wiadomo, kto teraz włada w Krainach Pokoju. Władców teoretycznie jest pięciu, ale poza ich wiernymi ludźmi nikt ich nie widział. Przejęli błyskawicznie władzę po śmierci Króla, za którą chyba właśnie oni odpowiadali. Większość tak myśli, ale nikt nie ośmieli się tego powiedzieć na głos.
Zapadła ponura cisza. Ignea chciała coś powiedzieć, ale wtedy rozległ się huk gromu. Wszyscy spojrzeli znów na Vola, ale ten uniósł ręce, na znak swojej niewinności. Władca Pogody spojrzał za to w niebo i syknął z niezadowoleniem. Wszyscy podążyli za jego spojrzeniem, żeby ujrzeć ogromny ciemny kształt pośród chmur. Kształt, który z całą pewnością nie był zwykłym cieniem, jak cała reszta wokół niego.
— Już po nas — skomentował to Shade, a jego oczy przybrały kolor krwistej czerwieni, gdy wodził nimi za skrzydlatą istotę, przemierzającą cieniste chmury.
— Co to jest? — zapytał Ethereal ze strachem, ale to nie cień mu odpowiedział.
— Demon chmur — powiedział ponurym głosem ojciec, kiedy stwór przebił się przez cienie, ukazując się w całej swej okazałości — Najpotężniejszy z nich wszystkich. Pan i władca. Niosący ze sobą całą ciemność świata.
Fiorzy w dole wpadli w panikę, krzyczeli i przepychali się, uciekając do swoich domów, albo gdziekolwiek, byle tylko nie zostać na ulicach, gdzie zrobiło się niebezpiecznie. Tylko część z nich pozostała, z zachwytem spoglądając na istotę, która biła skrzydłami, zniżając się coraz bardziej i bardziej, a na jej twarzy rozbawienie mieszało się z furią.
Nie wyglądał jak fior, człowiek, ani żaden z cieni, które wcześniej widzieli. Dwie pary oczu, każde niczym mała czarna dziura, zasysająca rzeczywistość i szczęście. Nie miał dłoni, ręce zginające się w trzech miejscach kończyły się długimi ostrzami, mieniącymi się ciemnością. Za nim ciągnął się długi rozdwojony ogon, wyglądający niczym smoczy, ale o wiele groźniejszy. Cały stwór pokryty był ciemnymi łuskami, które wyglądały jak skorupy biednych małych stworzeń, zaś z jego ramion — o ile można było to w ogóle nazwać ramionami — spływał płaszcz ze zwierzęcego futra. Tak w każdym razie można było podejrzewać, bo Ignea nie wiedziała, czy w Wymiarze Mroku w ogóle mają jakiekolwiek zwierzęta.
Demon chmur zniżył się i wylądował twardo na dachu, na którym się zebrali, wprawiając drzewo w drżenie. Wszyscy odsunęli się od niego gwałtownie, przerażeni widokiem potwora. Ignea w ostatniej chwili złapała za rękę Thina, który o mało co nie spadł na ziemię. Poczuła też, jak Shade chowa się za jej plecami, drżąc. Dotąd nie widziała, żeby cień się bał, więc sytuacja musiała być naprawdę poważna.
Stwór rozejrzał się po zebranych, a jego twarz przecięła kreska, która w normalnej sytuacji zapewne byłaby ustami. Dwa rzędy szarych kłów ukazały się w całej swej okazałości, a kiedy potwór się odezwał, spomiędzy nich wysunął się rozwidlony język, niczym u węża.
— Witaj zdrajco — powiedział zdumiewająco cichym i piskliwym głosem, który zupełnie nie pasował do jego wyglądu. Nikt nie wiedział, do kogo zwrócone było powitanie, do czasu aż jedno z nich wystąpiło z kręgu.
— Witaj upadły.

Rozdział XV

Demon chmur


Cały świat zamarł, a czas zatrzymał się, kiedy Aveth Alieaster wyszedł z rzędu i zmierzył spojrzeniem Demona chmur. Ten nie pozostał mu w tej kwestii dłużny. Stali ze sobą nos w nos, jeden ogromny i straszny, a drugi niewielki i kruchy. W każdym razie w porównaniu z demonem. Jednak spoglądając na nich, na ich pełne mocy twarze, Vol nie miał pojęcia, które z nich jest groźniejsze. Które wygrałoby walkę, gdyby do jakiejś doszło.
— Życie w tym wymiarze dobrze ci robi — rzucił Demon, z wrednym uśmieszkiem, przyglądając się stojącemu przed nim fiorowi, którego mina pozostawała całkowicie bez wyrazu. — Wyglądasz całkiem nieźle. W każdym razie jak na swoje lata. Wiele już minęło.
— O tobie tego nie można powiedzieć — rzekł lodowym tonem Aveth. Takim głosem mógłby zmrozić całe miasto i nawet się przy tym nie zmęczyć. — Poza tym zapomniałeś chyba, że czas tutaj płynie inaczej, niż w twoim przeklętym zamczysku. Czego tu szukasz?
— Zostałem wezwany — odpowiedział zwyczajnie Demon, znów ukazując rzędy zębów, od których widoku Volowi zrobiło się niedobrze. Nigdy w całym swoim życiu nie widział chyba nic bardziej odrażającego. Chyba nawet Zdegradowani wyglądali przy tym stworze jak potulne i spokojne baranki, a to już był nie lada wyczyn, bo oni byli potworni. — Tysiące mych potomków wezwało mnie na pomoc, oto więc jestem. A ty, zmiennokształtny, myślisz, że skoro tutaj żyjesz tak długo, masz jakiekolwiek prawa do tego świata?
— Nie wiem, za kogo mnie bierzesz — prychnął Aveth, a jego uszy poruszyły się, jakby w gniewie, który jednak ani jednym śladem nie odbił się na twarzy. — Nie jestem żadnym zdobywcą, nie tak jak ty. Nie potrzebuję tysiąca upiorów na swoje usługi. Nie potrzebuję nikogo. Nie oddamy wam tego świata, więc możesz się już pożegnać, bo teraz wychodzisz.
Demon uniósł głowę i wydał z siebie zgrzytliwy dźwięk, który musiał być śmiechem. Okrutnym i przedwiecznym śmiechem, w którym trudno było szukać rozbawienia. Złość i obietnica bólu mieszały się w nim, sprawiając, że wszystkich wokół ogarnął strach. A w każdym razie prawie wszystkich.
— Daruj sobie te sztuczki i wynoś się — warknął Alieaster, gdy Demon w końcu ucichł. — Zabieraj te swoje cienie i spadaj z powrotem do tej czarnej dziury, z której wypełzłeś. Nie potrzebujemy tu takich jak wy.
— A dlaczego niby tylko tobie wolno mieszać się w losy światów? — prychnął z niechęcią stwór, po czym, nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź, odwrócił się i spojrzał na pozostałych w dole fiorów. A raczej na cienie, bo nikt nie mógł mieć wątpliwości, że to właśnie one. Wpatrywały się w Demona z uwielbieniem, czego raczej nikt rozsądny z żyjących by nie zrobił. — Moi kochani poddani! Jeszcze dziś będziemy ucztować i sycić się popiołami tego świata jak wielu poprzednich! Cześć i chwała ci, Boże Mroku, Najwyższy ze wszystkich. Dziś kolejny świat padnie u twych stóp!
Vol miał wielką ochotę rzucić się na stwora, strącić go z dachu i obić do nieprzytomności, nawet jeśli sam miałby przy tym zginąć, co nie było w jego stylu. Jednak zanim to zrobił, ktoś inny zdążył go wyprzedzić. Nikt nie był w stanie zatrzymać diablika, który nagle wyrwał się do przodu, z rozpędu wpadł na Demona, spychając i jego, i siebie. Rozbrzmiały krzyki, zarówno zebranych na dachu, jak i cieni w dole. Thin przetoczył się po ziemi. Jakimś cudem zatrzymał się tuż przed zderzeniem z jednym z budynków, po czym szybko zerwał się na równe nogi. Demon nie miał aż takiego szczęścia i całkiem mocno uderzył w drzewo, a to zadrżało.
Cienie zasyczały i rzuciły się na diablika, ale ich pan wstał, po czym powstrzymał je machnięciem pazura. Szpona. Czymkolwiek kończyła się jego ręka. Wbił wściekłe spojrzenie w przeciwnika i zmierzył go wzrokiem. Biały diabeł naprzeciw czarnego Demona. Vol prędzej spodziewałby się zobaczyć takie istoty stojące ze sobą ramię w ramię, niż po przeciwnych stronach barykady, ale kiedy wparował do Złotej Puszczy, nauczył się, że powinien zdecydowanie zmienić nastawienie na takie sprawy, bo w tym kraju mogło zdarzyć się wszystko.
Kiedy mierzyli się spojrzeniami pełnymi nienawiści, Vol poczuł trącenie w ramię i ostrożnie zwrócił wzrok na stojącą u jego boku Igneę, za której plecami nadal kulił się cień, udający jej brata. A Vol w jakiś pokręcony sposób zrozumiał jej plan, zanim w ogóle go przedstawiła. Bo dlaczego miałaby prosić o pomoc właśnie jego, skoro w pobliżu siebie miała Władcę Pogody?
— Hej! — krzyknął, występując na kraniec dachu i zwracając tym samym uwagę na siebie. Uniósł dłoń, wokół której od razu zaczęły skakać iskierki, jakby wyczuły jego zamiary. Chociaż w sumie jego moc zawsze się zachowywała podobnie. — Chcecie popiołów tego świata? Jeden błędny ruch, a zniszczę go w całości! I was razem z nim!
Miał nadzieję, że na jego twarzy odmalowało się okrucieństwo i odwaga, które chciał ukazać, a nie przerażenie i niepewność, które czuł. Uczył się kiedyś ukrywać swoje emocje, by swoim zachowaniem nie zdradzić ani jednej ze swych myśli, ale w obliczu takiej sytuacji ciężko to było zrobić. Cienie jednak cofnęły się, wystraszone, co chyba oznaczało, że jego plan zadziałał. Tak samo, jak Shade, rozumiały, że pioruny i burza cieni wywołałaby wspólnie coś strasznego. Vol nie wiedział co dokładnie, bo cień nie miał czasu na długie wyjaśnienia, dał mu tylko jasno do zrozumienia, żeby nawet nie próbował użyć swojej magii.
Demon chmur warknął, ale i on wyglądał na nieco zdezorientowanego. Oderwał wzrok od rozwścieczonego diabła, który wyglądał, jakby zamierzał rozszarpać kogoś na strzępy. Władca cieni spojrzał na Vola. Najpierw wpatrywał się w energię wokół jego dłoni, a potem zjechał niżej, na twarz, na zaciśnięte gniewnie usta, na oczy, w których nie powinna się palić żadna iskra litości.
Na uszy, wyraźnie zawsze wskazujące, że jest tylko zwykłym człowiekiem, który pod żadnym pozorem nie powinien przebywać wśród fiorów, a już z całą pewnością nie w ich kochanym mieście, wewnątrz ich przewspaniałej puszczy. Ale jednak tu był i jednym ruchem swojej magii mógł wymazać całą planetę z mapy kosmosu, nawet się zbytnio przy tym nie wysilając. Nawet dla niego samego było to przerażające.
Spojrzał w oczy Demona i uśmiechnął się lekko, choć sytuacja w ogóle nie była mu do śmiechu.
— Zaryzykujesz?
— Moglibyśmy po prostu zacząć od negocjacji, zamiast od razu sobie nawzajem grozić? — odezwał się spokojnie Alieaster, gromiąc spojrzeniem wszystkich w pobliżu. Ucichli, a Vol powoli opuścił dłoń, gotów jednak w każdej chwili znów zacząć grozić błyskawicami, gdyby zaszła taka potrzeba. — Doskonale. Nie da się myśleć, kiedy tak na siebie warczycie. Opanujcie się wszyscy, nikt nie będzie niczego niszczył. Jeśli każdy z tutaj obecnych chce przeżyć, a w każdym razie wciąż istnieć, kiedy skończy się ten dzień, musimy współpracować.
— Grozisz nam? — warknął ze złością Demon chmur, sycząc w stronę fiora, ale ten nie okazał żadnej reakcji.
— Nie, nie grożę. To fakt. Myślisz, że zajmiecie ten świat? Ha, chyba sobie kpisz! Ktoś was tu ściągnął i was wykorzysta. A potem się was pozbędzie i tyle z waszego wspaniałego podboju. Za to, jeśli nam pomożecie, odeślemy was do waszego świata i pozwolimy trwać dalej.
— To właśnie się nazywa groźba, Alieaster. Ktoś mógłby pomyśleć, że po tylu latach już to wiesz, ale najwyraźniej wciąż jesteś tą samą tępą osobą co zawsze.
— Chciałabym móc zapytać, skąd się znacie, ale mamy ważniejsze sprawy na głowie — odezwała się Ignea, niemal równie lodowym tonem, co jej ojciec. Właściwie jej skrzywiona złością twarz wyglądała bardzo podobnie do twarzy Avetha. — Dobra, panie Demon czy jak tam chcesz, żeby cię nazywano. W sumie nie obchodzi mnie to, ale co tam. Mamy poważny problem, a kiedy mówię problem, mam na myśli tych głupich ludzi... bez obrazy — rzuciła szybko w stronę Vola, jakby zdała sobie sprawę, że może go tym urazić, ale chłopak tylko wzruszył ramionami. Przebywając wśród fiorów, sam zaczynał mieć dość innych ludzi. — W każdym razie są w pobliżu i przypuszczalnie zamierzają zaatakować miasto. Ba, przypuszczalnie. W sumie tutaj nie mają czego innego szukać, w każdą stronę rozciąga się tylko puszcza i nic więcej. Tak więc oczywiste jest, że zamierzają się na Miasto Kwiatów. Na nas. Ale na was też, przecież to oni chcieli otworzyć Przejście. I założę się, że doskonale wiedzą, jak się was pozbyć. Może liczą na to, że pozabijamy się nawzajem, a oni będą mieli łatwy łup. Ja w każdym razie bym tak zrobiła. Wolicie zginąć napuszeni jak pawie czy jednak żyć... istnieć, chociaż wciąż w swoim wymiarze?
Jej przemowa zrobiła jakieś wrażenie na zebranych w dole cieniach, bo te zaczęły szeptać między sobą, zerkając co jakiś czas niepewnie na dziewczynę. Vol zdał sobie sprawę, że wcale nie chodziło o to, co powiedziała, ale jak to powiedziała. Słowa mówiły „To może się stać”, ale ton wręcz krzyczał „To jest pewne! Wszyscy zginiemy!”. Vol nigdy nie nauczył się tak przemawiać, choć próbował. Umiał grać gestami, postawą, wyglądem, ale nie mową.
— Skąd będziemy mieć pewność, że nas nie oszukacie? — zapytał ze złością Demon, spoglądając wciąż w stronę Alieastera, jakby uważał, że to ten fior rządzi. Król nie odezwał się ani słowem, ale wyraźnie nie podobało mu się, że to doradca prowadzi tę rozmowę zamiast niego.
— Nie będziecie mieć — odpowiedział bez ogródek, a na jego twarzy rozciągnął się okrutny uśmiech, niemal równie potworny, co ten Demona. — Tak samo, jak i my. Oczywiście mógłbym przysiąc na mą krew albo duszę, że was nie zabijemy, ale ty i tak byś mi nie uwierzył. A ja nie uwierzyłbym tobie.
Podszedł do krawędzi dachu i zeskoczył, po czym wylądował miękko – zbyt miękko, jak na taką wysokość – na ziemi. Ruszył w stronę Demona, a cienie przebrane za fiorów rozstąpiły się przed nim, jakby był kimś wysoce niebezpiecznym i może tak właśnie w istocie było, skoro ośmielał układać się z potworem. Zatrzymał się przed nim i wyciągnął dłoń.
— Sojusz?
Demon skrzywił się nieznacznie, ale ku zdumieniu wszystkich, podniósł swój pazur i pozwolił Alieasterowi go uścisnąć, jakby zawierali umowę. Umowę z Szatanem, lecz nie było pewne, który z nich lepiej pasuje do tej roli. Może obaj byli swego rodzaju Szatanami.
— Sojusz.

~~*~~


Ethereal stał na szczycie muru i spoglądał w dal, a u jego boku stał cień, robiąc dokładnie to samo. Wyglądali jak dwie krople wody, identycznie i tylko pasma mroku rozchodzące się od jednego z nich, mówiły Ignei, który z nich jest naprawdę jej bratem, a który tylko jego odbiciem. Mieli pełnić straż na murze i powiadomić wszystkich, gdy któryś z nich dojrzy choćby kawałek zmierzającej ku nim armii — o ile można było ją tak w ogóle nazwać — ludzi. Wyglądało to tak, jakby Demon zamierzał zabić Shade'a, kiedy ten tylko dał znać o swojej obecności, ale w końcu stwór pozwolił cieniowi patrolować mur.
Ignea nie miała co robić. Jej zadaniem było roznieść wieści po mieście i przygotować fiorów na ewentualną walkę, ale wystarczyło to przekazać jednej osobie, żeby, z prędkością błyskawicy, dowiedzieli się o tym wszyscy. Rozsiadła się więc pośród gałęzi na dachu swojego domu i przyglądała dwójce „strażników”.
Cienie rozproszyły się po mieście, nie próbując już udawać fiorów. Starały się też nie straszyć mieszkańców, ale nie było to łatwe, bo większość mogła się śmiertelnie przerazić, kiedy ujrzała poruszający się cień, którego nikt ani nic nie rzucało. Przygotowywały się do walki, ale w jaki sposób — nie było wiadomo. Demon chmur za to krążył po niebie, nadzorując swych poddanych i zapewne też knując jakąś podłą intrygę, ale na to nikt nie mógł nic poradzić. Ignea postawiłaby wszystkie swoje wygrane w zakładach pieniądze — nie było ich za dużo — że jej ojciec również już snuł plany na wypadek zdrady.
Zniknął tuż po zawarciu tymczasowego sojuszu, zapewne po to, żeby nie musieć odpowiadać na tysiące pytań, które zadałaby mu każda osoba, będąca świadkiem jego rozmowy z władcą cieni. Ignea sama miała ich naprawdę wiele i zaczęła się zastanawiać, co takiego właściwie ukrywa ojciec. Skąd właściwie znał Demona chmur? Dlaczego rozmawiał z nim, jakby kiedyś byli przyjaciółmi? Ile właściwie lat miał jej ojciec? Musiała to być dość duża liczba. „Skoro tutaj żyjesz tak długo”... gdzie wcześniej mógłby żyć?
Gdyby jednak pozwoliła pozostać tym wszystkim pytaniom na wierzchu swoich myśli, nie mogłaby rozmyślać o niczym innym, tak więc zepchnęła to wszystko w głąb swego umysłu, obiecując sobie, że gdy ten cały chaos dobiegnie końca, wywlecze to z powrotem i zmusi ojca do wyjaśnień, choćby z uporem ich odmawiał.
Ariv usiadł obok niej i uśmiechnął się w ten swój irytujący sposób. Obdarzyła go najbardziej wściekłym ze swoich spojrzeń, ale przez lata chłopak zdążył już do tego przywyknąć, więc nie zrobiło to na nim większego wrażenia. Miał zebrać broń z całego miasta i zanieść ją wojownikom, ale najwyraźniej nie znalazł żadnej. Albo też olał swoje zadanie, co było bardziej prawdopodobne.
— Czego chcesz? — zapytała z niechęcią, wciąż podążając wzrokiem za bratem. Ariv spojrzał w tamtą stronę i skrzywił się, ale nie powiedział nic na ten temat.
— Cóż, wszystko wskazuje na to, że zbliża się wielka bitwa — powiedział, a Ignea powstrzymała chęć zaśmiania się z tych słów. Setka ludzi i ich maszyna, przeciw pięciuset dwudziestu dwóm fiorom. Im mogło się wydawać, że to wielka bitwa, ale w skali całego świata, ba, całego wszechświata, nie była niczym wielkim. Ignea przypomniała sobie obrazy z przeszłości, które pokazała jej Natura i wzdrygnęła się. Nie chciała więcej czegoś takiego oglądać.
— I co z tego? — rzuciła drwiącym tonem. To były jedyne słowa, na jakie było ją stać w tej chwili.
— Jesteś kobietą — wygłosił oczywistość i zmieszał się trochę. — E... a kobiety powinny się trzymać z dala od bitew. Więc...
— Chciałbyś, żebym uciekła z miasta — powiedziała słodkim tonem Ignea, a Ariv przytaknął, wyraźnie nie wyczuwając czającej się w jej tonie wrogości. Każde następne słowo niosło w sobie coraz większą nutę złości. — A więc ty, Ariventisie, który ledwo sobie radzisz ze zwykłym pistoletem w dłoni, uważasz, że to ja powinnam uciekać? Chłopak, który ledwo dostał się do straży. Który nie umie nawet dobrze pilnować bramy.
— Usiłujesz mnie obrazić — stwierdził Ariv, lekko się krzywiąc, jakby jej słowa naprawdę go dotknęły, ale nie chciał dać tego po sobie poznać. — Rozumiem. Ale to nie będzie taka walka, jak na tych waszych zajęciach, tylko prawdziwa bitwa, a ludzie z całą pewnością nie będą grać czysto.
— A skąd ty możesz wiedzieć, jak to jest? Sam nigdy nie brałeś udziału w żadnej takiej walce.
Obraz ogromnej bitwy pojawił się nieproszony przed jej oczami. Piasek pustyni, znikający pod kałużami wielobarwnej krwi każdego gatunku żyjącego na planecie, kolory mieszające się ze sobą, wyglądające niczym tęcza, piękne i śmiertelnie niebezpieczne. Brzdęk stali, gdy wszelkiego rodzaju istoty ścierały się ze sobą, walcząc o prawo do przeżycia. Śmierć, która pojawiała się wszędzie, gdziekolwiek by nie spojrzeć, szybka i brutalna. Ciała, które miały nigdy nie spocząć w grobach, nie zaznać spokoju, zbezczeszczone, zniszczone zarówno przez wrogie siły, jak i przez sojuszników. Nie liczyły się straty, tylko zwycięstwo. Ale jak z takich wydarzeń można było wyjść zwycięsko, skoro doprowadziło to do tak wielkiego bólu?
— Brałem udział — powiedział ponuro Ariv, a Ignea znów siedziała na dachu swojego domu, a potworny obraz rozmył się i zniknął, choć wciąż krążył po jej umyśle. Zamrugała, gdy uświadomiła sobie, co jej przyjaciel właśnie powiedział. Spojrzała na niego pytająco. — Tak, brałem udział w bitwie. Kilka lat temu, kiedy pojechałem do ojca w odwiedziny, kiedy zmarła matka.
— Nigdy... nigdy nie mówiłeś — odezwała się Ignea, nie mając pojęcia, co innego mogłaby powiedzieć. Zrobiło jej się głupio, ale Ariv nie wyglądał na urażonego. Spoglądał teraz w dal, jakby i on zobaczył jakiś straszny obraz pola bitwy. Możliwe, że tak właśnie było.
— Nie walczyłem wtedy. Prędzej zraniłbym siebie, niż jakiegoś wroga, więc ojciec nawet nie dał mi broni. Postawił mi tylko przy boku maga, który miał mnie pilnować, zostawił w jakiejś chacie przy drodze, a sam poszedł walczyć. Słyszałem krzyki, huki, wystrzały, brzdęk mieczy i to irytujące skwierczenie magii, kiedy się ze sobą ścierali. To nie była jakaś duża bitwa. A ja byłem mały, ciekawski i głupi, więc postanowiłem wyjść. Mag oczywiście pobiegł za mną, próbując mnie powstrzymać, ale nie zamierzałem go słuchać.
— Nie opowiadaj tego — rzekła Ignea, czując, jak cała krew odpływa jej z twarzy. Naprawdę nie zamierzała tego słuchać. Ariv znów się uśmiechnął, ale tym razem na jego twarzy nie było najmniejszego śladu wesołości.
— Zniszczyli całe miasto — powiedział tylko. — Setka walczących między sobą ludzi zniszczyła całe miasto. Ich chciwość obróciła wszystko w ruinę. Gdzieś tam, pod tymi wszystkimi gruzami, nadal leży skarb, o który tak walczyli. Ojciec go nigdy nie znalazł, chociaż strasznie się starał.
— A ty po tym wszystkim... i tak chciałeś dołączyć do wojska? — odważyła się zapytać Ignea. — Dlaczego?
— Sam nie wiem. Może jestem głupi — odparł, wzruszając ramionami i próbując to wszystko obrócić w żart, co niezbyt mu wyszło. — A może po prostu zdałem sobie sprawę, że wszędzie są osoby tak chciwe, jak mój ojciec i nie da się uniknąć walki z nimi. Ale zawsze można się przygotować. Ty możesz uniknąć tego widoku, więc to zrób. Przyniesie ból albo, co gorsza, polubisz go i będziesz chciała to znów zobaczyć. I znów, i znów. W każdym razie to nie skończy się dobrze.
Zapadła cisza, a Ignea pierwszy raz nie miała pojęcia, co powinna powiedzieć. Otworzyła usta, ale żadne słowa nie przychodziły jej do głowy. Ariv chyba to zrozumiał.
— A tak swoją drogą, nie wiesz, kto może mieć antenę? — zmienił temat, rozglądając się dookoła, jakby mógł wypatrzyć to, o co pytał. Ignea zamrugała ze zdziwieniem.
— Antenę — powtórzyła z niedowierzaniem, a chłopak całkiem poważnie pokiwał głową.
— To właśnie powiedziałem. Thin mnie prosił, żebym jakąś znalazł. Robi jakąś kolejną dziwaczną maszynę, która w jego odczuciu ma nam pomóc i chciał antenę. A że ty tutaj znasz wszystkich, to możesz wiedzieć, kto mógłby mieć takie dziwactwo w swoim domu.
— Nie znam wszystkich — zaprotestowała Ignea, ale zaczęła rozmyślać. — Toreu może mieć coś takiego jak antena. Lubi słuchać wieści ze świata, no i skądś ma telewizor, więc...
— A on mieszka...
— To twój sąsiad, ty pusta głowo! Mieszka zaraz obok ciebie, po lewej stronie, w tej starej brzozie.
— A jeśli chciałbym poszukać jakiejś naprawdę dużej metalowej blachy?
— To idź do Viveji, ona trzyma u siebie pełno złomu. Na końcu ulicy Tulipanów, te kilka wspaniałych olch, co się ze sobą splatają. Ma taki ogromny wspaniały dom...
— I ty nie znasz wszystkich? — zapytał z lekką drwiną Ariv, a Ignea pokazała mu język.
— To nie są wszyscy, tylko większość. To różnica. No idź już lepiej po te szpargały, bo ci jeszcze Thin potrąci z wypłaty i zwalisz wszystko na mnie.
Ariv zamrugał, zdumiony.
— Przecież on mi nie płaci!
— Nie dziwne! Gdyby dla mnie ktoś tak pracował, jak ty teraz, to też bym mu nie płaciła! Ale że masz okazję, by podejść Eartliego, a z niej nie korzystasz... Każdy normalny już by od niego coś wyłudził. Ty wiesz, ile on zarabia? Jest ode mnie starszy tylko kilka lat, a już ma tyle kasy, że spokojnie może cię przebić w rankingu najbogatszych małolatów w Viccie.
— Nie ma takiego rankingu. Poza tym, jak słusznie zauważyłaś, mam kasę. Po co miałbym jeszcze zabierać ją Thinowi?
— Żeby zaleźć diablikowi za skórę — powiedziała Ignea, krzywiąc się i naśladując złośliwy uśmiech kuzyna. Ariv parsknął. — No co ty, każdy chociaż raz chciał to zrobić!
Zaśmiali się, ale wtedy przerwało im syknięcie. Odwrócili się w stronę intruza, a ten okazał się jednym z cieni. Ariv opuścił dłoń na broń, którą zawsze nosił przy pasie, ale nic nie wskazywało na to, że istota zamierzała ich zaatakować. Raczej chciała im coś powiedzieć. Wydała z siebie serię syków i dziwnych trzasków, a kiedy stało się jasne, że ani Ignea, ani Ariv jej nie rozumieją, oderwała się od powierzchni i zaczęła przybierać formę fiora.
A dokładniej cień zamienił się w tego, kto stał tuż przed nim. Ignea spojrzała najpierw na swojego przyjaciela, który wciąż stał u jej boku, a potem na jego podobiznę i parsknęła cichym śmiechem. Obaj obdarzyli ją lodowymi spojrzeniami, po czym ten podrabiany odezwał się:
— Pan chce się widzieć z wyklętymi — wysyczał z niechęcią, kierując wzrok na Igneę. Dziewczyna skrzyżowała ręce i spojrzała na niego ze złością.
— Twój pan może sobie chcieć — prychnęła. — Ale nie jest naszym panem, więc jak chce się z kimś zobaczyć, to niech się pofatyguje i sam do niego pójdzie, bo żadne z nas nie zamierza słuchać jego wydumanych zachcianek.
Cień warknął na nią, a ona odpowiedziała mu tym samym, pokazując zęby, jakby to były kły. I możliwe, że przez chwilę właśnie nimi były, bo poczuła jakąś zmianę. Stwór wrócił do swojej postaci i oddalił się, wciąż sycząc wściekle i dopiero kiedy całkowicie zniknął z ich pola widzenia, Ignea zasłoniła sobie usta dłonią.
— Mam normalne zęby? — zapytała Ariva, opuszczając na chwilę rękę i szczerząc się. Chłopak zamrugał i pokiwał głową.
— Tak, całkowicie normalne. Martwiłbym się raczej oczami — dodał, a Ignea spojrzała na niego ze strachem. — Rozbłysły taką czerwienią, jakbyś zamierzała to coś spopielić spojrzeniem. Nie, teraz są już tak irytująco błękitne, jak zawsze, ale...
— Świetnie, teraz udzieliło się mnie — prychnęła, kopiąc w powietrze, jakby to miało poprawić jej humor. — Jak się zmienię w wielkiego jaszczura, tak jak Et, to przywal mi w łeb. Zmiennokształtność! Tak jakbym nie mogła odziedziczyć jakiejś fajnej magii wody czy coś! Albo w ogóle nie dziedziczyć żadnej magii, tak by było najlepiej!
— Nie narzekaj tak, wiesz, ile osób by zabiło, żeby móc zmienić swój wygląd? Znaczy się, ja oczywiście swojego bym nie zmieniał, bo i tak jestem idealny w każdym calu — rzucił, a Ignea uderzyła go w ramię, gdy tylko wypowiedział te słowa. — W każdym razie pozostaje faktem, że zmiennokształtność jest najbardziej pożądanym rodzajem magii dla wielu magów.
— Nie chcę być magiem! Ja nawet nie lubię magii, zapomniałeś?
— Mam wrażenie, że sama też już o tym zapomniałaś — powiedział Ariv, uśmiechając się nieznacznie, po czym zsunął się z dachu, nie dając jej możliwości na udzielenie jakiejkolwiek odpowiedzi.
Ignea jeszcze raz spojrzała na patrolującego mur brata i jego cień, a myśli mknęły w jej głowie jedna za drugą, a potem trzecia, czwarta, aż w końcu zebrało się ich tysiące. Dziewczyna przeciągnęła się i zeskoczyła na ulicę, po czym ruszyła na poszukiwania osoby, którą chyba chcieli dzisiaj znaleźć wszyscy. Bo w końcu, gdziekolwiek ojciec by się nie schował, to właśnie ona miała największą szansę go znaleźć.
Fiorzy wciąż pozostawali w domach, w każdym razie większość z nich. Niektórzy wałęsali się po mieście, szykując się do bitwy, co znaczyło tyle, że wymieniali się bronią i pytali o wieści. Ignea dotąd nie przypuszczała, że znajdzie się ktoś, kto będzie miał takie rzeczy w obrębie Miasta Kwiatów, ale najwyraźniej nie znała niektórych aż tak dobrze, jak przypuszczała. Metalowe ludzkie dziwactwa, wyglądające tak, że bardzo łatwo było się domyślić, do czego służą. Cóż, z całą pewnością nie do zabawy. Ona sama całkiem niedawno trzymała jakiś pistolet w dłoni i wiedziała, że nigdy więcej nie weźmie czegoś takiego do ręki. Na pewno nie bez bardzo dobrego powodu.
Poczuła, że jakiś cień podąża za nią, ale nie odwróciła się w jego stronę, choć kątem oka widziała, jak przemyka po ścianach. Domyślała się, że był to ten sam, który wcześniej zamienił się w Ariva. Musiał szukać jej ojca. Dlaczego cienie uważały go za wyklętego  upadłego, tego nie wiedziała i chciała się dowiedzieć, ale wiedziała za to, że gdyby o to zwyczajnie zapytała, tata uchyliłby się od odpowiedzi, co dopracował do perfekcji. Robił tak zawsze.
Zatrzymała się i rozejrzała dookoła, zastanawiając się, gdzie mógłby pójść w takiej sytuacji. Ona sama zawsze wybierała się do lasu, gdy miała gorszy dzień, ale jej ojciec nie lubił tego zwyczaju. Zwykle chował się w budynku Rady, gdzie sprawdzał jakieś papiery. Tylko czy zrobiłby to, gdyby nie chciał, by ktokolwiek zadawał mu pytania? Wzruszyła ramionami nad swoimi myślami. Zawsze może sprawdzić, przecież i tak nie miała nic lepszego do roboty.
Tym razem nie było żadnych strażników przy drzwiach ani na korytarzach. Ba, cała budowla wydawała się całkowicie opuszczona, a Ignea podejrzewała, że wszyscy przenieśli się do bazy wojskowej. Albo do ośrodka dla Obrońców. Jedno z dwóch, ale nie bardzo ją to teraz interesowało.
Przystanęła na korytarzu i znów przyjrzała się portretom. Dlaczego zawsze, kiedy ktoś zasiadał na tronie, musiał być taki młody? A może to po prostu malarze tak ich odmładzali, bo jacyś starcy na tronie nie wyglądaliby tak dobrze? Ignea przekrzywiła głowę i wpatrzyła się w portret swojego przodka. On był jakiś inny niż wszystkie i to wcale nie ze względu na swoją starość. Był równie dobrze zachowany co reszta obrazów. Co więc było w nim innego?
— Nie powinno tutaj nikogo być — odezwał się ktoś za jej plecami. Ojciec stanął u jej boku i również spojrzał na obraz. Skrzywił się nieznacznie. — Trudno być normalnym mając taką przeszłość, prawda?
— Chowasz się — stwierdziła chłodno Ignea, nie patrząc na niego. Skupiła się na błękitnych oczach, które malarz oddał tak realistycznie. Jakby pradawny władca naprawdę odwzajemniał jej spojrzenie. Ale mimo to wciąż coś było nie tak.
— Moim problemem jest to, że nie mogę kłamać — rzekł, jakby to była odpowiedź na wszystko. Ignea zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc tego toku rozumowania. Nawet ona nie wymawiała się genami tak często. — Na niektóre pytania po prostu nie powinno być odpowiedzi. Ich brak jest po prostu lepszy dla wszystkich.
— Czyli zwyczajnie się boisz. Świat się raczej nie zawali, kiedy po prostu się komuś zwierzysz.
— Raz już się zawalił. — Słowa były tak ciche, że Ignea ledwo je usłyszała. Odwróciła się wreszcie do ojca i zobaczyła tak potworny smutek na jego twarzy, że szybko spojrzała znów na obraz.
— Słuchaj, tato — powiedziała Ignea, niepewna, jak właściwie powinna przerwać niezręczną ciszę, która zapadła. Jeśli zacznie pocieszać ojca, ten po prostu ucieknie i schowa się tak, że drugi raz go nie znajdzie. Jeśli zacznie zadawać pytania albo wróci do przeszłości, to też już po rozmowie. — Ej no, to wina twoich głupich genów, więc masz mnie uczyć! — rzuciła ze złością, zaskakując nawet samą siebie.
— Co?!
— Mogę też zmienić się w jakiegoś jaszczura i się na ciebie rzucić — dodała, wzruszając ramionami. — Etowi się udało, a ze starszych powinno się brać przykład.
— Naprawdę, wykończycie mnie kiedyś... To nie jest coś, czego można się nauczyć w kilka godzin — powiedział, kręcąc głową z niedowierzaniem. Spojrzał na nią uważnie. — Poza tym byłem absolutnie przekonany, że nie lubisz magii. Ktoś, kto jej nie lubi, raczej nie powinien się jej uczyć. Jak się czegoś nie lubi, to się tego nie robi. Takie jest założenie nielubienia.
— Chyba że się nie ma wyboru. To co, panie Alieaster — rzuciła oficjalnym tonem, prostując się i robiąc nadąsaną minę, jaką często widywało się na twarzach bogaczy — zgadza się pan na tę umowę, jak rozumiem?
— Czasem naprawdę zastanawiam się, czy Koel mi was nie podrzucił — westchnął ojciec, potrząsając głową. — Zachowujecie się, jakbyście mieli w sobie diablą krew. Zgoda, postaram się skrócić dziesięć lat szkolenia w godzinę, ale nie obiecuję, że będzie łatwo. Więc bez narzekania!

~~*~~


Ethereal siedział na brzegu muru, wpatrując się w Złotą Puszczę, jakby spodziewał się, że zaraz zamieni się w popiół. W sumie mógł mieć rację, skoro ku Miastu Kwiatów zmierzali ludzie z jakimiś swoimi maszynami. Shade gdzieś zniknął, ale Ignea domyślała się, że niedługo znów się pojawi. W końcu był cieniem jej brata i zachowywał się niemal identycznie jak on, co bywało naprawdę niepokojące. Potwornie trudno było ich od siebie odróżnić.
— Ekari już próbował mnie tego uczyć — powiedział Ethereal sceptycznie, nie odwracając się do nich. — I nie wyszło to najlepiej. Tak więc nie jestem pewien, czy powinienem próbować kolejny raz.
— Ekari powinien pilnować własnego nosa — warknął ojciec, rozglądając się, jakby zamierzał namierzyć spojrzeniem Władcę Pogody i go zabić, kiedy tylko go ujrzy. — Każda magia się od siebie różni. Mag zajmujący się niebem raczej nie pomoże, kiedy chcesz się uczyć magii zmiany. Magia żywiołów jest w ogóle po innej stronie i niewiele jej wspólnego ze zmiennokształtnością.
— Zaczynamy od wykładu — stwierdziła Ignea, siadając obok swojego brata i odwracając się do taty, stojącego wciąż na murze i przyglądającego się miastu, jakby miał widzieć je po raz ostatni. Nie spodobało jej się to spojrzenie, ale Aveth szybko się odwrócił i dołączył do nich.
— Najpierw trzeba zrozumieć różnicę — powiedział, tonem znawcy i zapewne owym znawcą był, bo Ignea żadnego innego zmiennokształtnego właściwie nie znała. — Zwykła magia tworzy się w sercu i wraz z krwią rozchodzi się po całym ciele. Krąży w nim cały czas. Trochę to bardziej skomplikowane, ale w uproszczeniu można powiedzieć, że tak właśnie jest. To serce tworzy magię, ale głównie mózg nią operuje. W naszym akurat przypadku jest inaczej. Tylko i wyłącznie umysł tworzy i wykorzystuje magię zmiennokształtności, nie więcej. Dzięki temu możemy całkowicie zmieniać każdą część siebie, z wyjątkiem umysłu.
— Trochę dziwnie to brzmi — powiedział Ethereal z wahaniem. — Znaczy się, nie powinno być raczej na odwrót? Że możesz się zmieniać dlatego, że magia jest w całym tobie, a nie jednym miejscu?
— Takie właśnie jest rozumowanie tych zwykłych magów — stwierdził ojciec i parsknął. — Ale ono jest jak najbardziej błędne. Kiedy magia stapia się z krwią, z ciałem, bardzo trudno zmienić kształt tegoż ciała, ponieważ magia wciąż będzie chciała je naprawiać, przywracając mu kształt, jaki znała i jaki uznała za właściwy, bo taki był na początku. Dlatego zwykłych czarodziejów zmęczy zmiana choćby koloru włosów, a co dopiero przemiana w jakieś zwierzę. Ty za to, kiedy chcesz się zmienić, rozsyłasz swoją magię po całym ciele, a ono pod jej wpływem się zmienia, ale ta magia tam nie zostaje. Zrobiła, co miała i wróciła do mózgu. Dlatego możesz przebywać w danej formie nawet przez wieczność i nie zmarnujesz ani grama energii. Ona jest wykorzystywana tylko w trakcie przemiany.
— Ale przecież Ethereal się zmęczył po przemianie w wilka — zaprotestowała Ignea, krzyżując ręce. Niewiele z tego rozumiała, ale starała się słuchać i oceniać, jak to zawsze robiła.
— Tak jest zawsze na początku — ojciec wzruszył ramionami. — Z nawyku. Kiedy nie jesteś przyzwyczajony do takiej zamiany, jakaś część ciebie cały czas chce wrócić do pierwotnej postaci i traci magię na to, by tak się stało. Za to druga część ciebie, ta, która się zmieniła, opiera się temu i stąd jest zmęczenie. Im częściej się zmieniasz, tym bardziej staje się to dla ciebie naturalne. Najłatwiej zawsze idzie zmiana w zwierzęta. Sami, jako fiorzy, jesteśmy zwierzętami. Najczęściej zmieniamy się w te, które znamy, albo z którymi się utożsamiamy. Stąd zapewne smok i wilk. Drapieżniki.
— A dlaczego czasem ubranie zostaje, a czasem nie? — zaciekawiła się Ignea, rzucając szybkie spojrzenie bratu i dając mu w ten sposób znać, że jeszcze nie zapomniała o swoim zniszczonym płaszczu. Ethereal skrzywił się.
— To po prostu kwestia skupienia. Jeśli się odpowiednio skoncentrujesz, jesteś w stanie przemienić każdą rzecz, której dotkniesz. Z ubraniami idzie najłatwiej, stają się wtedy częścią ciebie, a kiedy odwracasz proces, wracają. Trudniej jest z innymi rzeczami. Mógłbym wziąć do ręki kamień — rzekł, biorąc jakiś mały kamyczek z muru i podnosząc go na wysokość oczu — żeby zamienić go w coś o wiele ładniejszego. Czy ja wiem? Może diament? O tak — dokończył i ścisnął mocniej znalezisko, a to zalśniło delikatnie. W jednej chwili maleńki kamyk urósł i zmienił się w brylant. Ignea wytrzeszczyła oczy.
— Ale to wymaga lat praktyki — dodał ojciec, widząc zdumienie na twarzach własnych dzieci i schował oszlifowany klejnot do kieszeni. — Najłatwiej jest zmieniać to, co się zna. W coś innego, co również się zna. Co prowadzi do tego, że najlepiej jest znać jak najwięcej rzeczy. Dlatego też w opowieściach o zmiennokształtnych oni wszyscy dużo podróżują.
— Można zmienić się w kogoś innego? — zapytał Ethereal, po czym podrapał się po głowie. — W sensie, że mógłbym na przykład być, no nie wiem, może takim Thinem, albo coś w tym stylu?
— Jest to możliwe, ale nie całkowicie. Możesz przejąć czyjś wygląd, głos, postawę, część wspomnień, ba, nawet magię, ale nie jesteś w stanie zmienić swojego umysłu, więc właściwie nigdy nie będziesz tą osobą. A nawet jeśli komuś by się udało przemienić umysł, to nie byłby w stanie wrócić do swojego. Więc nawet nie myślcie o tym, żeby próbować! Zabraniam wam, rozumiemy się?!
— Nie jesteśmy idiotami — prychnęła Ignea. — Sami byśmy wpadli na to, że nie powinno się majstrować przy mózgu. Ba, to chyba nawet oczywiste dla każdego!
— Pomimo takich różnic to magia jak każda inna — zakończył swój wykład ojciec, jakby to było zupełne normalne tak rozmawiać o magicznych rzeczach. A nie było, z całą pewnością nie dla niego. — Jak nie będziesz się pilnować, to zabije. Jak nie będziesz jej wykorzystywać, to będzie się kumulować. Jak będziesz używać jej często, to się nie odzwyczaisz.
— A można się tak leczyć? — odezwał się Ethereal dziwnym głosem, a Ignea mogłaby przysiąc, że siedzący obok niej tata cały zesztywniał. Jej brat ciągnął dalej pytanie: — Mówiłeś, że zwykła magia ciągle zmusza ciało, żeby powracało do pierwotnego stanu. Można się leczyć dzięki zmiennokształtności, zmuszając się do tego? Na przykład zmienić w taki sposób złamaną kość na zdrową i podobne takie rzeczy?
— W ten sposób możesz być nawet nieśmiertelny, dopóki nikt nie odrąbie ci głowy — padła cicha odpowiedź. Zbyt cicha.
Ignea i Ethereal odwrócili się gwałtownie, ale ich ojciec już się podniósł i skoczył z muru. Tak po prostu skoczył, jakby to był jakiś niski murek, a nie wysoki mur obronny. Oboje dopadli do brzegu, żeby zobaczyć niewielkiego białego ptaka, lecącego ku budynkowi Rady. Spojrzeli po sobie, nie mając wątpliwości, że ich rodzic zwyczajnie użył tej samej magii, którą przed chwilą im objaśniał i po prostu uciekł.
— Nieśmiertelny — powtórzył Ethereal, jakby to była jakaś zagadka. Cofnął się na środek muru, skąd nie mógł spaść. Ignea wciąż stała na jego brzegu. — Ile właściwie ON ma lat?
— To dobre pytanie, ale zachowałbym je na kiedy indziej — prychnął Shade, który nagle zmaterializował się przy nich niczym... cóż, niczym cień. Ignea wzdrygnęła się, zdziwiona jego niespodziewanym przybyciem.
— Musisz się tak pojawiać? — warknęła, odwracając się do niego i piorunując go wzrokiem, ale on tylko wzruszył ramionami. Znowu zachowywał się jak Ethereal. Ignea zacisnęła pięści. Nie chciała, żeby ktoś zachowywał się jak jej brat.
— Myślę, że przyniesione wieści są warte twojej złości — powiedział spokojnie, co tylko jeszcze bardziej ją rozwścieczyło, ale nie dał jej dojść do słowa. — Udało mi się do nich przedrzeć i usłyszeć ich plany. No i ich zobaczyć. — Skrzywił się na te słowa. — Wyglądają paskudnie, prawie nie jak ludzie. Bardziej jak maszyny. No i mają ze sobą też takie zwykłe maszyny, jeszcze gorsze od tych, które robi ten wasz kuzyn. Jedna osłabia magię, dlatego też nie mogłem wyrżnąć ich wszystkich w pień, kiedy się tam dostałem. Zresztą oni chyba i tak nie są zbyt żywi.
— Kto to mówi.
— Tak, ja też nie żyję, ale istnieję, dlatego jestem ekspertem w tych sprawach — rzekł nieco zirytowanym tonem Shade. — To bardzo miło, że zechciałaś mi o tym przypomnieć. Takich, tylko istniejących, ale nieżyjących naprawdę osób, trudniej jest się pozbyć. Nie czują bólu, a nawet jeśli, to z całą pewnością nie tak mocno, jak żywi. Dźgniesz takiego w pierś, to upadnie na chwilę, a potem się podniesie i skręci ci kark. — Potarł się po szyi, jakby doskonale rozumiał, co takie skręcenie oznacza. Ethereal skrzywił się. — W każdym razie ludzie liczą, że wdaliście się w walkę z cieniami, bo takie było ich założenie. I że gdy dotrą do Miasta Kwiatów, będą mieli łatwą robotę. Chcą zrobić sobie z tego miejsca bazę, ale są gotowi wszystko podpalić, jak im nie wyjdzie.
— Po co nam to wszystko mówisz? — zapytała z niechęcią Ignea, przerywając ten wywód, a wzrok Shade'a powędrował do niej. Uniósł brwi. — Przecież już wiadomo, że nam się nie uda. Jesteś tym głupim cieniem historii i znasz przyszłość. No w każdym razie przyszłość mojego brata. Poza tym dziadek powiedział, że zostawią za sobą ruiny, a to on jest tym, od przewidywania przyszłości. To chyba wiadomo, o co chodzi. Polegniemy.
— Przecież to może chodzić o coś zupełnie innego — odezwał się Ethereal. — Już zostawiają za sobą ruiny Złotej Puszczy.
— Ruiny to zniszczone budynki, a nie zniszczone lasy!
— Nasze miasto to część lasu. Mieszkamy wewnątrz drzew, jakbyś nie zauważyła. Czego mają zostawić ruiny, durnego ratusza czy tam budynku Rady? Zresztą co ja gadam, to jest jedno i to samo.
— Te, cień! Ty wiesz, co się stanie — warknęła Ignea, spoglądając na Shade'a, który cofnął się, jakby dziewczyna mogła go zabić wzrokiem. — Gadaj.
— Nie mogę! — pisnął nadzwyczaj wysokim głosem, znów robiąc krok do tyłu. Odchrząknął i ciągnął już normalnie: — Słuchaj, gdybym ci wyłożył, co się stanie, jak na tacy, to stałoby się coś zupełnie innego, więc to nie zadziała. Kontinuum czasoprzestrzenne by się zagięło, a wy zginęlibyście mniej więcej w chwili, kiedy ten cień was zaatakował. Albo w ogóle byście się nie urodzili. To czas, on jest dość poplątany, więc nie mogę być pewien, co dokładnie by się stało.
— Mówisz o zaginaniu czasu, ale sam jednak tutaj jesteś.
— Bo ja musiałem się tutaj pojawić. Tego wymagała linia czasowa. Ale muszę się pilnować, żeby niczego nie zniszczyć. Na przykład nie mogę się rozgadywać o przyszłych wydarzeniach. Co nie zmienia faktu, że mamy poważne tarapaty.
— Jakbyśmy tego nie wiedzieli. — Ignea przewróciła oczami. — Dobra, leć do tego swojego Demona burz i mu powiedz, że ludzie się zbliżają. Jemu chyba takie informacje się przydadzą.
— Lepiej znajdę jakiegoś waszego generała, czy kogo wy tam macie — poprawił ją Shade, ale zanim dziewczyna zdążyła coś odpowiedzieć, po prostu się rozpłynął. Kolejny uciekł. Skoro oni wszyscy się tak bali, może sama też powinna panikować.
Ignea zrobiła naburmuszoną minę. Usiadła, krzyżując nogi i piorunując wzrokiem niebo, jakby to wszystko było jego winą. Ethereal spojrzał na nią niepewnie, jakby chciał ją jakoś pouczyć w kwestii zachowania, ale dał sobie z tym spokój. Usiadł obok niej i znów wpatrzył się w puszczę w dole, która wciąż uparcie milczała. Natura, taka potężna i wszechobecna nagle sobie umilkła i nie zamierzała wyrzec ani słowa. To było nie do uwierzenia. I nie do zniesienia.
— Za dużo to się nie nauczyliśmy — zauważyła Ignea, byle tylko przerwać irytującą ciszę, która zapadła. — Sama teoria, żadnych konkretów. A ja jednak wolałabym wiedzieć, co robić, jak mi się nagle zęby zmienią w kły. Nie chciałabym przez resztę życia pilnować się, żeby się nie uśmiechać, tak jak Thin ma w zwyczaju.
Ethereal parsknął, słysząc te słowa.
— Mam wrażenie, że raczej byś się wtedy uśmiechała przy każdej okazji, żeby wszystkich straszyć — powiedział, a ona nie mogła się nie zgodzić i wyszczerzyła się, na znak, że brat ma rację. Ten zaśmiał się cicho, ale szybko przestał. — Wiesz, nie sądziłem, że kiedykolwiek użyję tych słów, ale jak chcesz, to mogę cię trochę pouczyć tej całej magii. Chociaż sam się na niej nie zbyt dobrze znam, ale... coś tam się zdążyłem nauczyć. Nie za dużo, ale jednak.
— Oj, tata nie będzie zadowolony — zauważyła Ignea, znów błyskając swoimi zębami i przysuwając się do brata. — Dajesz. Co wiesz?

~~*~~
~*~~

Na rynku stała ogromna maszyna, której przeznaczenie znał tylko i wyłącznie Thin. Próbował wyjaśnić jej działanie Arivowi, kiedy ten przynosił mu materiały, ale wtedy chłopak tylko robił dziwną minę, mówiącą „nic nie rozumiem”, po czym  uciekał, żeby przynieść inne potrzebne rzeczy. Tak więc diablik przestał w końcu tłumaczyć i skupił się na tworzeniu. Dopiero w połowie pracy zorientował się, że z użyczonego przez Elhay'a warsztatu sygnał nie będzie dochodził, więc musiał przytaszczyć swój „złom” na dziedziniec, gdzie każdy mógł go zobaczyć i ominąć wzrokiem.
— I gotowe — zawołał, podłączając ostatnie kable. Zeskoczył na ziemię. Nie spodziewał się, że maszyna wyjdzie taka wielka oraz dziwna, ale liczyło się jej działanie, a nie wygląd. — Przed państwem cud techniki, a także magii, połączone w jedno!
— Więc co to niby jest? — zapytał Vol, przyglądając się z uniesionymi brwiami wystawionemu dziełu. — To na górze wygląda trochę jak antena, a to na dole jak komputer, ale... nigdy jeszcze czegoś tak dziwnego nie widziałem.
Mina Ariva mówiła, że rozumie jeszcze mniej od człowieka, więc nie odezwał się. Thin pacnął się dłonią w czoło.
— To przekaźnik! Przecież to oczywiste! Patrz! — Wskazał na ekran komputera, który przytwierdził do boku maszyny, a potem przeniósł palce na klawiaturę — Tutaj wpiszę polecenie, które wyświetli się na tym płaskim teraz czarnym czymś, a to prześle sygnał dalej...
— Naprawdę zdaję sobie sprawę z tego, jak działa komputer. Nie mam za to bladego pojęcia, jak to ma zadziałać jako całość. I po co właściwie jestem ci potrzebny.
— Łap! — Thin podniósł mikrofon i rzucił go w stronę Vola, a ten złapał niezdarnie urządzenie. Na jego twarzy odmalowała się jeszcze większa konsternacja. — Pewnie wiesz, jak to działa, to wielka filozofia nie jest. Ja włamię się i wyślę sygnał, a ty wtedy wydasz rozkazy. Proste? Proste! A zanim ludzie się zorientują, że ich nabraliśmy, zyskamy trochę cennego czasu.
— Dlaczego niby ja? — zapytał Vol, stukając w główkę mikrofonu, a potem pociągnął lekko za kabel, do którego przedmiot był przyczepiony, jakby chciał się upewnić, że dobrze się trzyma.
— Bo tylko ty z nas wszystkich znałeś jakoś tego całego Deyla czy jak mu tam było. I możesz go naśladować — powiedział Thin mądrym tonem, po czym uśmiechnął się diabelsko. — Poza tym czarujesz prądem. Jak napędzisz nim maszynę, nie będę musiał marnować czasu na szukanie długiego kabla i targanie go przez całe miasto, żeby podłączyć go do tej marnej elektrowni, którą mamy. Prawdopodobnie bym ją wtedy rozsadził albo coś takiego. W każdym razie jej pracownicy mi nie ufają i się nie zgodzili.
— Przecież to nie przejdzie! — wykrzyknął Vol. — Zbudowałeś coś takiego, ale nawet nie wiesz, czy zadziała. A nawet jeśli, jak niby chcesz się przebić przez te wszystkie zabezpieczenia i przekazać im wiadomość? Nie wspominając już, że nie masz bladego pojęcia, jaki posiadają sprzęt, na jakiej nadają częstotliwości...
— Wiem to wszystko — zaprzeczył jego słowom diablik, a chłopak ucichł, wyraźnie zdumiony. Znowu. — A nawet więcej. Sam się ze mną podzieliłeś tą wiedzą, kiedy przyniosłeś te wszystkie dokumenty. Ludzie sami w tym trochę pomogli, rozstawiając te swoje głupiutkie maszyny. Wykorzystałem te części, a reszcie nadałem ich aurę, za pomocą diablej magii. Wiesz, ona nie może się równać z magią innych istot pod względem siły, ale najtrudniej ze wszystkich ją wykryć. Połączenie diabelskiej magii i techniki... to cud! A, właśnie, bo jeszcze bym zapomniał — dodał, sięgając do wewnętrznej kieszeni laboratoryjnego płaszcza, który doskonale nadawał się do ciężkiej pracy. Wyjął pomiętą kartkę i podał ją Volowi. — To są informacje, które powinieneś podać. Opisane są sucho, ale możesz je ubarwić tak, żeby brzmiały, jakby dawał je ten cały dowódca, który tu był. Wiesz, muszą uwierzyć, że ty to on. Głosem się nie przejmuj, dałem pseudozakłócenia, które to zamaskują. Czekaj, jest w ogóle takie słowo, jak „pseudozakłócenia”? Co ja gadam, to nieważne. Ważne, żeby słowa były takie, jakich używał ten cały dowódca.
— Zrozumiałem to już za pierwszym razem. Chociaż głos też umiem naśladować — odchrząknął i zaczął mówić basowym dźwięcznym tonem: — Co się tak wleczesz z robotą? Nie płacę ci za robienie bzdurnych wykresów! Zabieraj się do pracy albo utnę ci z wypłaty i wtedy będziesz sobie robił idiotyczne tabelki, żeby policzyć, jak przeżyć za jedną monetę dziennie!
— Jedną monetę? — odezwał się Ariv. — Tylko jedną monetę? Przecież za coś takiego nie da się przeżyć. Nawet chleb kosztuje pięć. Nie mówiąc o wodzie!
— Dlaczego mnie nie dziwi, że ludzie muszą płacić za czystą wodę? — prychnął Thin, odwracając się do komputera i wystukując na klawiaturze komendy. — Hej, przydałoby mi się trochę prądu jednak, bo zasilanie zaraz padnie — rzucił przez ramię, widząc migający ekran.
Vol wymamrotał pod nosem coś niezbyt miłego, ale maszyna nagle odżyła, co znaczyło tyle, że użył swojej magii. Thin wzruszył ramionami, po czym wrócił do wpisywania niezrozumiałych poleceń. Niezrozumiałych dla każdego poza nim. Mógłby spróbować komuś to wytłumaczyć, kiedyś nawet się tego podjął, ale każdy tylko kiwał mu grzecznie głową i wracał do swojego uroczego nierozumienia niczego złożonego. Tak więc w końcu diablik z tym skończył. Żył sobie sam w swoim świecie.
— Dobra, mamy tylko jakieś czterdzieści sekund, więc nawijaj w miarę szybko — rzucił do Vola i uniósł dłoń. — Za cztery, trzy, dwa... dajesz.
— Czy to cholerstwo w ogóle działa?! — zapytał ze złością chłopak, a Thin zrobił przerażoną minę. Już miał przerwać, kiedy ten zaczął gadać dalej. Diablik zrozumiał, że Vol wczuł się w rolę i nie wiedział, czy to dobrze, czy jednak źle. — Słuchać mnie tam, kretyni, mamy taką drobną zmianę planów. Której by nie było, jakbyście się, debile jedne, ze mną skonsultowali! Plan trzy dwa siedem nie wypalił. Któryś z tych kretyńskich szpiegów, których załatwiliście, sypnął. Nie damy rady przedrzeć się przez zabezpieczenia, wzmocnili je. Szlag by ich. Trzeba zastosować pięć delta trzy. Chyba podpunkt alfa, ale za Chiny nie spamiętam tych idiotycznych numerków. Jak znam życie, toście przerąbali całą moc na niszczenie wszystkiego, coście spotkali. Bo tygrysy są taaakie straszne! Zbierzcie ją znowu do maksimum i mam gdzieś, jak to zrobicie! Się powstrzymać od działań macie, niedojdy! Ja tam do was jutro przyjdę i was sprawdzę. Skretyniałe do reszty dziady... Te i żeby do łbów wam coby durnego znowu nie wpadło. Macie. Czekać. Na. Mnie. Zrozumiano?! Dobra, jak się to gówno wyłącza? — zakończył, machając ręką do Thina, na znak, że powinien już zakończyć połączenie. Diablik szybko zaczął wstukiwać w klawiaturę kod. — Głupie przyciski. Pies by to trącał, to chyba nie ten. Nie. Nie. Radio?! Co do cholery?
— Przerwałem! — wykrzyknął Thin, machając rękami, żeby Vol skończył już tę okropną przemowę. Miał wrażenie, jakby uszy mu krwawiły od tych wyrazów. Chłopak skrzywił się i oddał mikrofon.
— Teraz będę sobie musiał wyparzyć język — stwierdził z niesmakiem. — Rany, dobrze, że mojej matki tu nie ma i nie musiała tego słyszeć. Okropieństwo. Serio muszę sobie wyczyścić po czymś takim usta.
— Ludzie naprawdę tak mówią?
— Niektórzy niestety tak — potwierdził Ariv. — Ale na szczęście tylko niektórzy. Chociaż mój ojciec zalicza się do takich osób. Nie powiem, że mnie cieszy posiadanie genów takiej osoby.
— Ale wygląd cię cieszy — prychnął Vol.
— Wygląd mam po matce! Po ojcu nigdy bym nie miał takiej twarzy. Mógł sobie być jakimś durnym wielkim naukowcem, ale za ładny nie był. No i te oczy. Człowiek nie może mieć fioletowych oczu, na pewno nie tak hipnotyzujących.
— Ale może mieć aż tak wielkie ego — odezwał się cicho Thin, tak że żadna z towarzyszących mu osób nie mogła go usłyszeć. Uśmiechnął się sam do siebie i odwrócił do nich. — To mamy trochę spokoju, zanim zorientują się, że to była podpucha. O ile w ogóle się zorientują. To było bardzo przekonujące. A w każdym razie takie mam wrażenie. No wiecie, kiedy...
Skrzywili się, kiedy maszyna za jego plecami zaczęła skrzeczeć przeraźliwie, jeszcze gorzej niż torturowane zwierzę. Fiorzy w okolicy powychylali się przez okna i powypadali na ulicę, przestraszeni, że to może alarm. A potem zobaczyli Thina oraz jego stertę żelastwa, zrozumieli i wrócili do martwienia się o lepsze jutro.
— To miło, że zechcieliście pomóc! — krzyknął za nimi ze złością Ariv, ale nikt nie zwrócił na niego większej uwagi. Tak jak Thin już dawno pogodził się z tym, że większość fiorów czystej krwi go ignoruje, tak Ariv nie był w stanie przyjąć tego do wiadomości. — Kretyni!
— Wrzeszczenie na nich nic nie da — prychnął diablik, podchodząc do komputera. Spojrzał na ekran i ugryzł się w język, żeby nie zakląć szpetnie. — Wołają o odpowiedź. Co teraz?
— Zignoruj — odpowiedział Vol, wzruszając ramionami. — Gdybyś odpowiedział, byłoby podejrzanie. Niech się wysilają i wysyłają wiadomości kodem Morse'a. To jest plusem tego, że Deyl był okropną osobą. Możesz olać wszystkie wysyłane przez nich sygnały, a oni nie będą mogli narzekać. I z całą pewnością nie domyślą się, że coś jest nie tak, jak powinno być.
— Paskudny dowódca. Współczuję — mruknął Ariv, widocznie zbyt przejęty faktem, że fiorzy go nie słuchają, żeby zorientować się, że wcześniej nie lubił tego człowieka. Vol też najwyraźniej zauważył zmianę jego postawy, ale nic na ten temat nie powiedział. — Że też nikt się na niego nie skarżył. Wystarczyłaby jedna karteczka i mogliby go wywalić na zbity py... na bruk.
— To tak nie działa. Poza tym był dobry w swojej pracy i to, jak traktował sobie podległych, nikogo nie obchodziło, dopóki wypełniał rozkazy z góry. Nastały takie czasy, że mało komu chce się wykonywać rozkazy! Zwłaszcza, jak się nie ma pojęcia, dla kogo się te rozkazy wykonuje. Więc każda posłuszna osoba to skarb!
— A tak, gadałeś coś o tych Królach czy Władcach. Ale to dziwne. Jak władzę może mieć ktoś, o kim się kompletnie nic nie wie? Przecież musieli jakoś ją zdobyć, na czele armii albo...
— W tym problem. To nie są wojownicy, możliwe nawet, że nie są magami. To inteligenci — wyjaśnił Vol, z pewnym niesmakiem wypowiadając ostatnie słowo. — Zanim ktokolwiek się zorientował, że w kraju dzieje się coś poważnego, było już po wszystkim. Mieli władzę, zanim jeszcze w ogóle ogłosili się Władcami. Nagle z dnia na dzień rozeszła się wieść, że Król nie żyje. A jego rodzina gdzieś całkowicie zniknęła, nie wiadomo, czy przeżyli, czy ukryli się gdzieś... Zwykli ludzie też zaczęli nagle znikać z ulic i to w biały dzień. Wszystko się zmieniło. Pojawiło się też zarządzenie, że nie wolno przekraczać żadnej granicy bez pozwolenia. Niby po to, żeby uniemożliwić ucieczkę przestępcom, ale ludzie głupi nie są i wszyscy wiedzą, że to jest raczej po to, żeby zatrzymać nas w kraju i uniemożliwić innym przyniesienie pomocy. A wróg grający inteligencją jest wieleset razy bardziej niebezpieczny niż ten, który gra siłą.
— Planują dwadzieścia ruchów do przodu — powiedział z niechęcią Ariv, a potem, zarówno ku zdziwieniu Thina, jak i Vola, wziął tego drugiego pod ramię i pociągnął za sobą, wdając się w jakąś poważną rozmowę.
Diablik został sam na placu, ale nie przeszkadzało mu to. Był przyzwyczajony do samotnego spędzania czasu. Spojrzał jeszcze raz na swoją maszynę, która znów zaczęła głośno piszczeć. Wciąż oczekiwali od niego odpowiedzi. Thin westchnął i usiadł na ziemi, opierając się o swoją stertę złomu. Pozbierał porozrzucane kartki z zapisanymi informacjami, a że nie miał nic ciekawszego do roboty, jeszcze raz zabrał się do analizowania wszystkiego, czego udało mu się dowiedzieć. Może odkryje coś nowego.

~~*~~


Zebrali się wszyscy razem w puszczy, po długiej i burzliwej dyskusji, co powinni zrobić w sytuacji, w jakiej się znaleźli. Oddział wojowników i Obrońców stał ze sobą ramię w ramię, jedni walczący bronią, a drudzy magią. Radni upierali się, że taka mała armia wystarczy, żeby uporać się z ludźmi. Jednakże ani Aveth, ani Demon chmur nie zgodzili się z nimi, w efekcie czego między fiorami pałętały się cienie, prześlizgując się po ich lśniących zbrojach i chowając się między drzewami.
Nikt nie wiedział, że Ignea i Ethereal też postanowili w jakiejś części uczestniczyć w wydarzeniu, zbyt ciekawscy, żeby pozostać w mieście. Niewielki czarny wilk ukrył się za pniem, uciekając przed spojrzeniem wszystkich obecnych. Prawie wszystkich. Ignea doskonale wiedziała i widziała, że Shade, stojący między Obrońcami, doskonale zdaje sobie sprawę z ich obecności, jednak nic nie powiedział. Raz jeden tylko spojrzał podejrzliwie w ich stronę, po czym zaczął uparcie ignorować.
Sama Ignea siedziała na drzewie, strosząc piórka. Brat zdążył jej wyjaśnić w miarę, jak działa ta cała wydumana zmiennokształtność, ale jedyne zwierzę, w jakie potrafiła się jak na razie zamienić, to Tak'Trik. Nie przeszkadzało jej to bardzo. Lubiła wysokości, więc posiadanie skrzydeł ją uszczęśliwiło, jednak wolałaby być trochę większa. Tak'Triki były strasznie małe, a ona, niska od zawsze, czuła się... dziwnie, będąc jeszcze mniejszą.
O dziwo, na czele niewielkiej armii, stanął ojciec z Demonem u boku. Jeszcze dziwniejsze było to, że po drugiej jego stronie stał Ekari. Władca Pogody nie wyglądał najlepiej. Pod jego okiem widniał ogromny siniak, a szatę miał częściowo podartą, tak że brakowało całej dolnej części, która zwykle sunęła za nim po ziemi i czyściła podłogi. Rude włosy były poucinane i pełne trawy oraz gałęzi. Ignea podejrzewała, że przed wielkim zebraniem jej ojciec spotkał się sam z magiem i sobie z nim porozmawiał za pomocą pięści. Albo pazurów. Właściwie to nie chciała wiedzieć, jak Aveth zmusił Ekariego do wzięcia udziału w zbliżającej się walce. Z pewnością nie odbyli po prostu przyjacielskiej pogawędki.
Ignea przeskoczyła z jednej gałęzi na drugą i zatykała wesoło na próbę. Tak'Triki miały piękny głos, a jej nie odstawał od reszty. Kilku wojowników spojrzało się w jej stronę, głównie kobiety, żeby przez chwilę podziwiać białe piórka, skrzące się w kilku promieniach słońc, które przedzierały się przez gęstwinę liści. Dziewczyna załopotała skrzydłami i przeniosła się na następne drzewo, a potem na kolejne i znowu, aż w końcu wyprzedziła maszerujący cicho oddział i dotarła do obozu, który założyli ludzie.
Przeżyła szok, widząc okolicę. Drzewa były pościnane albo powypalane, ich zwłoki leżały na ziemi, wyniszczone. Ludzie siedzieli wokół niewielkiej maszyny, przypominającej trochę tą, którą skonstruował Thin. Nie próbowali nawet ukrywać swojej obecności, zachowywali się głośno, rozmawiali między sobą, zajadali się mięsem biednych zwierząt i śmiali się. Ośmielali się śmiać wśród szczątków Złotej Puszczy. Igneę ogarnął gniew. Miała ochotę zamienić się w kolejnego wielkiego gada i spalić ich wszystkich oddechem. Albo przybrać znów swoją postać i wyrżnąć ich w pień, tak jak oni to zrobili z naturą wokół siebie.
Coś ją jednak powstrzymało i nie była to niemożność zmiany kształtu pod wpływem silnych emocji. Nie, one mogły jej to tylko jeszcze bardziej ułatwić. Chodziło o coś w powietrzu, coś dziwnego, co mogła wyczuć tylko dlatego, że znajdowała się tak blisko. Bariera przeciw magii, o której mówił Shade. Wytwarzała ją maszyna, to musiała być ona. Po to właśnie była im potrzebna, inaczej by jej nie taszczyli ze sobą.
Jakby usłyszawszy jej myśli, cień nagle pojawił się wśród drzew. Najwyraźniej również odłączył się od grupy i wyprzedził ją, żeby samemu ocenić sytuację. Jego oczy, tak podobne do oczu jej brata, ta identyczna twarz, spojrzała na nią. Wyraźnie mówił, żeby się nie mieszała. Wcześniej przyszła tutaj właśnie z takim założeniem, ale kiedy zobaczyła to wszystko... powstrzymała się od wściekłego spojrzenia na sobowtóra Ethereala, co zapewne i tak by nie wyszło, skoro była obecnie Tak'Trikiem. Nastroszyła tylko piórka i znów przyjrzała się obozowi.
Nie wszystkie przebywające tam istoty były ludźmi, a w każdym razie nie do końca. Większość z nich była bardziej jak maszyny. Przeszedł ją dreszcz. O tym też opowiadał jej Shade, a potem Vol, kiedy go o to zapytała. Wspominał o tym z ogromną odrazą. W połowie po prostu zamilkł i nie powiedział nic więcej, a ona dała mu spokój. I tak miał już wiele problemów na głowie, nie chciała dokładawać mu kolejnych.
Ulepszeni. Zdegradowani. Ludzie zamienieni w maszyny, żeby lepiej walczyć i dobrze wykonywać rozkazy. Żeby dorównać innym istotom, które od zwykłych ludzi były szybsze, zwinniejsze, miały bardziej wyczulone zmysły. Na przykład wszystkim mieszkańcom Vitty, krainy ukrytej za legendarną Złotą Puszczą, którą właśnie niszczyli.
Trzy cienie wypadły nagle spomiędzy drzew, mknąc szybko po ziemi i bez problemu przedzierając się przez barierę. Musiała je osłabić, ale nawet jeśli tak się stało, nie dały tego po sobie poznać. Zanim ludzie zdążyli się zorientować, co się dzieje, cienie zebrały się przy maszynie, przybierając postać losowych fiorów i zaczęły przywoływać ciemność, która owinęła żelastwo i zaczęła je dosłownie pożerać.
Ludzcy magowie natychmiast rzucili się na intruzów, a powietrze zaiskrzyło, gdy ciemność zderzyła się z magią ognia i wiatru. Siła była tak potężna, że Ignea z trudem ustała na drzewie, wbijając pazury w gałąź i machając skrzydłami, żeby zachować równowagę.
Shade podszedł do słabnącej bariery i również przywołał swój mrok, robiąc w niej wyrwę jednym tylko stuknięciem palca. Tarcza zalśniła na czerwono, a czarne pęknięcia zaczęły się rozchodzić po całej jej powierzchni. Zanim ktokolwiek inny zorientował się, że coś takiego się dzieje, cała bariera rozpadła się na tysiące kawałków, jakby była ze szkła, a jej magia rozproszyła się po zniszczonym lesie, wywołując niespokojne poruszenie drzew.
Ignea miała wrażenie, że cienie same mogły sobie doskonale poradzić z ludźmi i nie potrzebowały do tego wcale pomocy fiorów. Pojawiły się błyskawicznie po zniknięciu osłony i zaczęły zamieniać się w Zdegradowanych, żeby wprowadzić zamieszanie, a potem same ich zabijały. Wojownicy również wybiegli i zaczęli strzelać do każdego człowieka, jaki ośmielił się do nich zbliżyć.
Rzeczywistość zachwiała się, kiedy pojawili się Obrońcy ze swoją magią. Ignea wiedziała, że tylko najzdolniejsi magowie mogą zostać pełnoprawnymi Obrońcami, ale nie podejrzewała aż takiej potęgi. Powietrze zamigało i przerzedziło się, a jeden z ludzkich magów padł na ziemię, trzymając się za gardło. Uduszony. Ziemia zatrzęsła się, a powalone drzewa zaczęły się podnosić, żeby po chwili znów upaść i przygnieść swym ciężarem wrogów. Dwóch ognistych magów zwarło się w walce, a płomienie wszelkich kolorów tańczyły wokół nich, gdy próbowali się nawzajem pozabijać.
Pozostali przy życiu Zdegradowani zebrali się razem w grupę i odpierali teraz zręcznie ataki wojowników. Magia Obrońców otaczała ich ze wszystkich stron, ale oni ją ignorowali, jakby nie istniała. Nie wiedzieć jak, zostali na nią uodpornieni. Nie wróżyło to niczego dobrego. Na całe szczęście zwyczajna broń działa na nich doskonale, jednak przed nią też umieli się obronić.
Trupy leżały wszędzie wokół, a Ignei zrobiło się niedobrze od widoku wszechobecnej krwi i zapewne zwymiotowałaby, gdyby miała czym i nie byłaby ptakiem. Czerwona, fioletowa i błękitna krew. Czarnej nie było, nikt nie ośmielił się tknąć cieni, a nawet jeśli któryś z nich został rzeczywiście zabity, nie pozostawił po sobie żadnych śladów.
Z nieba zapikował ogromny biały orzeł i porwał jednego ze Zdegradowanych, wznosząc się coraz wyżej i wyżej, gdy człowiek w jego szponach krzyczał. Kiedy ptak wreszcie uznał, że są już wystarczająco wysoko, po prostu wypuścił szarpiącego się ludzika, a ten poleciał na zderzenie z ziemią. Ignea zakryła głowę skrzydłem, żeby nie musieć tego oglądać. Żałowała, że przyszła. Jednak lepiej byłoby zostać w Mieście Kwiatów i tam martwić się o powodzenie akcji, niż być tutaj i to wszystko widzieć.
Wtem rozległ się krzyk. Przeraźliwy krzyk osoby rozdzieranej na kawałki. Ignea jeszcze bardziej się skuliła, nie chcąc, by jej ciekawość przezwyciężyła wstręt. Nie chciała tego oglądać, bo i tak już widziała zbyt wiele. Kolejny krzyk i znów, który sprawiał, że jej samopoczucie robiło się coraz gorsze i cięższe, a wnętrzności zwijały się w supły.
Zebrał się wiatr, tak potężny, że targnął jej malutką ptasią postacią i zrzucił ją na ziemię. Próbowała się zatrzymać, ale nie było to miękkie lądowanie. Uderzyła plecami o grunt, a powietrze uciekło jej z płuc. Zamrugała kilka razy, zdając sobie sprawę z tego, że znów wygląda jak fior. Usiadła, prostując się, a u jej boku nagle zjawił się Ethereal, z twarzą zdjętą grozą. Wiedziała, że to był jej brat, a nie cień, bo Shade wciąż stał przy barierze. Nie brał udziału w walce, choć przecież powinien. Odwrócił się w ich stronę, a w jego oczach błysło ostrzeżenie. Teraz nie powinni się zbliżać.
Niebo pociemniało gwałtownie, a Ignea, całkowicie ignorując nieme polecenie cienia, zerwała się na równe nogi i podbiegła do granicy, którą wcześniej znaczyła antymagiczna bariera, żeby zobaczyć, co się dzieje. Zdegradowani, którzy wciąż byli zebrani w grupę, zostali zamknięci we wnętrzu tornada. Tornada, które utworzyły cienie, splatając się razem w jedną, dziwną istotę mroku. Tańczyły ze sobą i mieszały się, tworząc najróżniejsze wzory, zwinięte razem w śmiercionośnej formie. Wirowały tak szybko, że naprawdę wytworzyły wiatr, który nie pozwolił się nikomu do nich zbliżyć. Zamknięci wewnątrz ludzie znikali jeden po drugim, ginąc w cieniu, nie zostawiając po sobie ani jednej cząsteczki, która mogłaby dowodzić, że kiedyś w ogóle istnieli.
Wszyscy cofnęli się, zszokowani. Ludzcy magowie, Obrońcy i wojownicy zupełnie zapomnieli o walce i wszyscy wpatrywali się w to niecodzienne, groźne zjawisko. To było jednocześnie cudowne i straszne. Chociaż cienie normalnie były szarawe oraz czarne, gdy tak zwinęły się ze sobą i wirowały, zdawały się połyskiwać kolorami. Głównie krwistą czerwienią. Czarne chmury zebrały się nad ich tornadem, kręcąc się wraz z nimi w szaleńczym tańcu śmierci.
Zdegradowani rozpłynęli się pod naporem takiej ilości mroku, ale cienie nie przestawały tańczyć. Z tornada poniosły się krzyki i piski nie z tego świata. Ignea nie była pewna czy to okrzyki tryumfu, czy też chęć dalszego szerzenia zniszczenia. Chyba nie chciała tego wiedzieć. Stojący obok niej Shade coś wykrzyknął, ale nie usłyszała go. Ponad wiatrem i zgrzytem głosów mrocznych istot nie było słychać nic innego.
Stojący obok niej cień znów coś powiedział, a minę miał taką, że bez problemu domyśliła się, iż zaklął. Złapał ją za ramię, po czym zaczął odciągać od chaosu, a ona nie zaprotestowała. Była zbyt zszokowana tym, co zobaczyła, żeby się sprzeciwić. Już miała się odwrócić i pozwolić, żeby sobowtór jej brata ją odprowadził, kiedy kątem oka zarejestrowała jeszcze coś dziwnego oraz niepokojącego.
Wyrwała się Shade'owi, zanim jeszcze zrozumiała, co właściwie widziała. Ominęła drzewa, ominęła przerażonych ludzi, ominęła równie mocno wystraszonych fiorów. Spośród hałasu dolatywały ją okrzyki brata albo jego cienia lub też ich obu, ale nie przejmowała się tym. Walcząc z wiatrem, biegła w stronę Demona chmur i tego, kto resztką sił usiłował się wyrwać z jego uścisku.
— NIE! — krzyknęła, chociaż była pewna, że nikt jej nie usłyszy. Zwolniła, gdy zbliżyła się do tornada, a wiatr wzmógł się, ale wciąż parła do przodu. — Nie, nie, nie!
Dodała sobie skrzydeł, znów się przemieniając, tym razem pod wpływem wściekłości i strachu. Instynkt przejął nad nią kontrolę, przysłaniając całkiem zdrowy rozsądek. Zamachała skrzydłami szaleńczo, a te bez problemu przezwyciężyły wiatr, jakby zupełnie go nie było. Nie miała pojęcia, do jakiego zwierzęcia należały i nie obchodziło jej to. Teraz chciała tylko dopaść do dowódcy cieni i wydrapać mu oczy, a potem wykopać go z powrotem do jego przegniłego wymiaru.
Jednak Demon chmur jakby ją usłyszał, bo odwrócił się w jej stronę, a jego złośliwą minę szybko zakrył strach. Korzystając z chwili, Aveth spróbował się wyrwać, trzepocząc swoimi orlimi skrzydłami, ale wciąż miał zbyt mało siły. Demon ponownie go złapał i zaśmiał się, a jego śmiech sprawił, że wszystko inne ucichło. Wszystko zamarło, wiatr zniknął, a ciemność zaczęła się rozpraszać, do świata powoli wracały kolory. Demon zmierzył wzrokiem pędzącą ku niemu istotę, przejętą czystą furią Igneę. Była tuż tuż, widziała jego wstrętne czerwone oczy, czarną twarz wykrzywioną drwiąco, szare kły... Wyciągnęła szpony w jego stronę, chcąc rozorać mu tę wstrętną buźkę, chcąc się z nim rozprawić raz i na zawsze.
Ale wtedy mignęła czerń, a ona wylądowała na ziemi, znów w swojej zwykłej postaci, dysząc ciężko z wysiłku. Demon tak po prostu zniknął, zabierając ze sobą całą czerń, wszystkie cienie i chmury — a także jej ojca. Zacisnęła pięści ze złości, a łzy popłynęły jej po twarzy. Nie zamierzała ich powstrzymywać. Nie, przecież to nie mogło się tak skończyć! Ramiona jej drżały, kiedy spróbowała się podnieść.
— Jeszcze... jeszcze za to zapłacicie! — krzyknął któryś z ludzkich magów, po czym wszyscy oni zwyczajnie uciekli. Nikt ich nie zatrzymywał.
— Nea! — Ethereal podbiegł do niej i klęknął tuż przed siostrą. Złapał ją za ramiona. Uniósł jej twarz, przyglądając się uważnie, jakby sprawdzał, czy ta jeszcze żyje. Spróbował się uśmiechnąć. — Nic... nic ci nie jest.
— Mnie nie — odpowiedziała, ocierając łzy dłonią, jednak te nie zamierzały przestać płynąć.  Pociągnęła nosem. — Ale... ale tata, on... ja chciałam...
— To nie twoja wina — przerwał jej brat, przyciągając do siebie i zamykając w uścisku. Czuła jak on też drży, powstrzymując złość albo smutek. Lub też oba te uczucia. — Tobie nic nie jest. Z-znajdziemy go.
— Skąd masz pewność, że w ogóle żyje? — wymamrotała w jego ramię.
Poczuła, jak Ethereal zaciska zęby. Nie wiedział tego i nie chciał się do tego przyznać. Wolał mieć nadzieję, niż brać pod uwagę możliwość, iż ojciec umarł. A gdy Ignea sobie to uświadomiła, zdała sobie sprawę, że też wolała w to wierzyć. Żeby nie dopuścić do alternatywy. Bo może jednak ojciec żyje.
Świat wokół rozkwitł na powrót kolorami, niezakłócany już żadnymi cieniami z Wymiaru Mroku, nieniszczony przez chciwych ludzi. Trawa znów się zieleniła, a drzewa, które przeżyły przemarsz ludzi, znów zaczęły się odzywać i szeptać między sobą. Natura budziła się do życia, gdy niespodziewanie zniknęły dwaj nękający ją najeźdźcy. Odżywała i budziła się. Jednak Ignea nie zamierzała się z tego cieszyć. Sam świat mógł się odbudować, ale jej właśnie legł w gruzach. Kiedy z otoczenia znikł mrok, wdarł się w jej serce. Kiedy kolory wypełniły świat, wszystko wokół niej poszarzało. Wtuliła się w brata i pozwoliła łzom lecieć bez końca.

Rozdział XVI

Zerwanie Przymierza


Kiedy Thin wreszcie skończył naprawianie wozu, nastała już noc, a wszystko pokryły ponure, ale —  na całe szczęście — już zupełnie zwyczajne, cienie. Ignea uważała, że mogliby pojechać i tą zniszczoną wersją powozu. Sama widywała, jak jej brat prowadził ten złom, kiedy miał tylko podłogę i dwa zamiast czterech kół. A teraz kuzyn naprawił podziurawione ściany i dorobił sufit, więc ich szanse przedstawiały się w miarę dobrze.
— Dlaczego nie możecie mieć po prostu samochodów? — zapytał Vol, próbując usiąść wygodnie na drewnianej ławce, ale nie szło mu to zbyt dobrze. — Nie musielibyście naprawiać jakichś drewnianych wygryzionych przez korniki części, tracić czasu na wołanie wilków, zaprzęganie ich... Kto w ogóle zaprzęga wilki?
— Fiorzy — odpowiedziała mu po prostu Ignea, która nie męczyła się z ławką i usiadła na podłodze, krzyżując nogi. — Ludzie zaprzęgali zawsze konie albo psy. Wilki są lepsze. Są szybsze, sprytniejsze i trudno je przestraszyć. A w razie czego mogą całą watahą zagryźć wrogów na śmierć! Co prawda też strasznie dużo marudzą, ale to da się przeboleć. Coś za coś.
— Czyli ze zwierzętami też rozmawiacie?
— Nie bądź śmieszny, nie znamy wszystkich języków świata. Ja znam tylko kilka. Vittański, to oczywiste. Ten wasz, nie wiem, jak się właściwie nazywa, ale też coś tam rozumiem. Chociaż pewnie nie tyle, żeby płynnie z kimś rozmawiać. Język natury, ale to raczej się nie liczy, bo każdy go zna od małego i nie trzeba się go uczyć. Mało, ale też nieco znam te skrzekliwe języki z wysp. Na tyle, żeby zrozumieć najprostsze zdania.
— To już chyba ja znam więcej języków — prychnął Vol. — Co prawda, jeśli chodzi o mówienie. Czytać, a tym bardziej pisać już nie umiem. Ale mówić potrafię w pięciu. Tiristalskim, bo tak się właśnie nazywa mój, vittańskim, innovi, a co za tym idzie też po łacinie i jeszcze w języku rinów.
— Co to jest za „język rinów”? Nigdy o takim nie słyszałam — przyznała Ignea. Z zewnątrz dobiegło drwiące parsknięcie. Oboje spojrzeli w tamtą stronę, żeby zobaczyć Ariva, który blokował wejście. — A ty co? Czujesz, że masz za dużo zębów i przyszedłeś, żeby się ich pozbyć czy jak? Nie szczerz się tak.
— Język rinów to inna nazwa tej wymarłej paplaniny — odpowiedział strażnik na pierwsze pytanie, zupełnie ignorując kolejne. — Jakiś typ ją znalazł i wprowadził na nowo. Jako kod, którym posługują się przebrzydli szpiedzy.
— Ciekawe skąd to wiesz, skoro posługują się nim tylko przebrzydli szpiedzy — odpowiedział lodowym tonem Vol, a Ariv pobladł. Wymamrotał coś pod nosem o tym, że Thin go woła, po czym szybko zniknął, chociaż Ignea była całkowicie pewna, że jej kuzyn nie odezwał się ani słowem. Vol kontynuował wyjaśnienia: — Ale on miał rację, to dawno wymarły język. Mało kto go używa, bo jest... cóż, dziwny, najprościej mówiąc. Wystarczy, że zająkniesz się przy jednym słowie i całe zdanie ma już inny sens. Pewnie dlatego ten język wymarł. Tragedia.
— Koniec pogaduszek! — Ethereal nagle wpadł do środka, wyglądając jeszcze gorzej niż zwykle. Cała jego twarz usmarowana była czymś czarnym, przez co przypominał demona. — Musimy się pospieszyć, wilki zaraz zasną, jak nie damy im roboty. Usadźcie się normalnie. Tak, do ciebie to mówię, siostra. Wstawaj z tej podłogi.
— Ty chcesz prowadzić? — zapytała Ignea, nie ruszając się ze swojego miejsca. — Przecież nie umiesz. Thin dopiero co naprawił ten wóz i raczej nie będzie szczęśliwy, jak mu urwiesz sufit w czasie jazdy.
— Na szczęście tym razem to nie ty wybierasz trasę — prychnął w odpowiedzi Ethereal. — Nie będę musiał zmuszać wilków do manewrowania po zboczach gór. Poza tym tylko ja mam prawo jazdy spośród was.
— Też mam prawo jazdy. Ale na samochody — wtrącił się Vol. Ethereal obdarzył go przelotnym spojrzeniem, po czym znów spojrzał na Igneę.
— Chciałaś coś — powiedział, zdejmując zniszczoną torbę z ramienia i rzucając siostrze. — Szczerze to nie mam pojęcia, po co ci to wszystko... ani co ty tam nosisz. Prawie mi ręka odpadła. Nie będę tego potem targał za ciebie, jasne?
— Nie proszę cię o to.
Ethereal przewrócił oczami, słysząc jej odpowiedź i odszedł, żeby zająć miejsce woźnicy. Zamiast niego do środka wcisnęli się Thin, Kayl i Ariv. Oba diabliki zajęły miejsca przy Ignei, więc, chcąc nie chcąc, Ariv musiał usiąść tuż obok Vola. Żaden z nich nie wyglądał na zadowolonego z tego faktu.
— Jak strzelisz choćby jedną iskrą we mnie — odezwał się strażnik złowróżebnym tonem — zabiję cię.
— Hej, a ty czasem nie powinieneś zostać w mieście? — zwróciła się do niego Ignea, zanim Vol zdążył choćby otworzyć usta. — No wiesz, wielki i wspaniały wojownik, taki jak ty. Powinieneś siedzieć przed bramą z bronią w ręku i bronić miasta, dopóki cała twoja krew nie spłynie jego ulicami! A wcześniej zabić wszystkich tych okropnych wrogów i splunąć na ich trupy.
— Okej, po pierwsze, to czytasz zdecydowanie zbyt dużo tych książek fantastycznych i ci padło od nich na mózg — skomentował to Ariv, a Ignea tylko uśmiechnęła się do niego. — A po drugie, to nie jestem wojownikiem. Tylko strażnikiem. To jest różnica. Strażnicy nie walczą, bronią tylko. Muszę jechać z wami, żeby obronić was w razie jakiegokolwiek wypadku.
— A reszta prawdy jest taka, że cię twój dowódca odesłał — dodała Ignea, a Arivowi zadrgała powieka, gdy to usłyszał. Dziewczyna zrobiła drwiącą minę. — Zobacz, jak zgadłam. Takich rzeczy przede mną nie ukryjesz. Co się stało, jesteś za mało zaangażowany w pracę? Zbyt leniwy?
— Nie, po prostu mamy się zebrać w Mieście Statków. Rzucanie wszystkich sił do obrony miasta to byłaby skończona głupota, bo w razie przegranej nie ma już czym dysponować. Wszyscy są trupami.
— A to wszystko przez chciwość i żądzę władzy — odezwał się przemądrzałym tonem Kayl, skupiając na sobie uwagę obecnych. Wciąż miał obwiązaną bandażem głowę. — Najgorsze cechy rasy ludzkiej. I zdumiewająco łatwo je z nich wydobyć. Gorzej, z zatrzymaniem ich potem.
— Naprawdę, daruj nam wykłady diablej nauki — prychnęła Ignea. — Nie potrzebujemy wiedzieć jak wyciągać z innych ich najgorsze brudy i wykorzystywać to do swoich celów.
— No, niektórzy z nas już to umieją — dodał Ariv, kiwając ponuro głową, za co otrzymał wściekłe spojrzenie Ignei. Wzruszył tylko ramionami.
Dziewczyna chciała coś powiedzieć, ale w tej chwili cały powóz zatrząsł się, zrzucając wszystkich z siedzeń. Thin o mało co nie wypadł przez drzwi, które otworzyły się nagle, po czym odpadły z zawiasów, kiedy uderzyły o jakieś drzewo. Kayl złapał brata za ramię, zanim ten wytoczył się na zewnątrz.
— Et! Co się dzieje?! — wykrzyknęła Ignea, wychylając się przez okno, kiedy pojazd znów o mało co się nie przewrócił. Uchyliła się przed gałęzią, która prawie walnęła ją w twarz. — Zwolnij trochę! Jedziesz leśną drogą, tu jest pełno dziur!
— Nie mogę! — krzyknął spanikowanym głosem Ethereal. — Wilki zwariowały, nie słuchają się mnie! Trzymajcie się!
— Sami byśmy na to nie wpadli! — warknął Thin, masując się po głowie. — Rany, jak to boli, chyba będę miał siniaka. Ała! Nie no, naprawdę? Jak zaraz nie zwolnimy, to skończymy w kawałkach! A już na pewno skończy tak ten wóz. Który całkiem niedawno naprawiłem!
— Słyszycie to dziwne skrzypienie? — zapytał Vol, rozglądając się dookoła szalonym wzrokiem.
— To właśnie dźwięk rozpadającego się wozu. Najpierw odpadnie sufit, potem te boczne ściany, porywając ze sobą tylną. Tylko ta z przodu zostanie, no, chyba że przyspieszymy, to ona wtedy też odpadnie i nas wyrzuci. A przynajmniej da nam porządnie po głowach. Potem zaczną odpadać koła, zakładając, że wcześniej tego nie zrobią.
— Ale też świetnie naprawiłeś to wszystko — syknęła Ignea, z trudem wdrapując się na ławkę obok kuzyna. — Nic się nie zepsuje. No, chyba że wjedziemy w dziury, których jest pełno, bo to przecież puszcza!
— Liczyłem na spokojną jazdę — odwarknął Thin. — A nie gnanie na łeb na szyję, jakby nas diabły goniły.
— Przecież to ty jesteś diabłem.
— Nie czepiajmy się szczegółów!
Jednak równie nagle, jak przyspieszył, tak gwałtownie wóz zatrzymał się, znów zrzucając wszystkich z ich miejsc. Sufit zatrzeszczał przerażająco, jakby zamierzał nastraszyć ich na śmierć. Kayl jęknął, przewrócony na podłogę, po czym wyczołgał się na zewnątrz przez dziurę w ścianie, która wcześniej była drzwiami.
— I to ja podobno nie umiem prowadzić — jęknęła Ignea, również wytaczając się z wozu. — Co jest, trafiła się kontrola drogowa czy jak?
— Ty i tak prowadzisz jeszcze gorzej — mruknął Thin, stając tuż obok niej. Skrzywił się, gdy zwrócił swój wzrok w stronę drogi. Ignea zrobiła to samo i wymamrotała przekleństwo pod nosem.
Tam, gdzie wcześniej była pusta przestrzeń, teraz zrobiło się złomowisko. Kilka wozów przygniecionych zostało przez drzewa, kilka leżało bokiem, a nawet do góry nogami, za to reszta po prostu stała, nie mogąc przejechać dalej. Wilki prychały, syczały i kładły po sobie uszy, skamląc cicho. Ignea jeszcze nigdy nie widziała, żeby te zwierzęta się bały. To było niepokojące.
Ethereal zeskoczył ze swojego miejsca i podszedł do wilków, które zaczęły się zachowywać, jakby w pobliżu znalazł się jakiś mocno niebezpieczny drapieżnik. Chłopak próbował je uspokoić, ale na nic się to zdało. A właściwie nawet przyniosło odwrotny skutek do zamierzonego, bo zwierzęta zebrały się w grupę i warczały na każdego, kto postanowił się zbliżyć.
Wokół panowała przedziwna cisza. Ignea nastawiła uszu, próbując zrozumieć, co jest nie tak, ale wszystko wydawało się właściwe. Natura szeptała cicho jak zawsze, powoli zapadając w sen. Drzewa szumiały smętnie, popychane lekkimi i świszczącymi podmuchami wiatru. Nocne zwierzęta przemykały co jakiś czas między gęstwiną drzew, nie niepokojąc podróżników swą obecnością.
Wszystko wydawało się w porządku. Ale coś zdecydowanie nie było.
Thin rozejrzał się dookoła, po czym z jednej z tysiąca kieszeni wyciągnął niewielkie, dziwne urządzenie i zaczął stukać w jego ekran, jakby to miało mu pomóc w uruchomieniu tego czegoś. Kayl przysunął się do starszego brata, zaciekawiony, ale ten go po prostu przegonił. To już był znak, że diablik też ma to dziwne przeczucie.
— I tyle zostało z naszego szybkiego wyjazdu — zauważył ponuro Ethereal, śledząc wzrokiem fiorów, plątających się między rozwalonymi pojazdami. Nagle na jego twarzy pojawiło się zdziwienie, ale szybko ukrył je pod zwyczajową maską obojętności. — Poczekajcie tutaj. Muszę iść szybko coś sprawdzić.
— Co? — zapytała Ignea, ale jej brat już ruszył w stronę wypadku, nie udzielając żadnej odpowiedzi. Zastanawiała się przez chwilę czy za nim nie iść, ale wiedziała, że jeśli on tego nie zechce, ona nigdy go nie dogoni. — No jasne. Dzięki. Miły jak zawsze.
— Dlaczego drzewa się poprzewracały? — zadał pytanie Vol, przyglądając się katastrofie na drodze. — Nie było żadnego trzęsienia, burzy ani nic. Rozumiem, jakby się jedno przewróciło, ale dlaczego aż trzy? Nie, chyba cztery. Przecież nie mogły się nagle tak bez powodu wyrwać z ziemi z korzeniami i upaść. Prawda?
— Nie widać gwiazd — odezwał się Ariv, jakby za wszelką cenę też chciał poczynić jakieś cenne obserwacje, żeby nie zostać w tyle. Ignea spojrzała na niego z politowaniem. — No co? To znaczy, że zbiera się chyba jakaś burza albo chociaż będzie padać. A przynajmniej rano będzie w miarę ciepło, a nie tak lodowato zimno, jak zawsze.
— Jest Pierwsza jesień, musi być zimno — zauważyła Ignea, rozglądając się dookoła. — Ale te drzewa... to faktycznie dziwne. Tak samo, jak to uczucie. Jakby ktoś nas obserwował. Ale Natura milczy w tej sprawie.
— Ten głupi złom nie chce działać — poskarżył się Thin, wskazując na swoje urządzenie. — Wyładował się. Przydałoby mi się...
— Czy ja wyglądam na chodzącą ładowarkę?! — zezłościł się Vol. Diablik całkiem poważnie zmierzył go wzrokiem.
— Właściwie to tak. Daj mi trochę tego swojego prądu. Przecież to cię nie zabije.
Vol przewrócił oczami, ale wziął urządzenie od Thina. Przytrzymał je chwilę w dłoni, aż ekran zaczął jaśniej świecić. Wtedy też diablik porwał je z powrotem i znów zaczął się wgapiać i stukać w ekran, mamrocząc coś do samego siebie pod nosem.
— Ej, Iga — odezwał się znów Ariv. — Weź się zapytaj panny Natury, dlaczego te drzewa się przewróciły. Będzie łatwiej niż się domyślać.
— Jakby Natura wiedziała, toby już to komuś powiedziała — mruknęła Ignea. — Poza tym ona teraz zapada w sen, potrzebuje go jak każdy inny. Jak się jej przerwie, to potem będzie się źle czuła i będzie dużo wypadków. Jakieś trzęsienia, mniejsze albo większe. Rośliny będą dziwnie rosnąć. Zwierzęta marudzić. Wiedziałbyś o tym, gdybyś się pilniej uczył.
— No to ja się jej zapytam — prychnął Ariv. — Jak ty się boisz i nie chcesz tego przyznać.
— Nie możesz jej budzić! To przestępstwo! Poza tym i tak ci nie odpowie. Ty nie umiesz z nią rozmawiać, wszyscy to wiedzą. Wymieniłeś z nią chyba tylko kilka zdań w całym swoim życiu.
— Ja chyba wiem, co się stało z tymi drzewami — odezwał się Thin, znów zwracając na siebie uwagę. — Sęk w tym, że nawet gdybyśmy teraz zawrócili i wybrali jakąś okrężną drogę, to prawdopodobnie każda z nich też będzie całkowicie nieprzejezdna.
— A wiesz to, ponieważ...
— Podłączyłem się do sieci — odpowiedział, jakby to była najnormalniejsza rzecz pod słońcem i wskazał swoje urządzenie. — Niby nie powinienem mieć tutaj zasięgu, bo las i w ogóle, ale jakimś cudem jest. Używając swoich niezwykłych zdolności... no i tej odrobiny magii... włamałem się. Do satelity, ludzie mają ich trochę na orbicie. Tej najbliższej. Ona maskuje jakiś inny sygnał.
— To wciąż nie wyjaśnia, co się stało z drzewami — prychnął Ariv. Thin pokręcił gwałtownie głową.
— Ależ wyjaśnia. Natura nic o tym nie wie, prawda? Co znaczy, że cokolwiek sprawiło, że drzewa się przewróciły, przybyło z powietrza, a nie z ziemi. Gdyby ktokolwiek jej dotknął, Natura by wiedziała i kogoś ostrzegła. Sygnał satelity coś maskuje. A ja mam tutaj Wi-Fi. Tutaj nie powinno być Wi-Fi. Nie powinienem tutaj mieć nawet zasięgu.
— Nie jesteśmy takimi geniuszami mechanicznymi jak ty — warknęła na niego Ignea. — Weź wytłumacz to normalnym językiem.
— Mówi się „komputerowymi geniuszami” jak już. A nie mechanicznymi. Jestem żywy, nie z metalu, tylko ze skóry i kości. Chodzi o to, że w pobliżu jest coś, co przekazuje sygnał, ale jest zamaskowane. Nie widać tego. I to coś jest gdzieś na niebie.
— Wszystko, co mogłoby się utrzymać na niebie, jest głośne — wtrącił się Vol. — Samoloty, helikoptery, jakieś prototypy  statków kosmicznych. Albo te antyki z muzeów, których nikt nie umie odtworzyć, one hałasują jeszcze bardziej niż wszystko inne.
— Też macie takie dziwne wrażenie, że wokół panuje cisza, chociaż tak nie jest? — zapytał Thin, jakby to miała być odpowiedź na pytanie Vola. Ignea skrzywiła się i przytaknęła. — No właśnie. Bo jest za cicho. To takie specjalne pole, które zakrzywia światło i blokuje częściowo ruch powietrza, a co za tym idzie, również dźwięk. No mniej więcej. Znam się na technice, gorzej z fizyką. W każdym razie ktokolwiek to wymyślił, musiał być geniuszem. Sygnał satelity wzmacnia i jednocześnie zagłusza sygnał pola siłowego...
— Ktokolwiek to wymyślił, nie mógł być geniuszem, skoro udało ci się to odkryć — prychnęła Ignea.
— Ja używam magii. Co prawda cząstki, bardzo małej, ale wciąż. Nikt inny nie używa magii do techniki, a ona daje przewagę we wszystkim. Więc właściwie odkryłem to dlatego, że oszukuję w tę grę. Jeśli można to tak nazwać. Tak czy siak, dajcie mi chwilę. Namierzę ich.
— Hakerzy potrzebują wielu godzin, dni, miesięcy, lat pracy i przemyślanej strategii, żeby się włamać na jakiś dobrze chroniony komputer i wykraść ważne dane — powiedział dziwnie wysokim głosem Vol. Jakby był przestraszony. A może raczej zirytowany. — A ty chcesz w jedną chwilę namierzyć dobrze zamaskowany sprzęt, które ma zapewne tysiące zabezpieczeń? Żartujesz sobie?!
— Masz całkowitą rację! Dajcie mi DWIE chwile — naprostował Thin, pochylając się nad urządzeniem. Spojrzał na Vola, który nadal patrzył na niego z niedowierzaniem. — Już mówiłem. Magia. Naginanie rzeczywistości pod swoje zachcianki. Według niemal wszystkich magii i techniki nie da się połączyć. A więc, tworząc te wszystkie zabezpieczenia, nikt nie wziął pod uwagę, że mógłbym nagiąć je mocą i po prostu wywalić poza przestrzeń istnienia. To trochę skomplikowane do opisania, ale tak to działa. Dobra, chyba to mam. Proszę przygotować się na szok za trzy. Dwa. Jeden.
Nacisnął przycisk, ale absolutnie nic się nie stało. Spojrzał z niedowierzaniem na ekran i wcisnął jeszcze raz. I kolejny, i znowu. Zaklął pod nosem i odwrócił się plecami do wszystkich, a jego ręce zaczęły pracować jak szalone, kiedy znów coś robił na urządzeniu.
— Jakoś niepokoi mnie fakt, że coś nad nami wisi — mruknęła Ignea, łapiąc się za ramiona i kuląc, jakby było jej zimno. Przeczesywała wzrokiem niebo, ale nie zauważyła absolutnie niczego niepokojącego. — Nawet jeśli to tylko kolejna teoria Thina. Myślisz, że coś takiego jak te pola, o których mówił, może rzeczywiście istnieć?
— Dlaczego pytasz o to jego, a nie mnie?! — oburzył się Ariv.
— Czy ja wiem? A ty coś o nich wiesz? Nie? No właśnie. Więc się zamknij, Signe. Czy tam Theryfer. Jakkolwiek masz na nazwisko.
— Z tego, co wiem, to krążyła jakaś teoria — odpowiedział Vol, drapiąc się po głowie i zupełnie nie zwracając uwagi na rozwścieczonego Ariva. — Mocno naciągana teoria. Nie słyszałem o tym wiele, bo nie interesowałem się za bardzo akurat tego typu rzeczami. Ale przypuszczam, że gdyby się ktoś mocno postarał, mógłby stworzyć coś takiego, więc nie jest to zupełnie niemożliwe. Nieprawdopodobne, ale jednak możliwe.
— Ale... mirianie powinni zestrzelić każdą maszynę, która chociaż stanie na linii granicznej Złotej Puszczy! Nikt jeszcze nie uciekł przed ich strzałami! Robią je z materiału, który przebije się przez wszystko, nawet przez skałę, jeśli tego zechcą. I nasączają je tysiącami straszliwych klątw! Nikt nie powinien...
— Skoro nie widzieli maszyn, nie mieli jak do nich strzelać — zauważył Thin. — Bym wam je pokazał, ale ktoś się zorientował, że majstruję przy sprzęcie i mnie blokuje. Ludzka technologia, rany. Jednocześnie taka prosta i tak przeklęcie skomplikowana. Nadal nie mam pojęcia, jakim cudem oni tworzą te wszystkie rzeczy.
— Co jest, nie umiesz bez magii się włamać? — zapytał drwiąco Ariv.
— Umiem. Ale to zajmuje znacznie więcej czasu. Chcesz się sprawdzić w tym? Założę się, że nie zrozumiałbyś ani jednego słowa. Nie przeszkadzaj. Muszę się bronić. Ktokolwiek siedzi po drugiej stronie, chce się włamać do mnie. Nie, żeby miał się przedrzeć przez moje zabezpieczenia. Ale telefon zawsze może mi rozwalić, a tego bym nie zniósł.
— Myślałem, że to raczej jest nawigacja — odezwał się Vol. — A nie telefon. Komórkowy?
— Nie, stacjonarny. Nie bądź idiotą, oczywiście, że komórkowy. Dał mi go kiedyś jakiś podróżnik. Powiedział, że straszny złom i że już go nie potrzebuje. A że się interesowałem takimi rzeczami, to go wziąłem i przerobiłem. Telefon, nie podróżnika. Teraz to moje źródło informacji i narzędzie do zdobywania informacji. Dlatego nie chcę, żeby mi ktoś go rozwalił, to jedyny mój egzemplarz. Mogę zrobić sobie drugi, ale to już nie będzie to samo. Chwila... ktoś do mnie dzwoni? Jak to możliwe?
— To w końcu telefon. One od tego są. Nie powinno cię to dziwić.
— Ten numer ma tylko podróżnik, który nigdy do mnie nie dzwoni i moja siostra, która dzwoni do mnie bardzo rzadko, ale na pewno nie w nocy, bo śpi, jak każdy normalny. I mam ich obu zapisanych w telefonie. To jest nieznany, co znaczy...
— Nie odbieraj tego! — warknęła Ignea, próbując odebrać kuzynowi telefon, ale Thin tylko się od niej odsunął z zamyśloną miną. — Wiem, co ci chodzi po głowie. Nie będziesz z nikim prowadził negocjacji! Nie odbieraj!
— Jak nie odbiorę, to mi wysadzi telefon — odpowiedział diablik nieco rozzłoszczonym tonem. — Krótka rozmowa jeszcze nikomu nie zaszkodziła... może dam go na głośnik.
— Nie! Zabraniam ci, ty...!
Ale Thin już odebrał, a z głośników rozległo się potworne wycie, na które wszyscy pozakrywali sobie uszy. Fiorzy w pobliżu odwrócili się w ich stronę, zdziwieni tym nagłym hałasem, ale ten szybko umilkł i zamiast niego ktoś się odezwał. Ignea zrozumiała tylko słowo „witam”, potem był tylko bezkształtny bełkot. Thin też wyglądał na zdezorientowanego.
— Powiedział, że mu się to nie spodobało, ale jest pod wrażeniem — przetłumaczył im Vol. — A potem zapytał, z kim ma przyjemność rozmawiać.
— Jak już chcesz rozmawiać, to mów po vittańsku — prychnął Thin w stronę telefonu. — Nie rozumiem tego waszego trzeszczenia, które nazywacie językiem.
— Ej!
— Kiedy to serio brzmi jak jakieś trzaski. Nie mam na myśli nic osobistego, ale sam przyznasz, że najładniejszy język na świecie to nie jest.
— Za to wasz brzmi jak jakiś irytujący szum. Takie świsty wiatru i liście drzew. Nawet jak się wyzywacie, to brzmicie, jakbyście wyznawali sobie miłość.
— Mówisz o fiorach. Mój ojczysty język brzmi jeszcze inaczej. I z całą pewnością nigdy go nie słyszałeś.
— Ej, ten koleś chyba wciąż was słyszy — przerwała im dyskusję Ignea, wskazując na telefon. — Może więc przestalibyście się zachowywać jak dzieci. Dawaj mi to! — Wyrwała Thinowi urządzenie i cofnęła się od kuzyna. — Halo? Jesteś tam jeszcze, koleś? Nie wiem, czy mnie rozumiesz, ale pewnie masz tam jakiegoś tłumacza, więc będę nawijać tak czy siak. Skończcie te swoje idiotyczne ludzkie gierki. Jak już chcecie się bić, to róbcie to normalnie, a nie jakieś pola siłowe czy coś, żeby się ukrywać jak tchórze.
— Nea, oddaj mi to! Ty nie umiesz normalnie rozmawiać! — warknął Thin, wyrywając jej swój telefon i niemal go przy tym upuszczając na ziemię, po czym odezwał się znów w jego stronę. — Na czym skończyliśmy? Chciałbym wiedzieć, z kim rozmawiam. Kto tam siedzi po drugiej stronie i dlaczego do mnie w ogóle dzwonisz?
— Nazywam cię Tonion — odezwał się łamanym vittańskim głos w słuchawce, a Thin się skrzywił. — Ty włan... włamałeś się do naszej sieci.
— Naprawdę szybciej pójdzie, jak będę tłumaczył — odezwał się Vol. — Zanim ten gość cokolwiek wybełkocze miną wieki. Słyszysz, mów po swojemu — dodał, już w ludzkim języku. W każdym razie tyle zrozumiała Ignea, bo potem powiedział jeszcze coś, czego zupełnie nie umiała już przetłumaczyć.
Postanowiła zostawić chłopaków z ich zabawkami, a sama ruszyła w stronę zatoru na drodze, z myślą o znalezieniu brata. Jeśli rzeczywiście Thin miał rację i utknęli tu z winy ludzi, którzy wisieli gdzieś nad nimi na niebie, wolała jak najszybciej znaleźć się w pobliżu Ethereala. Nie dlatego, że się bała, umiałaby sobie poradzić z większością przeciwników. Po prostu wolała mieć go u boku, ot tak, żeby czuć się raźniej.
Fiorzy nie zwracali na nią uwagi, zajęci użalaniem się nad sobą, naprawą wozów albo próbami uspokojenia i ujarzmienia na nowo wilków. Wszystko to bez większych rezultatów. Ignea rozejrzała się dookoła, ale spośród morza twarzy nie wyłapała ani jednej, która wyglądałaby podobnie do jej. Wskoczyła na ścianę jednego z przewróconych pojazdów, ku jakże wielkiej uciesze jego właścicieli i przyjrzała się zgromadzeniu dookoła. Nic.
— Ej, złaź natychmiast! — warknęła jakaś kobieta, łapiąc za nogawkę spodni Ignei i ciągnąc, jakby to miało w czymś pomóc. — To jest drogi pojazd, a nie piedestał! Jeśli go ubrudzisz, zapłacisz za szkody!
— Drewno to drewno — prychnęła Ignea, odsuwając się, ale nie zeszła na ziemię. — Każde drewno było kiedyś drzewem, a drzewa nie mają nic przeciwko, kiedy po nich chodzę. Więc nie obchodzi mnie twoje zdanie. Szukam kogoś.
— To skandal!
— Ta. I hańba jeszcze. Nie przeszkadzaj.
— Zero szacunku dla osób starszych — zaczęła marudzić kobieta, a jej głos robił się coraz bardziej piskliwy. — W tych czasach to dzieciaki już nie respektują dorosłych, nie mają ani krztyny rozumu, tylko by się rozwalały wozami po lasach i ryzykowały życie w tych swoich idiotycznych zabawach. Za moich czasów...
— Et! — krzyknęła Ignea, przerywając dramatyczną paplaninę. Przyłożyła dłonie do ust i zawołała jeszcze głośniej: — Ethereal, gdzie jesteś?! Nie wydurniaj się, wracaj!
— Gdzie są rodzice takich dzieci? To niedopuszczalne! — prychnęła z niesmakiem kobieta, wachlując się ręką, jakby zaraz miała zemdleć. Przestała jednak, kiedy zobaczyła wściekłe spojrzenie Ignei. Ta w końcu zeskoczyła na dół, a chociaż była o wiele niższa od nieznajomej, zgromiła ją wzrokiem.
Zapewne doszłoby do bójki, gdyby właśnie w tej chwili nie pojawił się Ethereal, jakby wyrósł spod ziemi. Już sam jego ponury wygląd wystarczył, żeby przestraszyć kobietę, która wycofała się i szybko ukryła gdzieś w tłumie. Ignea przeniosła spojrzenie na brata.
— Gdzie się włóczysz?
— Już mówiłem, musiałem coś sprawdzić — prychnął w odpowiedzi. — Powinniśmy wracać do wozu i znaleźć inną drogę. Jak najszybciej.
— Thin mówi, że prawdopodobnie wszystkie inne drogi też są zablokowane — powiedziała Ignea, ruszając za bratem. — Uważa, że to jakiś rodzaj... sabotażu, tak chyba można by to nazwać.
— Też zauważyłem, że coś jest nie tak. Dlatego właśnie powinniśmy jak najszybciej odjechać i znaleźć sobie inną drogę, zanim to coś zacznie być niebezpieczne. Thin! Dlaczego stoisz na dachu?!
— Łapię zasięg — odpowiedział diablik, który rzeczywiście wdrapał się na powóz i teraz spacerował po dachu, który trzeszczał przy każdym jego kroku. Rozmawiał też przy tym przez telefon. — Nie, nie, nie, koleś. Nie przestanę tylko dlatego, że obiecacie mi coś takiego. To kicha, a nie dobry układ. Nie jestem idiotą.
— Cała wasza rodzina jest taka dziwna, co nie? — zapytał Ariv, podchodząc do Ignei i wskazując ponad ramieniem na Thina. Dziewczyna tylko pokazała mu język i ominęła go.
— Ładować się do wozu! — krzyknął Ethereal. — Jedziemy znaleźć inną drogę. I to szybko! Raz, raz! Nie mamy całej wieczności. Złaź na ziemię, możesz sobie pogadać przez telefon, jak będziesz siedział w środku! Thinervis! Nie będę się powtarzał!
— Prowadzę poważną rozmowę biznesową — odpowiedział z nietypowym spokojem diablik. — Wiesz, ten gość, z którym gadam, Tonion, się burzy, że im się włamałem do bazy czy coś takiego. Chce mnie obsypać złotem, bylebym już tego nie robił.
— Co z tego? — prychnęła Ignea. — Rozłącz się wreszcie i wyłącz te durne bariery, a najlepiej tylko się rozłącz i jedźmy już.
— Pardon. Rodzina wzywa, muszę już kończyć, pogadamy kiedy indziej. Nie, też nie mam pojęcia, co to słowo oznacza, ale fajnie brzmi. Zdzwonimy się jeszcze.
Thin zeskoczył w końcu z wozu. Wyraźnie zakończył już rozmowę, ale dalej coś majstrował przy telefonie. Wcisnął się do środka, a zaraz za nim jego młodszy brat. Jednak chwilę później diablik wychylił się, celując swoim urządzeniem w niebo.
— Patrzcie teraz!
Mimo że Ignea nie spodziewała się, iż tym razem coś się stanie, spojrzała w górę, gdzie wskazywał kuzyn. Ten wymamrotał coś pod nosem i powciskał kilka przycisków, które wydały piszczące dźwięki.
Jasne światło rozświetliło nagle noc, a głośny terkot wypełnił powietrze. Zebrał się też potworny wiatr. Ignea zamrugała kilka razy i mrużąc oczy, przyjrzała się kształtom, wyłaniającym się z jasności nieba. Fiorzy w pobliżu krzyczeli ze strachu i zaczęli się przepychać między sobą, szukając drogi ucieczki. Wilki również zwariowały, zaczęły wyć, syczeć i skakać, plącząc się w uprzężach, które nie pozwalały im nagle uciec.
— Do środka. Natychmiast! — krzyknął Ethereal, łapiąc Igneę za rękaw i siłą wpychając ją do wozu. Nawet nie zaprotestowała, tylko wcisnęła się tam, ciągnąc za sobą Vola, który z szokiem wpatrywał się w maszyny, znikąd pojawiające się nagle na niebie.
Ariv wskoczył w biegu, zdążając w ostatniej chwili, gdyż Ethereal popędził wilki, które z chęcią podjęły współpracę, również chcąc jak najszybciej opuścić to miejsce. Zawrócili gwałtownie i już moment później mknęli drogą z powrotem w stronę Miasta Kwiatów.
— Coś ty narobił? — zapytał Ariv, wpatrując się w Thina jak w ducha. Ten warknął coś cicho, nie podnosząc wzroku.
— Włamałem się do systemu i zdjąłem im osłony — odpowiedział cicho. — Tylko tyle. Nawiązałem połączenie, dzięki temu, że ten koleś do mnie zadzwonił, ale musiałem go chwilę zagadać, żeby mieć lepszy sygnał. Nie wiedziałem, że jak się wyłączą, to wszystko huknie aż tak mocno. Jestem teraz trochę głuchy na lewe ucho.
— Minusy wspaniałego słuchu — zauważyła Ignea, również drapiąc się po uchu i krzywiąc. — Teraz będzie mi coś szumieć przez cały czas. Irytujące.
— Och, nie, to akurat mój telefon — przyznał Thin — Zawsze tak trzeszczy, szumi i piszczy, jak pracuję.
— To przestań.
— Nie mogę. Już mówiłem, jeśli przestanę, to mi wybuchnie. Po powrocie do Miasta Kwiatów będę musiał załatwić sobie lepsze obwody. No i nowe zabezpieczenia. Minusy włamywania się do komputerów. Przyłapali mnie i się odwdzięczyli tym samym.
— Ee, wiecie, nie chciałbym wam przerywać — odezwał się Vol, który wyglądał przez okno — ani wprowadzać paniki czy coś w tym stylu. Ale wydaje mi się, że ten helikopter za nami leci.
— Et! — krzyknęła Ignea, wychylając się z drugiej strony przez dziurę, która pozostała po drzwiach. — Ścigają nas! Przyspiesz!
— Złote Wilki są szybkie, ale nie są w stanie prześcignąć maszyny! — warknął Ethereal, przekrzykując szum wiatru. — Trzymajcie się! Pojedziemy drogą na skróty!
— Przecież tutaj nie ma drogi na skróty!
— Powiedziałem, żebyś się trzymała!
Ignea wcisnęła się szybko z powrotem do środka i mocno złapała ławki, na której siedziała. Widząc, co robi dziewczyna, cała reszta szybko poszła w jej ślady. Znając już sposób prowadzenia Ethereala, powinni byli zrobić to wcześniej. Thin wciąż wciskał klawisze telefonu, trzymając się ogonem, który owinął wokół jednej z nóg siedzenia. Kayl skulił się przy jego boku, wyglądając bardziej jak przestraszony niewinny aniołek, niż wredny diablik, którym był na co dzień.
Ignea zamknęła oczy, co jednak nie za bardzo pomogło w pozbyciu się nudności wywołanych szaloną jazdą. Wóz cały czas podskakiwał i przechylał się na dziurach, raz o mało co się nie przewrócił. Ethereal przeklinał do akompaniamentu wycia przestraszonych wilków, które chyba jeszcze nigdy nie pędziły tak szybko, jak obecnie, gnane strachem przed maszyną na niebie.
Okazało się, że „droga na skróty” tak naprawdę wcale nie była drogą. Po prostu w pewnej chwili zboczyli z uczęszczanego szlaku i wjechali między drzewa, co wcale nie ułatwiło jazdy, a wręcz przeciwnie. Thin jęknął, kiedy dach, zgodnie z jego wcześniejszymi przewidywaniami, zaskrzeczał i zaczął odpadać, jakby trzymał się na taśmę klejącą.
— Coś jest nie tak — odezwał się nagle Vol, prostując się jak struna. Ariv spojrzał na niego jak na idiotę.
— Ścigają nas helikopterem, a my uciekamy rozwalającym się powozem, który napędza stado dzikich wilków. Co może być nie tak?!
— Nie w taki sposób, ty kretynie! Chodzi o to...
Ale nie zdążył dokończyć zdania, bo świat nagle zawirował. Potworny huk wypełnił powietrze. Powóz zaczął zwalniać i przechylił się jeszcze bardziej niż za każdym razem wcześniej, przewracając się tym samym na bok i blokując wyjście. Z zewnątrz dobiegło wycie wilków i kolejne niezbyt wyszukane słowa, którymi Ethereal obrzucał cały świat. A potem wszystko gwałtownie ucichło.
Ignea wygrzebała się spod kuzynów, którzy spadli na nią i rozejrzała się z niesmakiem po rozwalonym pojeździe. Podeszła do sufitu, który teraz właściwie był ścianą i ledwo trzymał się na swoim miejscu. Wystarczyło nieco go popchnąć, żeby całkowicie odpadł, otwierając drogę wyjścia. Wyczołgała się na zewnątrz, a zaraz nad nią wyrósł cień i podniósł ją na równe nogi. Brat obejrzał ją uważnie od stóp do głów, a potem powiedział coś, czego nie dosłyszała i ruszył pomóc innym wyjść.
Obróciła się i sama też zaklęła, po czym zdała sobie sprawę, że tego również nie usłyszała. Poruszyła uszami, ale cały świat był absolutnie cichy. Znów coś powiedziała i czuła w strunach głosowych, że wydała z siebie dźwięk, ale go nie usłyszała.
Ethereal z trudem wyciągał nieprzytomnego Thina z palącego się wozu. Ignea rzuciła się, żeby mu pomóc i razem szybko udało im się wydobyć diablika. Reszta wydostała się o własnych siłach. Ariv rozejrzał się w poszukiwaniu wilków, ale Ethereal tylko pokręcił głową. Uciekły.
— Co to w ogóle było? — zapytała Ignea, drapiąc się po uchu, ale wciąż słyszała tylko ciszę. Vol coś powiedział, ale dziewczyna nie miała pojęcia co. Spojrzał na nią, a ona wzruszyła ramionami i pokazała rękoma, że nie słyszy. A w każdym razie miała nadzieję, że to właśnie pokazała, bo nie znała się za bardzo na języku migowym.
Brat spojrzał na nią i bardzo powoli wypowiedział jakieś słowo, a ona zmrużyła oczy i spróbowała odczytać je z jego ust. Błyskawica. Uderzyła prosto w ich wóz i wywołała ten wypadek oraz pożar. Jednak na niebie nie było ani jednej chmurki, poza tym istniało bardzo małe prawdopodobieństwo, że trafiła zupełnie przypadkowo akurat w ich pędzący pojazd, kiedy wokół były tysiące wyższych drzew.
Ignea spojrzała w stronę Vola, a ten szybko uniósł ręce na znak niewinności i wymamrotał coś pod nosem. A potem chyba zdał sobie sprawę, że dziewczyna i tak go nie usłyszała, więc powtórzył to samo, tym razem jednak bardzo powoli. „To nie ja. Naprawdę. To oni”. Po czym wskazał na helikopter, który teraz krążył po niebie, szukając ich. Z ogniem, który powoli trawił ich wóz, nie mieli szansy się dobrze ukryć.
Ethereal znowu coś powiedział, a potem razem z Arivem podnieśli nieprzytomnego Thina i ruszyli w stronę drzew. Reszta uznała, że również warto odsunąć się od ognia i ukryć w ciemnościach lasu, tak więc szybko poszli za nimi. Trudno było cokolwiek dostrzec cokolwiek w mroku, zwłaszcza że Ignea nie miała do dyspozycji słuchu. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak bardzo pomagała sobie tym zmysłem w czasie wycieczek. Tym razem co chwilę uderzała głową o gałęzie albo potykała się o wystające z ziemi korzenie.
W pewnej chwili Vol ją zatrzymał, łapiąc za ramię. Znów coś wymamrotał, ale, choć widziała go bardzo wyraźnie, nie umiała stwierdzić, co właściwie powiedział. Pstryknął jej palcami przy uchu, a ona poczuła pieczenie i domyśliła się, że dostała iskrą prosto w małżowinę. Już miała uderzyć Vola, ale wtedy jej ucho zaatakowały dźwięki lasu. Chłopak zrobił to samo z drugim uchem i szybko odsunął się, jakby obawiał się, że mocno za to oberwie.
— Co ty zrobiłeś? — zdziwiła się Ignea, poruszając uszami i kierując je na wszystkie strony. Słyszała szum drzew, piski przestraszonych zwierząt, przebijający się przez to wszystko huk helikoptera.
— Nauczyłem się, że jak cię ogłuszy piorun... dosłownie ogłuszy, znaczy się... to coś takiego jest w stanie pomóc — odpowiedział Vol, wzruszając ramionami. — Niejeden raz tak oberwałem. Nie mam pojęcia, jaka w tym logika, ale ważne jest, że działa.
— Dzięki. Lepiej już chodźmy, zanim Et zacznie nas wyzywać od najgorszych kreatur wszechświata — powiedziała Ignea. Chłopak skrzywił się i przytaknął.
Wtem wszystko znów ucichło. Dziewczyna nastawiła uszu, ale tym razem była pewna, że wszystko z nimi w porządku.  Słyszała bardzo wyraźnie syczenie brata, żeby się pospieszyli i przyspieszony oddech Vola oraz swój własny. Mamrotanie Thina przez sen, w który zapadł. Dyszenie Ariva i bardzo ciche wypowiedzi Kayla, który chyba się modlił, ale nie mogła być tego pewna. Lekki, bardzo lekki wiatr wciąż poruszał koronami drzew. Wszystkie zwierzęta lasu jednak umilkły, wszystkie rośliny zamarły w oczekiwaniu. A helikopter nagle zniknął, tak po prostu, jakby nigdy go nie było.
— Poddali się? — zapytała z nadzieją Ignea, starając się wzrokiem przebić przez gęstwinę liści i przejrzeć niebo.
— Nie wydaje mi się... Chodźmy. Szybko.
— Dlaczego ścigają akurat nas? — prychnął Ariv, z trudem utrzymując nogi Thina. Ogon diablika co jakiś czas trącał go, jakby niepotrzebna mu była świadomość właściciela do złośliwego działania.
— Może na przykład namierzyli telefon — powiedziała ponuro Ignea, wskazując na urządzenie, które teraz niósł Kayl, jakby było najcenniejszą i najbardziej kruchą rzeczą na świecie. — Albo też zauważyli, że próbujemy się wymknąć z ich... nie wiem, to miała być pułapka czy coś? Chyba tak. Ten piorun... to było podejrzane.
— Jak już wspominałem, to nie ja — odezwał się Vol, zanim ktokolwiek zdążył wyrazić swoje zdanie co do jego osoby. — To mógł być przypadek. Albo ktoś się posługuje po prostu magią. Wchłonąłem za to trochę tej energii, dzięki czemu nie wysadziło nas wszystkich w powietrze. No i teraz mam jej trochę za dużo. Bym ją uziemił, ale wtedy skończę jak on — dodał, wskazując na Thina, który zaczął używać jakichś słów w swoim diablim języku. Kayl nie wyglądał na zadowolonego ze słownictwa brata.
— Dokąd właściwie idziemy? — zapytała Ignea, podchodząc do Ethereala, który bardzo starał się nie krzywić, kiedy rogi Thina raz po raz wbijały mu się w brzuch.
— Byle jak najdalej — uzyskała odpowiedź. — Gdzieś w pobliżu powinna być stara świątynia. Pamiętam, że widziałem ją na mapach, ale nie wiem dokładnie, jak daleko się znajduje. W stronę północy.
— Czyli nie wiesz, gdzie idziemy.
— Musisz wszystko sprowadzać do takiego ogółu? Ważne, żeby uciec. Chciałabyś może ponieść chwilę swojego ukochanego kuzyna?
— Raczej nie. Nie będę ci odbierać roboty.
Wtem rozległ się głośny pisk, a wszyscy się skrzywili strasznie, gdy dotarł do ich uszu. Ethereal i Ariv zapomnieli, że niosą Thina i unieśli ręce, upuszczając diablika na ziemię. Ten jęknął i otworzył oczy, po czym podniósł się gwałtownie, strasząc tym ruchem wszystkich wokół. Tylko Kayl zbliżył się do niego, zamiast odsunąć jak reszta.
— Co to jest?! — zapytał Thin, drapiąc się po głowie, jakby zamierzał wydrapać sobie uszy, byleby nie słyszeć tego pisku. — Chcą nas załatwić za pomocą jakiegoś wycia? Co się dzieje? Gdzie właściwie jesteśmy? Gdzie jest mój telefon?!
— To megafon — zdał sobie sprawę Vol, kiedy dźwięk przycichł i zamiast niego rozległo się przeciągłe westchnienie, rozchodzące się po całym lesie wokół nich. — Chcą wystosować do nas oświadczenie czy co?
— Co to jest „megafon”? — zdziwiła się Ignea.
— Taka tuba do mówienia — wyjaśnił jak najprościej Ariv. — Bardzo głośnego mówienia...
— Raz, dwa, raz, dwa, próba — przerwał mu naprawdę głośny, mechaniczny głos. Thin skrzywił się i znów zasłonił sobie uszy, robiąc minę z piekła rodem. — Czy to działa? Słuchajcie! Wiemy, że tam jesteście! Poddajcie się, to nie zrobimy wam krzywdy!
— Ruszać się — warknął Ethereal, pomagając podnieść się kuzynowi z ziemi. — To bardzo głupi pomysł. Nie słychać tego ich helikoptera, więc wylądowali. Nie dościgną nas na lądzie.
— Nie chcę ci psuć twej optymistycznej teorii, ale gdyby nie byli w stanie nas doścignąć, toby nie wylądowali — odezwał się Vol. — Tak głupi nie są. Ani honorowi.
— Nie mamy całej nocy na taką dyskusję. Pospieszcie się.
— Wyjdźcie i poddajcie się — nadawał wciąż jakiś mężczyzna przez megafon, ale całą grupą zgodnie i w milczeniu stwierdzili, że najlepiej będzie te krzyki zignorować. Szli więc dalej. W ciszy.
Ignea nastawiła uszu i nasłuchiwała odgłosów Natury, ale ta znów postanowiła zamilknąć, mimo że helikopter lądujący na jej najświętszych ziemiach powinien był ją obudzić. Prychnęła z niechęcią. Jakież to było wygodne ze strony Natury, żeby po prostu pozostać bierną w takich sprawach i pozwolić, by wszystkim zajęli się fiorzy, którzy obrali sobie za cel strzeżenie jej.
— Przestań ślęczeć nad tym ustrojstwem — warknął Ariv w stronę diablika. — Przez ciebie jeszcze nas namierzą albo coś. Wyłącz. Ten. Telefon.
— Nikt nas nie namierzy w ten sposób — prychnął Thin, odsuwając się poza zasięg rąk strażnika. — Wiem, co robię, odczep się ode mnie. Siedzę w tym wystarczająco długo. Jeśli już mieliby nas jakoś znaleźć, to prędzej przez te twoje babskie piski.
— Wypraszam sobie — odezwała się z oburzeniem Ignea. — Nawet kobiety nie piszczą tak strasznie, jak on.
— EJ!
— Może jeszcze rozpalicie sobie ognisko? — mruknął Ethereal, nawet nie odwracając się w ich stronę, wciąż idąc w sobie tylko znanym kierunku. — Ostatnie czego nam potrzeba, to krzyki i kłótnie. Siedźcie cicho, a najlepiej to w ogóle się nie odzywajcie, chyba że w razie potrzeby. I nie chodźcie tak głośno, uszy mnie od tego bolą.
— No przepraszam bardzo, że trącam źdźbła trawy — odezwał się z niechęcią Vol. — Niestety nic na to nie poradzę, bo nie jestem fiorem i nie umiem omijać każdego najmniejszego pyłku.
— Ale po co tyle sarkazmu, to ja nie rozumiem — powiedział z pewnym zniechęceniem Ariv.
— Akurat mówiłem to do pana wspaniałego strażnika — naprostował Ethereal, a rzeczony strażnik poczerwieniał na twarzy.
— Dlaczego wszyscy musicie się czepiać akurat mnie?! Co wam takiego zrobiłem?! Poza tym sami też chodzicie jak stado słoni.
Nagle zza drzew wybiegł jeden z wilków, dokładnie tych samych, które ciągnęły powóz. Ignea wiedziała to, ponieważ wciąż miał obrożę na szyi. Wydawał się o wiele większy, niż gdy widziała go ze środka powozu. Okrążył ich, zaskowyczał cicho, po czym podbiegł do Ethereala. Vol cofnął się na widok zwierzęcia. Musiał przeżyć szok, widząc coś tak ogromnego, ale raczej nikt oprócz Ignei i Thina nie zobaczył jego reakcji.
— Co się stało? — zapytał Ethereal, głaszcząc stworzenie po głowie. Nie musiał się nawet schylać, żeby to robić. — Coś cię przeraziło? Przestraszyło?
Wilk cofnął się od niego, zawył w stronę nieba, a potem, nie patrząc na nich więcej, obrócił się i uciekł. To było naprawdę dziwne. Ignea spojrzała kątem oka brata, który nagle wyprostował się jak struna. Też usłyszała to samo, co on. Odległy grzmot, którego dźwięk zbliżał się coraz szybciej i szybciej, aż w końcu niebo przecięła sieć błyskawic. Hałas wypełnił uszy ich wszystkich, a jasne światło zalało świat.
Ignea zamrugała kilka razy, będąc absolutnie pewną, że straciła wzrok, ale otoczenie powoli już wracało do normalności. Mimo wszystko wciąż było nieznośnie jasno. Odwróciła się w stronę źródła światła i zamarła, widząc Vola otoczonego iskrami, jaśniejącego jak latarnia w nocy.
— W nogi. Już! — warknął, a Ignea dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że chłopak powstrzymuje błyskawicę. Tak po prostu. W jednej chwili wykonał gwałtowny ruch i wszystko znów spowiła ciemność. Spojrzał po wszystkich, którzy wpatrywali się w niego z osłupieniem. — Powiedziałem: w nogi! No dalej!
To był najlepszy z zaproponowanych dotąd pomysłów, więc wszyscy, po chwili odrętwienia, rzucili się do ucieczki, każdy w innym kierunku. Ethereal nagle zniknął wśród drzew, Ariv popędził za nim. Thin rzucił się w bok, wraz ze swoim bratem. Za to Vol złapał wciąż zdziwioną Igneę za rękę i wybrał jeszcze inny kierunek.
Las wokół nich ożywił się gwałtownie, targany potwornym wiatrem, który pojawił się po prostu znikąd. Huki i grzmoty piorunów dobiegały z dosłownie wszystkich stron. Ignea uchyliła się odruchowo, kiedy jedna z błyskawic uderzyła w jedno z pobliskich drzew, za to Vol tylko przyspieszył, ciągnąc ją za sobą.
— Dokąd biegniemy?! — zawołała, rozglądając się naokoło w poszukiwaniu jakiegoś namacalnego zagrożenia, które byłaby w stanie zrozumieć, ale niczego takiego w pobliżu nie było.
— Nie mam pojęcia! Staram się ominąć burzę! — odkrzyknął jej Vol, zatrzymując się gwałtownie, a chwilę później tuż przed nimi rozbłysła błyskawica, podpalając kolejne drzewo. Po tym znów ruszyli przed siebie, omijając nieszczęsną roślinę. — Jest źle, bardzo, bardzo źle.
— To nie ty sprowadzasz te błyskawice?
— Już dawno wyrosłem z okresu, kiedy chciałem popełnić samobójstwo. Teraz już staram się o tym nie myśleć i żyć jak najdłużej się da. Na ziemię!
Nie czekał, aż go posłucha, tylko sam pociągnął ją za sobą. Ignea poczuła, jak włosy jeżą jej się na głowie, kiedy nad nimi przeleciała wiązka energii elektrycznej. Żaden piorun nie byłby w stanie zrobić czegoś takiego, w każdym razie nie sam. Ignea zerwała się szybko na równe nogi i pomogła wstać Volowi, po czym oboje obrócili się w stronę, skąd wystrzeliła ku nim błyskawica.
Spomiędzy drzew wyszedł jakiś człowiek. Widać było wyraźnie, że jest to człowiek. Tylko oni umieli poruszać się z taką gracją i arogancją jednocześnie, okazując przy tym też swoją wyższość. Nawet mirianie nie robili takich rzeczy. Klaskał powoli w dłonie w ten irytujący i sarkastyczny sposób, a z palców strzelały mu iskry, zupełnie jak Volowi.
— No, no, no, gratuluję refleksu — odezwał się bezbarwnym głosem chłopak, a Ignea zmierzyła go wzrokiem. Nie mógł być wiele starszy od niej, może miał z dwadzieścia parę lat. Chociaż po ludziach można się było spodziewać wszystkiego. — Mało komu udało się tak długo przede mną uciekać.
— To ty strzelałeś — stwierdziła Ignea, tylko po to, żeby coś powiedzieć. Vol próbował stanąć przed nią i ją zasłonić, ale nie dała mu na to szansy — Te wszystkie błyskawice... Wzywasz burzę. Po co?
— Żeby spalić ten wasz cudowny las. Żeby świat pogrążył się w płomieniach. Żeby to było moim dziełem. A zacznę, od was, wy wścibscy, wredni, mili fiorzy.
Vol popchnął ją w ostatniej chwili i przejął na siebie kolejne uderzenie błyskawicy, wchłaniając całą jej energię. Nawet kiedy wszystko już przygasło, on sam zaczął jaśnieć w ciemności od nadmiaru mocy, a iskry skakały wokół jego włosów, przypalając je, ale nie zapalając. Nieznajomy prychnął z niechęcią.
— No jasne, mag. Mogłem się domyślić, wśród was zawsze musi się znaleźć jakiś przeklęty mag. Parający się magią, kochający zwierzęta i kwiatki, tyle miłości w powietrzu...
Nie dokończył zdania, bo Vol wybrał sobie właśnie tę chwilę, by mu się odpłacić i uderzyć w niego całą zebraną w sobie energią, a musiał mieć jej sporo. Oczy zaczęły ją od tego boleć, jednak Ignea ich nie zamykała, przyglądając się z niedowierzaniem magii przemierzającej powietrze pod postacią błyskawicy. To było takie niebezpieczne, bolesne, nienormalne... piękne. Nienawidziła magii, nie znosiła, nie chciała oglądać, widzieć, słyszeć, być w pobliżu, ale jednak było coś takiego, co ją wręcz przyciągało. Jakby jakaś lampka w głowie, która od dawna pozostawała zgaszona, nagle rozbłysła najjaśniejszym światłem, na jakie ją stać.
Ten stan szybko minął, kiedy Vol upadł na ziemię, a błyskawica zgasła i zniknęła, jakby nigdy jej nie było. Ignea rozejrzała się, ale przez powidoki nie za bardzo cokolwiek widziała, a już na pewno nie była w stanie wypatrzyć ubranego na czarno człowieka wśród mroku. Zamiast więc rozglądać się za nieznajomym, podbiegła do Vola, którego było widać doskonale, bo prąd wciąż nie dawał mu spokoju i iskry tak po prostu sobie po nim skakały, jak jakieś koniki polne.
— O rany! Żyjesz jeszcze?! — zapytała, klękając przy nim i próbując mu sprawdzić puls, ale jedna z iskier uderzyła ją boleśnie w rękę. Vol jęknął i przewrócił się na bok.
— Wolałbym nie. To był zły pomysł — wydusił z siebie, a z jego ust uniósł się obłok dymu, co z pewnością nie było dobrym znakiem. — Czuję się, jakbym wskoczył w ogień. Albo do wulkanu. Taaak, do wulkanu, to chyba najtrafniejsze określenie.
— Ej, nie zamykaj oczu! — warknęła Ignea i spoliczkowała go, a on wymamrotał jakieś niezbyt miłe słowo. — W takich sytuacjach nie powinno się zamykać oczu, a tym bardziej zasypiać. Czytałam o tym w książkach.
— Przecież nie zamierzam zasypiać! Czuję się, jakbym wskoczył do wulkanu! Nikt, kto wskoczył do wulkanu, nie pójdzie spać, bo się właśnie pali!
— Plujesz dymem, wiesz?
— Zdaję sobie z tego sprawę. Pomóż mi wstać.
To też Ignea zrobiła, chociaż Vol był strasznie ciężki i trudno było go podnieść, zwłaszcza kiedy prąd wciąż po nim wesoło skakał. Chłopak oparł się na jej ramieniu, garbiąc się przy tym, bo był od niej wiele wyższy. Jak większość osób. Oboje rozejrzeli się za podejrzanym magiem, ale żadne z nich go nie zauważyło.
Nagle wybiegł ku nim jakiś jasny kształt i Ignea już zamachnęła się, by uderzyć to stworzenie, gdy zdała sobie sprawę, że to Thin. Kuzyn schylił się szybko, unikając ciosu, jak tylko on potrafił i zatrzymał tuż przed nią, krzywiąc się.
— Nie próbujcie mnie ciągle zabijać, ja wam pomagam! Widziałem ten rozbłysk i błyskawice! Co się stało? Nic wam nie jest?
— Pan mag się trochę przepalił — oznajmiła Ignea, wskazując na uwieszonego na jej ramieniu Vola, ale ten nie znalazł nawet odrobiny siły, by jej się odgryźć. — Pomóż mi go nieść, bo zaraz mi urwie rękę. Jest za ciężki.
— Co się właściwie stało? — zapytał Thin, biorąc chłopaka pod ramię i w trójkę ruszyli niezdarnie przed siebie, w stronę gdzie ostatnio widzieli resztę.
— Chyba... chyba spaliłem tego typa — powiedział Vol, próbując iść samemu, ale nawet z pomocą potykał się o własne nogi. — Nie chciałem, ale... ale...
— Wyluzuj, pewnie uciekł — prychnęła Ignea, rozglądając się dookoła, w obawie, że znów ktoś na nich wyskoczy. — Bez obrazy, ale skoro on nie dał rady załatwić ciebie piorunem, to raczej w drugą stronę to też nie poszło. To trochę tak, jakby Thina miał zabić robot. Niemożliwe.
— Dlaczego? — zdziwił się Thin.
— Ty to ty. Zasypałbyś go tysiącem pytań i różnymi ciekawostkami, a gdyby był już wystarczająco zdezorientowany, po prostu byś go rozkręcił, żeby zobaczyć, jak działa.
— Taaak, chyba faktycznie bym to zrobił. Roboty... jak właściwie działają roboty? To zastanawiające, wiecie? O, Kayl! Gdzieś się włóczył?
Mniejszy diablik wypadł na nich z mroku, robiąc to równie nagle, co jego starszy brat i uczepił się jego nogi, trzęsąc się strasznie. Ignea już miała się go zapytać, co się stało, kiedy po lesie poniósł się krzyk, którego nie dało się pomylić z żadnym innym. Puściła Vola i rzuciła się przed siebie w stronę hałasu. Ariv już zamilkł, ale wciąż słyszała przekleństwa brata. Nigdy nie spodziewała się, że on zna ich aż tyle, na co dzień był w miarę spokojną i miłą osobą.
Wszystko ucichło, ale ona dalej biegła, nie przejmując się tym, że co chwila uderzała w jakąś gałąź, potykała się o korzenie albo wpadała w podejrzanie wyglądające krzaki. Wyminęła jakiś ciemny kształt i dopiero po chwili zdała sobie sprawę, jak bardzo nie pasował on do otoczenia. Zawróciła więc i stanęła na wprost człowieka ubranego w mundur, który chyba nawet jej nie zauważył. Dopóki nie wyciągnęła mu broni z ręki i nie przystawiła mu jej do głowy.
— Gdzie oni są? — zapytała, spoglądając złowrogo na żołnierza, który nagle zaczął się dziwnie kurczyć i chwilę później była od niego wyższa. Zaczął się trząść ze strachu. — Zapytałam o coś. Gdzie. Oni. Są. Gadaj.
Mężczyzna nic nie odpowiedział, ale zamiast tego wyciągnął pozbawioną broni rękę i wskazał kierunek, nie spuszczając wzroku z Ignei.
— Jak kłamiesz, to tu wrócę — warknęła dziewczyna i ruszyła przed siebie, nie wypuszczając pistoletu spomiędzy palców. Nie umiała się nim posługiwać, ciążył też jej strasznie w dłoni, ale zawsze to lepiej grozić komuś bronią, niż pustymi rękoma.
Prawie potknęła się o Ariva, który leżał na ziemi, ale w porę się zatrzymała. Rozejrzała się, jednak w pobliżu nie było nikogo, klęknęła więc przy koledze. Trzymał się za bok, a spod jego palców wypływała szkarłatna krew. Ignea przez chwilę przyglądała się jej jak zahipnotyzowana, po czym potrząsnęła głową, wracając na ziemię. Nie miała pojęcia, co robić w takiej sytuacji. Nie znała się ani trochę na leczeniu, na ranach, na niczym. Kiedyś mieli o tym jakieś lekcje w szkole, ale nauczyciel miał taki okropny akcent, że niewiele dało się zrozumieć z tego, co mówił.
— Cześć Iga — powiedział słabym głosem, uśmiechając się, a Ignea się skrzywiła, widząc to. — Jak zawsze miło cię widzieć. Ze mną wszystko w porządku. Nie moja krew, w każdym razie nie cała. Moja ma inny kolor. Nie przejmuj się.
— Leżysz w kałuży krwi! A ja mam się nie przejmować?
— Mówię przecież, że to nie moja. Trochę się pobiłem z jednym facetem i z jego bronią, ale typa zabrali towarzysze. Mnie nie ruszali, też myśleli, że to moja krew i że zaraz przez to zejdę. Ale Ether...
— Co z nim?! — zapytała z paniką Ignea, łapiąc Ariva za kurtkę i podnosząc go. — Gdzie on jest?! Gdzie mój brat?!
— To boli. Nie wiem dokładnie, ci ludzie poszli w tamtym kierunku... w tym, który wskazuje moja głowa, nie mogę ruszyć ręką. Jest za ciężka... ała!
Upuściła go z powrotem na ziemię, razem z trzymanym pistoletem i podniosła się. W normalnej sytuacji z całą pewnością nie potraktowałaby go tak bezceremonialnie, zwłaszcza że przypuszczalnie był bardziej ranny, niż zamierzał to przyznać. Wiedziała jednak, że niedługo przyjdzie reszta i mu pomoże, a ona musiała znaleźć Ethereala. Przekroczyła więc ciało Ariva i rzuciła się we wskazaną przez niego stronę, nasłuchując uważnie i tym razem starając się być cicho, co jednak jej kompletnie nie wychodziło.
Ktoś złapał ją za rękę i zatrzymał gwałtownie. Odwróciła się i zobaczyła kolejnego człowieka, sięgającego po broń. Już jeden to było zdecydowanie zbyt dużo w tym miejscu, a co dopiero kilkunastu. Ignea była zła. Bardziej niż zła, była rozwścieczona. I znowu zapaliła się jakaś lampka, a pistolet, po który sięgał żołnierz, rozpadł się na kawałki, rozpraszając go i raniąc, kiedy ostry, rozgrzany metal wbił mu się w skórę. Puścił też Igneę, która nie traciła czasu na zdziwienie, tylko po prostu pobiegła dalej. Stał tam, co oznaczało, że pilnował czegoś, przecież ludzie nie chodzą sobie tak po prostu po puszczy, ryzykując zgubieniem się w nim.
Chwilę później rzeczywiście trafiła na grupkę ludzi i szybko schowała się za jednym z drzew, zanim któryś ją zauważył. Wychyliła się ostrożnie i przyjrzała im. Było ich trzech, wszyscy w identycznych ciemnych mundurach. Chwilę później dołączył do nich czwarty, a Ignea potrzebowała chwili, żeby się zorientować, że był to dokładnie ten sam, który wcześniej zaatakował ich błyskawicami. Wyglądał nieco inaczej, z całą pewnością był bardziej przypalony niż wcześniej, miał też na sobie nowy strój, co z niewiadomych powodów rozbawiło Igneę.
Jednak uśmiech szybko zniknął z jej twarzy, kiedy dostrzegła jeszcze coś. Niewielką postać, trudną do wypatrzenia w mroku, leżącą na ziemi i kulącą się z bólu, ledwo się ruszającą, ale nie wydającą żadnego dźwięku, tak jakby i na to nie miała już siły. Nikogo nie można by było rozpoznać w takich ciemnościach i z tak daleka, ale Ignea jakimś cudem po prostu wiedziała, kto to jest.
Drzewo pod jej dłońmi nagle zaprotestowało głośno, choć dziewczyna nie wiedziała dlaczego. Odsunęła się od niego gwałtownie i zobaczyła ogromną plamę czerni ciemniejszej niż mrok wokół, w miejscu, gdzie przed chwilą trzymała rękę. Roślina jęknęła, niezadowolona, ale jej dalsze słowa zagłuszył ostrzegawczy okrzyk i dźwięk przeładowywania broni.
Ignea odwróciła się w stronę grupy ludzi, którzy celowali prosto w nią ze swoich pistoletów, jednak nie przejmowała się nimi. A może powinna. Może powinna pozwolić, żeby zawładnęła nią złość, furia, która od pewnego czasu wzrastała i kiełkowała w niej, przebijała się i wrastała coraz głębiej i głębiej, sięgając coraz dalej, coraz wyżej, w każdą cząstkę myśli, wszędzie...
— Poddaj się — warknął jeden z ludzi. Ten, któremu drżały ręce. Prawdopodobnie jeszcze nigdy nikogo nie zastrzelił. Ta myśl pojawiła się nagle w głowie Ignei. Ona sama strzeliła tylko raz z tego okropnego pistoletu i nie zamierzała zrobić tego nigdy więcej.
Trzej pozostali spojrzeli na towarzysza ze zdziwieniem. Widać nie obawiali się ataku ze strony tak niewielkiej i młodej osoby, jaką była i na jaką wyglądała Ignea, mimo to nie opuścili broni. Nie byli głupi, na co liczyła dziewczyna i nieco ją to zasmuciło. Zastanawiała się, czy będzie w stanie zrobić to samo, co z bronią poprzedniego żołnierza, ale moc, którą wtedy czuła, zgasła już jak świeczka.
Podeszła krok bliżej, ale ludzie nie wykonali ani jednego ruchu, wciąż w nią celując. Tylko ten jeden zawahał się, jakby chciał cofnąć się, jednak nie zrobił tego. Ignea wyciągnęła ręce na boki, wykonując uniwersalny gest „nie mam przy sobie broni”, po czym obróciła się dookoła, dając znać, że nie ma również żadnej doczepionej do pleców ani nic w tym guście. Nie miała przy sobie swojej torby, czego żałowała. Zostawiła ją w szczątkach powozu, ale zamierzała tam jeszcze wrócić. Nie chciała, aby te wszystkie ważne rzeczy zaginęły na zawsze.
Leżący w trawie poruszył się i przewrócił na brzuch, nie pozostawiając już żadnych wątpliwości, kim jest. Ignea porzuciła wszystkie swoje pozory i rzuciła się w stronę brata, zupełnie dezorientując czwórkę ludzi. Jeden z nich wystrzelił, ale jej już dawno nie było w tym miejscu. Zamiast tego klęknęła przy Etherealu, który spoglądał w niebo, jakby w ogóle go nie widział. Jego oczy przygasły, było w nich tak wiele mroku i bólu...
Wymamrotał coś cicho i niezrozumiale, po czym uniósł rękę i złapał Igneę za ramię tak mocno, że ta musiała powstrzymać się od krzyknięcia na niego. Wyglądał tak słabo, a miał jeszcze tyle siły. Albo to Ignea po prostu była zbyt wrażliwa.
— Nea... to ty? Ty? — zapytał słabo, obracając głowę w jej stronę, co wyraźnie sprawiło mu jeszcze więcej bólu. Oczy miał puste, jakby nie widział nimi już niczego ani nikogo. Nawet jej samej. — To ty, czuję, że to ty. Słuchaj mnie, posłuchaj bardzo uważnie... ja wiem, co będzie, widziałem to... pokazałem... widziałem... uciekaj.
— Nie żartuj sobie — powiedziała Ignea zduszonym głosem i starała się powstrzymać łzy, patrząc na brata. Wyglądał na tak bardzo wykończonego. — Co ci jest? Potrzebujesz lekarza? Opatrunku? Odpoczynku? Energii? Mam jej dużo. Nie mam pojęcia, czy da się jakoś ci ją oddać, ale zawsze można spróbować, w końcu skoro tym wszystkim głupim magom się udaje...
— Ignea — jęknął słabo, chcąc jej przerwać, ale ona powoli zaczęła kręcić głową, wciąż mówiąc.
— ...to dlaczego nam by miało nie wyjść, w końcu to tylko przekazanie. Coś podobnego pewnie do przekazania sobie uścisku dłoni, nic wielkiego, nic wielkiego czy trudnego, wystarczy pewnie tylko...
— Ignea! Przestań udawać, że to rozumiesz, to tak nie działa! — warknął przez zaciśnięte z bólu zęby. Jego twarz drgnęła dziwnie. — Po prostu uciekaj. Wiej. Najszybciej, jak umiesz. Tu się coś stanie, coś złego. Ja to wiem. Zostaw mnie i uciekaj.
— Mowy nie ma, ja...
— Nea ja... idź, po prostu idź. Naprawdę. U-u-uciekaj. J-j-j-ja nie-e-e...
Zakaszlał i uśmiechnął się smutno do Ignei. Spojrzał swoimi ciemnymi, nic niewidzącymi oczami, które teraz były ślepe, całkowicie ślepe na świat. Zamrugał raz, drugi. Jego usta znów ułożyły się w to samo słowo, które powtarzał od początku, jednak nie wypowiedział go na głos. Nie miał już siły. Odetchnął głęboko ostatni raz i cisza zapadła. Na wieki.
Ignea wpatrywała się w jego bladą twarz, ten smutny uśmiech, który zastygł na jego ustach, te ciemne oczy, w których nie odbijało się ani jedno światełko. Nie chciała rozumieć, co się stało, nie chciała wiedzieć, chciała mieć nadzieję, że to się nie stało. Ale czuła to, kiedy uniosła drżącą dłoń i ułożyła ją w miejscu, gdzie pod skórą spoczywało serce. Nieruchome, zatrzymane nagle i niepotrzebnie. Niebijące.
— Nie... nie, nie, nie, nie! To nie prawda, to nie jest prawda! — wykrzyknęła ze złością, łapiąc brata za ubranie i podnosząc bez najmniejszego trudu. Łzy ciekły jej po twarzy, ale nie powstrzymywała ich, pozwalając im płynąć. — Nieprawda! Et błagam, błagam, obudź się! Nie umieraj, nie... nie... nie zostawiaj mnie. Nie zostawiaj mnie samej. Nie. Nie. Nie... bracie. Braciszku. Nie...
Ułożyła go z powrotem na ziemi i przyglądała chwilę, po czym rozpłakała, kładąc się na nim, wtulając w materiał jego marynarki. Wciąż pachniał tym beznadziejnym mydłem domowej roboty, którym Ethereal zawsze mył swoje ubrania, bo uważał, że wszystkie proszki do prania to zło. Zaśmiała się bezgłośnie przez łzy, przypominając sobie wykład, który kiedyś jej na ten temat wyprawił. Zasnęła w połowie i nigdy nie dowiedziała się, jakie zbawienne właściwości ma ubranie wymyte mydłem.
Rozwścieczony ludzki głos wyrwał ją z odrętwienia. Odwróciła się, wciąż nie wypuszczając brata z objęć i zauważyła, że cała czwórka żołnierzy celuje w nią ze swojej broni i każdy z nich jest gotowy, by oddać strzał. W głowie Ignei furia zaczęła walczyć o lepsze z całkowitą obojętnością. Niech ją zastrzelą, było jej wszystko jedno. Cienie porwały ojca, który od dawna pewnie już nie żyje. Ludzie zabili brata, który leżał martwy w jej ramionach, ze swoim głupim uśmiechem na twarzy. Nie miała już po co żyć. Nie miała już dla kogo żyć. Więc po co miało jej to być?
Jednak z drugiej strony... ci ludzie wdarli się tam, wdarli się do Złotej Puszczy, do najświętszego ze świętych miejsc, łamiąc wszystkie zasady. Znajdując i otwierając to przeklęte Przejście, wpuszczając cienie do tego świata. Niszcząc wszystko i wszystkich, zmieniając reguły i zasady świata, poprzez zniszczenie każdego, kto się im sprzeciwiał. Dlaczego by z nimi nie postąpić tak samo? Dlaczego by ich po prostu nie zabić, nie przejmując się konsekwencjami?
Po co walczyć? Ale dlaczego by niby nie walczyć? Oni go zabili. Zniszczyli wszystko, co miało sens. Rozwalili świat na kawałki i będą to robić dalej. Zabili. Jej rodzina nie żyła, podczas kiedy ci ludzie... ci ludzie... po prostu sobie stali i się patrzyli, kiedy...
Furia zdecydowanie przyćmiła obojętność. Ignea przestała myśleć, teraz był wewnątrz niej tylko ten ogień, czysta żądza zemsty, wrząca niczym wulkan, jak lawa, która zabijała każdego, kogo napotkała, nie przejmując się, kto to jest.
Trawa wokół niej poczerniała, drzewa zaszumiały złowieszczo. Mag błyskawic pociągnął za spust i dokładnie w tej samej chwili jego pistolet wyparował, jakby nigdy nie istniał. To samo też stało się z całą resztą broni — zwyczajnie nagle jej zabrakło, zniknęła, przepadła na dobre.
Ignea podniosła się. Nie panowała nad sobą i nie zamierzała. Wściekłość wypełniła każdy jej zakamarek i napawała się tym uczuciem jak nigdy. Magia obudziła się i pragnęła chaosu, totalnego zniszczenia. Nawet jeśli to miałoby ją zniszczyć, nie przejmowała się.
Dziesiątki pni drzew w pobliżu trzasnęło przeraźliwie, kiedy niewidzialna siła złamała je na pół, jakby były tylko niewielkimi drzazgami. Kolorowe jesienne liście zamieniły się w pył, który opadł na ziemię niczym deszcz i zaczął się formować w najróżniejsze kształty, przerażających zwierząt, roślin, szkieletów, stworów z tego i nie tego świata.
Ludzie cofnęli się, a potem po prostu odwrócili i uciekli, ratując swoje marne życia. Nic niewarci. Ignea jednak nie przestawała, sięgając coraz dalej i dalej, rozciągając swoje zmysły i niszcząc wszystko, co znalazło się w ich zasięgu. To było łatwe jak pstryknięcie palców, jak mrugnięcie okiem, odruchowe, straszne, piękne, przerażające, tak bardzo satysfakcjonujące. Mogłaby to robić przez całą wieczność. Świat i tak już dawno stracił sens. Niech teraz straci wszystko inne.
Zignorowała umysły, które nagle przedarły się do jej świadomości, czyjąś obecność w pobliżu. Słyszała krzyki przebijające się przez przenikliwy gwizd wiatru, który sama wywołała, ale nie obchodziły jej. Kto by się tym przejmował, kiedy można  było wszystko zniszczyć, obrócić w pył, skończyć świat i zacząć go na nowo? Tak po prostu, z taką łatwością oraz lekkością...
— Ignea, przestań! — przez całe zamieszanie przebił się przerażony głos Thina. Dziewczyna spojrzała w bok i zobaczyła kuzyna, który próbował przebić się przez jej tornado stworzone z pyłu. Kiedy stworzyła tornado? Jak to zrobiła? I czy naprawdę ją to teraz obchodziło? — Skończ to! IGNEA! Zabijesz nas wszystkich!
Wszystkich? Nie, po co zabijać wszystkich? Wielu złych, tak, oni powinni umrzeć, nie powinni nigdy istnieć, powinni skończyć swoje żywota. Ale żeby wszystkich? Nie, to nie wchodziło w grę. Nie miała takiej siły, raczej na pewno nie miała. Choć, gdy się nad tym zastanowiła... Jej moc wrzała, parowała, wylewała się ogromnymi falami. Mogłaby sięgnąć głębiej, mogłaby spróbować, czym by jej groziło? Zniszczeniem? Co za różnica?
— NEA! NIE IGNORUJ MNIE! IGNEA! — Thin złapał ją za ramię, próbując wyrwać z transu. Stanął tuż przed nią, patrząc jej w oczy, patrząc na nią z góry tymi przerażającymi, brązowymi oczami, ale jej to nie obeszło. Wciąż i wciąż pracowała, niszcząc, tworząc, zmieniając wszystko. Zmieniając świat. — PRZESTAŃ! ZABIJESZ SIĘ! COKOLWIEK ROBISZ, SKOŃCZ TO! PROSZĘ!
Nie mogła skończyć. Nie zamierzała tego robić. Widziała tak wiele, czuła tak wiele, mogła dokonać wszystkiego. Przeprogramować cały świat, tak, żeby był lepszy niż dotychczas. Powstały z popiołów, niczym legendarny feniks, podnoszący się z chaosu, z pustki, mogący zacząć od nowa. Trochę, jakby ktoś cofnął czas. Czemu miałaby tego nie zrobić? Każdy chciałby cofnąć czas.
— Dobra, sama tego chciałaś. Nie dajesz mi wyboru — warknął Thin, z nietypową dla siebie złością i złapał ją za dłonie, jakby chciał ją uspokoić. Nie wyszło mu to. Spojrzał jej głęboko w oczy, a jego wzrok był tak hipnotyzujący, że Ignea też na niego spojrzała, pierwszy raz, odkąd się pojawił. — Słuchaj mnie teraz. Uważnie. Skup się tylko i wyłącznie na moim głosie. Nie obchodzi cię nic innego. Ani świat, ani osoby, ani nawet śmierć. — Przy tych słowach coś ją ocuciło, ale tylko na krótką chwilę, bo Thin zareagował od razu. — Nie obchodzi cię to, słyszysz? Nic, cały świat cię teraz nie obchodzi. Stoisz tu tylko ty i ja. Wokół nie ma niczego, nic. Pustka, nicość, pierwotny chaos. Nie ma niczego, czym mogłabyś się przejmować, na co mogłabyś się wściekać. Jesteś tylko ty, w tej pustce. Jesteś zmęczona. Wykończona. Powinnaś odpocząć. Pustka jest dobra, nic ci nie zrobiła, ty nic jej nie możesz zrobić. Pozwól jej, żeby zabrała wszystkie te męczące myśli. Pozwól jej, żeby cię ogarnęła, żeby dała ci spokój. Pozwól sobie odpocząć od tego wszystkiego, od wcześniejszego zgiełku. Zaśnij.
Jakaś jej cząstka wciąż walczyła, chciała pozostać i niszczyć, zniszczyć wszystko, aż zostanie tylko goła ziemia. Jednak większa jej część skupiła się na kuzynie, na jego słowach, które były takie hipnotyzujące, takie uspokajające, takie prawdziwe, które przedzierały się przez całą warstwę wściekłości i docierały do oazy spokoju, dając jej władzę. Spać. Spokój. Całkowita pustka.
Ciemność i spokój. Cały świat odpłynął, wszystkie myśli i uczucia, pozostała tylko ta nicość.

Rozdział XVII

Świątynia nie do końca Umarłych


Thinowi udało się naprawić choć część szkód, jakie wyrządziła błyskawica i ogień. Wóz nie odzyskał co prawda spalonych dawno ścian, ale diablikowi udało się jakoś ocalić czwarte koło i na nowo je dokręcić. Postanowił zostawić na miejscu wypadku oderwany sufit, w końcu na nic już nie mógł im się przydać.
Wśród rzeczy rozrzuconych po trawie znalazł torbę Ignei a w niej dwie latające deski, które dziewczyna jakimś cudem złożyła jak kartki papieru, nie niszcząc ich. Jak to zrobiła bez jego wiedzy i pomocy — nie chciał na razie tego wiedzieć. Udało mu się je cudem zamontować przy wozie, tak, żeby zadziałały jako napęd i powoli ruszyli przed siebie.
Okazało się, że gdy już się rozjaśniło, Ariv rozpoznał okolicę i wiedział, dokąd powinni jechać, więc co jakiś czas dawał Thinowi wskazówki, gdzie należało skręcić. Kayl siedział skulony przy boku brata, próbując zrozumieć, jak działa wyłączony telefon. Vol i Ignea spali, albo też udawali, że to robią. Oboje wyglądali tak tragicznie, że Thin zaczynał się cieszyć z faktu, iż jedyna magia, na której się zna, nie jest zbyt potężna i nie wymaga od niego nie wiadomo jak wielkich pokładów energii.
— Dokąd my właściwie jedziemy? — zapytał diablik, poprawiając ustawienie jednej z desek. Sterowanie w ten sposób pojazdem było nie tyle trudne, ile zwyczajnie dziwne. Nigdy wcześniej niczego podobnego nie zrobił. — Znaczy się, wiem, że to jakaś świątynia. Ale nigdy nie słyszałem o żadnej takiej, na pewno nie w Złotej Puszczy.
— To bardzo stara świątynia — mruknął Ariv. — Pewnie sprzed wielu setek lat. Nazywa się ją Świątynią Nie Do Końca Umarłych albo też Archiwum Dusz. Należała kiedyś do fiorów i mirianów, jeszcze jak nie różnili się tak bardzo, jak obecnie. Chowali tam zmarłych w trumnach z kryształu, żeby ci nigdy nie odeszli z tego świata. Czy coś w tym stylu. Tak pisało na tej tabliczce informacyjnej przed budynkiem, jak go znalazłem. Ale żadnych trumien z kryształu nie widziałem. Ani trupów czy duchów. Jeśli tam kiedykolwiek były, to wyparowały.
— Jakoś mi to nie brzmi, na dobre miejsce do zatrzymania się — przyznał Thin, a Kayl prychnął cicho z drwiną, za co oberwał po głowie. — Nie jestem przesądny czy coś, gdybym był, musiałbym za każdym razem odprawiać jakieś rytuały, kiedy zobaczę swoje odbicie. Ale miejsce, gdzie się chowało zmarłych... Po prostu nie może być dobrym miejscem. Ma pamięć wszystkich tych ciał.
— Diabeł, który boi się umarłych? Tego chyba jeszcze nie było.
— Rany, serio? Jestem diablikiem, a nie diabłem! To JEST różnica! Ile razy mam powtarzać? Poza tym i tak jestem nim tylko w połowie, bo w drugiej jestem fiorem. Tak jak ty. Więc się nie wymądrzaj, bo człowiek to niewiele lepiej niż diablik.
— Dzięki wielkie — prychnął Vol, podnosząc się na łokciach, ale chwilę później znów się położył. — Rany, ale mi się kręci w głowie. Ostatnio się tak źle czułem, jak na przyjęciu wziąłem nie ten kieliszek. Dwa dni potem nie mogłem się pozbyć halucynacji, tak mocny alkohol tam serwowali. Do tej pory nie wiem, co to było.
— Albo masz po prostu słaby łeb — zauważył z drwiną Ariv, ale Vol nawet mu nie odpowiedział, tylko wykonał jakiś dziwny gest uniesioną ręką i wrócił do nic nierobienia.
Tak zwana świątynia okazała się bardzo starym i bardzo zniszczonym budynkiem. Wyglądała jak kompletna ruina i gdyby Ariv nie wskazał im drogi, nigdy sami by jej nie znaleźli. Ukryta wśród drzew, rozpadająca się i porośnięta pnączami wyglądała bardziej na stare zamczysko jakiegoś okrutnego czarnoksiężnika z baśni, niżeli na jakąkolwiek świątynię. Jedyne, co przetrwało jako tako, to niezbyt wysoka wieża, chyba wartownicza. Thina ogarnęły jeszcze większe wątpliwości co do zatrzymania się w tym miejscu. Przyglądał się rozwalonym czarnym ścianom i nie potrafił stwierdzić, co tak bardzo go niepokoi w tym miejscu. Miał wrażenie, że z każdego z okien zamczyska ktoś na niego spogląda, mimo faktu, że nikogo w nich nie widział.
To było najgorsze w tym wszystkim. Zwykle umiał od razu wyczuć, co się dzieje w podejrzanych miejscach. Wiedział, gdzie straszą duchy, gdzie chowają się demony, wyczuwał zawirowania mocy, gdy przez światy przemykały istoty, nazywane często mylnie bogami. Umiał robić to wszystko jak każda szanująca się istota z jego rasy. Jeśli zaś nie był w stanie stwierdzić, co nie pasuje w takim budynku... było gorzej niż źle.
— To naprawdę jest bardzo złe na przystanek — powiedział, kiedy Ariv zeskoczył z wozu i zaczął zbierać z niego resztki potrzebnych rzeczy, jakie zostały z jego zapasów na podróż. — Najlepiej byśmy zrobili, jakbyśmy od razu pojechali do Miasta Statków, bez żadnego zatrzymywania się. Tutaj tracimy tylko czas.
— Jechaliśmy cały dzień — odezwała się pustym głosem Ignea, zwracając na siebie uwagę. Podniosła się, wyglądając jeszcze gorzej niż trup i stanęła na trawie, która od razu dziwnie pociemniała pod jej stopami. — Każdy potrzebuje odpoczynku. Nawet ty. Więc przestań udawać czarnowidza.
Wzięła swoją torbę i bez słowa ruszyła w stronę wrót, które wypadły już dawno z zawiasów, zostawiając dziurę w ścianie. Rozejrzała się ponuro dookoła i weszła do środka, znikając w ciemności. Ariv chciał od razu iść za nią, ale Thin go przed tym powstrzymał.
— Zostaw. Jak teraz zaczniesz ją pocieszać albo drażnić, zabije cię. Dosłownie. W ogóle nie powinniśmy z nią gadać.
— Przecież jest w opłakanym stanie — zaprotestował Ariv, wyrywając się diablikowi. — Ktoś powinien ją pocieszyć albo przynajmniej wysłuchać. Dopiero co straciła ojca i brata. Ty jesteś jej rodziną, ty powinieneś jej poprawiać nastrój, ale najwyraźniej nie chce ci się tego robić. Bo to takie trudne.
— Tylko że ja nie jestem idiotą, w przeciwieństwie do ciebie — prychnął z drwiną Thin, krzyżując ręce i uderzając ogonem o ziemię, jakby był zirytowany. — Kiedy fior przeżywa żałobę, powinno się trzymać od niego jak najdalej. Zresztą sam widziałeś, co zrobiła wtedy w lesie. Stają się nieobliczalni i zdolni do wszystkiego. Odbija im. Dlatego każdy mądry po prostu stara się unikać fiorów w żałobie. To taka niepisana zasada i lepiej, żebyś też się jej trzymał, jak chcesz dalej żyć. Albo przynajmniej zachwycać kobiety tą swoją perfekcyjną buźką.
— Czy to ostatnie to był sarkazm?
— Być może. W każdym razie stań się choć trochę mądrzejszą osobą i postaraj się omijać Igneę szerokim łukiem. Ja pójdę się trochę rozejrzeć, bo coś mi serio nie gra w tym miejscu — mruknął Thin, mrużąc oczy i wpatrując się w jedną z trzech wież świątyni, tę jedyną zachowaną w całości. Kayl zaklaskał wesoło w dłonie i zaczął skakać wokół brata.
— Taaak! Będziemy szukać duchów! BU! Bój się mnie!
— Wybacz mały, ale nie jesteś straszny — stwierdził z rozbawieniem Ariv, gładząc Kayla po głowie i targając mu włosy, co wyraźnie nie spodobało się młodemu diablikowi.
Thin parsknął i odwrócił się, bo doskonale wiedział, co się zaraz stanie. Powstrzymał się od śmiechu, kiedy do jego uszu dobiegł okrzyk bólu i złośliwe rechotanie jego brata. Zaczęli się ze sobą ścigać i wkrótce ich głosy umilkły gdzieś w dali. Thin podniósł swój telefon z ziemi i schował go do kieszeni płaszcza, po czym z zupełnie innej wyjął kolejny dziwny sprzęt. Właściwie nie miał pojęcia, jak nazywa się owo coś i czy ktokolwiek wcześniej podobną maszynę wymyślił. Sam obdarzył to mianem Namierzacza, bo lepszego po prostu nie znalazł. Poza tym w jakiś pokrętny sposób brzmiało to godnie.
— Więc uważasz, że w tym miejscu są duchy? — odezwał się Vol, a Thin podskoczył, słysząc jego głos. Zupełnie o nim zapomniał. Spojrzał na spalonego kolegę i szybko przeniósł wzrok z powrotem na ekran swojego wynalazku.
— Niekoniecznie duchy — mruknął, zastanawiając się nad odpowiedzią na pytanie. Zaczął przy tym bawić się bocznymi pokrętłami Namierzacza, starając się ustawić odpowiednie parametry. — Mogą być też inne tajemnicze formy bytu w tym miejscu. Koszmary. Demony. Złośliwe zaklęcia, przybierające niepokojące kształty. Te są najgorsze, zwłaszcza jak zaczynają samodzielnie myśleć. Rzuca się takie na ciebie i miesza w głowie, a żadnymi pistoletem tego nie zastrzelisz ani mieczem nie przetniesz... no, ale mniejsza z tym. Jak nie zrobimy nic niewłaściwego, to nic nas nie zaatakuje. Ale najpierw musimy wiedzieć, z czym mamy do czynienia, żeby wiedzieć, co trzeba, a czego nie powinniśmy robić.
— Znasz się na tym? Mówisz jak ktoś, kto się zna — zauważył Vol, zeskakując z wozu. Przeciągnął się i zaczął strzepywać z siebie pył, w którym leżał przez cały dzień. Thin mruknął coś pod nosem i przytaknął. — Wiesz, bo ludzie też czasem udają, że się znają. Wywołują duchy w starych zamczyskach, próbują z nimi rozmawiać, takie tam...
— To wszystko bzdury. Duchów nie da się wywoływać. One są przywiązane do danych miejsc na świecie, najczęściej do tych, w których zostało najwięcej śladów ich dawnej egzystencji. Po prostu sobie są i nie wychodzą dlatego, że jakiś idiota, nazywający siebie jakimś medium, zacznie je wywoływać. Jasne, czasem znajdzie się istota, która jest w stanie usłyszeć szepty duchów, ale wtedy taki gość się nikomu nie chwali, bo ma wystarczająco mocno namieszane w głowie, żeby jeszcze użerać się z żywymi.
— Ale ty...
— Ja się nie kontaktuję z duchami. Jeszcze czego. Tak jakbym miał mało problemów z braćmi. Najpierw trzeba je wykryć, a potem nie wchodzić im w drogę. I tyle w kwestii tajemniczego mistycyzmu — prychnął Thin, pstrykając palcami, jakby właśnie skończył pokazywać magiczną sztuczkę.
— To coś namierza duchy?
— Nie, pokazuje tylko, z jakim rodzajem „strachów” ma się do czynienia. Przestań zadawać te pytania! Próbuję się skupić! Pięć na e, nie wyczuwa żadnych fal. Cztery na alfa. Jedynka zawsze na północ... a może południe? Nie, na północ. Na pewno na północ. Dwójka i trójka na pętlę. Tak. Dokładnie tak. Ale tutaj nic nie ma. Przydałoby się sprawdzić w środku, bo mam za słaby zasięg na znalezienie czegokolwiek.
Vol przytaknął i wziął z wozu płaszcz, po czym dołączył do diablika, który powoli szedł przez trawnik, rozglądając się dookoła i machając przy tym swoim urządzeniem. Co jakiś czas odzywało się cicho, ale Thin wiedział, że to nic nie znaczyło. Tak się działo niemal w każdym miejscu. Słabe sygnały go nie interesowały, bo nie były groźne.
Wkroczyli do środka i od razu uderzył w nich chłód. Nie zwyczajne zimno, jakie można było poczuć też na zewnątrz. Sam budynek zdawał się promieniować negatywną energią, jednak Namierzacz wciąż niczego nie znalazł. Thin nie czuł się zbyt dobrze, a właściwie to wszystkie jego zmysły zaczęły krzyczeć, że powinien uciekać. Mimo to postarał się zachować powagę na twarzy i znów zaczął się bawić ustawieniami. Może powinien sprawdzić na innych falach? Również nic.
Żadnych duchów. Żadnych klątw. Żadnych rozwścieczonych zwierząt ani demonów. Ani jednego diabła, diablika czy miriana, który mógłby stanowić jakiekolwiek zagrożenie. Nie wyczuwał ani nie widział nic groźnego.
— „Strzeżcie się Zagubionych” — powiedział Vol, a Thin odwrócił się do niego gwałtownie i zauważył, że chłopak przetarł z kurzu jakąś tabliczkę, którą teraz czytał. — „Żyjących na granicach dwóch światów, którzy spokoju nigdy nie zaznali. Kiedy...”, e, nie, dalej tekst jest zamazany. Ale jest podpis i data. Nie do końca czytelna, ale sprzed jakichś dwóch tysięcy lat z pewnością.
— W ogóle nie powinniśmy byli tutaj przyjeżdżać — stwierdził Thin, nerwowo poruszając ogonem. — To miejsce już z daleka krzyczy „Nawiedzone!”. Zwłaszcza że to kiedyś była świątynia. Kto wie, co wyznawali ci, którzy to zbudowali?
— To pudełko do znajdowania duchów ci dymi.
Thin zaklął, kiedy zdał sobie sprawę, że po prawdzie jego urządzenie nie tylko dymiło. Ono zaczęło się palić. Wypuścił je z rąk, a to trzasnęło o posadzkę. Zazgrzytało i zatrzeszczało jeszcze kilka ostatnich razy, po czym całkowicie się wyłączyło i teraz już tylko nadawało się do wyrzucenia, czym postanowiły zająć się niewielkie płomienie, które zamierzały je zniweczyć na wieki, przerabiając na pył.
— To jest bardzo zły znak — zauważył diablik, próbując stłumić ogień butem, ale udało mu się tylko jeszcze bardziej rozwalić Namierzacz. — Znak, że ktoś albo coś, nie chce, żebyśmy wiedzieli o jego istnieniu. No cóż. Zdarza się. Trzeba wrócić do naturalnych metod dowiadywania się, co straszy w takich budynkach.
— Naturalnych?
— EJ, straszydła! — krzyknął Thin najgłośniej, jak tylko potrafił — Halo, halo, jest tu kto?! Pokażcie się, wy tchórzliwe duchy! Wyzywam was na pojedynek, no chodźcie! Chyba nie boicie się jednego, wstrętnego diablika, prawda?!
— Aha, takich metod — mruknął Vol, opierając się o ścianę i z powątpiewaniem wysłuchując krzyków towarzysza. — Muszę przyznać, tego się nie spodziewałem. Bardzo to... e... serio? Nie masz lepszych pomysłów?
— Zamknij się. Takie rzeczy czasem działają. Poza tym swoich ciągnie do swego, tak to się chyba u was mówi, nie? Hip hip, hop hop! Boicie się mnie?! Wyłazić, już! Czekam tutaj, całkiem sam!
— To totalna bzdura! Jak niby coś takiego...
Przerwał mu przerażony pisk, który poniósł się echem po korytarzach. Thin spojrzał z satysfakcją na zdziwionego Vola, a potem obaj rzucili się w kierunku, z którego wciąż słychać krzyki, tym razem bardziej wściekłe niż przestraszone. Zupełnie jakby ktoś się tam bardzo ostro kłócił.
Wpadli do ogromnej i całkiem pustej sali, a z diablika całkiem uleciał cały entuzjazm. Nie były to żadne duchy czy przerażające potwory, a Ariv kłócący się z dwójką jakichś innych osób, których Thin nie znał. Choć w sumie wyglądały jakoś znajomo. Kayl za to biegał w kółko, chowając się co jakiś czas za dziwnymi materiałami, pod którymi ukryte były chyba jakieś rzeźby i zupełnie nie przejmował się rozgrywającą się pośrodku sali sceną.
— Myślałem, że ktoś tutaj umiera! — przyznał diablik, łapiąc się za głowę i zwracając na siebie uwagę. — Musicie się tak wydzierać? Ja tutaj szukam duchów!
— Ja jestem duchem! — wykrzyknął Kayl, podbiegając do nich z płachtą narzuconą na głowę. — Zobacz, nie mam ciała! Jestem taki wielki i straszny! Bójcie się mnie! UuOuou! Bu!
— Rozumiem, że potrzebujesz atencji, ale to nie teraz — prychnął Thin, zdejmując materiał z głowy brata. — Jesteśmy trochę zajęci, więc się opanuj i nie błaznuj. Albo błaznuj trochę dalej. Co się właściwie dzieje? Co to za jedni? — zapytał, wskazując na dwójkę nieznajomych, którzy wyglądali, jakby dopiero co przegrali walkę na śmierć i życie, więc wstali z grobów, by się zemścić.
— To są... e... no... — Ariv podrapał się po głowie i zaczął rozglądać się dookoła, jakby szukał drogi ucieczki. Po chwili spuścił ramiona i westchnął przeciągle, poddając się. — To są moi bracia. Mniej więcej. Przyrodni. I naprawdę nie mam pojęcia, co tutaj robią.
— Prawdę mówiąc, chcieliśmy cię tylko odwiedzić — odezwał się wyższy z nich, wciskając dłonie do kieszeni spodni i patrząc z pogardą na Ariva. Jego twarz cała pocięta była paskudnie wyglądającymi bliznami. — Ale patrząc, jak na to zareagowałeś, mam ochotę dać ci w twarz.
— Czego nie zrobi, bo nie chce dla kogoś takiego jak ty, łamać swojej przysięgi — dodał ten drugi nieco przemądrzałym tonem.
— Już zapomniałem, jak to wspaniale jest rozmawiać z Panem Zasadą i jego wiernym towarzyszem, Komputerem — warknął ze złością Ariv, odwracając się do nich plecami. — Tak jakbyście nie mogli zostać w tej swojej wstrętnej wiosce na wieczność. Musieliście się przypałętać akurat tutaj.
— Jesteśmy w jakiejś zniszczonej świątyni, w której prawdopodobnie straszą jakieś stwory — powiedział Thin pewnym niedowierzaniem — a wy się kłócicie o takie bzdury? Naprawdę?
— To, że uważasz, iż tu są jakieś duchy, nie oznacza, że rzeczywiście tutaj są. Jedynymi strachami tutaj jesteście wy — rzekł Ariv i rozłożył ręce na boki, jakby chciał nimi ogarnąć całą salę. — Dwa diabliki, koleś strzelający błyskawicami i para zombie. Jesteście siebie warci.
— Zapomniałeś dodać do tego wszystkiego gościa o ego wywalonym w kosmos — odezwał się złośliwie Kayl, a dwaj bracia Ariva parsknęli i bezskutecznie usiłowali powstrzymać gwałtowny atak śmiechu. Młody diablik prychnął i dodał, już o wiele bardziej poważnym, złowieszczym tonem: — Ale tutaj są duchy. Czuję coś takiego dziwnego. Jakby ktoś się przyglądał z oddali, ktoś będący czymś innym, czymś różnym. Ktoś stary, starożytny, zły na świat, zły na wszystko. Ktoś, komu nie podoba się ten świat i zobaczyłby go, pogrążonego w płomieniach wieczności.
— Tak, dziękuję, że tak dokładnie wszystkim wyjaśniłeś swoje odczucia. Właśnie tego w tej chwili potrzebowaliśmy — prychnął Thin, patrząc z pewną niechęcią na szczerzącego się do niego młodszego brata. Rozejrzał się po zebranych i zobaczył, że cała reszta ma miny, jakby ktoś im dopiero co przywalił w twarz. — Dobra, nie obchodzą mnie wasze sprzeczki. Najlepiej wynieśmy się z tego miejsca jak najszybciej. Może jeszcze zanim drugie słońce zajdzie, bo w ciemnościach już naprawdę będziemy mieli kłopoty.
— Pragnę zauważyć, że musimy jeszcze znaleźć Igneę — postanowił odezwać się Vol, który do tej pory tylko przyglądał się ich rozmowie. — A ona jest teraz taka... dziwna. Odbiło jej.
— Odbije jej dopiero jakoś za tydzień — poprawił go Thin. — Mniej więcej. Teraz jest w stanie „morduj lub ignoruj wszystko, co przeszkadza”. Potem zamknie się w sobie i zacznie filozofować nad sensem świata. To zwykle trwa dwa albo trzy dni. A potem przyjdzie szaleństwo i to potrafi trwać jeden dzień albo całe miesiące. Zależy od osoby. Większość fiorów tak właśnie ma.
— Dla mnie to dalej brzmi, jakby jej już odbiło.
— Ja jej poszukam — zgłosił się na ochotnika Kayl, unosząc rękę do góry, jakby wyrywał się do odpowiedzi. — Mogę, mogę, mogę? Proooszę.
— Dobra, idź — prychnął Thin, machając na niego ręką. — Tylko uważaj na ostre przedmioty, które mogłyby lecieć w twoim kierunku. Powyjmowałem jej wszystkie scyzoryki z torby, ale mogła jeszcze coś schować, więc bądź ostrożny.
— Tak jest, kapitanie!
Kayl zasalutował mu, po czym podniósł z ziemi płachtę i zawiązał ją wokół szyi niczym pelerynę. Przebiegł jedno okrążenie wokół sali i wybiegł z niej, wydając z siebie dziwne dźwięki, które brzmiały podejrzanie, jakby próbował naśladować lasery z filmów, po czym popędził „na ratunek” kuzynce.
— To głupota opuszczać to miejsce tylko dlatego, że wam, diablikom, coś się poprzeczuwało — prychnął Ariv, łapiąc się za głowę, jakby miał sobie powyrywać z niej włosy. — Bywałem tutaj dziesiątki razy i jakoś nic mnie nie zaatakowało. Żadne duchy, demony, przewrażliwione klątwy. Nic.
— Przynajmniej to tłumaczy twój charakter — zauważył Thin, rozglądając się dookoła i podchodząc do jednego z przedmiotów, które były przykryte materiałem. — Wystawienie się, nawet nieświadomie, na wpływ duchów czasem ma jakieś skutki. Wrednota, współczucie, oderwanie od świata. Zadufanie w sobie.
— Nie jestem zadufany w sobie!
— Zaprzeczenie — dodał Thin, z wrednym uśmieszkiem, po czym potrząsnął głową. — Nie, żartuję sobie. Po prostu masz paskudny charakter i żadne duchy za to nie odpowiadają. Ktoś wie, co to właściwie jest? — zapytał, wskazując na tkaninę. — Jakieś rzeźby?
— Nie sądzę — odezwał się młodszy z braci Ariva, podchodząc do Thina i przyglądając się uważnie materiałowi. — Nie ma żadnych zagięć, wygląda to raczej, jakby ktoś zarzucił prześcieradło na prostopadłościan. Reszta wygląda tak samo. A skoro jesteśmy w jakiejś pradawnej świątyni...
— Skończcie te swoje wywody — warknął Ariv, przeciskając się między nimi. — Zamiast tak się popisywać wiedzą, moglibyście po prostu zobaczyć, co jest pod spodem. O tak!
Złapał za płachtę i pociągnął z całej siły, zrzucając ją na podłogę. Wszyscy cofnęli się, zszokowani.
— …to bardzo możliwe, że są to trumny i nie powinniśmy tego ruszać. Daj mi czasem dokończyć ważne zdanie, kretynie!
— To... to chore — odezwał się Vol, ostrożnie podchodząc bliżej, jakby jednocześnie chciał się przyjrzeć i nie zamierzał tego robić. — On... on wygląda jak żywy.
— Trumna z kryształu Sirriton, zwanego też czarnym diamentem. Niezwykle twardy. Jeśli nigdzie nie zostawiono żadnej szczeliny, to nic nie powinno przedostać się do środka. Ciepło, powietrze, żadna ciecz czy gaz. Całkowicie odizolowane. Jeśli zamknęli go tam tuż po śmierci albo też jak jeszcze żył, to wyjaśnia, dlaczego nie wygląda na zmarłego.
— A ty jesteś...?
— Chodzącym komputerem — wtrącił złośliwie Ariv, ale wszyscy go zignorowali.
— Fakt, nie przedstawiliśmy się. Chociaż już wcześniej w sumie widzieliśmy się w Mieście Kwiatów. Jestem Rever, a ten ponury, który wygląda podobnie jak ja, to Finen. Jesteśmy uzdrowicielami. Cóż, właściwie to on jest, ja już za dużo razy złamałem przysięgę, żeby móc się za niego podawać. Ale ta konstrukcja — wrócił do oglądania trumny, do której nikt inny nie chciał się teraz zbliżyć — jest dobrze przemyślana. Sam ten projekt i wykonanie... to nie na nasze czasy, bardziej wygląda jak z przyszłości, niż odległej przeszłości.
— Zostaw tego trupa w spokoju — syknął Finen — Narobiłeś już za dużo szkód z takimi rzeczami, pamiętasz? Pewnie, że pamiętasz. Więc się teraz odsuń i po prostu postaraj się przez chwilę nie dotykać niczego.
Rever zrobił zirytowaną minę, ale cofnął się od kryształu i włożył ręce do kieszeni, żeby już niczego więcej nie dotknąć. Wyglądał przy tym na smutnego, że nie może dalej prowadzić swoich spekulacji.
— Duuuuchy! — krzyknął nagle Kayl, wpadając cały zziajany do pomieszczenia. Zgubił gdzieś swoją pelerynę oraz bandaż, tak że widać było teraz okropną ranę na jego czole. — Widziałem! Były duchy... dużo duchów! Wychodziły ze ścian! I były przezroczyste i wyglądały tak straasznie. Ja nie chcę umieraaaaaaać!
Podbiegł do Thina i przytulił się do niego, drżąc cały ze strachu. Wszyscy zaczęli się rozglądać z niepokojem dookoła, ale nigdzie nie było widać rzeczonych duchów. Mimo to Thin zdawał sobie sprawę, że jego brat nie kłamie. Potrafił udawać wiele rzeczy, ale nigdy strachu.
— Gdzie dokładnie widziałeś te duchy? — zapytał spokojnie, ostrożnie odsuwając brata od siebie, ale wciąż trzymając go blisko siebie. — To bardzo ważne. Gdzie je widziałeś i jak wyglądały? Były szare czy miały kolory? Czerwone oczy? Zanikały jakoś dziwnie czy je widziałeś coraz dokładniej? Postaraj się na chwilę skupić, dobrze?
— Ja... ja znalazłem schody do piwnicy i usłyszałem tam coś. I myślałem, że to Ignea, bo ona lubi takie miejsca. No i zacząłem schodzić, a one się tak pojawiły nagle, wyszły ze ścian. I miały takie straszne twarze. I... i ruszały się tak wolno, wyciągały ręce. I na początku ledwo je widziałem, a potem coraz bardziej. No i ja uciekłem. Nie chcę duchów! Duchy nie są fajne!
Thin wyprostował się i starał się zachować powagę na twarzy, ale nie uważał, że mu się to udało. Powieka mu zadrgała. Wcale nie cieszył się z tego, co usłyszał, bo to potwierdziło wszystkie jego najgorsze przypuszczenia.
— Wiejemy. I to już.
— Na to JUŻ za późno — odezwał się jakiś ponury głos tuż obok nich, więc odwrócili się gwałtownie w tamtą stronę. Istota w trumnie, którą uznali za martwą, otworzyła oczy i czerwonymi tęczówkami wpatrywała się w nich.
Jednak po chwili Thin musiał zamrugać kilka razy i upewnić się, że to, co widzi, jednak jest prawdą, bo mężczyzna zwyczajnie przeniknął przez kryształ trumny i jednocześnie pozostał w jej środku, wciąż tak samo martwy, jak wcześniej. Duch wyszedł z ciała... wcześniej siedząc w nim przez cały ten czas. Normalne duchy tego nie robiły, co jeszcze bardziej popsuło diablikowi nastrój. Tak jakby to było w ogóle możliwe.
— Czym ty jesteś? — zapytał, nie wiedząc, co o tym myśleć. Znał się na podstawach rozpoznawania duchów, znał się na niektórych sposobach ich zwalczania i wiedział, kiedy wystarczyło postraszyć, kiedy porozmawiać, a kiedy brać nogi za pas. Teraz nie miał pojęcia, co się działo.
— A czy to ma znaczenie? — odpowiedział mu pytaniem duch, a jego głos był tak odległy i skrzeczący, że ranił Thinowi uszy, jednak ten starał się po sobie tego nie okazywać. Inne stwory zaczęły wyłaniać się ze ścian, otaczając ich. — Jesteście tutaj. Obudziliście nas swoimi czynami, swoimi słowami. Jesteśmy wam wdzięczni.
— Nie brzmisz jak duch. Trochę jak piła tarczowa. Zepsuta. Nie wyglądasz też jak duch, za bardzo jesteś cielesny i nie zanikasz. Trochę jak demon, ale na to jesteś za mało... realny, że tak to ujmę.
— Głowa się naszemu małemu diablikowi przepali od tego myślenia — syknął z rozbawieniem mężczyzna, przystając przed nim i uśmiechając się szyderczo. — No dalej, mały mądralo, wymyśl coś jeszcze. Może mnie dotknij, żeby sprawdzić, w jaki sposób mogę działać. No, dalej.
— Demon, który zabrał duchowi esencję jego istnienia i przejął jego istotę — powiedział szybko na wydechu Thin, zaskakując tym nawet siebie, po czym zrobił szybki unik przez jednym ze stworów, kiedy ten wyciągnął ku niemu ręce. — Za żadne skarby nie dajcie się im dotknąć!
— Ale one są wszędzie! — zaprotestował Ariv, szybko się cofając. — Poza tym nie mają ciała, skoro przeniknęły przez ściany. Co mogą nam zrobić?
— Cóż, cielesne potwory atakują cielesną powłokę. Te, które istnieją psychicznie, ingerują w psychikę. I to jest gorsze. Kayl, nie! — Thin złapał swojego brata za kołnierz, zanim ten rzucił się w stronę wyjścia, prawie wpadając na jednego z duchów, który nagle wyrósł tuż przed nimi, sycząc coś w starym języku. — Cokolwiek zobaczysz po tym, jak któryś cię dotknie, zapamiętaj sobie jedną rzecz: nic nie jest prawdziwe. Absolutnie nic, dopóki cię nie uderzę w twarz, jasne?
— Ale ty... ale ty się nie bijesz — wyjąkał Kayl.
— Tak. Właśnie dlatego to zrobię.
Thin rozejrzał się dookoła, doskonale wiedząc, że nie ma już drogi ucieczki. Cała reszta nie wytrzymała tak długo i leżała już na podłodze, pozbawiona zmysłów. Co widzieli – mógł się tylko domyślać. Kiedyś już zaatakował go demon, ale każdy z tych stworów miał swój inny sposób działania i nie miał pojęcia, jak zachowywały się te.
Przeniknął go chłód, kiedy jeden z duchów zaszedł ich od tyłu i po prostu przeszedł przez niego, jakby Thin był kolejną ścianą, łatwą do pokonania. Zamgliło mu się przed oczami, a wszystkie kończyny nagle zapragnęły odmówić współpracy z nim. Choć ze wszystkich sił starał się utrzymać na własnych nogach, grawitacja i zmęczenie były jednak silniejsze. W jego głowie odezwały się odległe głosy, wzywając go do siebie, a on nie miał siły się im przeciwstawić.

~~*~~


Ignea usiadła w ponurej piwnicy, którą znalazła i rozejrzała się dookoła. Spokój i cisza, miejsce, w którym nie było absolutnie nikogo, poza nią samą. Tylko otaczająca ją ciemność i kilka starych gratów w jednym z kątów pokoju. Nie chciało jej się ich sprawdzać, choć w normalnej sytuacji by to zrobiła. Ale to nie była taka sytuacja.
Sięgnęła do torby i wyjęła z niej książkę, dokładnie tę samą, którą Vol ukradł Władcy Pogody. Otworzyła ją i zaczęła bezsensownie przerzucać strony, właściwie nie zastanawiając się nad tym, co robi. Było jej wszystko jedno. Najróżniejsze zaklęcia pojawiały się na coraz kolejnych kartach. Znikania, pojawiania się, powiększania i zmniejszania, oddziaływania na pogodę i inne bzdury, których nie potrzebowała. Zaklęcia emocjonalne, zaklęcia zmieniania się, rytuały przywoływania demonów, duchów...
Zatrzymała się i wróciła do tej strony. To było coś, co mogło ją zainteresować. Tekst był opatrzony zabawnymi obrazkami straszących duchów, które niespecjalnie ją interesowały. Była za to cała lista rodzajów tych straszydeł, tak jakby nie mogły istnieć tylko w jednej formie. Wspomnienia, dusze, istoty rzeczywiste, oddziele od świata i z nim związane, powiązane z żywiołami, powiązane z naturą, ze zwierzętami, z danymi osobami. Zdecydowanie za dużo. Straszydła i dobre duszki, te wprost zza światów i te niekoniecznie z nich wyrwane.
Rzeczywiste dusze zmarłych osób. Bingo. Ignea zastanawiała się przez chwilę, dlaczego są dopiero na samym końcu tej długiej listy, ale po chwili stwierdziła, że jednak jest jej to obojętne. Wolała się skupić na tym, jak je przywoływać. Nie miała pojęcia, gdzie kończą się ostrzeżenia, a gdzie zaczynają wskazówki, więc musiała przeczytać całość. Prychnęła z niechęcią.
„Jest to bardzo niebezpieczne”. Odnotowała to w umyśle. Tak się zawsze zaczynała większość ostrzeżeń, zwłaszcza jak się czytało książki takie jak ta.
„Wszystkie podane składniki należy bardzo dokładnie odmierzyć”. Cóż, to było raczej logiczne. Chciała przywoływać duchy, a nie robić ciasto. Przy tym drugim można się było pomylić, co najwyżej potem mogła powstać z niego jakaś breja. Ignei zawsze wychodziła breja, jak brała się za pieczenie ciast, więc w końcu przestała to robić.
„Jeden błąd może skutkować śmiercią, więc należy być bardzo ostrożnym. Odradza się niedoświadczonym osobom próbowanie tego typu rzeczy”. Bzdury. Nie potrzebowała tego typu pouczeń, które zwykle miały osiadać na psychice czytającego i zmusić go do porzucenia swych działań, jeśli był on ową niedoświadczoną osobą. Jej to nie przeszkadzało, gdyby mogła, skoczyłaby z dachu świątyni. Nie używając swojej głupiej latającej deski.
„Tylko dla magów”. Znowu oczywistość. „Rytuał nie jest przewidziany dla zwykłych śmiertelników, albowiem nie byliby oni w stanie kontrolować wezwanych duchów. Odradzane również słabszym mocą”. Cóż, dobrze było to wiedzieć, nawet jeśli była to kolejna rzecz, którą Ignea zwyczajnie się nie przejęła. Nie miała bladego pojęcia czy jej moc można było uznać za słabą, przeciętną czy potężną. Nie miało to większego znaczenia, chociaż, patrząc na zniszczenia, do których się przyczyniła poprzedniej nocy... Nie, nie chciała o tym myśleć. Po prostu nie. Z całą chęcią rozwaliłaby jeszcze więcej, zgniotła tych ludzi jak robaki. Ale jej brat...
Lista potrzebnych rzeczy do wywoływania duchów brzmiała absurdalnie. Sól, ziarenka kawy, zapałki. Skąd miała niby wziąć kawę w takim miejscu? Cukier i jakiś dziwny chemiczny składnik, którego nazwy nie rozumiała. Miała przywoływać duchy, a nie bawić się w producenta niezdrowego jedzenia! W sumie mogłaby przynieść tutaj coś z ludzkiego świata, wyszłoby wtedy na to, że w jednej butelce napoju jest wszystko to, czego potrzebuje. Kiedyś Ethereal skądś wytrzasnął paczkę zabawnie pociętych na plastry warzyw, które miały tyle składników, jakby zawierały całe chemiczne laboratorium. Dusili się nad tym ze śmiechu przez jakąś godzinę, a potem i tak to zjedli. Smakowało nawet nieźle.
Potrząsnęła głową. Nie przypominaj sobie takich rzeczy! Nie, nie, nie. Po prostu nie. Oczyść umysł, żadnych emocji, żadnych uczuć, żadnych wspomnień. Absolutnie żadnych. Zero, nic, pustka. Thinowi poszło wiele łatwiej w takim oczyszczeniu jej umysłu. Głupie diabelskie sztuczki, których nie było, kiedy się ich potrzebowało.
Zignorowała całą resztę składników. Komu to było potrzebne? Czasem słyszała, że magowie wzywają duchy bez żadnego przygotowania, po prostu rysując jakieś znaki na ziemi swoją albo cudzą krwią. Pewnie miały one oznaczać składniki, przy każdym był jakiś dziwny, mały znaczek. Albo też ograniczać duchy.
Sięgnęła do torby i zaczęła w nim szukać jednego z tych wielu scyzoryków, które poznajdowała we wszystkich kątach domu przy sprzątaniu i które zabrała ze sobą. Każdy z nich należał do ojca. Po co komu tyle scyzoryków w domu? Znów warknęła na siebie. Nie myśl o tym. Nie myśl. Żadnych myśli o przeszłości. Tylko tu i teraz. O przeszłości pogada z duchami. Tak, z duchem. Którymś z duchów. Tym jednym, którego chciała zobaczyć.
— Dlaczego taka jestem?! — krzyknęła ze złością, ściskając w ręce księgę tak mocno, że omal nie podarła kartek. Nikt jej nie odpowiedział, bo też nikogo nie było w pobliżu. Chciała być sama i to dostała. — Nie, nie, przestań. Ogarnij się. Potrzebujesz spokoju i skupienia, nie wracaj do przeszłości. Tu i teraz.
Wciąż grzebała jedną ręką w torbie, ale nigdzie nie było ani jednego scyzoryka. Znalazła za to otwieracz do piwa. Była absolutnie pewna, że nie brała czegoś takiego dziwnego ze sobą. Nie miała nawet pojęcia, jak to żelastwo, które podarował jej kiedyś Ariv, działało. Chyba wyrzuciła je nawet do kosza, bo było za bardzo nudne. Rzuciła więc tym czymś przez ramię i zaczęła szukać dalej, żeby tylko bardziej upewnić się w przekonaniu, że ktoś zakosił jej nie tylko scyzoryki, ale też inne ostre rzeczy.
Widocznie Thin wciąż trwał w swoim przekonaniu, że każdy fior, który przechodzi żałobę, staje się automatycznie psychopatycznym mordercą bez żadnych uczuć. Z jednej strony zrobiło jej się trochę lepiej, wiedząc, iż kuzyn aż tak się o nią martwi, ale z drugiej była na niego zła, że tak źle ją ocenił. Chociaż prawdopodobnie miał rację, co nie zmieniało jej podejścia.
W końcu znalazła zapomniane dawno okrągłe lusterko, które musiało leżeć tam dobrych dziesięć albo i więcej lat. Nie używała go, bo nie bardzo interesowało ją, jak wygląda. Przestała się tym interesować, kiedy jej ostatni chłopak powiedział, że jej fryzura i tak wygląda, jak ptasie gniazdo, pomimo godziny rozczesywania ich i układania w wymyślną fryzurę. Zerwała z nim, bo przyczepił się, kiedy zaczęła się ubierać „zbyt normalnie” według niego.
Z całej siły uderzyła lusterkiem o ziemię, a potem jeszcze raz i kolejny, aż to w końcu się poddało i pękło na kilka kawałków. Kawałków o bardzo ostrych krawędziach, właśnie takich, jakich teraz było jej potrzeba. Odłożyła pustą ramkę byłego już lustra i podniosła jeden z odłamków, kalecząc sobie przy tym palce. Przyjrzała się mu, potem swojemu oku, którego odbicie zauważyła, po czym pozwoliła jeszcze bardziej pokaleczyć sobie dłoń. Stróżki błękitnej krwi spływały po jej skórze, ale ona nawet nie czuła bólu i nie była pewna, czy tak już się do niego przyzwyczaiła, czy po prostu jest jej to obojętne.
Obejrzała uważniej znaki wyrysowane obok składników i zaczęła je przemalowywać na podłogę najdokładniej, jak umiała. Była w miarę dobra, jeśli idzie o malowanie, ale też nie była tego taka pewna, bo nikomu nie chciało się dokładniej ocenić jej dziwnych bohomazów, które tworzyła w domu. Została więc z przeczuciem „robisz to dobrze, ale czy wystarczająco? A kto by to wiedział?”.
Starała się odwzorować dokładnie każdy kształt, zostawiając błękitne linie na kamieniu, ale też trudno było się rozczytać po małych znaczkach w książce. Nie była pewna czy gdzieś jest niewielka linia, czy to po prostu rozmazany tusz albo przebarwienie starego papieru. Nie rozumiała absolutnie nic z tych oznaczeń, ale ułożyła je w okrąg na podłodze, tak jak mówiła instrukcja i wokół nich narysowała jeszcze jeden.
Podniosła się i przez chwilę podziwiała swoje bazgroły, po czym wytarła ręce w koszulkę, barwiąc czerwony materiał na jakiś niezidentyfikowany odcień fioletu. Albo różu. W sumie mogłaby sobie przypomnieć nazwę tego koloru, ale było to całkowicie zbędne. Ścisnęła mocniej książkę w czystej ręce i sprawdziła, co dalej mówi instrukcja.
— Na ciemne moce tego świata, na mrok między... — wypowiedziała słowa, prawie się nimi dławiąc, ale czego się nie robiło dla osiągnięcia celu. Odchrząknęła i zaczęła od początku, tym razem starając się nie przerywać. — Na ciemne moce tego świata. Na mrok między wymiarami wszelakimi, na pustkę, na ciemność, na wszystko, co złe i dobre, przyzywam was. Na swoją duszę pękniętą, na serce, co łzy na wieczność roni, wołam was. Przez szczelinę, wyrwę, co w rzeczywistości świeci, przybądźcie.
Zawahała się. Teraz powinna wypowiedzieć imię. Ethereal. Nie, Aveth. Brat. Ojciec. Dlaczego nie mogła wypowiedzieć obu? To wbrew zasadom. To było wyraźnie podkreślone w tekście. Jeśli użyje imion dwóch różnych osób, wezwie kogoś zupełnie innego albo w ogóle nikogo. Tata został porwany przez cienie. Był w świecie cieni, przecież mógł tam jeszcze żyć. Była jakaś nadzieja, choćby i najmniejsza. Za to Et...
— Wzywam cię, Etherealu Aerelu Alieasterze z końca wszechświata, z zaświatów ciemności! Na moje wołanie, siostry twojej, przybądź tu teraz! Wszelkie mury omijając, przez ściany z łatwością się przebijając, stań przede mną, w oczy spoglądając!
Skończyła i czekała, aż coś zacznie się dziać, ale nic nie wskazywało na to, by jej słowa wywarły jakikolwiek efekt. Jeszcze raz ogarnęła cały tekst wzrokiem, ale nie wyglądało na to, by cokolwiek pominęła.
— Co za kretyn to pisał? — mruknęła do siebie, znów wycierając rękę o koszulę i przewracając nią strony, żeby sprawdzić, czy nie ma nic na następnej, ale tam już był dział innych duchów. — Nic, naprawdę? Co jest nie tak z tą głupią książką?!
— Prawdopodobnie jest przestarzała — odezwał się jakiś chłopak tuż obok jej ucha. Odwróciła się, jednak nikogo nie zauważyła. Zmrużyła oczy. Miała wrażenie, że ktoś ją obserwuje, ale jednocześnie zdawała sobie sprawę, że jest zupełnie sama. — Przestarzałe księgi mają przestarzałe formuły i rytuały, które zajmują wiele czasu. Rany, ale mnie wszystko boli. Ile to lat już minęło? Który mamy rok według Środka Kosmosu?
— Kim jesteś?! Gdzie jesteś?
— No tutaj przecież — mruknął i jakiś ruch pojawił się na granicy widzenia Ignei. Odwróciła się, czując, że coś jej w tym wszystkim umyka.
Zamrugała kilka razy, przetarła oczy i zobaczyła na wpół przezroczystą postać, lewitującą pośrodku wyrysowanych przez nią symboli. Był to chłopak, wyglądający dosyć młodo i jakoś znajomo, mimo że dziewczyna była pewna, iż nigdy wcześniej w życiu go nie widziała. Był pozbawiony jakichkolwiek kolorów. Jego ubranie było częściowo dziurawe i podarte, ale mimo to wciąż przypominało ubranie szlachcica sprzed jakichś kilku dobrych lat. Włosy miał niechlujnie ułożone, sięgały mu ramion i kręciły się dziwnie. Uśmiech przypominał trochę ten Ariva – złośliwy i szarmancki jednocześnie, jakby nieznajomy zamierzał zacząć ją podrywać, ale nie był pewien, czy akurat wypada to robić. Uszy miał wielkie i szpiczaste, więc Ignea była pewna, że akurat w gatunek trafiła. Gorzej z trafieniem w ducha osoby, z którą chciała się spotkać.
— Kim jesteś? — zapytała ponownie, zamykając książkę z trzaskiem i biorąc ją w obie ręce. Zdawała sobie sprawę, że w razie ataku, przyłożenie duchowi czymkolwiek raczej nie podziała, ale zawsze można było spróbować. — Nie ciebie wyzywałam! Chciałam... kogoś innego.
— Cóż, ja też się tutaj nie pchałem — przyznał się duch, rozglądając się dookoła. — Widocznie jestem najbliższą osobą podług tej, którą wzywałaś. Co to za miejsce? Wygląda trochę jak Archiwum Dusz, ale jest takie bardziej rozwalone, niż kiedy je wcześniej widziałem. A robiłem to chwilę temu.
— Co... co to znaczy „najbliższą osobą”? Ja... niech on tutaj przyjdzie! Nie chcę ciebie, idź sobie!
— Skoro nie przyszedł, to już nie przyjdzie, taki los — prychnął chłopak, stukając w powietrze palcem, jakby to były drzwi. — Nie lubię niewidzialnych barier. No więc nie wiem, kogo wzywałaś, ale jako że już się tu pojawiłem, wypadałoby się przedstawić. Jestem...
— Wiesz co, jednak mam gdzieś, kim jesteś — powiedziała Ignea ze zrezygnowaniem, siadając na podłodze i krzyżując nogi. Rzuciła księgę obok siebie i schowała twarz w dłoniach. — Chciałam tylko pogadać z bratem. Ale niee, oczywiście, że coś musiało pójść nie tak. Bo przecież nie znam się na tych bzdurnych czarach, które wszystko mieszają. Głupie. Bezużyteczne. Zaklęcia.
— Niekoniecznie zaklęcia zawiodły — zauważył duch, też siadając. Pewnie by do niej podszedł, gdyby nie krąg, który najwyraźniej nie pozwalał mu się zbliżyć. Spojrzała na niego ostro, ale on nie zareagował. Cóż, już nie żył, w sumie nie miał się czego bać. — Jak tak na ciebie patrzę, to wyglądasz znajomo. Zwłaszcza te oczy, o tak, oczy zawsze są te same. Pewnie jesteś jakąś moją kuzynką. Siostrzenicą. Bratanicą nie, braci nie miałem. Raczej. W każdym razie, kiedy jeszcze żyłem, nie kojarzę żadnych. Daleką krewną. Albo jakąś bliższą. W sumie to zależy. Ile masz lat?
— Osiemnaście. Co to właściwie ma do rzeczy?! Nie znam cię, koleś! A ty mi zaczynasz bredzić jakieś bajeczki o pokrewieństwie! Dlaczego ty tu jesteś, a nie mój brat?! Chciałam mojego brata, a nie jakiegoś kretyna z przeszłości!
— Cóż, nie znam się za bardzo na takich sprawach z duchami, nawet jeśli sam nim jestem, ale bardzo możliwe, że skoro ja tu przeszedłem, a nie on, to jego prawdopodobnie nie ma wśród duchów.
— Co to ma właściwie znaczyć?!
— Że prawdopodobnie żyje — prychnął chłopak, wzruszając ramionami. — To zwykle oznacza zdanie „nie ma go wśród duchów”. Umarł, ale udało mu się zwiać. Zabili go, ale przeżył. I inne takie rzeczy. Drugim wyjaśnieniem może być, że faktycznie pomyliłaś zaklęcie. Ewentualnie umarł, ale jeszcze nie jest tam bardzo martwy, żeby być wśród duchów. To czasem trochę trwa. Ale to raczej kiepskie wytłumaczenie. Serio, masz osiemnaście lat? Tak mało. Spodziewałbym się raczej kogoś starszego. Zwłaszcza wywołującego mojego ducha. Tylko mojej młodszej siostrze raz się to udało, a i ona miała wtedy już coś koło tysiąca lat. Ale kiedy to było... To który mamy rok?
— Pięćdziesiąt cztery tysiące pięćset osiemdziesiąty szósty według Środka Kosmosu. Dwudziesty trzeci dzień Pierwszej Jesieni. O rany, powinnam to była zapisać! Przecież wczoraj zginął Et... ja... zapomniałam... jak mogłam zapomnieć?! Poczekaj, gdzieś w torbie miałam długopis, przecież nie mogę tak po prostu...
Duch coś tam zaczął mówić, ale nie interesowała się tym, sięgając do swojego zapasu rzeczy pozornie niepotrzebnych i szukając czegoś do pisania oraz czegokolwiek, po czym mogłaby pisać. W końcu udało jej się wyjąć stare pióro i notatnik. Nigdy nic w nim nie zapisała, a przecież pamiętała jeszcze, jak brat dawał jej ten dzienniczek. Z wrednym uśmiechem na twarzy, jakby to był jakiś kawał, a po prostu zapomniał kupić jej właściwego prezentu na urodziny.
Otworzyła go i z pierwszej strony powitała ją własna koślawa twarz. W każdym razie przypuszczała, że to miała być jej twarz, bo wyglądała strasznie karykaturalnie. Jedynie te wielkie oczy i nieznośne włosy dawały znać, że to rzeczywiście jest szkic przedstawiający Igneę, a nie kogoś innego. Pod nim koślawe litery oznajmiały, iż jest to „Osobisty wrednik Nei Alieaster”.
Przerzuciła kartkę i na następnej niewielkimi literami zapisała pełne imię brata, a przy nim dwie daty i niewielki znaczek. Symbol bogini Lirrai, znanej też jako drogowskaz dla zagubionych. Czy coś w tym stylu, Ignea nie była do końca pewna, ale miała przeczucie, że właśnie ten znak będzie pasować.
— Nie słuchasz mnie już, prawda? Mogę się wreszcie przedstawić? No więc moje imię brzmi Otten, co w wolnym tłumaczeniu z języka żeglarzy oznacza „niespełna rozumu” i na tej podstawie mogę stwierdzić, że moi rodziciele niezbyt mnie lubili. Albo to byli żeglarze, którzy mnie wychowywali. Mniejsza z tym, w każdym razie ktoś mnie nie lubił. A potem się dowiedziałem, że jestem wspaniałym magiem, który może robić, co tylko mu się podoba i jeśli zechce, to nigdy się nie zestarzeje. I wszyscy zaczęli mnie respektować i czcić, ale ja miałem ich dość i się wyniosłem daleko, daleko. Zacząłem nowe fajne życie, poznałem nieznaną dotąd rodzinkę. Znaczy ani matki, ani ojca nigdy nie poznałem, ale siostry dwie znalazłem. Młodsze ode mnie, chociaż kilka setek na koncie już miały. Rany, skoro już mamy ten rok, to mam już dużo ponad dwa tysiące lat. A raczej bym miał, jakbym jeszcze żył i mógł liczyć normalnie.
— Mówiłeś, że mój brat mógł nie umrzeć — przerwała mu Ignea, wskazując na niego końcówką pióra. — Ale ja widziałam, jak umiera. Dosłownie. Serce mu się zatrzymało. Przestał oddychać. Jak mógłby uciec śmierci? Jesteś duchem, chyba wiesz takie rzeczy.
— Powiedziałem, że to mogłoby być możliwe, a nie pewne. Skoro widziałaś go jako trupa, to jest trup i nic tego nie zmieni, więc nie kombinuj z zaklęciami wskrzeszającymi czy wywoływaniem du...
— Są takie zaklęcia?!
— Po co ja to powiedziałem? — jęknął Otten, wznosząc ręce w geście bezradności. — Nie, ostrzegam cię. Nie używaj tego rodzaju magii. Ja tego próbowałem, razem z przyjacielem. Teraz ja jestem trupem, a on wylądował w zakładzie dla obłąkanych. I teraz też w sumie jest trupem, bo uciekł i się rzucił pod jakiś pociąg. Ratowali go z dwadzieścia minut, a on i tak im umarł, bo miał dość głosów siedzących w jego głowie.
— To nie brzmi strasznie — prychnęła Ignea.
— Dopóki nie wiesz, co mówią te głosy, to może faktycznie nie takie straszne. O ile dobrze pamiętam, w ciągu ostatnich dwóch tysiącleci mojego życia nikomu nie udało się nikogo wskrzesić. W każdym razie nie za dobrze. Pojawiały się zombie oraz duchy, które trwały przez kilka dni, a potem się rozpływały, nie wymawiając ani jednego słowa w czasie swojego tak zwanego istnienia w świecie żywych.
— Wciąż nie brzmi strasznie.
— Zaklęcia wywołujące duchy też nie brzmią strasznie, prawda? W końcu wywołujesz tylko jednego ducha, nawet jeśli nie trafisz na tego, którego chcesz. W tym przypadku na mnie. Ale ty się pomyliłaś.
— Wywołałam jakiegoś głupiego Ottena, który lubi prawić monologi i pławić się w swoim zachwycie, zamiast swojego brata, który daje dobre rady — stwierdziła z żalem Ignea, znów spoglądając na imię Ethereala w notatniku, kt